środa, 27 lutego 2013

Te amerykańskie świnie (NIE, 04/2008)

Wielki koncern od lat lekceważy polskie prawo.
W 1999 r. na polskim rynku pojawiła się amerykańska korporacja Smithfield Foods – największy producent wieprzowiny na świecie. Smithfield Foods kupiła 79 proc. akcji firmy Animex SA, największej w Polsce fabryki przetwórstwa trzody i drobiu. Na naszych łamach wkrótce ukazał się artykuł na temat zagrożeń, jakie niesie przejęcie polskiego rynku mięsnego przez ten koncern („Świnia trojańska”, „NIE” nr 10/2000). Okazuje się, że wiele przewidzieliśmy.
Przeprowadzona niedawno kontrola NIK w fermach pokazuje, że działają one od 10 lat bez pozwoleń, z rażącym naruszeniem prawa.
 
Sprawdzone metody
Według nieoficjalnych wyliczeń wielkich ferm jest w Polsce ok. 150. Według oficjalnych – 117, z czego w międzynarodowym rejestrze takich obiektów jest 13.
Hodowla świń w Smithfield Foods to przemysłowa taśma nastawiona na masową produkcję i wielkie zyski. W jednym kompleksie ferm koncernu tuczy się nawet kilkaset tysięcy świń.
– Już w 1999 r. jako partia protestowaliśmy przeciwko wpuszczaniu Smithfielda na nasz rynek – mówi Andrzej Lepper. – Robiliśmy blokady dróg.
Organy państwowe jednak nie reagowały. To znaczy reagowały, ale nie tak, jak chcieli tego rolnicy. Razem z prawnikami Smithfielda składali doniesienia o przestępstwie i protestujący rolnicy płacili kary. Po pewnym czasie chłopi zaprzestali blokad. Dziwnie też zmalał zapał Samoobrony do walki z potężnym koncernem. Rolnicy szeptali wówczas, że Lepper się sprzedał.
Smithfield rósł w siłę, mimo że do ministerstw rolnictwa i ochrony środowiska zaczęły napływać listy od organizacji ekologicznych. Nasilały się protesty mieszkańców sąsiadujących z fermami. Kończyły się zastraszaniem rolników albo procesami sądowymi przeciwko protestującym ludziom. Z czasem rolnicy z okolicy nie mogli już nigdzie sprzedać hodowanych indywidualnie świń. Żywiec łaskawie kupowały tylko fermy Smithfielda, w zamian jednak rolnicy musieli siedzieć cicho.
 
Inspektorzy głusi, ślepi, niemi
Tymczasem wokół ferm szybko zaczęło cuchnąć. Dosłownie. Z powodu zbyt małych lagun przeznaczonych do wylewania gnojowicy fermy zaczęły wylewać ją na łąki, do lasu, a nawet do rzek. Do inspektoratów ochrony środowiska i do władz lokalnych zaczęły wpływać protesty. I nic. Inspektorzy tracili wzrok i węch. W ich raportach nie znaleziono informacji, że gnojowica jest wszędzie, że walające się szczątki padłych zwierząt rozciągane są po okolicy przez psy i lisy. Nic też im nie śmierdziało. Podobnie zachowywali się inspektorzy weterynaryjni. Pod fermą w Żabinie obok rozlanej na polu gnojowicy leżały padłe, rozkładające się już zwierzęta. Inspektor weterynaryjny tego nie zauważył. Tak samo wyglądały kontrole inspekcji sanitarnej. Główny inspektor sanitarny zagrożenia zakażeniem na kontrolowanych fermach nie widział. Podobnie jego koledzy.
W okolicy wsi Więckowice pojawiły się wielkie pryzmy gnojowicy. Niedługo potem powstała kolejna taka pryzma w Sierosławiu, nieopodal Więckowic. W chwilę potem ta ferma Smithfielda została uhonorowana przez ministra gospodarki, pracy i polityki społecznej Kryształowym Globem Liderów Eksportu. Nagrodę wręczył Wojciech Olejniczak, minister rolnictwa i rozwoju wsi.
W pobliżu Jeziora Niepruszewickiego pracownicy Smithfield Foods usypali nie stosując najmniejszych zabezpieczeń kilka wielkich pryzm odpadów z chlewni. W Gołdapi jest sanatorium dla chorych na górne drogi oddechowe. Tuż obok wyrosła pryzma gnojowicy. Chorzy wdychają świeże mazurskie powietrze... W jednej fermie odchody odprowadzano do rowu melioracyjnego. Żadna z ferm nie przedstawiła ekspertyzy stacji chemiczno-rolniczej potwierdzającej, że nawożenie jest prawidłowe, co jest podstawowym dokumentem w przypadku wylewania gnojowicy.
Większość ferm nie zawiadomiła inspektora sanitarnego o miejscu i rodzaju prowadzonej działalności, nie przedstawiła wyników badań wody do picia, nie poddała pracowników wymaganym szczepieniom, a nawet nie zarejestrowała działalności u powiatowego lekarza weterynarii i nie założyła księgi leczenia zwierząt.
 
