wtorek, 26 marca 2013

Dymanie w samoobronie (NIE 1/2013)

Tym pikantnym a dętym procesem żyła cała Polska.
Niebawem będzie wznowiony.
Na ławie oskarżonych - duchy.


Aneta Krawczyk
Aneta Krawczyk była dyrektorką biura poselskiego posła Samoobrony Stanisława Łyżwińskiego, radną Sejmiku Województwa Łódzkiego i zasiadała w radzie nadzorczej oczyszczalni ścieków w Tomaszowie Mazowieckim. Zarabiała w pewnym okresie ok. 9 tys. zł na rękę.
Gdy zaczęło dziać się gorzej, bo praca w sejmiku się skończyła, a Łyżwiński zarzucił jej podbieranie partyjnej kasy, postanowiła opowiedzieć o tych, którzy ją zatrudniali. O Łyżwińskim, który miał dać jej pracę w zamian za usługi seksualne. Opowiadała o tym w mediach, a potem w łódzkiej prokuraturze. Z każdym kolejnym zeznaniem Krawczykowa rozkręcała się i Łyżwiński był coraz gorszy, a szef szefów Andrzej Lepper zaczynał mu dorównywać rozpasaniem seksualnym. Poza zwykłym dawaniem dupy pojawił się gwałt i nakłanianie do aborcji.

Łyżwińskiego aresztowano w gdańskim szpitalu. Leppera wypuszczono za kaucją. Wyroki, które zapadły w tej sprawie, uznające ich winnymi, dziś są nieważne, bowiem Sąd Najwyższy uchylił je i przekazał do ponownego rozpatrzenia jako wydane z rażącym naruszeniem prawa. Sąd uznał, że nie wzięto pod uwagę dowodów obrony, z góry zakładając, że oskarżeni są winni. Andrzej Lepper nie doczekał ani tego werdyktu, ani ponownego procesu. Powiesił się. Łyżwiński jeszcze żyje.
Gdy zaczynała się sprawa, Łyżwiński właśnie czekał na operację raka prostaty. Zrezygnował z zabiegu, żeby media nie zarzuciły mu, że ucieka w chorobę. Nie myślał, że go zamkną. A już na pewno, że na tak długo.
W więzieniu rak dał o sobie znać. Pojawiły się przerzuty. Łyżwińskiego sparaliżowało. On i jego bliscy zaczęli błagać o leczenie w areszcie. Na wniosek prokuratora zbadał go anatomopatolog, lekarz od trupów, i orzekł, że Łyżwiński większych problemów ze zdrowiem nie ma. Na pożegnanie poklepał go po plecach i zapowiedział, że z pewnością jeszcze się spotkają.

Łyzwiński
Po kilku miesiącach Łyżwińskiego zbadał więzienny neurolog i skierował go na badania. Pierwsze zostały wykonane po 1,5 roku od aresztowania. Wynik? Postępujące zmiany nowotworowe. Wtedy pierwszy raz obrona wystąpiła o zwolnienie z aresztu w celu wykonania operacji. Nic z tego. Łyżwińskiego zbadał
więzienny lekarz, stomatolog. Stwierdził, że przesadza z narzekaniem. Wyniki badań laboratoryjnych były nieistotne. 2 tygodnie później Łyżwiński z powodu paraliżu przesiadł się na stałe na wózek inwalidzki, którym przyjechał na kolejną rozprawę. Kilka rozpraw trzeba było odwołać, bo policjanci odmawiali konwojowania trupa. Sędzia zaczął więc przyjeżdżać do celi. Łyżwiński z powodu zwyrodnień kręgosłupa stawał się warzywem, z wózka przeniósł się na parter piętrowego łóżka w szpitalnej celi.
Zgodę na uczestnictwo w rozprawach w areszcie najczęściej wystawiał Łyżwińskiemu dentysta. Pisał w karcie zdolny, kazał założyć pampersa i wpuszczał do celi Wysoki Sąd. Każda rozprawa trwała od 9.30 do 14.00 albo 15.00. Żaden z klawiszy w życiu nie widział takiego procesu. Łyżwiński, nafaszerowany zastrzykami przeciwbólowymi, po godzinie był w innym świecie. Z rozpraw w celi nic nie pamięta.
Po kolejnych badaniach Łyżwiński dostał wreszcie skierowanie na operację. Ale lekarze z łódzkiej Wojskowej Akademii Medycznej po telefonie z sądu odmówili wykonania operacji. Sąd nie wyraził zgody na operację bez konwoju. A operacji z konwojem przeprowadzić się nie da, bo trwa minimum 8 godzin, później trzeba przeleżeć do dwóch tygodni w szpitalu i pilnować rehabilitacji. Nie da się tego zrobić, kursując między szpitalem i aresztem. Zawieziono go do szpitala w Gdańsku, ale poza tym, że lekarz stwierdził, iż stan jest prawie agonalny, operacji z konwojem zrobić nie chciał. O życie Łyżwińskiego zaczęli walczyć sami lekarze. Napisali do sądu, żeby powołał biegłego, który potwierdzi, że operacja jest Łyżwińskiemu niezbędna, bo inaczej umrze. Sąd nie wyraził zgody.
Łyżwińskiego skazano. Tak, żeby można było wliczyć na poczet zasądzonej kary pobyt w areszcie. Wyszedł, a raczej wyjechał z aresztu na wózku.

Dziś niewiele się zmieniło. Poza tym, że dostaje w domu lepsze leki przeciwbólowe. Na operację kręgosłupa jest już za późno. Dotknięcie tego grozi paraliżem całego ciała, a tak to chociaż porusza rękoma. Jest pod stałą opieką psychiatry. Pobyt w areszcie pozostawił ślady.
Przed wstąpieniem do partii uprawiałam działalność gospodarczą w postaci baru - powiedziała Krawczyk w sądzie. Gdy Lepper i Łyżwiński ją poznali, wyglądała zwyczajnie. Dwoje małych dzieci. Stateczna. Potrzebowała pracy i pieniędzy. Do biura wciągnęła ją inna partyjna pracownica. Bo jej szef (Łyżwiński) chciał dziwki, prostytutki na wieczór. Chciał, aby znalazła cichą, dyskretną dziewczynę, która jest w potrzebie. Znalazła.
Krawczykowa wiedziała, w jaki układ wchodzi. I korzystała z niego. Awansowała, trafiła do rad nadzorczych, do rady sejmiku wojewódzkiego. Odbiła się od dna. Obracała partyjnymi pieniędzmi, jak chciała. Aż wreszcie partia upomniała się o rozliczenie. Musiała atakować.
Podczas rozprawy mówiła dużo. O impotencji i brutalności szefów. Mówiła głównie o Lepperze, bo to jego umieszczano na pierwszych stronach gazet. Dokładnie pamiętała daty zdarzeń nawet sprzed 5 lat. Opisywała jego zachowania seksualne. Według niej miał jakieś dewiacje dosłownie seksualne. Pamiętała każdy kontakt. Co i jak robił. Nie wiedziała tylko, czy jeśli trzymała w ręku jego członek, to był to seks oral
ny. Ale wiedziała, jak należy traktować przełożonych. Bo dla niej określenie "bądź miła" było jednoznaczne. Była więc najmilszą z pracownic. Także dla przyjaciół szefa, z których jeden miał zakrzywioną końców kę.
Tym czasem przed sądem zeznawały inne pracownice biura i działaczki partii. Opowiadały, jak ona bez obrzydzenia uprawiała seks z szefem. Nie tylko z nim. Nigdy nie wyglądała na przymuszaną. I o tym, jak podstępem ściągała młode dziewczyny do jego pokoju. Namawiała je do współżycia z szefem, wcześniej celowo je upijając. Przed sądem stwierdziła, że nakłaniała je do uległości. Dlaczego? Bo chciała im pomóc w trudnej sytuacji życiowej. Dwie członkinie partyjnej młodzieżówki zamknęła w pokoju hotelowym, gdzie posadziła je na brzegu łóżka, na którym ona i szef uprawiali seks. Gdy dziewczęta płakały - nie rozumiała, dlaczego nie chciały wejść do gry.

Krawczyk i Kalińska -Moc (pełnomocnik Krawczyk)
- Staję przed obliczem sądu z podniesionym czołem, bowiem jestem niewinny - powiedział przed sądem Lepper. I krok po kroku udowadniał, że do żadnego z opisanych kontaktów nie mogło dojść. W każdym przypadku miał niezbity dowód, że Krawczyk kłamie. Świadkowie potwierdzili niezbite dowody. Wszystkie z opisanych przez pokrzywdzoną dat zostały dokładnie zweryfikowane. I przedstawione alibi na każdą z nich. Ale sędzia ich nie przyjęła.
Podobnie dowody niewinności i tego, że nigdy nie musiał Krawczykowej nakłaniać do seksu, przedstawiał Łyżwiński. Wnioski o przesłuchanie kolejnych świadków sąd konsekwentnie odrzucał.
W styczniu 2013 r. od nowa ruszy proces Stanisława Łyżwińskiego. Jeden oskarżony nie żyje, drugi nie ma zdrowia, aby wziąć udział w rozprawach. Aneta Krawczyk ma się dobrze.

Joanna Skibniewska

1 komentarz:

  1. Nikogo z całej trójki mi nie szkoda. Kłamcy, oszuści i złodzieje pieniędzy z moich podatków!

    OdpowiedzUsuń