czwartek, 28 lutego 2013

Jego Magnificencja Szofer (NIE, 15/2010)


Podwiózł, wsadzili, nie wie za co.
 
W latach 90. ksiądz Eugeniusz W, pseudonim Dealer, wciągnął w interesy zakonnika pallotyna Mariana W. i Józefa W, mechanika utrzymującego się z działalności usługowej uboju bydła, oraz dwie siostry - katechetkę i organizatorkę spotkań Oazy.
Wykorzystując zapis ustawy kościelnej (art. 56) o zwolnieniu od cła darów na rzecz Kościoła, ściągano z zagranicy samochody i fałszowano dokumenty. Samochody kupowano u dealerów lub na szrotach w Niemczech, Austrii i Holandii. Następnie sporządzano fikcyjny akt darowizny (obdarowywał wujek, rodak, parafia w Niemczech, Austrii lub Holandii, ciotka itp.). Z tym aktem oraz zgodą kurii na przyjęcie daru przez parafię (na zgodach tych znajdowały się pieczęcie i podpisy pracowników kurii) zgłaszano samochody do odprawy celnej. Nie ściągano byle czego. Audi, mercedesy, bmw, alfy romeo.
 Potem auta kupowali adwokaci, lekarze, policjanci. Ksiądz Eugeniusz wpadł po 5 latach. Przez pazerność i głupotę. Jednym z rzekomych darczyńców okazał się muzułmanin, który potem oświadczył w śledztwie: Ze względów religijnych nie przekazałbym chrześcijaninowi żadnego daru. Kuria odcięła się od sprawy. O tym, jak to się stało, że biskupi firmowali przyjęcie niby-darowizn, biskupi milczą. Sam ksiądz powiedział jasno: Zostałem poświęcony dla sprawy. Rzucono mnie na żer. Ksiądz Genio stał się wzorem dla innych.
W 1995 r. powstał Chrześcijański Kościół Głosicieli Dobrej Nowiny. Na 58 kapłanów i dostojników 41 osób pozostawało w kręgu zainteresowania policji, 19 miało za sobą wyroki, a 5 było poszukiwanych listami gończymi. Dziś Kościół liczy podobno tysiące wyznawców. Pomysł zrodził się wśród odsiadujących wyroki członków grupy pruszkowskiej. Pomogli byli katoliccy księża. Statut Kościoła napisał kapelan, który siedział z nimi pod celą za nadużycia finansowe. Nauczył ich też przepisów podatkowych zwalniających Kościół z przeróżnych opłat. Stworzona przez nich instytucja okazała się tak silna, że przetrwała sam "Pruszków". Legalizowała pobyt cudzoziemcom (głównie Wietnamczykom). Wielu z nich przebywa tu w charakterze konsultantów Głosicieli Dobrej Nowiny. Kapłani pobierali też 10 proc. od odpisów podatkowych firm, które deklarowały fikcyjne darowizny "na cele kultowe". Potem darczyńca odliczał to sobie od podatku. Prokuratura ma dowody na kilka milionów złotych takich darowizn. Kościołem Głosicieli Dobrej Nowiny zafascynowany był Marek B., profesor informatyki, prorektor Politechniki Szczecińskiej. Tam znalazł ukojenie, dobre słowo. Bywało, że wspierał kapłanów, którym było tak ciężko finansowo, że nie mieli samochodu (!). Czasem więc Marek B. podrzucał ich to tu, to tam.
W październiku 2009 r. jego znajomy Marek M., też wyznawca Kościoła, poprosił profesora, by zawiózł biskupa Henryka M. i kapłana Władysława K. do firmy leasingowej. Tak zrobił. Tam jednak został zatrzymany przez policję i osadzony na policyjnym dołku. Chłop, jak twierdzi, pojęcia nie miał, o co chodzi. Okazuje się, że gdy Marek B. czekał w samochodzie, kapłan Władysław K. i jego guru poszli załatwić leasing na kradziony samochód. Nie udało się, bo pracownik firmy kapnął się, że dokumenty wozu są fałszywe. Tak panowie wpadli.
Biskup podczas przesłuchania milczał, dumnie patrząc w sufit, a ksiądz Władysław K. opowiadał. Głównie o tym, że pomysłodawcą i podżegaczem był prof. Marek B. Tak prorektor pozostał w areszcie na pierwsze 3 miesiące. W tym czasie asesor Prokuratury Rejonowej Warszawa-Ochota Krzysztof Sztur nie wykonał żadnej czynności procesowej z jego udziałem. Tymczasem informatyk uparcie twierdził, że nic nie rozumie. Miał podrzucić kapłanów i tyle. W międzyczasie do prokuratora zgłosił się ksiądz Władysław K. z prośbą o dodatkowe przesłuchanie. Skruszony przyznał, że kłamliwie pomówił Marka B. Został nakłoniony do złożenia takich zeznań, ale on nie chce mieć na sumieniu takiego brzemienia. Potwierdził, że prorektor był jedynie kierowcą. Asesor nie wziął jednak tego wyznania pod uwagę i zgłosił wniosek o kolejne 3 miesiące aresztu, argumentując, że wszystkie dowody wskazują na winę Marka B. Tymi dowodami były zeznania Władysława K., właśnie odwołane. Marek B. nigdy nie był widziany przez pracowników firmy leasingowej (a Kościół przepuścił przez firmę wiele trefnych aut), podczas okazania nikt go nie rozpoznał (jedynie kapłanów), nie figuruje w żadnym dokumencie, nigdy nie zgłaszał żadnego samochodu do sprzedaży. Gdy prorektor poprosił o konfrontację z Władysławem K., do czego ma pełne prawo, prokurator odmówił. Pełnomocnik profesora napisał do prokuratora zażalenie na zakaz wglądu do akt. Wskazał, że jest to naruszenie orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego oraz Trybunału Praw Człowieka i odebranie podejrzanemu prawa do obrony. Prokurator Krzysztof Sztur odpowiedział: ...udostępnienie obrońcy podejrzanego akt sprawy odbyłoby się ze szkodą dla prawidłowego toku tego postępowania. Zauważył też, że w sprawie należy wykonać wiele czynności procesowych. Nie wspomniał jednak, że żadnych czynności procesowych z udziałem podejrzanego nie wykonuje. Stwierdził, że szanuje decyzje obu wymienionych przez obrońcę trybunałów, ale akt nie udostępni. I wcale nie ogranicza prawa do obrony, bo przecież jak już skieruje akt oskarżenia do sądu, to Marek B. będzie mógł sobie zajrzeć w akta. Tymczasem Marek B. miał w celi dużo czasu na myślenie. I skojarzył, że zawsze, gdy miał gdzieś podrzucić kapłanów, prosił go o to właśnie Marek M. Darczyńca, honorowy członek Kościoła, który wielokrotnie pracował charytatywnie na jego rzecz. Tak w każdym razie myślał profesor. Poprosił o przesłuchanie Marka M. Bez skutku. Gdy we wniosku o przedłużenie aresztu prokurator argumentował, że prorektor nie może opuścić aresztu, dopóki nie zostanie przesłuchany Marek M., profesor zaczął wręcz błagać o to przesłuchanie. Cisza. Pełnomocnik profesora adwokat Kazimierz Pawelec też wielokrotnie prosił o to prokuratora. Po którymś z kolejnych takich pism adwokat dostał odpowiedź od prokuratora Sztura: Niestety, na chwilę obecną nie ustalono aktualnego miejsca pobytu Marka M. Prorektor odbywa więc kolejną 3-miesięczną sankcję. Poszukaliśmy igły w stogu siana, której od pół roku nie może znaleźć prokurator. Zajęło to nam... godzinę i 40 minut, choć w przeciwieństwie do prokuratora nie mieliśmy ani jego danych z miejsca zamieszkania, ani z miejsca pracy. Poszukiwany świadek przebywa obecnie na warszawskim Bródnie. Na cmentarzu. Od przeszło miesiąca nie żyje. Prokurator nie chciał komentować sprawy. A Marek B. siedzi, czekając na przesłuchanie nieboszczyka.
Marek B. nie może się bronić. Asesor odmówił adwokatowi profesora wglądu do akt. Stwierdził, że Marek B. działa w zorganizowanej grupie przestępczej i jeśli pozna zeznania innych, będzie utrudniał śledztwo.


1 komentarz: