wtorek, 26 marca 2013

Biustonosze palą się ze wstydu (NIE 1/2013)

Smutna refleksja nad stanem polskiego feminizmu.

Feministka (wulgarnie)- osoba rozwiązła seksualnie, lewacka propagandystka, przeciwniczka rodziny i propagatorka homoseksualizmu. Osoba stanowiąca zagrożenie dla tradycyjnych wartości i stosunków
Do tego chóru włączyła się ostatnio Małgorzata Rozenek - perfekcyjna pani domu - która obwinia kobiety za to, że w polskich mieszkaniach panuje bałagan. Że sprzątanie według tych kobiet nie jest dostatecznie cool.
I gdy chciałoby się powiedzieć autorom tej definicji, żeby spadali na drzewo, nagle stają przed oczami współczesne polskie aktywistki i działaczki feministyczne. Czyli
społecznych, niespełniona życiowo, aspirująca do męskich ról, lobbująca na rzecz niekorzystnych zmian w prawie.

królowe i robotnice.
Pierwsze brylują w mediach, wygłaszają górnolotne tezy i w ogóle są ponad. Drugie biegają po nocy z farbą i malują na chodnikach hasła oraz drą prześcieradła na transparenty, które w Manifie będą niosły telewizyjne aktywistki. A będą je niosły, idąc pod rękę z patronkami wyzwolonych kobiet - Alicją Tysiąc i Anetą Krawczyk. (O Anecie Krawczyk http://skibniewska.blogspot.com/2013/03/dymanie-w-samoobronie-nie-12013.html )
Z prawdziwym feminizmem i walką o lepsze jutro nie ma to wiele wspólnego. Nasze działaczki są tak skupione na batalii o dowartościowanie pojęcia kobieta, że pomijają pierwotne równościowe założenia swojego ruchu. Ich wojna z samczym ciemiężycielem przestała już nawet przypominać tę z "Seksmisji". Zdążyła bowiem wejść na metapoziom, jakim jest zwalczanie siebie nawzajem.
Z czego to wynika? Polki, w odróżnieniu od sufrażystek z Wielkiej Brytanii i USA, nie musiały wywalczać sobie praw obywatelskich. W 1918 r. otrzymały od państwa czynne i bierne prawo wyborcze. Miał to być naturalny akt wdzięczności dla mitycznych matek i żon wojowników, którzy po 123 latach wywalczyli Polsce niepodległość. Być może dlatego naszym aktywistkom wciąż brak świadomości grupowej, która przełożyłaby się na systemowe działanie i jednolity przekaz - tak jak na Zachodzie.
Nadwiślański feminizm od lat zmaga się z tymi samymi problemami. Niektóre działaczki, zamknięte w genderowych pracowniach, poświęciły się kulturowemu opisowi świata. Tym, które chcą coś zmienić w sferze społecznej, brakuje jednolitej struktury. Poza tym nikt ich nie słucha. W OŚCE (Ośrodek Informacji Kobiecej) zarejestrowanych jest

kilkaset nieformalnych grup,

fundacji i stowarzyszeń rozsianych po całej Polsce. I co one robią? Głównie się ze sobą kłócą.  

Federacja na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny.
- Dzwonię z Jasienicy, potrzebuję pomocy. - Słucham - odzywa się zainteresowany głos. - Mam już dużo dzieci, mój mąż pije i zmusza mnie do seksu. Ja nie chciałabym już mieć więcej dzieci, ale nie stać mnie na antykoncepcję. Czy wasza fundacja mogłaby mi dać jakieś pigułki?
- My się nie zajmujemy takimi rzeczami - odpowiada głos (już niezainteresowany). - Gdyby miała pani problem z dokonaniem aborcji, wtedy moglibyśmy jakoś pomóc, ale w takiej sytuacji nie możemy.
Głos nie zatroszczył się o sytuację rozmówczyni. Nie powiedział, że kobieta jest ofiarą przemocy seksualnej, a zapewne również fizycznej, w związku z czym powinna zgłosić się tu i tu. Zwyczajnie stracił zainteresowanie sprawą.

Niebieska Linia, czyli Ogólnopolskie Pogotowie dla Ofiar Przemocy. Telefon zaufania przez 3 dni był głuchy. Wreszcie odebrała młoda konsultantka.
- Potrzebuję pomocy prawnej. Mój mąż mnie bije.
- Mogę zapisać panią na konsultację z prawnikiem. W lutym?
- Ojej, a gdzie?
- U nas w pogotowiu.
- w Warszawie? Ale ja nie mam z kim dzieci zostawić. No i nie będę miała na bilet.
- A w pani mieście nie ma naszego oddziału?
- Ja jestem ze wsi. Mam 60 km do miasta.
- To ja nie mogę pani pomóc.
- A czy macie prawnika, żeby mnie reprezentował w sądzie? Bo mąż mi złamał 3 żebra, mam obdukcję i chciałabym wreszcie pójść do sądu.
- Nasi prawnicy mogą tylko udzielić pani porady lub pomóc w napisaniu pisma, ale nie będą pani reprezentować. Musi pani prywatnie wziąć adwokata.
- Ale ja nie mam tyle pieniędzy.
- Nie mogę pani pomóc.
Konsultantka nie raczyła porozmawiać ze mną o problemie przemocy, choć Niebieska Linia ma go w nazwie. Nikt nie zapytał o miejscowość, z której dzwoni ofiara, nie poszukał podobnej instytucji w okolicy.

Feminoteka również nie może pomóc w zdobyciu środków antykoncepcyjnych, bo jest tylko od działalności informacyjnej i edukacyjnej. Podobnie OŚKA. SOS niby istnieje, ale tak naprawdę nie działa.

Międzynarodowe Forum Kobiet to panie, które zajmują się głównie sobą. Nic dziwnego - to właścicielki firm bądź żony biznesmenów. Promują tylko przedsiębiorczość kobiet. Po antykoncepcję panią z Jasienicy odesłano do apteki.
- Przecież pigułki nie są drogie - tłumaczył kolejny miły głos.
Ze wszystkich liczących się organizacji kobiecych tylko Centrum Praw Kobiet podeszło do sprawy merytorycznie i obiecało realną pomoc. Reszta udowodniła, że cała kampania na rzecz praw kobiet, o której tak głośno w telewizjach śniadaniowych, to teoretyczne rozważania i powtarzane w kółko frazesy.

Od 2000 r. przykładem rzetelnej pracy środowisk feministycznych mają być Manify organizowane symbolicznie w Dniu Kobiet. Przygotowaniem demonstracji zajmuje się Porozumienie Kobiet 8 Marca zrzeszające aktywistki z różnych organizacji. Przygotowanie Manify to harówa - plakaty, transparenty, ulotki, koszulki. Do tego dochodzi wymyślenie motywu przewodniego dla każdego z marszów. "Etaty dla kobiet, nie dla księży",

"Ważniejsza matka niż koloratka"
i "Chcemy zdrowia, nie zdrowasiek", a także "Nie igrzysk nam trzeba, lecz żłobków i chleba" czy "Kobiety na boiska" - to hasła z ostatniej Manify.
Niby wszystkie babki jednoczą się tego dnia we wspólnej walce, ale gdy już się tak dziewczyny narobią, taka Joasia Senyszyn przyjdzie na gotowe. Trzeba się więc od niej odżegnać. Albo taki Rysio Kalisz zrobi sobie kampanię. Albo Zieloni przed imprezą rozrzucają ulotki promujące marsz. Zupełnie jak gdyby to oni organizowali. Takiego wała! Trzeba się obrazić.
O to, by jak najwięcej pań mogło zasiadać w Sejmie, walczą praktycznie wszystkie większe stowarzyszenia. Jednak gdy pisarka Manuela Gretkowska ogłosiła tekst "Polska jest kobietą", następnie powołała ruch społeczny, a wkrótce utworzyła Partię Kobiet - spadły na nią gromy, że chce zrobić karierę kosztem tych, które PRACUJĄ w organizacjach kobiecych. I jeszcze ten słynny goły plakat - czysty seksizm!
Pod hasłami Partii Kobiet o potrzebie mobilizacji politycznej, zliberalizowania ustawy aborcyjnej czy wsparcia dla matek podpisały się celebrytki niekojarzone zupełnie z feminizmem, np. Maryla Rodowicz. Tego już było za wiele.

Walka o kobiety - tylko dla feministek! Mimo sporej popularności Partia Kobiet nie weszła do Sejmu w przyspieszonych wyborach w 2007 r., a Gretkowska zrezygnowała z funkcji przewodniczącej.

Dziś jest nieobecna w mediach, choć zaktywizowała mnóstwo kobiet. Gdy przed Sejmem wyrosło białe miasteczko protestujących pielęgniarek, niektóre z działaczek były zdziwione tym, jak żyją przeciętne polskie kobiety.
Agnieszka Graff: Zrozumiałam, że to nie są studia gender, tylko życie. Jak kupowałam pielęgniarkom parówki, pierwszy raz byłam w Tesco, bo zwykle robię zakupy na bazarku. Nie jestem zamożna, ale nie wiedziałam, że są na świecie parówki za 1,50 zł, że ludzie je jedzą!
Autorytety i ci, którym naprawdę zależy, nie chcą mówić wprost o wewnętrznych konfliktach ani o pułapce akademickości. Żeby nie podjudzać agresywnych katoli. Ale widzą, że to, co się u nas dzieje, zaczyna być żenujące. Panie sobie pogadają o patriarchacie, pozyskiwaniu poczucia kobiecości, przejdą do rozważań nad związkami między polskim nacjonalizmem a kulturową konstrukcją płci. Udokumentują proces, w którym kobiety oraz mniejszości seksualne stały się zakładnikami

sporu o polską tożsamość.
Ale ofiar przemocy, bez pieniędzy, bez nadziei na zmianę losu, nie zauważą. A to Polska właśnie...
Wszystko wskazuje na to, że polskie feministki nie reprezentują polskich kobiet. Ważniejsze jest, by mówić marszałkini, ministra, socjolożka czy doktorka...
Niedługo 20. rocznica uchwalenia restrykcyjnej ustawy aborcyjnej. Dlaczego organizacjom kobiecym przez tyle lat nie udało się wywalczyć podstawowego prawa o samostanowieniu kobiet? Nie tylko dlatego, że tak prymitywny mamy parlament. Baby po prostu są jakieś inne - nie potrafią połączyć sił i choć przez chwilę mówić jednym głosem.

Joanna Skibniewska, Weronika Cichocka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz