czwartek, 28 lutego 2013

Spisek lekarzy (NIE, 29/2010) oraz (NIE, 36/2010)


Naczelny Sąd Lekarski to nawet nie jest sąd koleżeński. To sąd kolesiów. Liczne jego orzeczenia znamionuje przymykanie oka na błędy lekarzy nieudaczników, oszustów i niedouczonych ignorantów oraz eliminowanie tych medyków, którzy nie godzą się na takie praktyki swoich koleżanek i kolegów. Sprzeciwiają się temu wszelkie organizacje broniące praw człowieka, łącznie z trybunałem strasburskim, ale przedstawiciele sądów lekarskich mają to gdzieś. 

Dr Ryszard Frankowicz, ginekolog z Tarnowa, to lekarski dysydent. Głośno o nim w środowisku medycznym i wśród pacjentów, bo nie boi się sporządzać na prośbę pacjentów krytycznych opinii o działalności innych lekarzy i placówek medycznych. Pacjenci przedstawiają je potem w sądzie. Bywa, że wygrywają odszkodowania za błędy i zaniedbania. W 1996 r. wydał opinię dla pacjenta z chorą wątrobą. Stwierdził w niej, że szpital w Tarnowie przyczynił się do pogorszenia stanu jego zdrowia, odmawiając wykonania biopsji, przez co w porę nie zdiagnozowano, że ma marskość wątroby, i nie rozpoczęto prawidłowego leczenia. Za wydanie takiej opinii sąd lekarski przy okręgowej izbie lekarskiej ukarał go naganą wpisaną do akt, co zablokowało mu na kilka lat możliwość awansu zawodowego. Podstawą ukarania był art. 52 ust. 2 kodeksu etyki lekarskiej, który mówi, że lekarz powinien zachować szczególną ostrożność w formułowaniu opinii o działalności zawodowej innego lekarza, w szczególności nie powinien publicznie dyskredytować go w jakikolwiek sposób. Rzecznik odpowiedzialności zawodowej na sali sądowej stwierdził: dr Ryszard Frankowicz, sporządzając i wydając pacjentowi opinię, w której zawarł ocenę postępowania zawodowego innych lekarzy (zatrudnionych w Klinice Hepatologii w Tarnowie), w sposób oczywisty naruszył ugruntowane zasady należytego postępowania między lekarzami obowiązujące w środowisku medycznym. W 1997 r.
okręgowy sąd lekarski uznał lekarza winnym nieetycznego postępowania. Sąd nie badał, czy opinia była wykonana rzetelnie, gdyż uznał, że... kwestia dotycząca tego,
czy odzwierciedlała ona rzeczywistość, była nieistotna Podczas rozprawy dr Frankowicz wielokrotnie powtarzał: Celem pracy lekarza jest dobro pacjenta, a nie solidarność zawodowa z innymi lekarzami - ale nie przekonał nikogo. Sąd uznał, że jego działania były wysoce naganne i szkodliwe nie tylko dla kolegów lekarzy, ale również dla pacjenta, gdyż wydana opinia doprowadziła go do bezpodstawnego przekonania, że stał ńę ofiarą niesprawiedliwości.
Czyli Frankowicz naraził bliźniego na niepotrzebny stres. Autonomia wobec państwa i Europy
Po 11 latach ostracyzmu w środowisku zawodowym dr Frankowicz mógł powiedzieć, że istnieje sprawiedliwość. Orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego z 23 kwietnia 2008 r. (SK16/07) mówi, że nie można stosować art. 52 do opinii wypowiadanych zgodnych z prawdą i uzasadnionych ochroną interesu publicznego. Także wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (R. F. przeciwko Polsce, skarga nr 53025/99, wyrok z 16 grudnia 2008 r.) stwierdza, że karanie lekarzy za krytyczne opinie o prawidłowości leczenia pacjentów narusza wolność słowa (art. 10 konwencji). Trybunał w Strasburgu nakazał Polsce wypłacić lekarzowi odszkodowanie. Wyroki obu trybunałów ani nowe wytyczne do Ustawy o izbach lekarskich nie tylko nie zmieniły zapisu art. 52, ale nawet nie zrobiły żadnego wrażenia na ustawodawcy i przedstawicielach sądów lekarskich. Od 1 stycznia 2010 r. zaszły zmiany w Ustawie o izbach lekarskich. Tryb postępowania w sprawach odpowiedzialności zawodowej od tego czasu powinien być dostosowany do standardów z kodeksu postępowania karnego. Tymczasowe zawieszenie prawa do wykonywania zawodu wobec lekarza możliwe będzie jedynie wówczas, gdy zebrane dowody - z dużym prawdopodobieństwem - będą wskazywać, że popełnił on ciężkie przewinienie zawodowe, a jego dalsza praca będzie zagrażać bezpieczeństwu pacjentów (a nie lekarzy!) lub wskazywać, że może on popełnić kolejny błąd. Tymczasem miesiąc temu Naczelny Sąd Lekarski zawiesił w prawach wykonywania zawodu na okres trzech lat dr. Wojciecha Serwatkę, za to, że... powiedział policji, że jego szef ordynator bierze w łapę! Zorganizowana przez policję prowokacja doprowadziła do przyjęcia przez owego ordynatora łapówki (co zostało nagrane) i umieszczenia go w areszcie.
Żeby kolega koledze zrobił coś takiego - dziwił się rzecznik odpowiedzialności zawodowej, argumentując, że Serwatkę trzeba surowo ukarać. Według rzecznika, nawet jeśli widział jakieś naganne zachowania kolegi, to powinien powiedzieć 0 tym... przełożonemu. Doktor Tadeusz Pasierbiński, położnik z katowickiego szpitala, wkurzył się, gdy nowego ordynatora przywieziono w teczce. Tym bardziej że nieznany nikomu kandydat nie posiadał odpowiednich kwalifikacji. O ustawionym konkursie ordynatorskim zaalarmował wszystkich wokół - pisał do kolejnych instancji władz w służbie zdrowia, administracji państwowej 1 lokalnej. Odpowiedzi nie dostał, za to szybko zajął się nim rzecznik odpowiedzialności zawodowej. Komisja etyki okręgowej izby lekarskiej dyscyplinarnie napiętnowała Pasierbińskiego za pomawianie kolegów. Najpierw dostał naganę i zakaz awansu. Rzecznik powtarzał podczas rozprawy jak katarynka, że nie wolno źle mówić 0 koledze po fachu. Oskarżani przez niego lekarze wytoczyli sprawę karną o pomówienie i zniesławienie. Ściągnięta do szpitala kontrola oskarżyła lekarza o zaniedbania i błędy, uznając, że nie nadaje się do samodzielnej pracy w szpitalu. Efekt - kolejny proces przed sądem lekarskim 1 odsunięcie od dyżurów i zabiegów. Ze szpitala trafił do lokalnej poradni, potem w ogóle wyleciał z pracy z litanią zarzutów. W jego mieszkaniu, należącym do szpitala, dyrekcja drastycznie podniosła czynsz. Gdy nie zapłacił, nakazano mu opuścić lokal. - Zostałem bez pracy, z fatalnymi opiniami i procesami na karku - mówi lekarz. I z piętnem kapusia. A to dużo ważniejsze w tym środowisku niż opinia doskonałego lekarza i szacunek pacjentów. Po wielu latach przed sądami cywilnymi udowodnił, że nigdy nie zrobił niczego złego. Nakazano sądowi lekarskiemu cofnięcie nałożonych kar jako rażąco niesprawiedliwych. I co z tego?

