sobota, 23 marca 2013

Córka Ziobry i jej psy (NIE 45/2012)


Jak zwykle, od prawie 30 lat, przyszli rano do pracy. Był 6 czerwca 2006 r. We wszystkich komendach wiał wiatr Zbigniewa Ziobry, ale oni starali się omijać schizofreniczne zalecenia ścigania każdego, kto mógłby się przydać do ministerialnego sukcesu, czyli do rozbicia fikcyjnej mafii. Myśleli, że jeśli sami przez tyle lat wykonywali robotę rzetelnie i trzymali się prawa, to ich jednostka, czyli Komenda Powiatowa Policji w Bełchatowie, nie popędzi za tym wiatrem. Mylili się.
Na biurku Jacka Kowalczyka zadzwonił telefon.
- Jest Janek? - zapytał komendant. - To wpadnijcie do mnie.
Kowalczyk poszedł po Jana Handrysiaka. Gdy wchodzili do komendanta, zdziwiło ich, że jest tam tyle ludzi. I u niego, i w sekretariacie. "Jakaś akcja" - pomyśleli.
- Panowie są z BSW, chcieliby z wami porozmawiać - zaczął komendant. Ale panowie nie rozmawiali.
- Jesteście zatrzymani - usłyszeli.
I tyle. Nie dowiedzieli się dlaczego ani o co chodzi. Funkcjonariusze Biura Spraw Wewnętrznych przeszli do ich pokoi. Przeszukali, choć widać, że to wszystko pro forma. Nawet nie wiedzieli, czego szukają. Podobnie przeszukali ich mieszkania. Weszli, popatrzyli. Widać, że dowody już gdzieś były i nie ma czego szukać. Potem przesłuchanie. Też bez ładu i składu. Tylko pod drzwiami któryś powiedział "mają już załatwione po 3 miechy". Wciąż nie wiedzieli za co.

Nieodrodne dzieci pana ministra

Gdy po wielu godzinach trafili przed oblicze prokurator Bogumiły Tarkowskiej z Prokuratury Apelacyjnej w Łodzi, też nie dowiedzieli się o co chodzi.
Słyszeli o niej.

Każdy w terenie o niej słyszał. Córunia Ziobry - taką miała ksywę.
Podejmowała wszystkie postępowania na zlecenie ministra i partii. Śmiano się, że ze sprzątaczki i jej mopa umiałaby zrobić zorganizowaną grupę przestępczą.


Zaczęła jeszcze od Rywina, przez ministra zdrowia, po adwokata Andrzeja Leppera. Teraz takie samo zadanie miała do wykonania z dwoma funkcyjnymi policjantami - Jackiem Kowalczykiem i Janem Handrysiakiem. Udało się jej.
     To było najkrótsze przesłuchanie, jakie kiedykolwiek widzieli. Tarkowska miała już wszystko przygotowane. Była zdziwiona, że chcą składać wyjaśnienia. Tylko zajęli jej cenny czas. Uprzedziła ich więc, że to i tak niczego nie zmieni. Pójdą siedzieć.
Tarkowska
Niedługo potem odbyło się posiedzenie sądu w związku z tymczasowym aresztowaniem. Gdy zobaczyli sędzię Joannę Tomczak, już wiedzieli, jaki będzie wynik. Ta też miała swoją Ziobrową ksywę - Dyżurna.
Posiedzenie trwało może 3 minuty. Tarkowska, swoim utartym zwyczajem, przyniosła 26 tomów akt sprawy. Bo niby taka poważna i tak znakomicie przygotowana. Ale tak naprawdę były to kserówki ze sprawy zupełnie niezwiązanej z nimi. Nie miało to jednak znaczenia dla "Dyżurnej". Po 3 minutach już miała gotowe postanowienie o tymczasowym aresztowaniu. 2 strony. Szybko Tomczak pisze.
     Materiał dowodowy w postaci zeznań Jarosława Kurzydlaka w wysokim stopniu uprawdopodobnią fakt popełnienia zarzucanego czynu. Stwierdziła też na piśmie, że podejrzanemu zostanie wymierzona surowa kara. I każdy dostał od razu takie postanowienie. I w zasadzie to już był wyrok.

Zgredzik nie dynda
Siedzieli rok i 2 tygodnie. Handrysiak w Sieradzu w izolatce. Ciemnej, porośniętej grzybem. Rano, gdy klawisze przynosili żarcie, otwierali lipo i mówili ze zdziwieniem: - Zgredzik jeszcze nie dynda.
Czasami dorzucali, że w takiej sytuacji sznurówki rozwiązują problem.
Handrysiak na spacery wychodził... w klatce. Ze względów bezpieczeństwa. Funkcjonariusz policji z prawie 30-letnim stażem był ważnym łupem dla więźniów z sieradzkiego więzienia.
Do celi trafił tak, jak przyszedł wtedy do pracy. I tak pozostał jeszcze przez ponad miesiąc. Bo w prokuraturze zatrzymano paczkę z ubraniem, którą przysłała mu żona. Przez cały areszt nigdy nie był leczony. Ale w jego karcie chorobowej znajdują się wpisy o konsultacjach lekarskich.
Bo Handrysiak to chory człowiek. Dyskopatia, nadciśnienie, serce. W celi doszła jeszcze depresja. Tym bardziej że prokurator nie wydawała zgody na widzenia z najbliższymi. A gdy już wydała, obok stało dwóch funkcjonariuszy BSW i nie pozwalali żonie nawet się przytulić. Gdy żona Handrysiaka napisała skargę, Tarkowska cofnęła jej widzenia, a po interwencji rzecznika praw obywatelskich przywróciła je, ale przez pleksi.

On nie musi siedzieć
Ale poza więzieniem funkcjonariusze BSW podchodzili do Alicji Handrysiak.
- Niech powie coś na swojego komendanta albo na jakiegoś sędziego - powiedzieli żonie przed sklepem. - Przecież on się wykończy w więzieniu. A jak powie, to wyjdzie. Nie zależy pani na mężu?
To samo robili z żoną Kowalczyka. Tam było łatwiej, bo najmłodsze dziecko było jeszcze małe. Dziewczynka bardzo źle znosiła rozłąkę z tatą. Żona Kowalczyka wpadła w depresję. Nauczycielka, bez grosza przy duszy, wytykana palcami na ulicy. I dzieciaki szykanowane w szkole. Do niej funkcjonariusze BSW przyszli do domu.
- Jeśli chce go mieć pani w domu, to niech powie coś na komendanta. Cokolwiek.
A gdy była twarda, zaczęli ją straszyć. Straci dzieci. Czeka na nich dom dziecka, a na nią szpital psychiatryczny. Kowalczyk siedział w Piotrkowie Trybunalskim.
- Jebać psa, jebać psa, jebać psa! - słyszał pod swoją celą od szóstej rano.
- Oooo, wyprowadzili pieska na spacer - słyszał na spacerniaku. Przestano więc go wyprowadzać.
Kopanie w drzwi, walenie w sufit, wyrywanie anteny od telewizora to zwyczajna codzienność Kowalczyka przez ponad rok. I strach o żonę i dzieci.
- Powiedz chociaż troszkę na komendanta albo jakiegoś sędziego, albo lekarza, to wyjdziesz. Przecież wiemy, ty nie musisz siedzieć. Wystarczy, że coś powiesz. Wrócisz do domu, ogarniesz. Inaczej kobita ci się przekręci. Dzieci ci nie szkoda? - ponawiali co jakiś czas propozycję funkcjonariusze BSW.
Tarkowska pytała jedynie, czy już są gotowi powiedzieć coś na innych. A gdy nie byli gotowi, pokazywała kolejny wniosek o areszt. Kolejny i kolejny. Przychodziły do niej wytyczne z Krakowa, z prokuratury, wówczas krajowej, obecnie apelacyjnej. "Nie wykonywać czynności, iść na czas" - zapisała w podręcznych aktach po rozmowie z prokuratorem apelacyjnym z Krakowa. Cały czas była też w bezpośrednim kontakcie telefonicznym z "czterdziestoma zaufanymi" Ziobry. Prokuratorami z Krakowa, Białegostoku, Lublina i Łodzi.
I nie wykonywała czynności. Jako czynność służbową zaliczono notatkę: Ustaliłem nr pesel Jana Handrysiaka.
"Posiedzą,to skruszeją" - rzucił ponoć Marek Wełna, apelacyjny z Krakowa. A Tarkowska przy każdym wniosku o areszt powoływała się na konieczność wykonania czynności.
- Miała być konfrontacja z Kurzydlakiem - powiedział jej kiedyś Handrysiak. - Kiedy będzie?
- Nie będzie - odpowiedziała Tarkowska.Chce mi pan sprawę rozwalić?

Bandzior
Jarosław Kurzydlak to bandzior i miejscowy gangster. Wielokrotnie karany. Za nielegalny handel bronią i amunicją, za wielokrotne rozboje, za bezprawne pozbawienie wolności (porwanie,gdyby ktoś nie wiedział), za nielegalny handel lewym alkoholem, za podpalenia "konkurencji", za podłożenie bomby pod dom nielubianego kumpla i dwukrotnie za składanie fałszywych zeznań. Warto dodać, że łapali go właśnie ci dwaj aresztowani policjanci.
Sprawy Kurzydlaka prowadziła Tarkowska. W zamian za współpracę, czyli oskarżenie policjantów, wypuściła go z aresztu i obiecała niską karę. Dotrzymała słowa. Za to wszystko dostał wyrok łączny... 11 miesięcy odsiadki. Tyle, żeby wliczyć pobyt w areszcie.
     Poza tym Jarosław Kurzydlak to wieloletni "uchal"obu policjantów. Donosił im na kolegów przez długie lata. Teraz powiedział, że Kowalczyk i Handrysiak brali od niego kasę za nietykalność. W ciągu 3 lat dał obu ok. 30 tys. zł. Dokładnie nie pamięta ile. Nikt nie zauważył, że Kurzydlak ani przez moment nie był nietykalny. Wręcz przeciwnie. Gliniarze gnębili go na każdym kroku.
Za prawdomówność Kurzydlaka ręczą jego dwaj koledzy, którzy ponoć słyszeli, jak opowiadał o swojej nietykalności. Notabene będąc w celi. Ci dwaj też regularni przestępcy. Bandyci ścigani przez policję. Za policjantów ręczą ich przełożeni, ich koledzy, Niezależny Samorządny Związek Zawodowy Policjantów. Mówią, że cała trójka kryminalistów była wielokrotnie skazywana właśnie dzięki pracy tych dwóch funkcjonariuszy.
- To typowa zemsta - powiedział mediom Jerzy Wojtczak, przewodniczący NSZZP w Bełchatowie.
Tarkowska momentalnie po tym wystąpieniu Wojtczaka... postawiła mu zarzuty molestowania na komendzie. I wnioskowała o areszt! (Wojtczaka właśnie uniewinniono). Zęby pokazać, że Wojtczak i Handrysiak to zorganizowana grupa, do molestowania dorzuciła jeszcze Handrysiaka. A kogo niby mieli molestować? Laskę, która została zatrzymana przez Handrysiaka na włamaniu do banku z bronią w ręku (iskazana za ten czyn). Twierdziła, że wkładali jej ręce pod bluzeczkę. Ponieważ nie znała Wojtczaka, to prokurator zrobił swoiste okazanie. Obu panów postawił między kobietami. Panienka zaczęła się motać, ale to i tak nie przeszkodziło w postawieniu zarzutów.
I tak wiarygodni byli tylko przestępcy.

Kruszeli

Bogumiła Tarkowska dosyć szybko napisała akt oskarżenia, ale dostała wytyczne, że oni muszą posiedzieć jeszcze trochę. Zaczęli mocno chorować, była więc szansa, że zmiękną i zaczną coś mówić na miejscowe szychy. I choć akt oskarżenia trafił do sądu w Bełchatowie w grudniu 2006 r., to do lipca nie wyznaczono terminu rozprawy. Bo Tarkowska oznaczyła postępowanie klauzulą tajności i trzeba było szukać ławników, którzy mają uprawnienia do brania udziału w takiej rozprawie. Gdy 7 lipca udało się wreszcie zebrać skład sędziowski i wysłuchać Kurzydlaka, ten nie stawił się na wezwanie sądu. Dlaczego? Bo go Tarkowska wezwała do prokuratury na tę samą godzinę... Kowalczyk i Handrysiak nadal gnili więc w celi. A Kurzydlak od dawna cieszył się wolnością.
Niedługo potem policjanci wyszli. Zniszczeni, chorzy, przegrani. Co z tego, że sędzia nie zostawił suchej nitki na prokuraturze. Co z tego, że zostali uniewinnieni. Wskutek odwołań prokuratury odbyły się już 3 postępowania przed sądem. Dziś są już uniewinnieni prawomocnie. Poza zeznaniem Kurzydlaka, który zresztą przed sądem nagle zachorował na amnezję i nic już nie pamiętał, nigdy nie znaleziono żadnych dowodów ich winy. Sędzia Rychter w trakcie procesu prowadził postępowanie przygotowawcze, które powinna zrobić Tarkowska. I nic nie znalazł, a 26 tomów kserówek, które miały być niezbitymi dowodami ich winy, kazał wyrzucić do kosza. Świadkowie, dowożeni z cel, przyznali w sądzie, że byli pouczani przez panią prokurator, co mają mówić przed sądem. Tarkowska w kolejnych instancjach już nie przychodziła na rozprawy. Zniknęła. Ciekawe, czy awansowała za tak dobrą pracę, czy uciekła do adwokatury, żeby uniknąć odpowiedzialności ?
Obaj funkcjonariusze po wyjściu z aresztu otrzymali grupy inwalidzkie.

Teraz to my, podatnicy, zapłacimy odszkodowania za bezpodstawny areszt, utratę pracy, zdrowia i dobrego imienia dwóch dobrych funkcjonariuszy policji.


Joanna Skibniewska

20 komentarzy:

  1. To nas wszystkich czeka, gdy powróci PiS. Wtedy nie będą się bawić w sądy - będą uliczne łapanki i egzekucje. NOP i Młodzież Wszechpolska, to mundurowi przyszłej władzy.

    OdpowiedzUsuń
  2. Co tu komentować już sam tekst wystarcza za komentarz. Morlok1911

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak hartowało się Ziobro:
    http://forum.gazeta.pl/forum/w,902,67610045,67610045,Jak_hartowalo_sie_Ziobro.html?wv.x=1

    OdpowiedzUsuń
  4. Piszą i piszą o rzekomych aferach i nadużyciach, jednak nikogo - powtarzam nikogo - nie pociągnięto do odpowiedzialności za tego typu aresztowania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się,że póki konsekwencje nie zostaną wyciągnięte w stosunku do "nadgorliwych wazeliniarzy"(nie tylko ministra Ziobry}",dopóty będzie to pisanie na Berdyczów.

      Usuń
    2. Nasz "układ zamknięty" działa w/g zasady: my mamy swoje świnie i wy macie swoje. W razie zmiany wy nie ruszacie naszych, a po kolejnej zmianie - my nie ruszymy waszych. Dzięki tej "dżentelmeńskiej" umowie świnie mogą popełniać niegodziwości w poczuciu absolutnej bezkarności.

      Usuń
  5. @Anonimowy12 kwietnia 2013 10:41

    bo to państwo odpowiada za postępowanie swoich funkcjonariuszy - państwo przegrywa, a my wszyscy zrzucamy się na odszkodowanie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie państwo jest winne a poszczególni funkcjonariusze.Państwo takich chorych na władzę albo wręcz pazernych urzędników powinno eliminować.Nie wiem jakie samopoczucie mają ci,których powołano by strzegli prawa,a oni udają iż nie widzą jego drastycznego łamania.

      Usuń
  6. Smutno to czytać, choć właściwie żadna niespodzianka, w końcu żyjemy w państwie "prawa". PiS - źle, PO - źle. Zastanawiam się (bom jeszcze młody) czy za SLD też działy się takie rzeczy, ale pewnie tak. Czy w tym kraju da się w ogóle coś jeszcze zmienić, zmienić mentalność ludzką? To chyba walka z wiatrakami. Jakąś tam szansą na normalniejsze życie jest chyba jedynie emigracja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Młodemu mogę podpowiedzieć pytaniem:
      Jaka instytucja uczy moralności w Polsce?
      I wszystko staje się jasne.

      Usuń
    2. Nie studenci,jeżeli jesteś studentem prawa i tobie podobnie myślący przyjaciele,nie możecie wyjechac,trzeba się zabrac za tych pseudo funkcjonariuszy prawa,co chcecie ponownie przy władzy pisioziobrystów

      Usuń
  7. Wszędzie spotkać można ludzi o różnej mentalności,tej dobrej i tej złej.Emigracja nie ma żadnego wpływu na to jaką mentalność będą ludzie w Polsce mieli.Konsekwentne piętnowanie i karanie za tego typu "państwowy bandytyzm".Wielu z tych opisywanych prokuratorów,sędziów itd.przeszło w stan spoczynku,na wcześniejszą emeryturę,zwiało po prostu ze strachu.To oznacza,iż warto pisać i głośno krzyczeć o tym.

    OdpowiedzUsuń
  8. Po takim artykule nasuwa się tylko jedno rozwiązanie - chińskie. Za udowodnione nadużywanie władzy na takim szczeblu (niskim) - CZAPA. Gdyby rozstrzelać takiego prokuratora czy sędziego za olewanie prawa, reszta szybko wróciła by na ziemię. Choć to klika żyjąca w innym świecie (wiem, bo znam). Mogli by nie zrozumieć aluzji. Jestem ciekaw, czy w innych państwach też jest takie skurwysyństwo. Na pewno każda rządząca frakcja ma swoje przywileje ale PISuary zdecydowanie dali popis z zapasem. Najgorsze jest to, że nikt tego gówna nie chce ruszyć. Ale ignoranctwo legislacyjne jakim popisuje się PO też zaczyna być rażące. Wszystkie nowe zmiany umożliwiające krwiopijącym firmom windykacyjnym na nielegalne i nieprawne zciąganie np. przeterminowanych wierzytelności z kosmicznymi kosztami egzekucyjnymi. Dopiero wykwitną z tego afery. Zresztą przykładów chyba nie braknie nikomu. Tylko Polski szkoda. I tych, którzy nie potrafią się bronić - większości POLAKÓW. Będę głosował na LEWICĘ. Może coś zmieni.

    OdpowiedzUsuń
  9. Jak trzeba być pustym człowiekiem żeby czytać i wierzyć w takie brednie:)??? straszenie Kaczyńskim działa tylko na proste jednostki, które dają się manipulować, Kaczyński przy Tusku to słabiak jeżeli chodzi o kłamanie i okradanie kraju.......

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jesteś głupi czy naiwny ? w brednie to ty wierzysz. Takich spraw z okresu ziobryzmu było więcej.

      Usuń
  10. brawo pani bogusiu tak trzymać

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. brawo to ten od anten tv czyli jej mąż

      Usuń
  11. COŚ TAKIEGO MOŻE NAPISAĆ KTOŚ KTO NIE DO KOŃCA WIE O CZYM PISZE,
    SĘDZIE TOMCZAK ZNAM PRYWATNIE-TOWARZYSKO (MAM O NIEJ B.ZŁE ZDANIE)
    I Z ZIOBRĄ TO ZAPEWNIAM, ZE NIE MA ONA NIC WSPÓLNEGO, WRĘCZ PRZECIWNIE.STANOWISKO I METODY PRZEJĘŁA ZANIM KTOKOLWIEK SŁYSZAŁ PANU ZIOBRO
    A OPISANE METODY STOSOWANO RÓWNIEŻ PRZED ROKIEM 2000 BEZ UDZIAŁU ZIOBRY CZY WYŻEJ OPISANYCH "PAŃ".
    6 RANO, WCHODZILI "CZARNI PANOWIE" STAWIALI NAWET MALEŃKIE DZIECI POD ŚCIANAMI BO ICH MATKĘ PODEJRZEWANO O "COŚ" A SĘDZIA X WYDAWAŁA NAKAZ ARESZTU I TYLE . OD LAT "CHODZI" PO ŁODZI TEKST JEDNEGO Z PROKURATORÓW "DAJCIE MI CZŁOWIEKA A JA ZNAJDĘ NA NIEGO PARAGRAF"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niedługo potem policjanci wyszli. Zniszczeni, chorzy, przegrani. Co z tego, że sędzia nie zostawił suchej nitki na prokuraturze. Co z tego, że zostali uniewinnieni. Wskutek odwołań prokuratury odbyły się już 3 postępowania przed sądem.


      policjanci od sprawy olewnika też zostali uniewinnieni

      Usuń