środa, 20 marca 2013

KRWAWY wieczór kawalerski (NIE 31/2012)


Co atrakcyjnego jest w ożenku? Wieczór kawalerski. Nie powiedzą tego jednak żonkoś z Poznania i jego koledzy, którzy miesiąc temu bawili się w klubie Van Diesel. Wszyscy zostali skatowani przez policjantów.
 


- Od początku zwracali na siebie uwagę - mówi barmanka, pracownica klubu. - Byli głośni i agresywni.
Gdy kobieta poprosiła, by się uspokoili, bo będzie zmuszona wezwać policję, zaczęli się śmiać.
- My jesteśmy policja! - krzyknęli.
Któryś śmignął nawet legitymacją. I stali się jeszcze bardziej agresywni. Gdy kobieta usłyszała odgłosy bójki wewnątrz lokalu, zadzwoniła po patrol. Policjanci szybko przyjechali i wyprowadzili jakąś grupę. Nie widziała kogo. Dziś wiadomo, że tak dobrze bawili się łódzcy policjanci po służbie skierowani tu do ochrony Euro 2012.

Wszyscy na glebę

Następnego wieczoru kilku gości wyprawiało wieczór kawalerski. W pewnym momencie do lokalu wpadła grupa antyterrorystów w kominiarkach i z ostrą bronią. Dopadli grupę mężczyzn świętujących zbliżający się ożenek.
- Gleba, kurwa!!! - wrzeszczeli i przystawili im pistolety do głowy.
- Nauczycie się, że nie trzeba zadzierać z policjantami.
Zanim ktokolwiek się zorientował, co się dzieje, skuli ich kajdankami i zaczęli kopać. Po głowie, brzuchu, plecach. Rozłożyli im nogi i kopali po jądrach. Używali paralizatora. Potem złapali ich za nogi i ciągnęli po schodach, gdzie półprzytomni uderzali głową o stopnie.
Według pracowników dosłownie tryskała krew. Nie pomagało tłumaczenie, że to nie oni mieli zatarg z awanturującymi się policjantami dzień wcześniej. Pracownicę, która próbowała to wytłumaczyć, zamaskowani funkcjonariusze nazwali kurwą i przystawili jej broń do głowy. Interweniującego właściciela klubu złapano za szyję, przyduszono i dołożono mu pałką.

Goście z klubu Van Diesel trafili do Komendy Wojewódzkiej w Poznaniu.
Tam katowano ich dalej. Na schodach komendy jeszcze rano były ślady krwi.
Gdy mdleli, polewano ich wodą. Skuci przez 1,5 godziny leżeli na brzuchu w oczekiwaniu na przesłuchanie. I cały czas byli kopani.


Także po twarzy, co wyraźnie widać na zdjęciach zrobionych podczas obdukcji lekarskiej. Mieli się przyznać do pobicia dzień wcześniej policjantów bawiących się w tym samym klubie.
- Po trzech godzinach bicia nie wiedziałem nawet, o co jestem podejrzany - mówi Marcin S.
- Dopiero następnego dnia dowiedziałem się, o co chodzi.
 Miał wstrząśnienie mózgu, liczne rany od bicia, sikał krwią i miał odbite jądra i nerki. Obdukcja lekarska wykonana przez biegłego sądowego dr. Jana Jaroszewskiego mówi jasno, że stwierdzone obrażenia (...) mogły powstać w wyniku okoliczności, o których mówi badany.
 Marcin nie mógł być w klubie Van Diesel wtedy, gdy doszło do awantury z łódzkimi policjantami. Był poza Poznaniem ima na to niezbite dowody. Nikt tego nie sprawdził.