Na dziko
Zatruwanie środowiska to tylko jeden przejaw naruszania prawa przez wielkoprzemysłowe fermy należące do Smithfielda.
Zgodnie z prawem ochrony środowiska oraz dyrektywą IPPC (96/61/WE) Unii Europejskiej w sprawie zintegrowanego zapobiegania i ograniczania zanieczyszczeń fermy trzody chlewnej, z obsadą na co najmniej 2000 stanowisk dla świń o wadze ponad 30 kg lub co najmniej 750 stanowisk dla macior, podlegają obowiązkowi uzyskania pozwolenia zintegrowanego. Wszystkie fermy, zgodnie z rozporządzeniem ministra środowiska z 2003 r., powinny uzyskać takie pozwolenie najpóźniej do końca grudnia 2004 r.
Ogromna większość ferm Smithfielda takiego pozwolenia nie ma i nie może go uzyskać, nie ma bowiem wystarczająco dużych lagun, odpowiednich zabezpieczeń itp. Większość ferm nawet o takie pozwolenie nie wystąpiła. Bo i po co? Jak zaczęło się robić gorąco, to minister środowiska przedłużał termin uzyskania takiego pozwolenia i fermy mogły funkcjonować nadal.
Większość ferm prowadziła i prowadzi działalność niezgodnie również z przepisami prawa budowlanego, m.in.: nie posiadają pozwoleń na zmianę sposobu użytkowania obiektów, przekroczyły zakres robót budowlanych zgłoszonych jako remont, wybudowały obiekty bez pozwolenia na budowę – np. silosy na paszę.
 
Amerykanie uprzedzali
Przed koncernem Smithfield Foods ostrzegał Polskę amerykański Instytut Ochrony Zwierząt (Animal Welfare Institute).
Amerykanie byli nauczeni doświadczeniem. W roku 1984, gdy na wybrzeżu Północnej Karoliny zaczęły pojawiać się pierwsze przemysłowe fermy świń, 27 000 prywatnych rolników hodowało trzodę. W 1996 r. było ich mniej niż 5000. W stanie Iowa liczba prywatnych producentów trzody zmalała z 40 000 do 16 000. W roku 1984 w Stanach Zjednoczonych było 670 000 prywatnych producentów. Ekspansja koncernów mięsnych spowodowała zamknięcie 2000 małych rzeźni. Głównymi przeciwnikami korporacji agrobiznesowych w Stanach Zjednoczonych są mieszkańcy wsi, którzy na własnej skórze doświadczyli przemysłowych metod hodowli trzody chlewnej. Tyle że tam ktoś chciał ich słuchać. Wielkoprzemysłowe fermy płacą wysokie kary na terenie USA. Dlatego szukają innych, bardziej tolerancyjnych miejsc do prowadzenia działalności. Najbardziej odpowiada im Polska i Ukraina, bo tu można spokojnie załatwić każdą lewiznę.
W USA w 1997 r. zdarzyło się, że z rynku wycofano 25 mln funtów mięsa zakażonego bakteriami coli i 35 mln funtów skażonych bakteriologicznie parówek. A u nas głośna sprawa Constaru (firma należąca do Smithfielda) i odświeżanych olejem wędlin i mięs skończyła się w zasadzie niczym. Firma, która powinna być z hukiem zamknięta, zamiast płacić ogromne kary, ma się dobrze i zdecydowała, że będzie teraz sprzedawała swoje produkty pod etykietą Krakusa.
 
Bezradność
– Te fermy to są twierdze – mówi Jakub Skorupski z Federacji Zielonych GAJA. – Tam nie dostanie się nikt z zewnątrz, a pracownicy panicznie boją się mówić, co się tam dzieje.
Federacja Zielonych GAJA protestuje od 2002 r. Pisali do wszystkich możnych w tym kraju. Przedstawiali dowody, dokumenty, zdjęcia. Osobiście skontaktowali się z szesnastoma inspektorami ochrony środowiska. Bez skutku.
Przez ostatnie 8 lat do NIK pisały wszystkie organizacje społeczne i ekologiczne z prośbą o kontrolę tych ferm. Nie ma po tym śladu.
Dopiero w drugiej połowie 2006 r. NIK podjęła kontrolę na stary wniosek sejmowej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Kontrolą objęto okres od stycznia 2004 do czerwca 2006 r. Poza naruszaniem prawa i przymykaniem na to oka osób odpowiedzialnych za nadzór stwierdzono, że zwierzęta są przechowywane w nieludzkich warunkach. Nie opisano metod zabijania zwierząt, ale sąsiedzi i pracownicy ferm mówią o wrzucaniu żywych świń do wrzątku, o wkładaniu ich głów do mechanicznej rozdrabniarki, która żywym osobnikom szatkuje mózg.
W kwietniu 2006 r. Samoobrona złożyła do Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi projekt ustawy o wielkoprzemysłowym tuczu trzody chlewnej i ograniczaniu jego negatywnych skutków dla środowiska. Projekt utknął w sejmowych komisjach. W międzyczasie skończyła się kadencja, a posłowie oskarżyli Leppera o przyjęcie łapówki od Smithfielda. Nie wiadomo, co się dzieje z postępowaniem prokuratorskim w tej sprawie.
Świnie mają się dobrze. Te hodowlane również.

3 komentarze:

  1. Smithfielda kupili Chińczycy, a co za tym idzie Animex już jest chiński... Amerykanie niszczyli środowisko, Chińczycy je zniszczą do końca!

    OdpowiedzUsuń
  2. Smithfield wymyśli sobie prostrzy sposób na obejście prawa, oddaje 40-kilowe świnki do rolników na okres 3 miesięcy. Za 3-miesięczną hodowlę rolnik dostaje 35 złotych od jednego prosiaka. Pasze dostarcza Animex - czyli Smithfield - obrzydliwe, oleiste - sam tłuszcz, nie wiadomo co w tym gównie jest. Świnie oprócz tego faszerowane są medykamentami pod kątem zwiększenia przyrostu masy. Następnie po ubiciu w zakładach mięsnych na terenie Polski tusze trasportowane są do chłodni poza terenem kraju np. na Słowacji, skąd już zupełnie legalnie wjeżdżają do Polski jako produkt konsupcyjny. Polscy rolnicy często znajdują się w sytuacji bez wyjścia i podejmują tą bandycką współpracę. Należy jeszcze dodać, że nigdzie w oficjalnych papierach jako producent wieprzowiny nie figuruje Smithfield-Animex.

    OdpowiedzUsuń