Trędowaci 2013.
Na Mikołaja czeka tylko najmłodszy. Reszta dzieciaków wie, że te święta mogą być najgorsze w ich życiu.
Jest ich troje.
– Szatany! – wołały za nimi katolickie dzieci na ulicy w Zawierciu.
Katolicy
mieli powody. Według nich dzieci są nieczyste, bo niechrzczone. Matka
związała się z innowiercą – jehowitą. Teraz za to wszyscy muszą
zapłacić.
Stracili dom, kolegów i poczucie bezpieczeństwa. Matka może stracić wolność.
– To kara za odstępstwo od wiary – powiedział im ks. Henryk Kowalski, proboszcz zawierciańskiej parafii.
Pod górkę
Jadwiga
wyszła za mąż za świadka Jehowy. Miłość się skończyła, bo na horyzoncie
pojawiła się inna kobieta. Jadwiga z trójką dzieci wyprowadziła się.
Zamieszkała w Zawierciu. Dzieci poszły do nowej szkoły.
I zaczął się cyrk.
–
Chciałam, żeby zostały ochrzczone i żeby najstarsza córka poszła do
komunii. Wychowałam się w wierze katolickiej, mój mąż jednak nigdy nie
pozwalał mi mówić o tym dzieciom. Wychowywał ich w swoim wyznaniu – mówi
Jadwiga.
Najstarsza, 8-letniaPaulina zaczęła chodzić na religię.
Katechetka na lekcji powiedziała, że Paulina nie jest ochrzczona i że
cały czas w niej mieszka Szatan. Dzieci najpierw zaczęły się jej bać, a
potem regularnie ją biły. Rodzice nie pozwolili się z nią bawić. Nie
wolno im było siedzieć z nią w ławce, nie wolno było rozmawiać. Zakaz
ten dotyczył także pozostałej dwójki rodzeństwa.
Paulina była kłuta na lekcji cyrklem, dzieci darły jej zeszyty i deptały rysunki robione na lekcji.
– Sekciary – mówiono o dziewczynce i jej matce.
Jadwiga
robiła, co mogła. Rozmawiała z wychowawczynią, z dyrektorką szkoły, z
innymi matkami. Rozmowy te prowadziły do jeszcze większych szykan.
Z nożem
Ona
też miała coraz bardziej pod górę. W Zawierciu wszyscy się znają.
Sekciara nie miała szans na utrzymanie pracy. Gdy tylko pracodawca
dowiadywał się, że jej dzieci są nieczyste, traciła robotę.
– Z nami
tacy nie pracują – słyszała. Jadwiga I. słownie zmuszała mojego syna,
żeby bawił się z jej córką. Ja sobie nie życzę, by ona i jej rodzina
mieli dostęp do moich dzieci – złożyła przed prokuratorem oświadczenie
jedna z matek. Dlaczego przed prokuratorem?
– Jesteś bandytką, gruba
kurwo! – zaczepiła Jadwigę babcia jednej z klasowych koleżanek Pauliny. –
Zapamiętasz nas. Albo się stąd wyniesiecie, albo wsadzimy cię do
więzienia.
W kilka dni potem jedna z matek przyszła na policję z
informacją, że Jadwiga zmusza siłą jej dziecko do zabawy z Pauliną. 2
dni później już troje rodziców złożyło doniesienie na policję, że
Jadwiga groziła ich dzieciom wszkolnej szatni, przystawiając im scyzoryk
do szyi. Miała mówić, że jeśli nie będą się bawić z jej córką, to ona
je zabije.
Nie było świadków tego zdarzenia. Dzieci po tym
dramatycznym przeżyciu normalnie poszły na lekcję. Nic się z nimi nie
działo. Opowiedziały rodzicom po tygodniu. Jedynym dowodem były zeznania
trzech 8-latków,które jak marionetki mówiły, że nie chcą o tym mówić.
Psycholog powiedział, że to pewnie z powodu przeżytej traumy. Jadwiga
poprosiła o nagranie zmonitoringu, który w szkole i w szatni był zawsze.
Nagle jednak monitoring zdjęto… Osoby składające doniesienie to trójka
komunij na: katechetka, pani dekorująca kościół kwiatami i babcia, która
nawyzywała Jadwigę. Doniesienie złożyły w grudniu zeszłego roku, tuż
przed świętami.
Jadwiga wypisała dzieci z religii, przestały też
chodzić do kościoła, a Paulina zrezygnowała z pierwszej komunii, choć
bardzo chciała mieć długą sukienkę i wianek. Myśleli, że to coś zmieni.
Mylili się. Z każdym dniem było gorzej.
O niechrzczonych dzieciach
mówił proboszcz Henryk Kwiatkowski podczas niedzielnych kazań – o tym,
że należy im wskazać drogę do Boga, nie zadając się z nimi. Wymieniał
ich z nazwiska, mówił, do której klasy chodzą dzieci. Potem zaczął też
mówić z ambony o ich matce, która chciała zabić katolickie dzieci nożem.
Po wyroku
Sprawa trafiła do sądu. Jadwiga I. została oskarżona o to że:
–
stosowała przemoc psychiczną polegającą na wywołaniu uczucia strachu
wobec jednego z chłopców w celu zmuszenia go do zabawy z jej cór ką;
– kierowała słowa gróźb pozbawienia życia pod adresem dzieci, czym wzbudziła ich uzasadnioną oba wę;
– przystawiła nóż do gardła dziewczynce w celu jej zmuszenia do zabaw z jej cór ką.
Sąd
wydał wyrok na posiedzeniu niejawnym. Uznał Jadwigę I. za winną
zarzucanych czynów i skazał ją na 300 zł grzywny. Wyrok zapadł w
postępowaniu nakazowym.
Kobieta się odwołała. Wiedziała, że to żadna kara, ale czuła się niewinna.
– Nigdy bym czegoś takiego nie zrobiła. Sama mam dzieci.
I zaczęła się jazda.
Skierowano ją na badania psychiatryczne.
Natychmiast
pojawili się u niej pracownicy Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej i
kurator sądowy. Po co? Żeby sprawdzić, czy można odebrać jej dzieci.
Kurator
Arkadiusz Socha, który przyszedł do Jadwigi, stwierdził, że dzieci nie
słuchają poleceń matki, są raczej głośne i bałaganią. Trójka bachorów
jest głośna i śmieci… – z tego powodu uznał, że matka nie nadaje się do
wychowywania dzieci. W opinii kuratora nie ma ani słowa o tym, że dzieci
są najedzone, mają warunki do nauki, są ubrane, zdrowe, czyste i
bardzo, bardzo się kochają.
Zaczęły napływać doniesienia, że Jadwiga
robi awantury i wszczyna burdy. Sąsiadki twierdziły, że w nocy kopie w
ich drzwi. Jadwiga stawała przed sądem i była ustawicznie karana.
Sprawy
prowadził sędzia Jarosław Noszczyk. Jakie były dowody jej winy?
Zeznania sąsiadek. Gdy jednak Jadwiga przyniosła nagranie, na którym
sąsiadka krzyczy, że urwie łeb jej i jej szatańskim bachorom, sędzia
uznał, że nic na nagraniu nie słychać. Chociaż słychać…
W
postępowaniu przed sądem sędzia Noszczyk odrzucał wszystkie wnioski
dowodowe Jadwigi I. Nie chciał przesłuchać jej córki ani woźnej, która
wtedy pełniła dyżur w szatni. Było to tym bardziej bezzasadne, że bez
obecności szatniarki nie można było dostać się do boksu danej klasy.
Sędzia nie dopuścił też wyjaśnień samej oskarżonej, gdy chciała
opowiedzieć, jakie są motywy działania tych, którzy ją oskarżają. Sędzia
Noszczyk uznał je za nieistotne.
Biegusiem też wydał wyrok. Winna. I skazał ją na 5 miesięcy więzienia.
Kobieta
napisała apelację. Sąd apelacyjny nie miał najmniejszych wątpliwości –
wyrok wydany z rażącym naruszeniem prawa. Przede wszystkim jednostronny i
nieobiektywny, a wmateriale dowodowym nie dość że nic nie trzyma się
kupy, to jeszcze nie ma dowodów winy Jadwigi I. Sprawę skierowano do
ponownego rozpoznania. Znowu w Zawierciu.
Na wygnaniu
Katolicy z Zawiercia dopięli swego. Jadwiga wraz z trójką dzieci wyniosła się z miasta.
– To było jak polowanie – mówi.
Wróciła
do wioski, gdzie się wychowała. Ale nie stać jej na wynajęcie
mieszkania. Wraz z siostrą Marią walczą o przeniesienie tej sprawy z
Zawiercia gdziekolwiek indziej.
Żyją bardzo skromnie wstarym
rozsypującym się domu. Obok mają psychicznie chorą matkę. I codziennie
przypominają sobie, jak w dzieciństwie były zmuszane do praktyk
religijnych. Matka codziennie była w kościele i odmawiała wieczorem
różaniec. Dziadek śpiewał w kościelnym chórze. Nie lubił kobiet. Nawet z
własnymi wnuczkami nigdy nie rozmawiał. Tylko z wnukiem. Ciężką rękę
miał dla kobiet.
Dzieci zmieniły szkołę. Chodzą do Miechowa. Paulina
jest zdziwiona, że tutaj nauczycielka nie każe jej przynosić mleka dla
całej klasy, że nie wysyła jej po kredę, że traktuje ją jak inne dzieci.
Dziwi się, że nauczyciel nie powtarza jej: To po to, żebyś się nauczyła
pokory!
– Tutaj jest normalnie – mówią dzieciaki.
– Święta? Ja
już w nic nie mam siły wierzyć – mówi siostra Jadwigi. Jadwiga boi się
to powiedzieć, bo zaraz wszyscy zaczną ją nienawidzić.
Na opłatku
Prezydent
Miasta Zgierza Iwona Wieczorek zaprosiła na III Zgierskie Spotkanie
Wigilijne 15 grudnia 2013 r. na plac Jana Pawła II. Były kolędy śpiewane
przez chóry kościelne i składanie życzeń, dzielenie się opłatkiem władz
miasta i zgierskiego duchowieństwa z mieszkańcami.
Dobrze, że Jadwiga i jej dzieci już do nich nie należą…
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sędzia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sędzia. Pokaż wszystkie posty
środa, 2 kwietnia 2014
niedziela, 29 grudnia 2013
Dziecka mycie skraca życie (NIE Nr 45/2013)
Przykład tego, że z kąpielą można wylać nie tylko dziecko, ale też jego ojca. Ojca naznaczonego pedofilią.
Jak mówią specjaliści, nic tak nie wpływa na obniżenie poziomu przestępczości, jak nieuchronność kary. Ciekawe, co mówią badania na temat nieuchronności kary niezasłużonej? Służymy modelem do badań. Krzysztof Rawicki z Leszna. Właśnie boi się żyć po wyjściu z więzienia.
Do tego strachu dochodził długo. Powiedzieć, że z żoną się nie układało, to mało. Było naprawdę źle. Rawicki to łobuz: zdrady, awantury, alkohol, rękoczyny. Żona wyprowadziła się z domu do matki. Biegała do różnych organizacji kobiecych i interwencyjnych, żeby to wytrzymać. Nie dało się…
Za wszelką cenę
We wrześniu 2006 r. małżonka składa doniesienie o przemocy domowej, w listopadzie Krzysztof dobrowolnie poddaje się karze – rok więzienia w zawieszeniu na 3 lata. Wie, że źle zrobił. Wziął na klatę, do wszystkiego się przyznał. Od złożenia zawiadomienia Krzysztof wyprowadza się z domu, żeby nie wracać do złego. 20 grudnia 2006 r. żona składa pozew o rozwód z jego winy. Nic dziwnego. Rozwód orzeczono 22 lutego 2007. Koniec. I on, i żona powinni zacząć nowe życie. Niekoniecznie…
Dzień po złożeniu pozwu, czyli 21 grudnia 2006 r. żona składa zawiadomienie o przemocy domowej i próbie gwałtu. Policja odmawia wszczęcia postępowania. Zawiadomienie dotyczy tego okresu, za który Rawicki poddał się karze. Nie ma nowych przesłanek do ponownego prowadzenia postępowania.
Dokładnie miesiąc później na pierwszej rozprawie rozwodowej na żonę Rawickiego spada ciężki cios. Dowiaduje się, że nie ma żadnych praw do mieszkania, w którym oboje do tej pory zamieszkiwali, ponieważ mieszkanie to Krzysztof kupił, zanim wstąpił w związek małżeński.
To nie jest miłe. Może z tego wkurwienia, może z poczucia bezradności – tego samego dnia kobieta składa zażalenie na odmowę wszczęcia postępowania z grudniowego zawiadomienia. Doniesienie była żona uzupełnia podczas kolejnych wizyt w prokuraturze. Wraca jej pamięć. Prokurator wdzięcznie słucha. I chyba bezmyślnie, bo tak naprawdę nic nie trzyma się kupy.
I tak 21 grudnia kobieta mówi o gwałcie. Opisuje szczegółowo, powołuje się na obecność matki podczas gwałtu. Że niby widziała, jak mąż ją przyciskał na blacie kuchennym. To zrozumiałe, traumatyczne przeżycia mocno odciskają się w pamięci. Powtarza te zeznania 27 lutego 2007 r.
Pamięć jednak może płatać figle,bo okazuje się, że nie powiedziała wszystkiego. To, o czym nie pamiętała od września 2006 r. ani w prokuraturze, ani podczas sprawy rozwodowej, nagle stanęło jej przed oczami. A nie jest to byle jakie wspomnienie. Chodzi o molestowanie ich małoletniego syna, wówczas 4-latka. Dopiero 2 marca jego matka przypomina sobie, że należy uzupełnić zarzuty wobec Krzysztofa o molestowanie seksualne. Według niej Rawicki wielokrotnie wkładał chłopcu palec w odbyt podczas kąpieli.
Kobieta plącze się w zeznaniach. Najpierw mówi, że syn powiedział jej o tym 22 lutego 2007 r. Potem zeznaje, że syn mówił jej o molestowaniu w grudniu. Potem, że dowiedziała się o tym od syna w styczniu 2007 r. To poważne rozbieżności. Ale i zarzut jest poważny. Prokuratura chętnie podejmuje ten wątek. Fajnie jest udupić pedofila…
Tymczasem Rawicki miota się jak w klatce. Aniołem nie jest, skakał z łapami do żony, ale nigdy, przenigdy nie dotknąłby dziecka. Nigdy nie wkładałby mu paluchów w pupę!
Zbrodnia na czasie
Prokuratura w Lesznie ochoczo stawia Krzysztofowi Rawickiemu zarzuty w styczniu 2008 r. Dorzuca do tego uporczywe uchylanie się od łożenia na dziecko. I oczywiście gwałt na byłej żonie, ten na kuchennym blacie.
Rawicki przyznaje się do niepłacenia alimentów. Żył jak w matni. Funkcjonował jak zombie. Nie miał kasy. Ale kategorycznie odmawia przyznania się do gwałtu i molestowania dziecka. Mimo to zostają zastosowane wszelkie środki zapobiegawcze. Zakaz kontaktowania się z żoną i synem. Rawicki ani myśli naruszać tego zakazu, bo zwyczajnie boi się zbliżać do dzieciaka. Choć twierdzi, że bardzo tęskni.
Prokuratura kieruje go na badania psychiatryczne – jak każdego podejrzanego o pedofilię. Badanie trwa kilka minut. Nie pozostają z niego nawet notatki. Może dlatego opinia nie powstaje w terminie i dopiero po ponagleniach prokuratury biegli ją sporządzają. Oczywiście pomyśli prokuratury.
Rawicki nic nie rozumie i wnosi o ponowne badanie oraz obserwację psychiatryczną. Jego wniosek jednak nie zostaje uwzględniony. Pisze, gdzie się da. Jak grochem o ścianę.
Skazany przed wyrokiem
Akt oskarżenia opiera się przede wszystkim na zeznaniach skonfliktowanej z Krzysztofem byłej żony. Mówi o wielokrotnym molestowaniu syna w latach 2004–2006w łazience. Sąd nie zwraca uwagi na mnożące się wątpliwości: w jaki sposób miałyby się dokonać zarzucane czyny, skoro mieszkanie miało 30 mkw., łazienka nie była zamykana, a molestowanie musiałoby wywoływać głośne reakcje dziecka? Dlaczego kochająca, troskliwa matka zgadzała się na kąpanie syna przez ojca, skoro ponoć syn ją błagał, żeby nie robił tego tata? I nigdy nie zainteresowała się tym, co się dzieje w łazience? Nawet gdy mały strasznie pła kał, jak zeznawała w prokuraturze…
Rawicki staje przed sądem. Jest skazany, zanim wydano na niego wyrok.
Podczas rozprawy biegłe psycholog dziecięce, mówiąc o molestowaniu seksualnym dziecka, zeznawały: Mógł to być ewentualnie czyn jednorazowy. Ma się to nijak do wydanej wcześniej opinii. Wówczas napisano: Nie można jednoznacznie stwierdzić, jakiego rodzaju przemocy dziecko doznało. Potem jeszcze jedna z nich powie: W mojej ocenie byłoby wskazane, aby analogiczną rozmowę przeprowadzić z oskarżo nym, ale nikogo to nie obchodzi. Sędzia nie przychylił się do wniosku biegłej.
Przesłuchiwany był także chłopiec, choć nie musiał. Nikt mu jednak nie powiedział, że może odmówić składania zeznań przeciwko ojcu. Zeznania dziecka nie zostały zarejestrowane, co jest obligatoryjne. Protokół z zeznań chłopca mówi, że tata kazał mu wypiąć tyłek. Bił go, jeśli nie chciał tego zrobić. Apotem wkładał mu palec w pupę i dziwnie wtedy wzdychał. Podczas tych czynności chłopiec miał głośno krzyczeć. Czyżby matka nie słyszała krzyków w 30-metrowym mieszkaniu?
Bez litości
Prokurator żądał 5 lat więzienia. Sędzia Sądu Rejonowego w Lesznie Tomasz Momot wydawał się nie mieć żadnych wątpliwości. Skazał Krzysztofa Rawickiego na 7,5 roku. To więcej niż chciał prokurator! Czy na surowość sędziego Momota miała wpływ niedawna jego kompromitująca wpadka, gdy wskutek jego zaniedbań przestępca wyszedł na wolność? W tej sprawie toczyło się postępowanie dyscyplinarne, ale Sąd Najwyższy nie zgodził się na uchylenie immunitetu sędziemu Momotowi.
Rawicki oniemiał. Do końca wierzył, że przecież nie można go skazać za coś, czego nie zrobił. A jednak… Pozostało mu więc apelować i krzyczeć o sprawiedliwość. Krzyk został wysłuchany.
Sąd apelacyjny uchylił wyrok w całości i przekazał sprawę do ponownego rozpatrzenia. Wskazał na poważne uchybienia, ale sądowi rejonowemu wystarczyły dwie rozprawy, by wydać wyrok ponownie. Nie bawił się nawet w przesłuchiwanie istotnych świadków. Zapytał tylko chłopca, który nie chciał odpowiadać na inne pytania, czy potwierdza poprzednie zeznanie. Odpowiedział, że tak. I rozpłakał się.
Sąd oczywiście wyłączył jawność rozpraw. Uczynił to jednak dopiero po wejściu na salę wszystkich dziennikarzy i zrobieniu przez nich zdjęć. Zaprosiła ich na rozprawę żona Rawickiego. Cała lokalna prasa pisała o 38-letnim Krzysztofie R., który molestował własne dziecko. Sąd mógł w ogólne nie zadawać sobie trudu utajniania, bo i tak wszyscy wiedzieli, o kogo chodzi. Leszno to dziura…
Zboczeniec w życiu płodowym
Nie dało się jednak udowodnić w ponownym postępowaniu, że Rawicki zgwałcił żonę. Odrzucono ten zarzut. Tymczasem molestowanie seksualne syna utrzymało się, ale nie w takiej skali, jak poprzednio. Już nie wielokrotnie Rawicz miał wsadzać dziecku paluchy, ale tylko raz, w nieustalonym momencie w latach 2004–2006. W obu tych zarzutach podstawą były zeznania byłej żony Rawickiego. To wystarczyło, żeby uznać faceta za pedofila.
Potem w więzieniu przeprowadzono badanie seksuologiczne z jego udziałem. Po przeczytaniu opinii biegłej Sądu Okręgowego w Poznaniu Mirosławy Majerowicz-Klaus nie wiadomo – śmiać się czy płakać. Według niej Rawicki ma zaburzoną seksualność z wielu powodów. Zaburzenia zaczęły się już w życiu płodowym, bo jego matka prawdopodobnie paliła papierosy w ciąży. W okresie niemowlęcym uczucie przyjemności zostało zaburzone, bo rodzice… pracowali zawodowo. Potem też mu zaburzono seksualność, bo poszedł do przedszkola. Potem w szkole nie identyfikował się z płcią przez brak osobowości nauczycie li. A to, co go zaburzyło całkowicie, to fakt, że jako 16-latek masturbował się pod wpływem pornografii. Z tego widać, że każdy mężczyzna ma zaburzoną seksualność i jest pedofilem. Wyrok: 4,5 roku pudła.
Ponowna apelacja nie przyniosła wiele. Wyrok zmniejszony ponownie do 4 lat. Na kasację Rawicki nie miał pieniędzy. Nigdy nie przyznał się do gwałtu i molestowania swojego dziecka. Ale do więzienia poszedł.
– I nigdy się nie przyznam, bo to nieprawda – twierdzi dzisiaj, kiedy już wyszedł na wolność.
Nie było lekko. Pedofil w mamrze nie ma życia. Wyrok odbębnił od gwizdka do gwizdka. Nie miał szans na wcześniejsze zwolnienie, bo konsekwentnie nie przyznawał się do molestowania i nie zgadzał się z wyrokiem sądu. Nie przejawiał skruchy, czyli nie został zresocjalizowany. Tyle że skrucha może być tylko wtedy, gdy jest wina… Poddał się terapii, którą odbębnił co do joty, choć nie czuł takiej potrzeby, bo nie jest pedofilem. Godzinami gadał o seksie, penisach, dzieciach. Nigdy jednak nie umiał opowiedzieć o swoim czynie. Bo go nie było…
– Nigdy nie molestowałem swojego dziecka – powtarza. Nam powiedział to chyba z 6 razy podczas spotkania.
Jak zwierzę
Dziś oddycha świeżym powietrzem. Mieszkania nie ma, zlicytowano je za długi. Nie ma gdzie mieszkać, nie ma pracy, nie ma za co żyć.
I, co najgorsze, żyje z piętnem pedofila. Niezmywalnym. Rawicki nie musi nawet czekać na wprowadzenie w życie pomysłu Ziobry, żeby dane pedofilów i miejsca ich zamieszkania były publikowane w internecie. Wystarczy, że ktoś puści informację na internetowej stronie miasta: pedofil wrócił. Chowajcie swoje dzieci – napisze. Przypomni tamte artykuły. I koniec.
Dziś pedofilia jest modna.
Wszyscy o niej mówią. Napawają się opisami ohydnych czynów i krzywd uczynionych dzieciom. Ludziom krew zalewa oczy, a agresja rodzi chęć linczu.
Zagadnęliśmy mieszkańców Leszna, porządnych obywateli i z pewnością dobrych katolików, jak zareagowaliby na informację, że obok nich mieszka człowiek skazany za pedofilię. Propozycja, żeby wynosił się z miasta, była najłagodniejsza. Na 35 odpowiedzi 28 koncentrowało się na różnych formach fizycznej rozprawy z delikwentem. Podpalenie mieszkania, bicie codziennie, zajebanie, jak tylko wyjdzie na ulicę, obowiązek przebywania w domu w dzień, a wychodzenie tylko nocą… No, różne takie. Nasi obywatele mają fantazję, jak obrzydzić komuś życie.
Krzysztof Rawicki tam, gdzie mieszka, ma krótką drogę do spacerowania: od ściany pod uchylone okno w wynajętym mieszkaniu. Tam chwila postoju, by posłuchać, czy sąsiedzi przed klatką nie mówią o nim. Potem znowu pod ścianę i z powrotem. I tak cały dzień. Jak ktoś nie wie, jak to wygląda, niech idzie do najbliższego zoo. Tak chodzą zwierzęta na małej, okratowanej powierzchni. Tępo, bezmyślnie, bez przerwy. Oszalałe z braku miejsca i braku nadziei.
Joanna Skibniewska, Maciej Wiśniowski
piątek, 27 grudnia 2013
Sfilcowany Prokurator (NIE Nr 43/2013)
Prokurator Marek Wełna, bohater kilkunastu artykułów w „NIE”,chciał nas ukarać i uciszyć. Chciał nas skazać. Przegrał.– Sąd odrzuca wniosek oskarżyciela posiłkowego Marka Wełny i umarza postępowanie z powodu braku znamion przestępstwa – skonkludował krótko sędzia Jan Kłosowski z Sądu Rejonowego w Łodzi. – Postępowanie przeciwko oskarżonej byłoby naruszeniem zasad etyki i moralności…
W akcie oskarżenia Marek Wełna stwierdził, że dziennikarka tygodnika „NIE”,działając wspólnie i w porozumieniu (z wydawcą i redaktorem naczelnym – przyp. J. S.), za pomocą środków masowego komunikowania (…) pomówili Marka Wełnę – prokuratora Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie o postępowanie i właściwości, które naraziły go na utratę zaufania potrzebnego do wykonywania zawodu prokuratora, iż pełniąc funkcję prokuratora, w ramach prowadzonych i nadzorowanych postępowań przygotowawczych stosował wobec wskazanych podsądnych czynności i metody niezgodne z prawem.
Postanowił ścigać nas z art. 212 kk o pomówienie. Chodzi o artykuł „Ziobro i jego zdrajca”.
Prokurator z Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie Marek Wełna lubi, gdy jego jest na wierzchu. I wszyscy muszą skakać, jak on zagra. System zbierania haków i preparowania dowodów działa u niego bez zarzutu. O ukaranie i uciszenie naszych dziennikarzy walczy od lat.
•••
W tej sprawie zaczął działać ponad rok temu. Złożył doniesienie o przestępstwie popełnionym przez dziennikarza do prokuratury.
O to, aby postępowanie potoczyło się tak, jak on sobie życzy, zatroszczył się prokurator generalny Andrzej Seremet.
Kolega po fachu jeszcze z Krakowa. Postępowanie przeciwko dziennikarce z Warszawy, która zamieszcza publikacje wWarszawie, prowadziła prokuratura w… Dębicy.
– Decyzją Prokuratury Generalnej postępowanie w sprawie zniesławienia prokuratora Marka Wełny tekstem pt. „Ziobroi jego zdrajca” przekazano do naszej jednostki – mówi szef prokuratury rejonowej w Dębicy. – Pewnie dlatego, że jest blisko Krakowa.
Nie dlatego. Wełna dobrze zna większość pracujących w Dębicy prokuratorów.
– Razem pracowali. Wełna pracował w Tarnowie, a to były podległe sobie jednostki – przypomina dębicki prokurator.
Poza tym wielu młodych prokuratorów stamtąd robiło u Wełny aplikację.
Do Dębicy na przesłuchanie dziennikarki Wełna został przywieziony. Do transportu służbowego nie przyznaje się ani krakowska prokuratura, ani policja. Ale kierowca mówił jasno: – Przywiozłem prokuratora Wełnę, mam na niego poczekać.
Z Krakowa do Dębicy jest 140 km.
Wełna się spóźnił. Dużo. Wszyscy na niego czekali jak na boga.
– Musimy poczekać na poszkodowanego – zapewnia prokurator. Nie przystąpił bez Wełny do czynności.
Przesłuchanie prowadzone przez prokuratora z dębickiej prokuratury prowadził… Wełna. Traktował młodego prokuratora jak gdyby go w ogóle nie było.
– Czy to pani numer telefonu?
– Czy to pani wysłała SMS-a do jednego z podejrzanych? Zostanie pani oskarżona o utrudnianie śledztwa – śmiał się.
Nie wyjaśnił, skąd wziął treść SMS-a ani skąd zna treść rozmów dziennikarza. Tymczasem sąd nie wydał nigdy zgody na zastosowanie podsłuchów… Wełna nie panował nad emocjami. Swoje prokuratorskie porażki zamieniał w sukcesy. Kilka godzin przesłuchania jednak niewiele mu dało. Młody prokurator nie wymiękł. Umorzył postępowanie. Z braku znamion czynu zabronionego i braku interesu społecznego w objęciu sprawy ściganiem z urzędu. Zirytował tym Wełnę. W zażaleniu do przełożonych dębickiego prokuratora opisał go tak, że aż miło poczytać, jak prokurator obrzuca błotem innego prokuratora.
Wełna się odwołał. Prokuratura apelacyjna, także bliska Wełnie (był zastępcą jej szefa), zwróciła postępowanie do ponownego rozpatrzenia. Też nic z tego nie wyszło. Umorzono po raz drugi. Znowu się odwołał. Tym razem do sądu i do Prokuratora Generalnego. Tam sprawa utknęła.
A czas leciał. Zbliżało się przedawnienie… Na 4 dni przed terminem złożył zatem subsydiarny akt oskarżenia. Wełna wystąpił jako oskarżyciel posiłkowy. Wsparła go Prokuratura Generalna, ale na rozprawach był sam. Choć w wypadku oskarżyciela subsydiarnego obowiązuje przymus adwokacki, Wełna był sobie sterem i okrętem. Od początku pewny swego.
•••
Postępowanie prowadził Sąd Rejonowy w Łodzi. Gdy został rozpoznany na korytarzu i zobaczył spojrzenia pełne niechęci, zwrócił się po koleżeńsku do sędziego:
– Czy mogę wziąć kluczyk do jakiegoś pokoju, żeby nie być zbyt eksponowanym na korytarzu?
– Nie mamy takich pokoi – odważnie odezwał się sędzia. Wełna się zdziwił.
Na rozprawy się spóźniał. Podczas posiedzeń tracił panowanie nad sobą. Żądał, byśmy nigdy o nim nie pisali.
– Co na to oskarżona? – pytał sędzia.
– Ależ ja mogę napisać o oskarżycielu w samych superlatywach, jeśli zadośćuczyni wszystkim krzywdom, które uczynił swoim ofiarom. Jeśli zwróci za utracone zdrowie, dobre imię i dorobek całego życia. I gdy przestanie naruszać prawo w swojej pracy prokuratorskiej.
– Czy jest pani gotowa przeprosić, sprostować? – kontynuował sędzia.
– Nie. Wszystko, co napisałam, jest prawdą i jestem w stanie udowodnić to na tej sali – zapewniłam.
Wełna zaczął rzucać długopisem.
Na kolejną rozprawę do sędziego wpłynęły grube tomy akt spraw prowadzonych przez Wełnę. Dziesiątki tysięcy stron. Akta prokuratorskie, wielokrotnie uznawane przez sądy za bezużyteczne papierzyska nieświadczące o niczym. Papierzyska, które miały być dowodami, że to, co napisaliśmy, nie jest prawdą.
My natomiast złożyliśmy tylko wyroki uniewinniające tych, których Wełna niewinnie oskarżał, niesłusznie trzymał w aresztach i którym zniszczył życie. Naszych bohaterów. Uniewinnienia i odszkodowania za bezzasadne areszty. Oraz powołaliśmy świadków – ofiary Marka Wełny. Dziś oczyszczone z zarzutów. Chore, pozbawione majątków i godności. Wezwaliśmy Leszka Szlachcica, który stracił wzrok w areszcie, bo odebrano mu prawo do leczenia. Stanisławę Chmielewską, która siedziała w celi 21 miesięcy bez żadnej czynności procesowej. Siedziała, bo Wełna zmiękczał jej syna garującego w sąsiednim pawilonie. Wyszła w stanie agonalnym. Wezwaliśmy Adama Chmielewskiego, którego paraliż kończyn w areszcie miał być powodem, aby się przyznał do niepopełnionych czynów. Wezwaliśmy Wojciecha Lenka i gen. Mieczysława Kluka, oficerów policji, którym odebrano zdrowie, pracę i dobre imię, a wielomiesięczny areszt wydobywczy miał ich zmusić do składania fałszywych zeznań. I wiele innych ofiar prokuratora. Wielu też nie mogliśmy wezwać. Powiesili się lub podcięli sobie żyły.
Co zrobił sędzia? Zobaczył, jak wygląda prawda. Zobaczył, że „postępowaniei właściwości”, które przypisaliśmy Wełnie, są prawdziwe. Że to nie my naraziliśmy go „nautratę zaufania potrzebnego do wykonywania zawodu prokuratora” ale że zrobił to sobie sam, wielokrotnie naruszając prawo.
Sędzia Jan Kosiński umorzył postępowanie i odrzucił wniosek Wełny. Amy niebawem napiszemy o ludziach uniewinnionych kilka dni temu, którzy przez Marka Wełnę i jego metody pracy stracili wszystko. Firmy, dobre imię, majątki, zdrowie, a pośrednio nawet życie…
Czy znowu będziemy za to odpowiadać przed sądem?
O metodach pracy prokuratora Wełny piszemy od lat. Tekstów były dziesiątki. Nie sposób wymienić wszystkich publikacji, przypomnijmy niektóre z nich: NIE nr 43/2003– „Tylko nie po oczach”: Andrzej Rozenek opisał historię Leszka Szlachcica, który bezzasadnie siedział w areszcie, gdzie stracił wzrok. Dlatego że Wełna i jego podwładni uniemożliwiali mu leczenie. 11/2006– „Prawo Wełny” oraz 30/2010– „Tajnogrzesznicy”: historia Dariusza Przybylskiego, który powiedział prawdę o Wełnie i jego układach z gangsterami; gnił w więzieniu 4 lata. 17/2007– „Zakładniczka”:Rozenek opisał równie tragiczną historię Stanisławy Chmielewskiej. Chmielewska została zatrzymana i przebywała w areszcie 15 miesięcy, po to, aby jej syn przyznał się do tego, czego chciał prokurator. Kobieta wyszła z aresztu w stanie krytycznym. 51/2007– „Zasady działania CHWDP” i 27/2009– „Przestępcy na glinianych nogach”: to dwie publikacje Rozenka o byłym komendancie policji Wojciechu Lenku, zniszczonym, zaszczutym i wykończonym przez Wełnę; dziś Lenk jest uniewinniony, ale co z tego, skoro stracił wszystko. 16/2008– „Katownia w Krakowie”: Joanna Skibniewska opisała historię syna Chmielewskiej, Adama, zatrzymanego w areszcie wydobywczym na wniosek Wełny; to wstrząsająca historia o dręczeniu psychicznym i fizycznym osadzonego. 51/2008– „Generał pudło”: to opowieść o innym policjancie, tym razem generale, którego zniszczył Wełna; też dzisiaj uniewinnionym. 24/2009– „Jaksię robi mafię”, 7/2010– „Amoże deptał trawnik” i 51/2010– „Człowiek do wsadzania”: opisana przez Skibniewską historia człowieka wsadzonego najpierw do aresztu na zlecenie polityczne, a potem wsadzonego po raz kolejny z zemsty, że wniósł przeciwko Wełnie prywatny akt oskarżenia; Wełna i jego podwładni preparowali dowody jego winy. 42/2010– „Proces buffo”: Rozenek napisał o tym, jak Wełna trzymał ludzi w aresztach 3 lata, niszczył ich firmy, pozbawił zdrowia i pieniędzy, po czym wszyscy mogliśmy wysłuchać w sądzie, że ci zniszczeni ludzie nigdy nic złego nie zrobili. 49/2011– „Ziobroi jego zdrajca”: podsumowanie owocnej i okrutnej pracy prokuratora Wełny.
niedziela, 20 października 2013
Święta Niemcem kryta 3 ( NIE Nr 27/2013, 2013-06-28, str. 15)
Kolejny sądowy zakaz dla „NIE”.
Sąd Okręgowy w Warszawie postanowił pokazać, jak wyglądają w Polsce wolność słowa i demokracja. Sędzia Jacek Tyszka na posiedzeniu niejawnym wydał postanowienie (XXIVC 445/13) w ramach zabezpieczenia procesowego zakazujące mówić Ewarystowi Walkowiakowi, że jest synem zakonnicy, siostry Joanny Lossow ze Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża.On i jego prawdziwa matka byli już bohaterami naszych publikacji. Mężczyzna dowiedział się po latach, że jego matką była zakonnica ważna dla polskiego Kościoła katolickiego. W zgromadzeniu nazywana siostrą Joanną od Jedności. Walczyła o jedność różnych wyznań. Dziecko swoje i niemieckiego oficera, urodzone przed wojną, porzuciła z nakazu zakonu. Walkowiak zgromadził niezbite dowody, znalazł świadków, że Joanna Lossow oddała go, gdy miał pół roku. Dziś chce odnaleźć tożsamość, ale Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża w Laskach robi wszystko, aby prawda nie wyszła na jaw.
Teraz robi to rękami sędziów i adwokatów.
•••

Pełnomocnik obrotnych siostrzyczek nam też postanowił zamknąć usta. Wbrew prawu… Postanowienie sędziego Tyszki zakazuje mówienia o pokrewieństwie Walkowiaka z zakonnicą; o tym, że zakon zmusił ją do oddania dziecka obcym ludziom; oraz o tym, że została zmuszona do złożenia przysięgi, że nigdy nie spotka się z synem. Tymczasem Walkowiak ma wiele dowodów i znalazł świadków mówiących o tym, że dokładnie tak było. My także posiadamy dowody.
Nie wolno nam napisać też o tym, że zakon próbuje za wszelką cenę zatuszować sprawę, nawet wykopując szczątki swojej zmarłej służebnicy (Na co także są dowody)! Nie wolno nam nawet pisać o kuzynce siostry Joanny, która według badań genetycznych jest krewną Ewarysta Walkowiaka. Ani o tym, że po siostrze Joannie został ogromny majątek, którego Kościół nie chce stracić.
Siostrzyczki poprzez swojego pełnomocnika zakazały nam pisać o tej sprawie. Morda w kubeł... Jeśli nie zastosujemy się do zakazu, będziemy mieli na karku kolejny pozew sądowy.
•••
Tymczasem przesłanie do nas postanowienia i zakazania nam pisania jest naruszeniem prawa. Bo postanowienie to nie jest prawomocne! Walkowiak złożył zażalenie, które zostało przyjęte przez sąd nadrzędnej instancji. Wyroku na temat macierzyństwa siostry Joanny Lossow nadal nie ma! Sąd gromadzi kolejne dowody i słucha kolejnych świadków. A ci wskazują na to, że
moralne i na wskroś uczciwe siostrzyczki ze zgromadzenia próbowały podmienić ciało badanej zakonnicy, byleby tylko prawda nie wyszła na jaw.
Pełnomocnik siostrzyczek wysłał też do Ewarysta Walkowiaka oświadczenie, które nakazał mu podpisać. Walkowiak ma podpisać dokument, w którym twierdzi, że głoszona przez niego teza, iż siostra Joanna Lossow była jego matką, jest kłamliwa i naruszająca dobra zakonu.
•••
Informujemy siostrzyczki, że wykopywanie trupów, podmienianie materiału genetycznego i zakazywanie ludziom mówienia prawdy niczego nie zmieni. Sędzia Jacek Tyszka, wydając postanowienie o zabezpieczeniu i zakazując Walkowiakowi mówienia o jego prawowitej matce, też wybiegł przed szereg, bo wyroku dotyczącego macierzyństwa Joanny Lossow jeszcze nie ma.
A my wierzymy, że Ewaryst Walkowiak i cały świat usłyszą wreszcie prawdę o siostrze Joannie od Jedności, o jej zakonie i o tym, co tam się dzieje.
Joanna Skibniewska
środa, 11 września 2013
I ty zostaniesz MORDERCĄ (NIE Nr 18/2013, 2013-04-26, str. 16)
I ty zostaniesz MORDERCĄ
Więzienia pełne są niewinnych. Wśród nich są naprawdę niewinni.
15 marca 2000 r. w centrum Wałbrzycha ok. 15.30, w czasie największego nasilenia ruchu dokonano zabójstwa antykwariusza Henryka Śliwowskiego, którego lokal znajdował się w odległości kilkudziesięciu metrów od rynku.
W antykwariacie znaleziono otwarty sejf, ale tak naprawdę nic wartościowego nie zginęło. Jedynie notes z rozliczeniami za ostatnie 3 lata. Bandyci użyli samopału zrobionego przez fachowca. Ofiara dostała 6 postrzałów oddanych z dwóch różnych pistoletów, powodujących prawie natychmiastową śmierć.
Przez ponad 2,5 miesiąca policja była bezradna. Media krzyczały, że mord, że zginął człowiek, że ojciec dzieciom… Łaknęły krwi.
– To był znany wówczas paser – dorzuca dziś policjant, który wtedy prowadził śledztwo.
Śledztwo stanęło w martwym punkcie.
Świadek anonimowy
1 czerwca 2000 r. TVP wyemitowała program ze znanego cyklu „997”. Policja prosiła o pomoc. Zaapelowano o przekazywanie wszystkich informacji mogących dotyczyć sprawców zabójstwa. Gwarantowano dyskrecję, wysyłano więc czytelną informację, że ludzie będą traktowani jak źródła informacji poufnej. Program przedstawiał hipotetyczną rekonstrukcję zdarzenia sugerującą rabunkowe tło zabójstwa.
Już po dwóch dniach z miejscową komendą policji nawiązała kontakt kobieta twierdząca, że jej syn widział sprawców zabójstwa.
Świadek twierdził, że 16 marca 2000 r. po południu widział trzech osobników wybiegających z antykwariatu. Jednym z nich był Radosław Krupowicz, którego – jak zeznał – osobiście nie znał. Za te informacje dostał 5 tys. zł i status świadka anonimowego.
w październiku 2000 r. zatrzymano i postawiono zarzut zabójstwa 17-letniemu wówczas Krupowiczowi.
Wbrew temu, co twierdził, świadek jednak znał Krupowicza – i odwrotnie.
– Zakochał się w mojej dziewczynie i od dawna chciał mi ją odbić – mówi dziś o pomawiającym Krupowicz, bo wszyscy wiedzą, kto to jest. – Uprzedzał mnie, że się mnie pozbędzie.
Dzieciom wstęp wzbroniony
Gdy przyszli po niego rano, nie rozumiał, o co chodzi. Pomyślał, że to za fajkę z marychą, którą palili z kolegami na boisku szkolnym.
– Co robiłeś 15 marca? – zapytał prokurator Jarosław Dyko.
Nie pamiętał. To było tyle miesięcy temu.
– Wtedy, gdy zginął antykwariusz – dodał prokurator.
Tak, wie. Sam poleciał zobaczyć, co się wtedy stało. Mama usłyszała od sąsiadki, że niedaleko doszło do morderstwa. Gapił się na policjantów. Było jak w gangsterskim filmie. Wszędzie migające niebieskie światła, policjanci z bronią i biało-czerwona taśma.
Odpowiedział, że był wtedy w domu, z mamą. – Kto to może potwierdzić?
– Każdy. Mama, dziewczyna, sąsiedzi, kolega – wymieniał pewnie.
– Dlaczego zastrzeliłeś antykwariusza? – spytał Dyko.
Chłopak nie wiedział, o co chodzi. Jak to zastrzelił?
– Zaraz przestaniesz się śmiać – warknął Dyko. – Idziesz do więzienia.
![]() |
| Dyko |
Próbował jeszcze tłumaczyć, że nikogo nie zabił, ale prokurator już bujał się na krześle.
– Oglądałem na Discovery, że są takie maszyny, które wykrywają, czy mówi się prawdę. Chciałbym, żeby mnie zbadano tym aparatem, bo nic złego nie zrobiłem – błagał prokuratora.
– W Polsce nie ma takich aparatów i u nas nie można tego zrobić – odparł Dyko.
Chwilę potem Radka zaprowadzono do celi. Prokurator z matki i z dziewczyny zrobił świadków w sprawie. Żeby nie mogły mieć widzeń z chłopakiem. Tak miał mięknąć. Raz przyszła ciotka, ale rozmawiał z nią przez pleksi. Ojca nie ma.
Jak w telewizji
Świadek 6-krotnie zmieniał zeznania. Pierwsze w ogóle nie pasowały do sprawy. Przedstawiał zdarzenie tak, jak pokazano je w programie telewizyjnym. Tymczasem miało się to nijak do faktów. W „997”miało być filmowo, a nie prawdziwie. Tymczasem świadek, wyraźnie o tym niepoinformowany, mówił o wyglądzie antykwariatu, ale tego z telewizji, a nie prawdziwego… To, co opowiadał, to była Kolej na relacja filmowa. Bezbłędnie rozpoznawał jedynie Krupowicza. Mówił też o dwóch innych sprawcach, ale rysopisu nie potrafił podać.
Prawie rok nic nie działo się w sprawie. Aż pewnego dnia został zatrzymany najbliższy przyjaciel Radka, 16-letni Patryk Rynkiewicz. Chłopak na własną rękę szukał pomawiającego. Prawdopodobieństwo, że nie byłby dla niego miły, gdyby go już znalazł, jest duże. I zrozumiałe. Anonimowy świadek rozpoznał więc drugiego sprawcę – Rynkiewicza. Rozpoznał go z odległości 14 m po… ruchu gałek ocznych.
Rynkiewiczowi przedstawiono zarzut współudziału w zabójstwie antykwariusza – wspólnie z Radosławem Krupowiczem i jeszcze jedną osobą o nieustalonych personaliach. Jedynym dowodem i podstawą postawienia zarzutu był fakt, że od lat utrzymywał koleżeński kontakt z Krupowiczem, w tym też – co jest bardzo istotne – kontakt telefoniczny, jako że obydwoje dysponowali telefonami stacjonarny mi. Obydwaj mieszkali w okolicach rynku, prawie w bezpośrednim sąsiedztwie antykwariatu.
Przez 19 miesięcy działań operacyjnych policjanci nie byli w stanie uzyskać nic poza tym, o czym mówił świadek anonimowy, który zresztą w trakcie przesłuchań w sądzie w sposób istotny zmieniał treść zeznań. Mieli za to inne dowody. Ślady linii papilarnych na sejfie i w antykwariacie. Nie należały do Krupowicza i Rynkiewicza. Ślady butów odciśnięte na krwawych wybroczynach. Nie należały do podejrzanych Krupowicza i Rynkiewicza. Ślady DNA na miejscu zbrodni. Nie należy do Krupowicza i Rynkiewicza.
To nie oni!
Policjanci z Wałbrzycha, prowadzący wówczas sprawę, dziś są na emeryturze. Ale od początku mówili prokuratorowi Dyce, że coś tu śmierdzi. Wskazywali na innych sprawców. Mówili, że chłopcy tego nie zrobili.
![]() |
| Maciej Jedliński |
Gdy poszli z tym do przełożonego, powiedział, żeby na razie dali spokój, bo przecież na chłopców nie ma żadnych dowodów, na pewno więc zostaną uniewinnieni. Zdziwili się, gdy Krupowicz i Rynkiewicz stanęli przed Sądem Okręgowym w Świdnicy. Sądził ich Maciej Jedliński.
– Wszystkie nasze wnioski procesowe odrzucał. Krzyczał na nas. Od razu było widać, że my mamy być winni – mówią skazani.
Byli pewni, że skoro świadkowie potwierdzili, iż w dniu zabójstwa byli zupełnie gdzie indziej, to wystarczy. Dla sędziego Jedlińskiego wiarygodny był tylko świadek anonimowy.
Mama niewiarygodna, bo jest matką. Dziewczyna niewiarygodna, bo jest zakochana. Pani z kiosku niewiarygodna, bo zna oskarżonego od dziec ka. Kolega niewiarygodny, bo jest kolegą i go kryje. Sąsiad niewiarygodny, bo mu nie wypadało zeznawać i na czej. Na rozprawie zeznawał też policjant prowadzący postępowanie, który stwierdził, że świadek anonimowy jest niewiarygodny, a chłopcy nie mogli tego zrobić.
Jedliński przerwał przesłuchanie i powiedział, że nie ma do niego żadnych pytań. Gdy obrońcy chłopaków chcieli wykorzystać te zeznania w apelacji, okazało się, że sędzia w ogóle tego nie zaprotokołował.
Biegły sądowy stwierdził, że chłopcy w tym wieku niemający kontaktu ze światem przestępczym nie mieli możliwości zdobycia broni. Powiedział, że aby ją przerobić, trzeba ogromnego doświadczenia. Mówił jasno, że zrobili to profesjonaliści, a nie nastoletnie szczawie. Sędzia Jedliński nie wziął tej opinii pod uwagę. Gdy wreszcie zbadano Krupowicza wariografem i ocena była korzystna dla oskarżonego, sędzia stwierdził, że skoro chłopak reaguje emocjonalnie na słowa zabójstwo antykwariu sza, to już jest wystarczający dowód, że miał z tym zabójstwem coś wspólnego. Gdy biegły przeprowadzający badanie stwierdził, że reakcja chłopca jest normalna, bo stał w tłumie gapiów, gdy ofiarę wynoszono z antykwariatu, Jedliński stwierdził, że ocena biegłego jest nieobiektywna.
Bez motywu i bez sensu
W śledztwie przesłuchano 156 świadków, z których 32 zostało przesłuchanych na rozprawie przed sądem. w przypadku pozostałych prokuratura wniosła o zaniechanie wezwania na rozprawę, albowiem nie mieli oni nic istotnego do powiedzenia i według Dyki wystarczy to, co zeznali podczas przesłuchań prowadzonych w śledztwie. Sędzia Jedliński się do tego przychylił.
Spośród 156 świadków przesłuchanych na różnych etapach śledztwa i procesu, tylko świadek anonimowy twierdził, że widział oskarżonych, gdy wchodzili i wychodzili z antykwariatu. Sąd opierał się jedynie na poszlakach, które w ogóle nie trzymały się kupy. Za przesłankę pozytywną, wskazującą na sprawstwo obu oskarżonych sąd uznał to, że obydwaj kategorycznie zaprzeczali związkom z zabójstwem. Sędzia w żaden sposób nie odniósł się do faktu, że do dnia wyroku nie ustalono tożsamości trzeciego rzekomego sprawcy, którego pozycji, znaczenia i roli w zabójstwie absolutnie nie określono. Sprawca ten nie został znaleziony do dziś!
Sędzia ani prokurator nie określili motywu zbrodni. Po co dwóm nastolatkom notes antykwariusza z jego osobistymi bazgrołami?
Maciej Jedliński dyktował do protokołu co innego, niż mówili świadkowie i oskarżeni. Wielokrotnie oskarżeni prosili o korektę protokołu, bo był inny niż to, co działo się na rozprawie.
Sędzia Jedliński uznał Krupowicza i Rynkiewicza winnych zabójstwa antykwariusza i skazał ich na 25 lat więzienia.
Sztangista z Wałbrzycha
– Od początku prowadzenia śledztwa wiedziałem, że oni tego nie zrobili – mówi dziś podinspektor Janusz Bartkiewicz, prowadzący wówczas postępowanie w komendzie wojewódzkiej. – Nie mogłem spać przez tę sprawę. Po uprawomocnieniu się wyroku wskazałem rodzinie Krupowicza dowody na to, że świadek anonimowy składał fałszywe zeznania. Udowodnienie takiego przestępstwa dawało szanse wznowienia postępowania i wykazania niewinności skazanych.
Obrońca Krupowicza w jego imieniu złożył zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa, wskazując na istniejące dowody i środki dowodowe. Prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania. Krupowicz i Rynkiewicz wystąpili do ministra Ziobry z prośbą o zapoznanie się z zasadnością argumentacji prokuratury okręgowej odmawiającej wszczęcia postępowania przygotowawczego. Ministerstwo pisma te skierowało do wyjaśnienia przez właściwą prokuraturę apelacyjną, a ta odesłała je do prokuratury okręgowej, która – czego było można się spodziewać – odpowiedziała odmownie.
– Prawdziwych sprawców ustaliliśmy już w trakcie trwania procesu. Dwóch personalnie, trzeciego dopiero sprawdzaliśmy – mówi podinspektor Bartkiewicz. – To były porachunki mafijne z grupą Marka D., pseudonim Dąbek. Żołnierze „Dąbka”dostali zlecenie na antykwariusza, bo był im winien dużą kasę. Zabójstwa dokonał najprawdopodobniej pewien sztangista z Wałbrzycha.
Potwierdza to Janusz Mikosz, emerytowany szef śląskiego Centralnego Biura Śledczego: – Grupa „Dąbka”zlecała zabójstwa. Sam ich zamykałem.
Sąd nie wziął tego pod uwagę.
Po 12 latach Sąd Najwyższy zwrócił sprawę do ponownego rozpatrzenia. Tak sprawnie Jedliński sądził, że nie zauważył poważnych różnic w zeznaniach świadka. Tyle że chłopcy mieli już odsiedziane 12 lat.
I choć sąd uznał, że faktycznie to nie oni strzelali, że nie byliby w stanie zrobić broni oraz że prokuratorski świadek jest zdecydowanie niewiarygodny, to jednak nie uniewinnił ich, ale obniżył wyrok z 25 do 15 lat.
Widać zdawał sobie sprawę, że odszkodowanie za bezzasadny pobyt w więzieniu byłoby ogromne.
– Pani szuka sprawców od tego antykwariusza? – pyta mnie więzień z Aresztu Śledczego we Wrocławiu. – W Strzelinie siedzi gość, mówią na niego „Jezus”. On wie, kto to zrobił. I podobno chce o tym mówić.
„Jezus”to Jacek B. Faktycznie siedzi w Strzelinie. Należał do grupy „Dąbka”.
I mówi: – Kiedyś kumpel do mnie zadzwonił. Mówi, że umiera i ma do mnie prośbę. Pojechałem. On miał zawał. I mi powiedział, że on już umiera i chce przed śmiercią powiedzieć, że to on zabił antykwariusza. To taki sztangista zWałbrzycha.
Miałem wielkie plany…
– Chciałem skończyć szkołę i iść na studia. Marzyłem o domu i dzieciach. Widziałem już siebie stojącego nad dziecięcym łóżeczkiem obok mojej ukochanej dziewczyny – niby się śmieje z tych młodzieńczych marzeń. Nic z nich nie wyszło.
Radosław Krupowicz miał wtedy 17 lat. Chodził do miejscowego technikum. Na kanale Discovery oglądał „Pogromcówmitów”. Pierwszy raz był zakochany. Był pewien, że to już tak do końca życia. No bo jak inaczej, skoro tak ją kocha? I ona jego.
Dziś jest starszy o prawie 13 lat. Dziewczyna już dawno jest żoną innego. Zielony więzienny uniform wisi na chudym ciele.
– Jestem jak dzikus. Boję się ludzi z wolności. Radosław Krupowicz niedługo stanie w sądzie. Chce wyjść na zwolnienie warunkowe. Czy prokurator dopilnuje, by mu się to nie udało?
Joanna Skibniewska
czwartek, 29 sierpnia 2013
Święta Niemcem kryta. Kolejny sądowy zakaz dla „NIE”. (NIE Nr 27/2013, 2013-06-28)
http://skibniewska.blogspot.com/2013/03/bez-majtek-na-otarze-nie-252011.html
http://skibniewska.blogspot.com/2013/03/swieta-niemcem-kryta-ii-nie-242012.html
http://skibniewska.blogspot.com/2013/03/swieta-niemcem-kryta-ii-nie-242012.html
Kolejny sądowy zakaz dla „NIE”.
Sąd Okręgowy w Warszawie postanowił pokazać, jak wyglądają w Polsce
wolność słowa i demokracja. Sędzia Jacek Tyszka na posiedzeniu niejawnym wydał postanowienie (XXIVC 445/13) w ramach zabezpieczenia procesowego zakazujące mówić Ewarystowi Walkowiakowi, że jest synem zakonnicy, siostry Joanny Lossow ze Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża.
On i jego prawdziwa matka byli już bohaterami naszych publikacji. Mężczyzna dowiedział się po latach, że jego matką była zakonnica ważna dla polskiego Kościoła katolickiego. W zgromadzeniu nazywana siostrą Joanną od Jedności. Walczyła o jedność różnych wyznań. Dziecko swoje i niemieckiego oficera, urodzone przed wojną, porzuciła z nakazu zakonu. Walkowiak zgromadził niezbite dowody, znalazł świadków, że Joanna Lossow oddała go, gdy miał pół roku. Dziś chce odnaleźć tożsamość, ale Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża w Laskach robi wszystko, aby prawda nie wyszła na jaw.
Teraz robi to rękami sędziów i adwokatów.
•••
Pełnomocnik obrotnych siostrzyczek nam też postanowił zamknąć usta. Wbrew prawu… Postanowienie sędziego Tyszki zakazuje mówienia o pokrewieństwie Walkowiaka z zakonnicą; o tym, że zakon zmusił ją do oddania dziecka obcym ludziom; oraz o tym, że została zmuszona do złożenia przysięgi, że nigdy nie spotka się z synem. Tymczasem Walkowiak ma wiele dowodów i znalazł świadków mówiących o tym, że dokładnie tak było. My także posiadamy dowody.
Nie wolno nam napisać też o tym, że zakon próbuje za wszelką cenę zatuszować sprawę, nawet wykopując szczątki swojej zmarłej służebnicy (Na co także są dowody)! Nie wolno nam nawet pisać o kuzynce siostry Joanny, która według badań genetycznych jest krewną Ewarysta Walkowiaka. Ani o tym, że po siostrze Joannie został ogromny majątek, którego Kościół nie chce stracić.
Siostrzyczki poprzez swojego pełnomocnika zakazały nam pisać o tej sprawie. Morda w kubeł... Jeśli nie zastosujemy się do zakazu, będziemy mieli na karku kolejny pozew sądowy.
•••
Tymczasem przesłanie do nas postanowienia i zakazania nam pisania jest naruszeniem prawa. Bo postanowienie to nie jest prawomocne! Walkowiak złożył zażalenie, które zostało przyjęte przez sąd nadrzędnej instancji. Wyroku na temat macierzyństwa siostry Joanny Lossow nadal nie ma! Sąd gromadzi kolejne dowody i słucha kolejnych świadków. A ci wskazują na to, że
moralne i na wskroś uczciwe siostrzyczki ze zgromadzenia próbowały podmienić ciało badanej zakonnicy, byleby tylko prawda nie wyszła na jaw.
Pełnomocnik siostrzyczek wysłał też do Ewarysta Walkowiaka oświadczenie, które nakazał mu podpisać. Walkowiak ma podpisać dokument, w którym twierdzi, że głoszona przez niego teza, iż siostra Joanna Lossow była jego matką, jest kłamliwa i naruszająca dobra zakonu.
•••
Informujemy siostrzyczki, że wykopywanie trupów, podmienianie materiału genetycznego i zakazywanie ludziom mówienia prawdy niczego nie zmieni. Sędzia Jacek Tyszka, wydając postanowienie o zabezpieczeniu i zakazując Walkowiakowi mówienia o jego prawowitej matce, też wybiegł przed szereg, bo wyroku dotyczącego macierzyństwa Joanny Lossow jeszcze nie ma.
A my wierzymy, że Ewaryst Walkowiak i cały świat usłyszą wreszcie prawdę o siostrze Joannie od Jedności, o jej zakonie i o tym, co tam się dzieje.
Joanna Skibniewska
piątek, 12 kwietnia 2013
Parasprawiedliwość cd. (NIE 15/2003, 5.04.2003)
Parasprawiedliwość cz.1 (NIE 38/2012)
http://skibniewska.blogspot.com/2013/03/parasprawiedliwosc-nie-382012.html
http://skibniewska.blogspot.com/2013/03/parasprawiedliwosc-nie-382012.html
Gdy napisaliśmy, że
sędzia Sądu Okręgowego w Świdnicy Maciej Jedliński jest
nierzetelny, stronniczy i narusza prawo, Jedliński wniósł
przeciwko nam oskarżenie o naruszenie dóbr. Chce wyrwać
od nas
pieniądze za straty moralne. I to nawet nie na sierotki czy bezdomne
zwierzątka, ale sobie do kieszeni.
W poniedziałek Sąd Apelacyjny
we Wrocławiu powiedział o nim to samo co my. Maciej Jedliński
wydał wyrok z rażącym naruszeniem prawa. Nie dał oskarżonemu
prawa do obrony, rozprawę prowadził tendencyjnie a sam nie wykazał
się zasadą bezstronności sądu.
***
O sędzim Macieju
Jedlińskim pisaliśmy kilkakrotnie. Nie bez powodu. Sposób
prowadzenia przez niego rozpraw i wyjątkowa stronniczość, budziła
nasze oburzenie. Tym bardziej, że ofiarami jego najprawdopodobniej
osobistych niechęci, często padały osoby niewinne. Jak Marek
Lisowski.
Niepełnosprawny.
Sparaliżowany od 22 lat. Z porażeniem czterokończynowym. Czyli
zupełnie bezradny, bez możliwości jakiegokolwiek ruchu, przez cały
czas zdany na pomoc innych.
Został pomówiony
przez świadka koronnego. Bandytę, który w zamian za odpuszczenie
mu win, poszedł na współpracę z prokuraturą. Zrobił z Marka
Lisowskiego handlarza narkotyków i wytwórcę lewych banknotów. I
choć od początku było jasne, że cwany bandzior kłamie,
prokuratura ogłosiła sukces. I zamknęła Lisowskiego do aresztu.
Tam sparaliżowany
mężczyzna umierał bez opieki. Z odleżynowych ran leciała krew.
Bez możliwości zawołania pomocy, bez szans by się napić czy
zjeść, był „zmiękczany” by przyznał się do tego, czego nie
zrobił. Gdy odwiedził go świdnicki prokurator Jarosław Dyko,
ponoć powiedział „albo się przyznasz, albo tu zdechniesz”.
Nie poddał się. Z
aresztu wyszedł w agonii. Prosto na OIOM niemieckiej kliniki, gdzie
cudem uratowali mu życie.
Prokurator Dyko
dopiął swego. Napisał akt oskarżenia, robiąc z niego herszta
świdnickiej bandy. Bez żadnych dowodów. Jedynie na podstawie
zeznań bandyty.
***
O tym, że sprawę
Marka Lisowskiego będzie sądził sędzia Maciej Jedliński, wiadomo
było dużo wcześniej. Szef wydziału karnego w świdnickim sądzie
był osobiście zaangażowany w sprawie Lisowskiego. Oficjalnie
mówiono, że bezlitośnie niszczy świat przestępczy.
Nieoficjalnie, że niszczy każdego kto z nim nie „współpracuje”.
Rozprawa przeciwko
Markowi Lisowskiemu to była farsa.
Świadek mówił, że
dobrze zna oskarżonego Lisowskiego. Kupował od niego amfetaminę.
Spotykali się w lesie, Lisowski przyjeżdżał samochodem. Zawsze
przyjeżdżał sam. Wysiadał z samochodu, podchodził, brał amfę,
płacił i odjeżdżał. Według świadka Lisowski to bardzo wysoki
mężczyzna. Tymczasem Lisowski, skurczony na inwalidzkim wózku,
zdeformowany od 22 lat, patrzył na świadka z niedowierzaniem.
Jedliński łapał
się za głowę. Wielokrotnie prosił świadka, żeby rozejrzał się
po sali i wskazał Lisowskiego. Ten go jednak nie rozpoznawał, choć
siedział tuż obok niego. Sędzia mówił mu, że może to był
niepełnosprawny, informował jaką ksywkę miał mieć Lisowski.
Podane przez
sędziego przezwisko „Paralita” jednak niewiele mówiło
świadkowi.
Świadek, który tak
naprawdę, nigdy nie widział Lisowskiego, nie rozumiał, że ma
rozpoznać właśnie siedzącego niedaleko na wózku człowieka.
Jeszcze kilka razy
sędzia Jedliński próbował nakierować świadka, ale ten uparcie
nie rozpoznawał Lisowskiego. Wreszcie Jedliński kazał ojcu
Lisowskiego podwieźć go wózkiem pod nos świadka i zwrócił się
do chorego:
- Panie Marku
Lisowski, czy pan jest "Paralita"?
Na postawie takich zeznań sędzia Maciej Jedliński skazał Marka Lisowskiego na 5 lat bezwzględnego więzienia. W ten sposób skazując go na śmierć. W swoim uzasadnieniu wyroku powołał się na wyrok, który dopiero miał zapaść!
Na postawie takich zeznań sędzia Maciej Jedliński skazał Marka Lisowskiego na 5 lat bezwzględnego więzienia. W ten sposób skazując go na śmierć. W swoim uzasadnieniu wyroku powołał się na wyrok, który dopiero miał zapaść!
***
Właśnie ten wyrok
rozpatrywał Sąd Apelacyjny we Wrocławiu. Rozprawa nie była łatwa.
Marek Lisowski musiał udowodnić, że świadek koronny jest
niewiarygodny a prowadzący rozprawę Maciej Jedliński miał z góry
założoną tezę, że Lisowski jest winny. Problemem było to, że
Marek Lisowski jest w bardzo złym stanie. Nie mógł stawić się do
sądu. Tymczasem wszyscy biegli lekarze z okolicy dostali zakaz
zbadania go i wydania oświadczenia, że jego stan nie pozwala na
jego udział w rozprawie. Zakrywali się brakiem czasu, nawałem
pracy, a nawet niekompetencją, byleby tylko nie zadrzeć z
przedstawicielami świdnickiego wymiaru sprawiedliwości. Lisowski
miał nie przyjechać choć wezwano go prawidłowo, a lekarze nie
usprawiedliwili jego nieobecności.
Nie zmieniło to
jednak decyzji sądu apelacyjnego, który uchylił wyrok wydany przez
Jedlińskiego jako wydany z rażącym naruszeniem prawa.
Sąd
apelacyjny stwierdził, że Jedliński nie dał Lisowskiemu prawa do
obrony, że rozprawy prowadzone były niewłaściwie, a sam Maciej
Jedliński w rażący sposób naruszył zasadę bezstronności sądu.
Sprawa wraca do
ponownego rozpatrzenia.
Jeśli wróci do
Sądu Okręgowego w Świdnicy, znowu Lisowski zostanie skazany bez
jakichkolwiek dowodów. W Świdnicy wiadomo, że sędziowie z
wydziału, którym kieruje Maciej Jedliński nie mogą podważyć
jego wyroku.
- Chciałbym dożyć
dnia, kiedy usłyszę sprawiedliwy wyrok, czyli niewinny – mówi
Lisowski.
My też chcielibyśmy
usłyszeć taki wyrok.
Joanna Skibniewska
środa, 27 marca 2013
Proszę wstać sąd kłamie (NIE 06/2013, 1.II.2013)
Historia o gównianej działce, gównianym przekręcie
i gównianej sprawiedliwości.
Ważniejsze osoby:
Elżbieta Żak - sędzia Sądu Okręgowego w Lublinie, która nic nie rozumie.
Wojciech Żak - mąż sędzi, wykładowca akademicki, który uprzedza, że się zezłości.
Jadwiga Szymańska - przyjaciółka Żaków, obecna właścicielka działki, która kończy rozmowę. Tomasz Trojak - sędzia, który sądzi co najmniej dziwnie.
Andrzej Stańczyk - sędzia, który przyznaje rację zmarłej.
Czy sfałszowanie testamentu może komuś ujść na sucho? Tak, pod warunkiem że jest się sędzią Sądu Okręgowego w Lublinie. Wtedy, nawet gdy nie ma żadnych wątpliwości, że jesteś oszustem, włos ci z głowy nie spadnie. Ochronią cię koledzy po fachu.
Gówniane 800 m kw. - dziś warte ok. 8 tys. zł. Wtedy mniej. Niby gówniana okolica, a jednak warta przekrętu. Maszki pod Nałęczowem. I mała działeczka starej Figlarskiej - w kształcie trójkąta. Dziś zarośnięta, niewykorzystana.
- Ona teraz się mści - mówią mieszkańcy wsi. - Starego Jaśkę za to fałszerstwo na ludzkich oczach zabiła. - I wspominają, jak koń stanął dęba przy kapliczce i zadusił starego. Bo poświadczył nieprawdę.
- To nasz trójkąt bermudzki - mówią.
Marianna Figlarska mieszkała
samotnie w rozwalającej się chałupinie
na małej działce. Dzieci się nie dochowała, majątku nie zgromadziła. Ponieważ nie miała ani zdrowia, ani warunków, aby utrzymywać się z płodów rolnych, przeszła na rentę wypłacaną ze skarbu państwa w zamian za tę niewielką ziemię. Gdy się biedaczce zmarło, działka przeszła na skarb państwa. Był rok 1991. Niedługo potem chałupina się zapadła, tak że nawet wiejskie koty przestały tam przychodzić.
W 1999 r. wokół działki zaczęło się coś dziać. Ówczesny starosta lubelski Jan Łopata (późniejszy wojewoda, dziś poseł na Sejm z PSL) złożył do sądu wniosek o zasiedzenie owej działki przez... nieżyjącą od ponad 8 lat Mariannę Figlarską. Skarb Państwa jako spadkobierca ustawowy ma uzasadniony interes prawny w tym, aby pani Figlarska Marianna nabyła przez zasiedzenie w/w nieruchomość - napisał we wniosku Łopata.
- Nic takiego nie pisałem - powiedział nam teraz poseł Łopata i gadać dalej nie chciał. Nigdy nie miał żadnego interesu prawnego wobec tej działki, zapewniał nas nerwowo.
O tym, że taki interes miał, upewnia nas wniosek, który złożył 15 czerwca 1999 r., własnoręcznie przez niego podpisany, oraz wyrok sądu w Opolu Lubelskim sygn. akt I Ns 492/99, gdzie stoi jak byk, że to on wnioskował o zasiedzenie działki przez nieżyjącą Figlarską. Choć dziwi nas krótka pamięć pana posła, to po przestudiowaniu dokumentów nie dziwimy się, że chce się z tego wymiksować.
Świadkiem w sprawie był wówczas Wojciech Żak. Sąsiad. Tyle że przyszedł do wioski w 1995 r., czyli 4 lata po śmierci Figlarskiej, awypowiadał się na temat tego, jak ona zasiedziała działkę. I choć sędzia Andrzej Stańczyk dobrze wiedział, że rzekoma wnioskodawczyni dawno gnije na miejscowym cmentarzu, a świadek nie miał przyjemności nawet jej poznać, wydał wyrok o zasiedzeniu z dniem1 stycznia 1985 r. Datę wziął z kosmosu. Wspaniałomyślnie zwolnił Figlarską z kosztów sądowych. Widać skumał, że trudno będzie z niej to ściągnąć.
O tym, że takie cuda dzieją się wokół tej działki, nikt we wsi nie wiedział. A to był dopiero początek.
Ryszard Stefaniak zachwycił się Maszkami. I zamarzył, że
zbuduje tu wielki dom rodzinny,
w którym zamieszkają dzieciaki, brat, rodzice i inni bliscy. Wiosną wszyscy wspólnie będą oglądać wędrówki bocianów. Stefaniak kupił od gminy zrujnowaną remizę strażacką i zrobił z niej cacko. Sąsiadowała z nim zarośnięta działka w kształcie trójkąta - działka po starej Figlarskiej. Gdy okazało się, że to własność skarbu państwa, pobiegł do starostwa i dowiedział się, że lada dzień wystawią ją na sprzedaż i ogłoszą przetarg, a wtedy będzie miał prawo pierwokupu. Ale nagle odwołano przetarg, gdyż pojawili się spadkobiercy po Figlarskiej.
- Bzdura, pani. Marianna nikogo nie miała i nikomu by nic nie dała, bo wiedziała, że niczego nie ma - mówi mieszkaniec wsi, znajomy zmarłej.
A jednak... My niżej podpisani oświadczamy, że w dniu 21 września 1991 roku w Maszkach w naszej obecności Marianna Figlarska w swoim mieszkaniu oświadczyła, że na wypadek swojej śmierci cały swój majątek zapisuje kuzynce Jadwidze Szymańskiej. Uczyniła to mówiąc, że czuje się bardzo źle i boi się, że umrze - oto treść testamentu ustnego, którego świadkami byli rzekomo matka obdarowanej, miejscowy analfabeta (ten,którego koń udusił) i dyrektorka banku, która jako jedyna umiała to napisać. Obdarowaną majątkiem była sąsiadka Figlarskiej. Majątku tego w 1991 r. nie było, bo wyrok o nabyciu nieruchomości przez zasiedzenie wydano w 1999 r. Ustny testament ujrzał światło dzienne w roku 2000.
I choć cała wioska wiedziała, że to przekręt, nikt nie protestował, bo co komu ziemi żałować. Szymańska została właścicielką.
I dopiero zaczęły się jazdy. Gdy Stefaniak (ten od remizy i rodziny w kupie) chciał zakładać światło, Szymańska protestowała. Gdy wodę, protestowała, szambo, protestowała, kotłownię, protestowała. Potem stwierdziła, że jej nowo nabyta działka jest większa i poszła do sądu z informacją, że Stefaniak ma się cofnąć z płotem. I tak facet, zamiast budować swój dom marzeń, biegał po sądach i opłacał mandaty i kolegia. Wreszcie wymiękł i sprzedał wyremontowaną remizę. Marzenia i pieniądze szlag trafił.
Nieruchomość kupił od niego młody człowiek - Zbigniew Zaręba. Też miał wielkie plany.
Chciał zrobić tu pensjonat,
wziął kredyt, złożył wniosek o dotację unijną. I pakował kasę. Jego matka zaprzyjaźniała się z mieszkańcami. Także z Szymańską, która obiecała, że żadnych problemów robić nie będzie.
Dlatego gdy kobieta dostała sądowy nakaz przesunięcia płotu do samego muru swojej posesji, mocno się zdziwiła. Znowu w sądzie pojawił się Wojciech Żak, który choć nawet nie przejeżdżał przez Maszki w latach 80., to widział u starej Figlarskiej płot pod samym domem Zarębów! Widział też studnię, której nigdy tam nie było.
I tak Zarębowie mieli przesunąć płot pod mur.
Zarębowa wiedziała, że jeśli tak będzie, to syn straci dotację unijną i pozwolenie na prowadzenie pensjonatu. Niemniej gdy szła do starostwa odebrać pozwolenie na budowę, wciąż wierzyła, że wszystko będzie dobrze. Przecież plan zagospodarowania przestrzennego mówił jasno, że granica przebiega 5 m od jej muru. Poszła ufna, wyszła zapłakana. Wstarostwie w Lublinie spotkała ją niespodzianka. Po raz kolejny pojawił się Wojciech Żak. Powiedział, że on się nie zgadza na pensjonat wMaszkach.
- Ja przyjeżdżam tu odpocząć, a nie żeby mi psy szczekały i koty łaziły - twardo stwierdził w starostwie.
Mimo że nie jest i nigdy nie był sąsiadem Zarębów! Nie jest też tam zameldowany na stałe, bo przyjeżdża jedynie rekreacyjnie.
Zarębowa wróciła z urzędu zdruzgotana. Stracili z synem oszczędności, zostali z kolosalnym kredytem, przyjęty przez unię projekt pensjonatu upadł.
Wstanie skrajnej rozpaczy spotkała ją dyrektorka banku, rzekomy świadek ustnego testamentu. Pękła. Popłakała się.
- Ja byłam pewna, że nikt przez to nie ucierpi.
Ja nie chciałam - mówiła przez łzy. - Przecież to ja pisałam ten testament pod dyktando sędzi Żak.
Oświadczam, że nigdy nie było żadnego ustnego oświadczenia nieboszczki Marianny Figlarskiej - napisała rzekomy świadek testamentu. Oświadczyła pisemnie (mamy to oświadczenie), że ów sfałszowany dokument pisany był w 2000 r., w 9 lat po śmierci Figlarskiej. Treść dokumentu dyktowała jej sędzia Sądu Okręgowego w Lublinie Elżbieta Żak, żona Wojciecha Żaka.
- Ela (sędzia Żak - przyp. autorki) przyszła i powiedziała, że co będziemy pozwalać, żeby ziemia Figlarskiej przeszła na skarb państwa, niech to Jadzia ma. Nie wiedziałam, że tu jest inna gra i że ludzie będą cierpieć.
- Teraz wiem, dlaczego Szymańska mi powiedziała, że nie może mi sprzedać tego trójkąta, bo już od dawna jest to obiecany grunt Żakom - mówi Zarębowa, która chciała odkupić działkę od Szymańskiej.
Działka Żaków leży po drugiej stronie działki Figlarskiej.
O fałszerstwie dowiedzieli się: Julia Pitera, Prokurator Generalny Andrzej Seremet, CBA i miejscowa prokuratura. Nikt nic nie zrobił.
Prokuratura umorzyła postępowanie
z powodu przedawnienia. Pitera zapytała: Czy zdajecie sobie sprawę, jakie tu są nazwiska?
Agencja Nieruchomości Rolnych Skarbu Państwa połapała się wprzekręcie. I chce odzyskać własność. Wystąpiła do sądu. Sprawę prowadzi sędzia Tomasz Trojak. Ten sam, który uznał w 2000 r. testament za prawdziwy i dał spadek Szymańskiej. Gdy agencja poprosiła o zmianę sędziego, nie zgodził się na to sędzia Andrzej Stańczyk. Ten sam, który przyznał działkę nieżyjącej Figlarskiej przez zasiedzenie.
Powołano wielu świadków.
- Żak bierze ich do adwokata, daje na kartce pytania, które sędzia będzie zadawał, i każe się nauczyć odpowiedzi - mówi jeden ze świadków.
Najciekawsze jest to, że sędzia Trojak zadaje dokładnie te same pytania, które są na kartce...
Nie zmienia to faktu, że z zeznań świadków jasno wynika, że testamentu nie było.
- Elu, to ty mi to dyktowałaś - powiedziała do sędzi Elżbiety Żak rzekoma świadek testamentu podczas sądowej konfrontacji. Sędzia Trojak od tego momentu próbuje za wszelką cenę podważyć wiarygodność świadka.
Jadwiga Szymańska nie chce z nami rozmawiać. Prycha. Gdy pytamy, jak to z tym testamentem było, odpowiada: - Uważam rozmowę za zakończoną.
I rzuca słuchawką.
Nawet nie możemy napisać, że Szymańska została fałszywie oskarżona. A dobrze by było, bo Szymańska to nauczycielka i powinna być wzorem.
- To już pani sprawa, czy będzie pani o tym pisać - powiedział Wojciech Żak, informując o konsekwencjach po ukazaniu się artykułu.
Sędzia Elżbieta Żak nie chce z nami rozmawiać. Pewnie nie ma czasu. Jest bowiem sędzią wizytatorem, była naczelnikiem wydziału ksiąg wieczystych i jako fachowiec z tej dziedziny prowadzi wykłady.
Np. o tym, jak sporządzić ustne przyrzeczenie woli.
Joanna Skibniewska
Ważniejsze osoby: Elżbieta Żak - sędzia Sądu Okręgowego w Lublinie, która nic nie rozumie. Wojciech Żak - mąż sędzi, wykładowca akademicki, który uprzedza, że się zezłości. Jadwiga Szymańska - przyjaciółka Żaków, obecna właścicielka działki, która kończy rozmowę. Tomasz Trojak - sędzia, który sądzi co najmniej dziwnie. Andrzej Stańczyk - sędzia, który przyznaje rację zmarłej.
Etykiety:
Andrzej Stańczyk,
działka,
Elżbieta Żak,
Jadwiga Szymańska,
Jan Łopata,
Joanna Skibniewska,
Lublin,
poseł,
Sąd Okręgowego w Lublinie,
sędzia,
testament,
Tomasz Trojak,
Wojciech Żak
sobota, 23 marca 2013
Gorąca pała (NIE 47/2012)

Dziś już Grzegorz Lewicki z trudnością przypomina sobie, od czego się zaczęło. Zwyczajny funkcjonariusz policji w Radkowie na Śląsku, z prawie 15-letnim stażem. Z dobrą opinią, nagradzany. Taki od wszystkiego. Wypadki drogowe, kradzieże, rozboje, narkotyki, rowerzyści na gazie itp. Lewicki był zdyscyplinowany, osiągający bardzo dobre wyniki w służbie, w podejmowanych działaniach konsekwentny i nieustępliwy, jak napisali o nim jego przełożeni. Czyli w Radkowie raczej mało lubiany?
W 2006 r., kiedy rządził PiS, wokół funkcjonariuszy coś się zaczęło dziać. Szczególnie przy tych z długim stażem pracy. Nie tylko w Radkowie, ale na całym Śląsku. Co i raz było słychać, że jakiś policjant został oskarżony o korupcję. Wszyscy wiedzieli, że polecenia szły z góry, z samego ministerstwa. Miały być wykrywane "mafie policyjno-lekarskie lub policyjno-gangsterskie". Jeśli znalazłby się w tym jakiś polityk, najlepiej lewicy, to w ogóle byłoby bosko. Nikt jednak nie myślał, że dotknie to tak mały komisariat jak ten w Radkowie. A tam Lewickiego.
Pies na psy
Lewicki zaczął być wzywany przez prokuratora w Kłodzku Grzegorza Horowskiego. Psa na psy, jak o nim mówiono. I Lewicki musiał się tłumaczyć. Z tego, że pojechał do wypadku drogowego, choć była tam inna jednostka. Potem znowu tłumaczył się ze skreśleń w swoim notatniku. Choć wytłumaczył to racjonalnie, Horowski uznał, że funkcjonariusz fałszował swój notatnik. Taki malutki, podręczny, z którego dopiero sporządzało się raporty. Później tłumaczył się z wywiezienia nielata poza miasto w celu zastraszenia go. To, że nielat to miejscowy bandzior ścigany przez Lewickiego, nie miało dla prokuratora znaczenia.
I tak Lewicki jeździł sobie co i raz do Kłodzka i się tłumaczył. A wszystko przez to, że nie chciał nic powiedzieć na komendanta albo na któregoś burmistrza. Był taki niekoleżeński i nie chciał współpracować z kolegą prokuratorem. Ba, napisał na prokuratora skargę. Oczywiście skargi nic nie dały, ale wkurzyły mocno prokuratora, prokurator Horowski szukał więc czegoś na Lewickiego. Aż znalazł.
Miłość
Ewa K. to był niezły numer. Środowisko, w którym wyrastała: alkohol, przemoc, przestępstwa. Gdy Lewicki ją poznał, miała około 16 lat. I była policyjnym "uchalem". Nawet niezłym, bo obracała się w towarzystwie zajmującym się narkotykami. Miał jednak to nieszczęście, że dziewczyna najprawdopodobniej zakochała się w policjancie. Lewicki mówi, że starał się ją trzymać na dystans. Ale młoda chciała zaszpanować wśród koleżanek i opowiadała, że jest w ciąży z Lewickim.
To prawda, że się wkurzył. Po pierwsze, śmiali się z niego koledzy. Po drugie, on miał żonę i dwoje dzieci. Kiedyś zobaczył Ewę K. na ulicy, zatrzymał się i spytał, co jej odbiło. Może nie był miły, może nawet powiedział coś niecenzuralnego, dziś już nie pamięta. W każdym razie zerwał z nią kontakty. I przez 2 lata laska nie pojawiała się w jego życiu. Raz powróciła jak zły sen, gdy do jego dowódcy wpłynął anonim, że Lewicki zgwałcił Ewę K., ale gdy policja zaczęła prowadzić własne śledztwo, Ewa K. wszystkiemu zaprzeczyła i stwierdziła, że nigdy nie miała kontaktów seksualnych z Lewickim. I znowu zniknęła z jego życia. Nagle, po 2 latach znalazł ją Grzegorz Horowski. Znaczy nie tyle ją, co ów anonim i bardzo się ucieszył, że wreszcie ma coś naprawdę mocnego na niesubordynowanego policjanta. Jak to się stało, że Ewa K. nagle po 2 latach przypomniała sobie ów gwałt, trudno powiedzieć. Jakim cudem doznała olśnienia i przyznała się, że była w ciąży? Jak to się stało, że opowiedziała o tym, jak to Lewicki zmusił ją do dokonania aborcji? Grzegorz Lewicki z hukiem trafił do aresztu. Horowski utajnił akta sprawy. Cholera wie czemu. W każdym razie długie miesiące Lewicki nie miał pojęcia, za co siedzi.
Został oskarżony i skazany. Za gwałt i nakłanianie do aborcji. Skazał go sędzia Sądu Okręgowego ze Świdnicy. Może i byśmy w gwałt uwierzyli, gdyby nie fakt, że panienka wielokrotnie zmieniała zeznania, motała się jak mucha w pajęczynie i wyraźnie kłamała.
Poza tym, według opinii biegłych, nie mogła dokonać aborcji, gdyż? nigdy nie była w ciąży. A to co opisuje panienka jako aborcję, żadną aborcją nie było. Sędzia jednak nie przyjął tych wyjaśnień biegłych. Uznał, że nie mają one znaczenia procesowego.
Skryta dziewica
Ewa K. opowiadała o tej miłości przed sądem. Od razu jak go poznała na dyskotece, zaproponował jej randkę. Spotkała się z nim o 3.00 nad ranem na murku. Nad zalewem w Radkowie, w poświacie księżyca. Aaaach, jak romantycznie? Widziała to spotkanie jej kuzynka Agnieszka, która obserwowała to ze swojego okna. Ewa K. zadzwoniła wtedy do kuzynki. Faktycznie zadzwoniła o 3.36, jak wykazują billingi. Tyle że telefon Ewy logował się wtedy w Nowej Rudzie, a Agnieszki w Radkowie. Jak widać, Ewa K. nie mogła być wtedy w Radkowie nad zalewem.
Ten sam zalew miał być świadkiem dramatu Ewy. Ten dzień miał zmienić jej życie. Ale dokładnie nie pamiętała co to za dzień. Prokurator wielokrotnie próbował jej "przypomnieć" tę wstrząsającą datę, ale ciągle się motała. Wreszcie przypomniała sobie, że to był 2 września 2006 r. Ten sam, w którym Lewicki zatrzymał jej ojca, w wyniku czego tamten trafił za kraty. Ale to zapewne przypadek? Wie tylko, że był to wieczór, że pili alkohol i że Lewicki zgwałcił ją na przednim siedzeniu swojego auta. Po czym każde poszło w swoją stronę. A ona była przecież dziewicą. Zgwałcone biedactwo nikomu o tym nie mówiło, bo? bliscy w domu spali. Podobno spóźnił się jej okres, więc poszła z koleżanką do ginekologa, który stwierdził, że jest w 9. może 10. tygodniu ciąży. U ginekologa była niby 4 października 2006 r. Musiała to być wyjątkowo szybko rozwijająca się ciąża, bo od 2 września, czyli od gwałtu, do 4 października minęły raptem 4 tygodnie, a nie 10. Będąc u ginekologa, powiedziała, że ciąża jest wynikiem gwałtu. Ani ciąży, ani tej informacji nie potwierdza dokumentacja medyczna owego lekarza. Nikt nie pamięta też, żeby mówiła o gwałcie. To tym bardziej dziwne, bo lekarz jest zobowiązany zgłosić taki fakt policji.
Tabletkowa aborcja
Podobno Ewa K. szybko powiedziała potencjalnemu ojcu o ich wspólnym szczęściu. Bóg ją pobłogosławił! Tymczasem podobno tatuś się nie ucieszył i kazał jej tę ciążę usunąć. Zorganizował nawet lekarza. Lekarz stwierdził ciążę, ale podobno powiedział, że może jej pomóc, po czym dał jej 6 tabletek do połknięcia i kazał przyjść za tydzień. Lewicki miał mu dać 500 zł. Było to 26 października. Młoda nie wie do dziś, gdzie był ten lekarz, nie wie, jak on wyglądał ani jak wyglądał jego gabinet.
Po tygodniu znowu pojechali do tego lekarza. W gabinecie lekarskim po raz kolejny dostała tabletki, a lekarz kazał jej... biec po test ciążowy do apteki. Po czym wykonał ten test w gabinecie i stwierdził, że Ewa K. nie jest już w ciąży. Małolata nic nie wspominała, jakoby miała po tabletkach dostać krwawienia ani czy w ogóle przez ten okres od 2 września krwawiła. Sąd uznaje ten fakt za nieistotny.
Tu warto byłoby przypomnieć daty. 30 października rzekoma ciąża miałaby 9 tygodni. Biorąc jednak pod uwagę to niby-badanie z 4 października, podczas którego lekarz stwierdził 10-tygodniowąciążę, byłoby to już 14 tygodni. Mogłaby w tym czasie jakieś tabletki w dupę sobie wsadzić, a i tak ciąży by się w ten sposób nie pozbyła. Jednak sędzia nie dopuścił dowodu w postaci opinii biegłych lekarzy ginekologów. Bo zawaliliby oni z góry założoną tezę, że Lewicki jest winny. Jeszcze taki drobiazg ? nie ma dokumentacji medycznej, która mówiłaby o wizycie Ewy K. u lekarza. Ale według sędziego to nic dziwnego, bo przecież lekarz nie wpisałby w kartę, że dokonał aborcji. Znaczy tego czegoś, co tutaj nazywane jest aborcją.
I jeszcze jedno, powtórzmy - biegły lekarz ginekolog stwierdził, że Ewa K. nigdy nie była w ciąży. Nie zmieniło to jednak decyzji sędziego i jego wewnętrznego przekonania, że Lewicki nakłaniał to niewinne 16-letniebiedactwo do przerwania ciąży, której nie było. Za co dostał 4 lata.
Nie zabijać dziecka
Ewa K. miała swoich świadków. Owe koleżanki, które niby ją widziały podczas romantycznego spotkania na murku. Widziały z okna. Jedna była wtedy we Wrocławiu, ale tego też nie sprawdzono. Prokuratura miała też świadka nie do podważenia, kuratora Ewy K. (boto niewiniątko od 2005 r. miało kuratora) Marię Zawadzką, która to w 2009 r. powiedziała przed sądem, że biedactwo zwierzyło się jej z dokonanego na niej gwałtu i z faktu, że jest w ciąży. Kuratorka była wstrząśnięta i robiła wszystko, by "tegodziecka nie zabijać", odwodząc dziewczynę od dokonania aborcji.
Faktycznie koronny dowód, tyle że ta praworządna kuratorka nie odnotowała tego w swoich notatkach, nie wspomniała o tym w raportach do sądu, nie zgłosiła gwałtu ani policji, ani prokuraturze, ani sądowi, na którego polecenie sprawowała kuratelę nadmałolatą. Lepiej, nie potwierdziła tego sama "zgwałcona". Musiał jej to "przypomnieć" prokurator na rozprawie, bo ona uparcie twierdziła, że była u kuratorki, ale w sprawie stypendium socjalnego i w związku z jej nieobecnościami w szkole. I to akurat jest odnotowane w raporcie pani kurator. A gwałtu i ciąży nie ma.
Język i dowody
W sprawie, którą prowadzono przeciwko Lewickiemu, aż 11 osób powiedziało przed sądem, że byli nakłaniani przez prokuratora do składania fałszywych zeznań (świadczą o tym protokoły rozpraw).
Grzegorz Lewicki siedzi. Za gwałt oraz za dokonanie aborcji, która żadną aborcją nie była. Ale to nie ma znaczenia procesowego.
Joanna Skibniewska
askibniewska@redakcja.nie.com.pl
![]() |
| Jedliński |
O sędzi Sądu Okręgowego w Świdnicy pisaliśmy:
1. Przy materiale dotyczącym postępowania przeciwko rzekomemu "gangowi bokserów" i domniemanej mafii policyjno-gangsterskiej. Postępowanie prowadzone w sposób mający niewiele wspólnego z rzetelnym procesem. "Tajemnice ze śmietnika".
http://skibniewska.blogspot.com/2013/03/tajemnice-ze-smietnika-nie-442011.html
2. Gdy prowadził postępowanie przeciwko całkowicie sparaliżowanemu człowiekowi, gdzie pokazaliśmy, jak nakierowuje świadka do oczekiwanych przez niego zeznań, jak protokołuje co innego, niż mówią świadkowie, jak nieobiektywnie prowadzi rozprawę i nie panuje nad swoimi emocjami. "Gowinizm".
http://skibniewska.blogspot.com/2013/03/gowinizm-nie-182012.html
3. W tekście pt. "Sędzia bierze w łapę", w którym przedstawiliśmy dowody, że sędzia najprawdopodobniej bierze.
http://skibniewska.blogspot.com/2013/03/sedzia-bierze-w-ape-nie-212012.html
4. W materiale pt. "Nietykalny sędzia", gdzie opisujemy, jak próbuje wykorzystywać swoje stanowisko, by nas oskarżyć o cokolwiek. Dodać należy, że sędzia wystąpił przeciwko nam na drogę prawną, a jego świadkami są... inni sędziowie ze świdnickiego sądu.
http://skibniewska.blogspot.com/2013/03/nietykalny-sedzia-nie-422012.html
Jeden, sędzia Bagrowski, który "przeoczył" podczas prowadzenia rozprawy, że ten sam pełnomocnik był jednocześnie adwokatem świadka koronnego nadającego na oskarżonych, jak i pełnomocnikiem samych oskarżonych.
Drugi, sędzia Białek, któremu właśnie odebrano immunitet sędziowski, ponieważ toczy się przeciwko niemu postępowanie o jazdę po pijanemu.
http://skibniewska.blogspot.com/2013/03/sedzia-i-jego-kac-nie-372012.html
Córka Ziobry i jej psy (NIE 45/2012)
Jak zwykle, od prawie 30 lat, przyszli rano do pracy. Był 6 czerwca 2006 r. We wszystkich komendach wiał wiatr Zbigniewa Ziobry, ale oni starali się omijać schizofreniczne zalecenia ścigania każdego, kto mógłby się przydać do ministerialnego sukcesu, czyli do rozbicia fikcyjnej mafii. Myśleli, że jeśli sami przez tyle lat wykonywali robotę rzetelnie i trzymali się prawa, to ich jednostka, czyli Komenda Powiatowa Policji w Bełchatowie, nie popędzi za tym wiatrem. Mylili się.
Na biurku Jacka Kowalczyka zadzwonił telefon.- Jest Janek? - zapytał komendant. - To wpadnijcie do mnie.
Kowalczyk poszedł po Jana Handrysiaka. Gdy wchodzili do komendanta, zdziwiło ich, że jest tam tyle ludzi. I u niego, i w sekretariacie. "Jakaś akcja" - pomyśleli.
- Panowie są z BSW, chcieliby z wami porozmawiać - zaczął komendant. Ale panowie nie rozmawiali.
- Jesteście zatrzymani - usłyszeli.
I tyle. Nie dowiedzieli się dlaczego ani o co chodzi. Funkcjonariusze Biura Spraw Wewnętrznych przeszli do ich pokoi. Przeszukali, choć widać, że to wszystko pro forma. Nawet nie wiedzieli, czego szukają. Podobnie przeszukali ich mieszkania. Weszli, popatrzyli. Widać, że dowody już gdzieś były i nie ma czego szukać. Potem przesłuchanie. Też bez ładu i składu. Tylko pod drzwiami któryś powiedział "mają już załatwione po 3 miechy". Wciąż nie wiedzieli za co.
Nieodrodne dzieci pana ministra
Gdy po wielu godzinach trafili przed oblicze prokurator Bogumiły Tarkowskiej z Prokuratury Apelacyjnej w Łodzi, też nie dowiedzieli się o co chodzi.
Słyszeli o niej.
Każdy w terenie o niej słyszał. Córunia Ziobry - taką miała ksywę.
Podejmowała wszystkie postępowania na zlecenie ministra i partii. Śmiano się, że ze sprzątaczki i jej mopa umiałaby zrobić zorganizowaną grupę przestępczą.
Zaczęła jeszcze od Rywina, przez ministra zdrowia, po adwokata Andrzeja Leppera. Teraz takie samo zadanie miała do wykonania z dwoma funkcyjnymi policjantami - Jackiem Kowalczykiem i Janem Handrysiakiem. Udało się jej.
To było najkrótsze przesłuchanie, jakie kiedykolwiek widzieli. Tarkowska miała już wszystko przygotowane. Była zdziwiona, że chcą składać wyjaśnienia. Tylko zajęli jej cenny czas. Uprzedziła ich więc, że to i tak niczego nie zmieni. Pójdą siedzieć.
![]() |
| Tarkowska |
Posiedzenie trwało może 3 minuty. Tarkowska, swoim utartym zwyczajem, przyniosła 26 tomów akt sprawy. Bo niby taka poważna i tak znakomicie przygotowana. Ale tak naprawdę były to kserówki ze sprawy zupełnie niezwiązanej z nimi. Nie miało to jednak znaczenia dla "Dyżurnej". Po 3 minutach już miała gotowe postanowienie o tymczasowym aresztowaniu. 2 strony. Szybko Tomczak pisze.
Materiał dowodowy w postaci zeznań Jarosława Kurzydlaka w wysokim stopniu uprawdopodobnią fakt popełnienia zarzucanego czynu. Stwierdziła też na piśmie, że podejrzanemu zostanie wymierzona surowa kara. I każdy dostał od razu takie postanowienie. I w zasadzie to już był wyrok.
Zgredzik nie dynda
Siedzieli rok i 2 tygodnie. Handrysiak w Sieradzu w izolatce. Ciemnej, porośniętej grzybem. Rano, gdy klawisze przynosili żarcie, otwierali lipo i mówili ze zdziwieniem: - Zgredzik jeszcze nie dynda.
Czasami dorzucali, że w takiej sytuacji sznurówki rozwiązują problem.
Handrysiak na spacery wychodził... w klatce. Ze względów bezpieczeństwa. Funkcjonariusz policji z prawie 30-letnim stażem był ważnym łupem dla więźniów z sieradzkiego więzienia.
Do celi trafił tak, jak przyszedł wtedy do pracy. I tak pozostał jeszcze przez ponad miesiąc. Bo w prokuraturze zatrzymano paczkę z ubraniem, którą przysłała mu żona. Przez cały areszt nigdy nie był leczony. Ale w jego karcie chorobowej znajdują się wpisy o konsultacjach lekarskich.
Bo Handrysiak to chory człowiek. Dyskopatia, nadciśnienie, serce. W celi doszła jeszcze depresja. Tym bardziej że prokurator nie wydawała zgody na widzenia z najbliższymi. A gdy już wydała, obok stało dwóch funkcjonariuszy BSW i nie pozwalali żonie nawet się przytulić. Gdy żona Handrysiaka napisała skargę, Tarkowska cofnęła jej widzenia, a po interwencji rzecznika praw obywatelskich przywróciła je, ale przez pleksi.
On nie musi siedzieć
Ale poza więzieniem funkcjonariusze BSW podchodzili do Alicji Handrysiak.
- Niech powie coś na swojego komendanta albo na jakiegoś sędziego - powiedzieli żonie przed sklepem. - Przecież on się wykończy w więzieniu. A jak powie, to wyjdzie. Nie zależy pani na mężu?
To samo robili z żoną Kowalczyka. Tam było łatwiej, bo najmłodsze dziecko było jeszcze małe. Dziewczynka bardzo źle znosiła rozłąkę z tatą. Żona Kowalczyka wpadła w depresję. Nauczycielka, bez grosza przy duszy, wytykana palcami na ulicy. I dzieciaki szykanowane w szkole. Do niej funkcjonariusze BSW przyszli do domu.
- Jeśli chce go mieć pani w domu, to niech powie coś na komendanta. Cokolwiek.
A gdy była twarda, zaczęli ją straszyć. Straci dzieci. Czeka na nich dom dziecka, a na nią szpital psychiatryczny. Kowalczyk siedział w Piotrkowie Trybunalskim.
- Jebać psa, jebać psa, jebać psa! - słyszał pod swoją celą od szóstej rano.
- Oooo, wyprowadzili pieska na spacer - słyszał na spacerniaku. Przestano więc go wyprowadzać.
Kopanie w drzwi, walenie w sufit, wyrywanie anteny od telewizora to zwyczajna codzienność Kowalczyka przez ponad rok. I strach o żonę i dzieci.
- Powiedz chociaż troszkę na komendanta albo jakiegoś sędziego, albo lekarza, to wyjdziesz. Przecież wiemy, ty nie musisz siedzieć. Wystarczy, że coś powiesz. Wrócisz do domu, ogarniesz. Inaczej kobita ci się przekręci. Dzieci ci nie szkoda? - ponawiali co jakiś czas propozycję funkcjonariusze BSW.
Tarkowska pytała jedynie, czy już są gotowi powiedzieć coś na innych. A gdy nie byli gotowi, pokazywała kolejny wniosek o areszt. Kolejny i kolejny. Przychodziły do niej wytyczne z Krakowa, z prokuratury, wówczas krajowej, obecnie apelacyjnej. "Nie wykonywać czynności, iść na czas" - zapisała w podręcznych aktach po rozmowie z prokuratorem apelacyjnym z Krakowa. Cały czas była też w bezpośrednim kontakcie telefonicznym z "czterdziestoma zaufanymi" Ziobry. Prokuratorami z Krakowa, Białegostoku, Lublina i Łodzi.
I nie wykonywała czynności. Jako czynność służbową zaliczono notatkę: Ustaliłem nr pesel Jana Handrysiaka.
"Posiedzą,to skruszeją" - rzucił ponoć Marek Wełna, apelacyjny z Krakowa. A Tarkowska przy każdym wniosku o areszt powoływała się na konieczność wykonania czynności.
- Miała być konfrontacja z Kurzydlakiem - powiedział jej kiedyś Handrysiak. - Kiedy będzie?
- Nie będzie - odpowiedziała Tarkowska.Chce mi pan sprawę rozwalić?
Bandzior
Jarosław Kurzydlak to bandzior i miejscowy gangster. Wielokrotnie karany. Za nielegalny handel bronią i amunicją, za wielokrotne rozboje, za bezprawne pozbawienie wolności (porwanie,gdyby ktoś nie wiedział), za nielegalny handel lewym alkoholem, za podpalenia "konkurencji", za podłożenie bomby pod dom nielubianego kumpla i dwukrotnie za składanie fałszywych zeznań. Warto dodać, że łapali go właśnie ci dwaj aresztowani policjanci.
Sprawy Kurzydlaka prowadziła Tarkowska. W zamian za współpracę, czyli oskarżenie policjantów, wypuściła go z aresztu i obiecała niską karę. Dotrzymała słowa. Za to wszystko dostał wyrok łączny... 11 miesięcy odsiadki. Tyle, żeby wliczyć pobyt w areszcie.
Poza tym Jarosław Kurzydlak to wieloletni "uchal"obu policjantów. Donosił im na kolegów przez długie lata. Teraz powiedział, że Kowalczyk i Handrysiak brali od niego kasę za nietykalność. W ciągu 3 lat dał obu ok. 30 tys. zł. Dokładnie nie pamięta ile. Nikt nie zauważył, że Kurzydlak ani przez moment nie był nietykalny. Wręcz przeciwnie. Gliniarze gnębili go na każdym kroku.
Za prawdomówność Kurzydlaka ręczą jego dwaj koledzy, którzy ponoć słyszeli, jak opowiadał o swojej nietykalności. Notabene będąc w celi. Ci dwaj też regularni przestępcy. Bandyci ścigani przez policję. Za policjantów ręczą ich przełożeni, ich koledzy, Niezależny Samorządny Związek Zawodowy Policjantów. Mówią, że cała trójka kryminalistów była wielokrotnie skazywana właśnie dzięki pracy tych dwóch funkcjonariuszy.
- To typowa zemsta - powiedział mediom Jerzy Wojtczak, przewodniczący NSZZP w Bełchatowie.
Tarkowska momentalnie po tym wystąpieniu Wojtczaka... postawiła mu zarzuty molestowania na komendzie. I wnioskowała o areszt! (Wojtczaka właśnie uniewinniono). Zęby pokazać, że Wojtczak i Handrysiak to zorganizowana grupa, do molestowania dorzuciła jeszcze Handrysiaka. A kogo niby mieli molestować? Laskę, która została zatrzymana przez Handrysiaka na włamaniu do banku z bronią w ręku (iskazana za ten czyn). Twierdziła, że wkładali jej ręce pod bluzeczkę. Ponieważ nie znała Wojtczaka, to prokurator zrobił swoiste okazanie. Obu panów postawił między kobietami. Panienka zaczęła się motać, ale to i tak nie przeszkodziło w postawieniu zarzutów.
I tak wiarygodni byli tylko przestępcy.
Kruszeli
Bogumiła Tarkowska dosyć szybko napisała akt oskarżenia, ale dostała wytyczne, że oni muszą posiedzieć jeszcze trochę. Zaczęli mocno chorować, była więc szansa, że zmiękną i zaczną coś mówić na miejscowe szychy. I choć akt oskarżenia trafił do sądu w Bełchatowie w grudniu 2006 r., to do lipca nie wyznaczono terminu rozprawy. Bo Tarkowska oznaczyła postępowanie klauzulą tajności i trzeba było szukać ławników, którzy mają uprawnienia do brania udziału w takiej rozprawie. Gdy 7 lipca udało się wreszcie zebrać skład sędziowski i wysłuchać Kurzydlaka, ten nie stawił się na wezwanie sądu. Dlaczego? Bo go Tarkowska wezwała do prokuratury na tę samą godzinę... Kowalczyk i Handrysiak nadal gnili więc w celi. A Kurzydlak od dawna cieszył się wolnością.
Niedługo potem policjanci wyszli. Zniszczeni, chorzy, przegrani. Co z tego, że sędzia nie zostawił suchej nitki na prokuraturze. Co z tego, że zostali uniewinnieni. Wskutek odwołań prokuratury odbyły się już 3 postępowania przed sądem. Dziś są już uniewinnieni prawomocnie. Poza zeznaniem Kurzydlaka, który zresztą przed sądem nagle zachorował na amnezję i nic już nie pamiętał, nigdy nie znaleziono żadnych dowodów ich winy. Sędzia Rychter w trakcie procesu prowadził postępowanie przygotowawcze, które powinna zrobić Tarkowska. I nic nie znalazł, a 26 tomów kserówek, które miały być niezbitymi dowodami ich winy, kazał wyrzucić do kosza. Świadkowie, dowożeni z cel, przyznali w sądzie, że byli pouczani przez panią prokurator, co mają mówić przed sądem. Tarkowska w kolejnych instancjach już nie przychodziła na rozprawy. Zniknęła. Ciekawe, czy awansowała za tak dobrą pracę, czy uciekła do adwokatury, żeby uniknąć odpowiedzialności ?
Obaj funkcjonariusze po wyjściu z aresztu otrzymali grupy inwalidzkie.
Teraz to my, podatnicy, zapłacimy odszkodowania za bezpodstawny areszt, utratę pracy, zdrowia i dobrego imienia dwóch dobrych funkcjonariuszy policji.
Joanna Skibniewska
Subskrybuj:
Posty (Atom)