Nietykalni
Można by rzec, że sądy lekarskie lubią łapówkarzy. Niedawno skazany prawomocnym wyrokiem za przyjmowanie korzyści majątkowej od pacjentów ordynator oddziału neurologii leżajskiego szpitala nie został ukarany przez sąd lekarski. Zdaniem kolegów z branży może i brał łapówki, ale... ich nie żądał. Chodzi o Zbigniewa P., którego leżajski sąd skazał na rok, i sześć miesięcy więzienia w zawieszeniu na cztery lata oraz karę grzywny w wysokości 25 tys. zł i pokrycie kosztów sądowych na kwotę ok. 6 tys. zł. Prokuratura oskarżyła go o wzięcie w 2008 r. dziewięciu łapówek. Jednak dla sądu lekarskiego nie jest to powód do ukarania lekarza. Wyjaśnienie przewodniczącego składu sądu lekarskiego jest co najmniej żenujące. - W materiale dowodowym prokuratury nie ma mowy o tym, że ordynator żądał łapówek. Nie było nawet dowodów na to, że sugerował pacjentom, iż wykona dane świadczenie po otrzymaniu korzyści majątkowych. W związku z tym wydałem takie orzeczenie, a nie inne - wyjaśnia Artur Czurczak, lekarski sędzia. Krystyna K., ginekolog z Opola, odkąd pamiętają ją koledzy, lubiła wypić. Wielokrotnie pod wpływem alkoholu przyjmowała pacjentki. Nigdy tego nie zgłaszali, bo wiedzieli, że to oni zostaną ukarani, a nie alkoholiczka. Aż wreszcie doszło do kilku tragedii, poronień, źle odebranych porodów. Wreszcie w Dzień Kobiet narąbana jak szpadel Krystyna K. potrąciła samochodem studentkę i uciekła z miejsca wypadku, nie udzielając pomocy ciężko rannej dziewczynie. Zwyczajnie pojechała na dyżur i pijana przyjmowała pacjentki. Odrębne od prokuratury śledztwo w sprawie Krystyny K. prowadził rzecznik odpowiedzialności zawodowej Opolskiej Izby Lekarskiej. - Zgłosiły się do nas panie, które potwierdziły, że Krystyna K. badała je, będąc pod wpływem alkoholu - przyznał dr Jacek Mazur. Po wnikliwym śledztwie lekarka dostała... naganę. Okazuje się, że już raz Krystyna K. stała przed sądem lekarskim za przyjmowanie pacjentek po pijaku. Ukarano ją wtedy upomnieniem, uznając za okoliczność łagodzącą wyrażenie skruchy przez K.

Pacjent to natrętna mucha
Kogo więc sąd lekarski nie lubi? Pacjentów, którzy próbują dochodzić swoich praw. Maciej Z. usunął 47-letniej Krystynie Chrzan nadmiar tłuszczu z powłok jamy brzusznej. Nastąpiły powikłania. Efekt? Makabrycznie zdeformowane, bolesne podbrzusze. Okręgowy Sąd Lekarski w Szczecinie uznał go winnym popełnienia błędu i ukarał... naganą. W sprawie Krystyny Chrzan co najmniej trzech biegłych lekarzy potwierdziło, że zniekształcenia są wynikiem operacji z 2001 r. Prof. Andrzej Zieliński, konsultant krajowy w dziedzinie chirurgii plastycznej, uznał wprost, że Maciej Z. nie miał prawa podejmować się operacji z dziedziny chirurgii plastycznej, bo... nie posiada takiej specjalizacji! O sprawiedliwość kobieta walczyła prawie cztery lata. Sąd lekarski ociągał się z wyrokiem. Na ponaglenia kobiety lekarze odpowiadali familiarnymi listami, np. przewodniczący sądu Wojciech Jagielski napisał jej: Pragnę poprosić po raz ostatni o kilkanaście dni cierpliwości. Ale termin wyznaczył dopiero pół roku później, a potem jeszcze raz go przesunął o kilka miesięcy. Kolejna rozprawa zaś została przełożona w związku ze śmiercią Naszego Ukochanego Ojca Świętego - chociaż miała się odbyć w trzy dni po pogrzebie papieża. W 2000 r. Sąd Rejonowy w Gdańsku uznał anestezjologa Macieja D. winnym nieumyślnego spowodowania śmierci 5-latka i skazał go na rok więzienia w zawieszeniu na dwa lata. Sprawę rozpatrywał także okręgowy sąd lekarski, który... udzielił mu nagany! Nie orzekł zakazu wykonywania zawodu, gdyż za okoliczność łagodzącą uznano fakt, że nie miał on jeszcze specjalizacji i pracował bez nadzoru, a aparat, którym się posługiwał przy znieczulaniu, był stary i trzeba go było dobrze znać. W kwietnia 2000 r. 53-letni Jerzy P. źle się poczuł. Zadzwonił po pogotowie. Powiedział dyspozytorowi, że odczuwa bardzo silny, promieniujący ból w klatce piersiowej, boli go też lewa ręka i zaczyna drętwieć ciało. Karetka przyjechała po godzinie. Jerzy P. twierdzi, że lekarz zbadał go, zrobił EKG, zmierzył ciśnienie, podał lekarstwo i kazał następnego dnia zgłosić się do przychodni rejonowej. Kiedy nazajutrz lekarka z rejonu obejrzała EKG wykonane przez pogotowie, kazała pacjentowi położyć się, nie ruszać i natychmiast wezwała karetkę, która zawiozła go do szpitala. Okazało się, że P. przeszedł rozległy zawał. Musiał poddać się operacji wszczepienia by-passów. Sąd cywilny przyznał rację pacjentowi - pogotowie ponosi odpowiedzialność za to, że nie udzielono choremu właściwej pomocy - uznał sędzia Dariusz Limiera. Sąd lekarski ukarał lekarza... upomnieniem.

Sędziowie, niesądziowie
Zgodnie z zapisem artykułu 56 Ustawy o izbach lekarskich, w skład Naczelnego Sądu Lekarskiego orzekającego w drugiej instancji wchodzą sędziowie Sądu Najwyższego wskazani przez pierwszego prezesa Sądu Najwyższego. Ale tak nie jest. W składach sędziowskich zasiadają tylko lekarze, bez żadnego przygotowania prawniczego. Sędziowie zawodowi nieoficjalnie mówią, że nie chcą brać udziału w tej farsie. Oni chcieliby wydać sprawiedliwy wyrok, ale czterech innych członków głosuje przeciwko ich decyzjom. Bronią swoich kolegów, niezależnie od tego, czy skrzywdzili chorego albo przyjmowali łapówki. Od miesiąca nawet odszkodowań, które przyznają pacjentom sądy cywilne, nie będą płacili sami lekarze, bo wprowadzono ubezpieczenie OC w razie popełnionych błędów.* Helsińska Fundacja Praw Człowieka dostaje setki listów z prośbą o interwencję. Podobnie Adam Sandauer, założyciel fundacji "Primum Non Nocere", która walczy o sprawiedliwość dla uśmierconych lub okaleczonych przez lekarzy chorych. Bez środków na życie i możliwości powrotu do zdrowia ofiara błaga bezskutecznie o pomoc. Powoli następuje degradacja bądź rozkład rodziny. Z czasem problem rozwiązuje się sam, drogą naturalną - argumentuje. O prawo do uczciwości walczą też ukarani przez sądy lekarskie ci lekarze, którzy odważyli się powiedzieć głośno o przewinieniach swoich kolegów po fachu. ?
askibniewska@redakcja.nie.com.pl * Z początkiem 2010 r. Ustawą o zawodach lekarza i lekarza dentysty rozszerzono obowiązkowe ubezpieczenie od odpowiedzialności cywilnej za szkody wyrządzone przy wykonywaniu czynności zawodowych. Obecnie obejmuje ono wszystkich lekarzy i lekarzy dentystów. Przepisy wykonawcze weszły w życie 12 czerwca 2010 r. Zgodnie z rozporządzeniem, ubezpieczenie OC lekarzy i lekarzy dentystów obejmuje szkody wyrządzone działaniem lub zaniechaniem ubezpieczonego, przy wykonywaniu czynności zawodowych. Zwiększa to bezpieczeństwo lekarzy przed skutkami ich błędów i niebezpieczeństwo dla pacjentów.
Artykuł 41 Ustawy o izbach lekarskich, zawarty w rozdziale 6 zatytułowanym "Odpowiedzialność zawodowa", brzmi: "Członkowie samorządu lekarzy podlegają odpowiedzialności zawodowej przed sądami lekarskimi za postępowanie sprzeczne z zasadami etyki i deontologii zawodowej oraz naruszenie przepisów o wykonywaniu zawodu lekarza". Szczegóły lekarze ustalają sobie sami dla siebie.
Dla sądu lekarskiego niedouczony lekarz to nic nadzwyczajnego. A skoro niewiele umie, ma prawo doprowadzić do śmierci pacjenta. Rocznie wpływa do rzecznika odpowiedzialności zawodowej około 2 tysiące skarg pacjentów. 90 proc. z nich jest odrzucanych. Te, które są rozpatrywane, kończą się albo uniewinnieniem beznadziejnego lekarza, albo symbolicznymi karami.
Sąd lekarski stwierdził, że dr Frankowicz wyraził negatywne opinie na temat zawodowego postępowania lekarzy. Czyniąc to, zdyskredytował ich w oczach pacjenta. Jego zachowanie było zatem sprzeczne z zasadą solidarności zawodowej, a w konsekwencji z postanowieniami artykułu 52 kodeksu etyki lekarskiej. Sądownictwo lekarskie kieruje się odrębnymi niż sądownictwo powszechne prawami, chociaż ustawy karne uchwalają wybrani przez ogół prawodawcy, a kodeksy zawodowe reprezentanci danego fachu w swoim odrębnym interesie.


Numer: 36/2010

Maciej Hamankiewicz
Przed miesiącem w "NIE" ukazała się publikacja pt "Spisek lekarzy" mówiąca o skandalicznych wyrokach ferowanych przez sądy lekarskie. Pokazaliśmy, jak izby i sądy lekarskie chronią tych medyków, którzy nigdy nie powinni byli nimi zostać. Pokazaliśmy, że nie jest to sąd koleżeński, ale sąd kolesiów. Publikacja Joanny Skibniewskiej zawierała opis przypadków błędów czy wręcz przestępstw popełnianych przez lekarzy, karanych za to w sądach powszechnych, a następnie uniewinnianych lub obdarzanych symbolicznymi wyrokami (upomnienie, nagana) w sądach lekarskich. Red. Skibniewska opisała też los lekarzy, którzy mieli odwagę przeciwstawić się złym czynom popełnianym przez kolegów: korupcji, niekompetencji czy pojmowanej na opak solidarności zawodowej. Lekarze, którzy usiłowali zwalczać te złe praktyki, byli surowo karani przez sądy lekarskie - najczęściej właśnie w imię korporacyjnej solidarności, którą zresztą nakazuje lekarski kodeks etyczny. Zainteresowani go sobie uchwalili w trosce o siebie, a na szkodę pacjentom. Tego, co w odpowiedzi na artykuł "Spisek lekarzy" napisał prezes Naczelnej Rady Lekarskiej Maciej Hamankiewicz, nie uznajemy za sprostowanie. Jego cechy określa Prawo Prasowe. Zdecydowaliśmy się jednak zamieścić ów list oraz - skoro to nie sprostowanie - odpowiedź, aby pokazać, jakimi argumentami posługuje się prezes NRL w celu obrony swojej korporacji. Najwyższy przedstawiciel środowiska lekarskiego staje bowiem na czele złych praktyk swego środowiska. Wyraża obojętność wobec dobra chorych dla chronienia tych uczynków lekarzy, które izby lekarskie powinny zwalczać. Red.
Sz. P. Jerzy Urban Redaktor Naczelny Tygodnik "NIE" "URMA" Sp. z o.o. ul. Słoneczna 25 00-789 Warszawa Szanowny Panie Redaktorze, na podstawie art. 31 pkt 1 ustawy z dnia 26 stycznia 1984 r. prawo prasowe (Dz. U. Nr 5, póz. 24 z późn. zm.) wnoszę o zamieszczenie w najbliższym numerze tygodnika "NIE" załączonego poniżej tekstu sprostowania nieprawdziwych informacji zawartych w artykule autorstwa Pani Joanny Skibniewskiej pt. "Spisek Lekarzy", który został opublikowany w tygodniku "NIE" nr 29 (1033) 15 lipca 2010 r. Z poważaniem Prezes Naczelnej Rady Lekarskiej Maciej Hamankiewicz

Sprostowanie
W związku z artykułem Pani Joanny Skibniewskiej pt. "Spisek Lekarzy" opublikowanym w tygodniu NIE nr 29 (1033) 15 lipca 2010 roku informuję, iż w treści artykułu znalazły się nieprawdziwe informacje wymagające sprostowania. Nieprawdą jest, iż cytuję "od 1 stycznia 2010 r. zaszły zmiany w ustawie o izbach lekarskich". W dniu tym weszła w życie nowa ustawa o izbach lekarskich, która co do zasady uchyliła ustawę o izbach lekarskich z dnia 17 maja 1989 r. Tymczasem Pani Skibniewska w swoim artykule dwukrotnie przytacza uchyloną ustawę. Nieprawdą jest jakoby "zgodnie z art. 56 ustawy o izbach lekarskich w skład Naczelnego Sądu Lekarskiego orzekającego w drugiej instancji wchodzą sędziowie Sądu Najwyższego wskazani przez pierwszego prezesa Sądu Najwyższego" oraz, że sędziowie Ci w anonimowych wypowiedziach nie chcą brać udziału w orzekaniu w sądach lekarskich. Sędziowie Sądu Najwyższego nie wchodzą w skład Naczelnego Sądu Lekarskiego od dnia 1 stycznia 2003 r., kiedy to weszła w życie ustawa z dnia 23 listopada 2002 r. o Sądzie Najwyższym uchylająca przepis art. 56 ustawy z dnia 17 maja 1989 r. o izbach lekarskich. Tym samym nieprawdziwe są twierdzenia, jakoby sędziowie Sądu Najwyższego nie chcieli brać udziału w działałności Naczelnego Sądu Lekarskiego, ponieważ obowiązujące od ponad 7 lat przepisy nie dopuszczają w ogóle takiej możliwości. W swoim artykule Pani Skibniewska myli również instytuq'ę tymczasowego zawieszenia prawa wykonywania zawodu opisaną w art. 77 ustawy z dnia 2 grudnia 2009 r. o izbach lekarskich, która jest swoistym środkiem zapobiegawczym stosowanym w szczególnych przypadkach przed prawomocnym rozstrzygnięciem sprawy, który może być porównany do stosowanego przez sądy powszechne tymczasowego aresztowania, z jedną z kar przewidzianych w art. 83 ust. 1 ustawy z dnia 2 grudnia 2009 r., tj. karą zawieszenia prawa wykonywania zawodu na okres od roku do pięciu lat. W opisanej przez Panią Skibniewska sprawie Naczelny Sąd Lekarski orzekł wobec lekarza Wojciecha S. karę zawieszenia prawa wykonywania zawodu tym samym nieprawdziwe jest stwierdzenie, iż Naczelny Sąd Lekarski zastosował w stosunku do Wojciecha S. tymczasowe zawieszenie prawa wykonywania zawodu. Nieprawdziwym jest twierdzenie, iż w wyniku jakichkolwiek spraw cywilnych prowadzonych przez Pana Tadeusza Pasierbińskiego "nakazano sądowi lekarskiemu cofnięcie nałożonych kar jako rażąco niesprawiedliwych". Obowiązujące przepisy nie przewidują opisanej przez Panią Skibniewska procedury nakazania cofnięcia kar. Nieprawdziwym jest twierdzenie, iż w wyniku wprowadzenia obowiązkowego ubezpieczenia odpowiedzialności cywilnej lekarzy nie będą oni płacili odszkodowań za ewentualne błędy. Wprowadzenie obowiązku ubezpieczenia od odpowiedzialności cywilnej doprowadzi do zwiększenia bezpieczeństwa pacjentów w przypadku powstania szkody związanej z leczeniem. W przypadku szkody powstałej z winy lekarza pacjent będzie mógł dochodzić odszkodowania od firmy ubezpieczeniowej, co gwarantuje większy stopień bezpieczeństwa związany z możliwością pokrycia niekiedy wysokich odszkodowań. Nieprawdą jest również, iż 90% spośród wpływających rocznie do rzeczników odpowiedzialności zawodowej skarg "jest odrzucanych". Rzecznicy odpowiedzialności zawodowej wydają następujące postanowienia kończące sprawy: - o odmowie wszczęcia postępowania, gdy treść skargi nie daje podstaw do uznania, iż zachodzi prawdopodobieństwo popełnienia przewinienia zawodowego; - o umorzeniu postępowania, kiedy prowadzone postępowanie nie daje podstaw do wniesienia wniosku o ukaranie do sądu lekarskiego, bądź zachodzi przesłanka uniemożliwiająca prowadzenie postępowania; - o skierowaniu wniosku o ukaranie do sądu lekarskiego. Wśród sposobów zakończenia postępowania nie ma więc opisanego przez Panią Skibniewska "odrzucenia skargi".

Od autorki
Pisząc o skandalicznych wyrokach korporacyjnych sądów lekarskich, miałam nadzieję, że wysoki reprezentant tego środowiska odniesie się do szczegółowo opisanych przypadków, gdzie sądy lekarskie chroniły pijaków, nieudaczników i łapówkarzy. Liczyłam na to, że zainteresują kogoś losy lekarzy surowo ukaranych za czynne sprzeciwianie się złym praktykom. Tymczasem w odpowiedzi na moją publikację prezes Naczelnej Rady Lekarskiej wytknął mi rzekome nieścisłości, w ogóle nie odnosząc się do istoty sprawy. Przy tym nawet w tych drobiazgach pan prezes się myli lub po prostu się czepia. 1) Nieprawdą jest iż "od 1 stycznia 2010 r. zaszły zmiany w ustawk o izbach lekarskich". W dniu tym weszła w życie nowa ustawa o izbach lekarskich. Wskutek zmian w ustawie o izbach lekarskich, które weszły w życie 1 stycznia 2010 r., ma ona inną treść. Zmiana ustawy, czy zmiany w ustawie - rozróżnienie to ma znaczenie tylko formalne. Ważne, że owe zmiany zwiększają prawa pacjenta, ustawiają większą rozpiętość stosowanych kar i większą jawność prowadzonych spraw. O tym właśnie napisałam. 2) Nieprawdą jest jakoby "zgodnie z art. 56 ustawy o izbach lekarskich w skład Naczelnego Sądu Lekarskiego w drugiej instancji wchodzą sędziowie Sądu Najwyższego" oraz, że sędziowie ci w anonimowych wypowiedziach nie chcą brać udziału w orzekaniu w sądach lekarskich. Opisywałam historię kształtowania sądów. Przed 1 stycznia 2003 r. sędziowie Sądu Najwyższego wchodzili w skład NSL, ale nie chcieli brać udziału w orzekaniu sądów lekarskich, gdzie byli zdominowani przez lekarzy i bezsilni. I to dlatego zmieniono ustawę i wyłączono sędziów SN z konieczności zasiadania w NSL. Rozmawiałam z nimi i przytoczyłam ich wypowiedzi - anonimowo; bo sędziowie, dając nazwisko, nie powtórzą oceny: farsa. Powody wycofania sędziów z sądownictwa lekarskiego są obficie przedstawione w dokumentacji dotyczącej tworzenia ustawy. 3) W opisanej przez Panią Skibniewska sprawie Naczelny Sąd Lekarski orzekł wobec lekarza Wojciecha S. karę zawieszenia prawa wykonywania zawodu, tym samym nieprawdziwe jest stwierdzenie, iż Naczelny Sąd Lekarski zastosował w stosunku do Wojciecha S. tymczasowe zawieszenie prawa wykonywania zawodu. Nie ma żadnej istotnej różnicy między moim określeniem "tymczasowe zawieszenie prawa wykonywania zawodu", a określeniem prezesa Hamankiewicza - "kara zawieszenia prawa wykonywania zawodu". Zawieszenie oznacza tymczasowość, w odróżnieniu od "odebrania" prawa wykonywania zawodu. Ważne jest, że doktorowi Wojciech Serwatko odebrano możliwość leczenia na okres 3 lat za udział w policyjnej akcji wymierzonej w lekarzy-łapówkarzy. Tak surowa kara nie spotkała lekarzy, którzy pijani zabijali swoich patentów. Spotkała za to lekarza, który ośmielił się nasrać we własne gniazdo, ujawniając praktyki swojego przełożonego. Do tej kwestii prezes Hamankiewicz jednak nie chciał się odnieść. Choć to zachęta do krycia postępków kolegów - nasz zasadniczy zarzut wobec korporaqi. 4) Nieprawdziwym jest twierdzenie, iż w wyniku jakichkolwiek spraw cywilnych prowadzonych przez Pana Tadeusza PasierbińskieI go nakazano sądowi lekarskiemu cofnięcie nałożonych kar jako rażąco niesprawiedliwych. Jak napisałam, sąd pracy przywrócił do pracy doktora Pasierbińskiego, wyrzuconego z powodu decyzji sądu lekarskiego. Inny sąd - cywilny - stwierdził jasno, że orzeczenie sądu lekarskiego mówiące o tym, że ów lekarz działał na szkodę szpitala (za co też został ukarany przez korporacyjny trybunał), jest rażąco niesprawiedliwe. Poza tym sąd ten powiedział wyraźnie, że lekarz nie popełnił żadnego błędu i może dalej wykonywać pracę. Jeżeli - jak pisze pan prezes - "obowiązujące przepisy nie przewidują procedury cofnięcia kar", to tym gorzej dla tych przepisów i lekarzy bawiących się w wymiar sprawiedliwości nierespektujący prawa i decyzji sądownictwa państwowego. 5) Nieprawdziwym jest stwierdzenie, iż w wyniku wprowadzenia obowiązkowego ubezpieczenia od odpowiedzialności cywilnej lekarzy nie będą oni płacili odszkodowań za ewentualne błędy. Podtrzymuję stwierdzenie, że obowiązkowe ubezpieczenia od odpowiedzialności cywilnej spowodują, iż to nie lekarze z własnej kieszeni będą płacić pacjentom za szkody powstałe z winy lekarzy, lecz towarzystwa ubezpieczeniowe. Zniknie ryzyko lekarza, że poniesie materialną odpowiedzialność za błąd, zaniedbanie, nieuctwo więc pacjenci będą mniej bezpieczni. Pan prezes zresztą temu nie zaprzecza, czemu więc nakazuje to prostować? 6) Nieprawdą jest, iż 90% spośród wpływających rocznie do rzeczników odpowiedzialności zawodowej skarg "jest odrzucanych". Znów chodzi o słówka, a nie o problem. Czy skargi są "odrzucane", czy wydawane są "postanowienia o odmowie", czy też "postanowienia 0 umorzeniu", nie ma żadnego znaczenia dla istoty problemu. Rzecznicy, powodowani fałszywie rozumianą solidarnością zawodową, chronią swoich kolegów, nawet w tych przypadkach, gdy ich błędy są oczywiste i jawnie zawinione. Pan prezes Hamankiewicz jest lekarzem. Ufam, że lepiej umie leczyć niż czytać publikacje i odpowiadać na nie.

1 komentarz:

  1. popieram ,sądy lekarskie to farsa ,mówia i piszą co chcą i tak nikt im nic nie zrobi ,w niczym nie różnią się od przestępców którzy nas oszukują i to są lekarze ? organizacja mafijna ,jestem to wstanie udowodnić, ale po skończonej sprawie w Sądzie Powszechnym jeżeli do niej dojdzie,znajomi oceniają znajomych ,zabawne lub tragiczna rzeczywistość Paweł.D

    OdpowiedzUsuń