Prądem gnoja i z kopa

Łukasza R. antyterroryści wyciągnęli rano z samochodu, gdy szykował się do pracy. Wywleczono go przez szybę. W aucie zostały tylko buty. Kilkadziesiąt razy porażono go paralizatorem. Rzucono na ziemię i kopano, gdzie popadnie. Wstrząśnienie mózgu, odbite nerki, po użyciu paralizatora niedowład i liczne poparzenia - to wynik obdukcji lekarskiej. Na ciele ma 60 ran po użyciu paralizatora. I liczne rany cięte. Także tę po uderzeniu w głowę kolbą pistoletu.
Wyniki jego obdukcji dowodzą, że został skatowany.
Łukasz R., w chwili gdy łódzcy policjanci zabawiali się w klubie, był z córką w domu. Ma na to licznych świadków, także mu obcych. Nie był wtedy w klubie Van Diesel. Podobnie jak reszta zatrzymanych przez oddział antyterrorystyczny.
- W chwili obecnej nie ma żadnej pewności, kiedy i w jakich okolicznościach mogły powstać obrażenia, które opisuje Łukasz R. Wyjaśni to prokuratura - mówi krótko Andrzej Borowiak z Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu. - Wielkopolski komendant wojewódzki policji Krzysztof Jarosz polecił, aby podlegający mu oficerowie Wydziału Kontroli udzielili informacji i wszelkiej pomocy prokuraturze w obiektywnym wyjaśnieniu tej sprawy.
Borowiak nie wie, skąd u Łukasza R. ślady po paralizatorze. Może zrobił je sobie sam? Na pytanie, czy to była zemsta za sprzeciwienie się kolegom z Łodzi, odpowiedział, że nie będzie tego komentował. Najważniejsze jest, że zostało pobitych 10 policjantów.
Pobici i zatrzymani mężczyźni zostali zmuszeni do podpisania protokołu zeznań.
- Nawet nie wiedziałem, co podpisuję, myślałem, że nie wyjdę z tamtego pokoju żywy - mówi Marcin S.
- Podpisałbym swój własny wyrok śmierci, gdyby mi wtedy kazali.
Na końcu protokołu widnieje zdanie, że przesłuchiwany nie wnosi zastrzeżeń do formy przesłuchania i zatrzymania.
- Zatrzymani nie skarżyli się na zatrzymanie - skwapliwie zapewnia Borowiak.
Poza protokołem mówi się, że był to czas Euro 2012, był alert w jednostkach specjalnych i funkcjonariusze mieli rozkaz być bardziej brutalni, żeby na świecie nie śmiano się z polskiej policji? Oczywiście ani policja, ani prokuratura nie myślą wyjaśniać tej sprawy obiektywnie.
- Funkcjonariusze z Łodzi, którzy byli w klubie po służbie, zostali zaatakowani przez wytatuowanych osiłków - to oficjalna wersja policji i prokuratury.
Prokuratura prowadzi postępowanie, ale przeciwko bezzasadnie pobitym mężczyznom. Zostali wytypowani na podstawie zapisu z monitoringu. Bo byli łysi i ubrani na czarno. Mają dozór policyjny i zakaz opuszczania kraju.
Sprawę prowadzi prokuratura w Poznaniu, choć tamtejsi prokuratorzy powinni się wyłączyć z racji stałej współpracy z poznańską komendą. Koledzy bijących gliniarzy... Przesłuchujący prokuratorzy nie zauważyli ran ani obrażeń powstałych w wyniku pobicia przez policjantów, choć przesłuchiwali ich kilka godzin po pobiciu. A lała się z nich całkiem świeża krew. Nie chcieli słuchać, gdy mówili, że zostali pobici w komendzie.
- Przesłuchiwani nie zgłaszali w prokuraturze żadnych zastrzeżeń co do zatrzymania - stwierdził rzecznik.
- To bzdura - twierdzą zatrzymani. Na dowód tego przedstawiają pisemne zażalenie na zatrzymanie złożone prokuratorowi.
Prokuratorzy nie chcieli też słuchać, że wszyscy zatrzymani i skatowani ludzie mają dowody, że nie było ich w klubie Van Diesel w przeddzień brutalnego zatrzymania.
Straty poniósł też klub. Podczas natarcia funkcjonariuszy zabrano wszystkie komputery, wyrwano ze ściany monitoring wraz z całym okablowaniem, całkowicie zniszczono drzwi. O śladach krwi na podłodze nie wspominając. Menedżer klubu wystąpił w internecie o pomoc i poprosił o zgłoszenie się świadków, którzy widzieli wątpliwą zabawę łódzkich gliniarzy. Zgłosiło się już kilka osób. Nikt nie widział, żeby ci, których pobiła policja następnego dnia, dzień wcześniej byli w klubie. Opowiadają też, jak świetnie bawili się łódzcy policjanci po służbie... Inni mówią, jak dobrze bawili się ci, którzy następnego dnia bezkarnie katowali przypadkowych ludzi.
     Pan młody się ożenił, ale musiał przypudrować posiniaczoną twarz. Pobici mężczyźni po zatrzymaniu trafili do szpitala. Wszyscy policjanci mają się dobrze. Zarówno zabawowi z klubu, jak i ci, którzy katują zatrzymanych.

Joanna Skibniewska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz