Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prokurator. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prokurator. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 października 2014

Świst chybionych pocisków (Tygodnik NIE, nr 40/2014, str.3)

Świst chybionych pocisków

Funkcjonariusze z Wydziału Zwalczania Przestępczości Samochodowej Komendy Stołecznej Policji biją zatrzymanych, a też strzelają do niewinnych ludzi.
22 września ok. 22.00 było już ciemno. Czarek Skowroński, jego dziewczyna Andżelika i jej bliźniacza siostra Olga nawet nie zauważyli upływającego czasu. Siedzieli u Czarka w Stanisławowie, oglądali film, płynęły godziny. Rano trzeba wstać do szkoły! Olga miała nazajutrz klasówkę z chemii, a była kompletnie zielona. Nie wiedziała, co się stanie, gdy połączy się zasadę z kwasem. Kretyński przedmiot, który nigdy do niczego nie będzie jej potrzebny. Na pewno nie będzie łączyć kwasów z zasadami. Ale nauczyć się musi.
Dziewczyny poprosiły Czarka, żeby odwiózł je do babci. Od niej z Płochocińskiej jest bliżej do szkoły. Poza tym babcia ma już swoje lata, jest schorowana, obecność nastoletnich bliźniaczek dobrze jej robi.
Napad
Czarek wziął ojcowskiego citroena C4, kilka razy pomachał kluczykami prawie jak właściciel i pojechali. Na Płochocińską od niego jest rzut beretem, szybko więc dotarli przed dom pani Bogumiły, babci dziewczyn. Dojeżdżając do małego domku Czarek zauważył kilku mężczyzn w bluzach z kapturami. Zastanawiał się, czy może wypuścić dziewczyny same po ciemku.
– To pewnie Rysiek z kolegami wraca z melanżu – zaśmiały się dziewczyny i zaczęły wychodzić z samochodu.
Nagle zapiszczały. Czarek osłupiał. Zakapturzeni mężczyźni zaczęli biec w ich stronę. Nigdy nie widział z bliska pistoletu, ale szybko zrozumiał, że faceci w kapturach mają broń. Za chwilę miał się o tym przekonać, bo biegnący zaczęli strzelać w ich kierunku.
Świst i huk wystrzałów mieszał się z krzykiem dziewczyn, które przerażone uciekły do samochodu. Jedna z kul trafiła w siedzenie pasażera. Dobrze, że Andżelika zdążyła się położyć. Kolejna wbiła się w siedzenie kierowcy, tak, że Czarek był pewien, iż oberwał, tylko z powodu szoku nic nie czuje.
Kule świstały jak na wojennym filmie. Jedne przelatywały nad ich głowami, inne wbijały się w karoserię auta. Jeden z napastników podbiegł do samochodu i wybił przednią szybę. Dziewczyny płakały.
Ucieczka
Czarek postanowił uciec, ale nie mógł jechać szybciej niż 20 km/h, bo miał przestrzelone opony. Zadzwonił do rodziców, że ucieka, bo go napadli bandyci. Potem zadzwonił na policję. Opowiedział o ataku, o uzbrojonych bandziorach i samochodzie przeszytym kulami. I że jedzie do domu, bo bardzo się boi.
Ojciec chłopaka wsiadł w samochód zięcia i obaj pojechali na Płochocińską. Synowi kazał wracać do domu, nie patrząc na to, że z opon nic już nie zostało. Srał pies felgi, byle tylko ujść z życiem. Czarek po drodze spotkał dwoje rowerzystów jadących w stronę tej strzelaniny. Kazał im zawrócić, bo tam są bandyci i zrobią im krzywdę. Rowerzyści też zadzwonili na policję.
Oczekiwanie
Pani Bogumiła ma 76 lat. Od godziny czekała na wnuczki. Chciała zadzwonić, ale nie ogarnia tych komórkowych zabawek. Wiedziała, że opieprzy je, gdy wrócą. Kto to słyszał, żeby młode dziewczyny szlajały się po ciemku. Była zła, ale też zmartwiona. Okolica nieoświetlona, a one takie ładne i zgrabne. Tylu zboczeńców łazi po krzakach. Porywają dziewczęta do domów publicznych. Stała więc w oknie wyczulona na każdy ruch. Gdy podjechał citroen Skowrońskich, spadł jej kamień z serca. Wróciły. Ale i tak je opieprzy…
Wtedy usłyszała strzały. Była dzieckiem, gdy kończyła się wojna, ale nie miała wątpliwości, że są to kule. Podbiegła do okna i zobaczyła bandytów z pistoletami, którzy biegną do białego citroena. Zobaczyła dziewczynki wskakujące do samochodu i widziała, że łobuzy strzelają do nich jak do kaczek. Złapała za telefon, ale nie mogła sobie przypomnieć, czy to 997, 998 czy może 999? Wykręciła jakiś numer. Czy to była policja, nie wie, ale powiedziała, że jej wnuczki chcą porwać bandyci, że możliwe, iż już je zastrzelili, że trzeba ratować.
Niedługo potem ktoś zaczął walić do drzwi. Otworzyła. Weszło dwóch zakapturzonych mężczyzn. Tych, co strzelali. Odepchnęli babcię od drzwi, straciła równowagę. Weszli do pokoju, a że domek malutki i została im jeszcze tylko kuchnia i łazienka, zajrzeli tam bez słowa, po czym wyszli. Pani Bogumiła nic już więcej nie pamięta, chyba straciła przytomność. Dopiero gdy przyjechała po nią córka i zabrała do siebie, kobieta dowiedziała się, że dziewczynki żyją.
– Cud boski – powiedziała i znów zapadła w stan odrętwienia.
Zatrzymanie
Gdy ojciec Czarka przyjechał na miejsce, radiowóz już tam był. Ale co to? Dlaczego policjanci z bandytami prowadzą pogaduszki? Czemu się śmieją?
Słyszał tylko urywane fragmenty rozmowy. „Co to był za samochód? Pierdolony małolat. Fajna zabawa”. Któryś liczył wystrzelane naboje. Około 40.
Skowroński wybiegł z wozu i oniemiał. Spod rozpiętych bluz z kapturami wystawały blachy na srebrnych łańcuszkach. To byli policjanci.
– To wy strzelaliście do dzieciaków! – krzyknął.
Kilku rosłych mężczyzn dopadło do niego.
– To był twój syn? – zapytał jeden z policjantów. – Gdzie on jest?
Policjanci chcieli wejść do samochodu, którym przyjechał Skowroński i kazali się wieść do chłopaka.
– Co wy tu robicie bez samochodu? – pytał ojciec chłopaka.
– My tu 2 dni w tych krzakach siedzimy – rzucił któryś.
– Szukamy dziupli samochodowej – pochwalił się funkcjonariusz.
Po przyjeździe do domu Skowrońskich policjanci wpadli do kuchni, gdzie siedział przerażony nastolatek i zapłakane dziewczyny. Kilku go przesłuchiwało, inni robili oględziny samochodu. Kilkanaście kul w karoserii i wewnątrz wozu. Zabezpieczyli telefony komórkowe dzieciaków i plecaki szkolne pełne podręczników. Zabrali zeszyt do chemii, który leżał na tylnym siedzeniu, gdzie Olga usiłowała nauczyć się na klasówkę. Zeszyt był przestrzelony. Wokół dziury po kuli są czarne smugi.
– Jesteś zatrzymany – rzucił jeden z funkcjonariuszy.
– Za co? – spytał biały jak ściana Czarek.
– Chciałeś nas zabić, próbowałeś nas przejechać samochodem – rzucił policjant i od razu uprzedził, że nie będzie odpowiadał na żadne pytania. Tutaj to on zadaje pytania.
Chłopak mało nie zemdlał. Trzeba było wezwać pogotowie. Dano mu jakiś zastrzyk, po czym policjanci zawieźli do Komendy Stołecznej Policji. Tam przesłuchiwali go 6 godzin.
– Dlaczego chciałeś nas zabić? – padały pytania, a funkcjonariusze zmieniali się jak w kalejdoskopie. Jedni byli mili, inni wydzierali gęby. Potem przyjechał naczelnik i też na niego krzyczał.
W nocy zawieziono go do prokuratury rejonowej przy ul. Jagiellońskiej w Warszawie. Tam prokuratorka postawiła mu zarzut czynnej napaści na funkcjonariuszy. Jego zeznania nie miały żadnego znaczenia. Dostał dozór policyjny, a to, że nie poszedł do aresztu, to wynik jego młodego wieku i chorowitego wyglądu.
O piątej rano zaprowadzono go na dołek. Przesiedział 30 godzin.
Odpowiedzi
Czarek ma 19 lat i chodzi do IV klasy technikum informatycznego. Jest wysoki i chudy. Andżelika i Olga mają po 18 lat. Uczą się w liceum.
Na stronie internetowej KSP pojawiła się informacja, że policjanci ze specjalnej grupy zajmującej się przestępczością samochodową odnieśli sukces. Na Płochocińskiej odzyskali skradzioną toyotę. Zatrzymali złodziei samochodów i Cezarego S., który chciał uciec. Został znaleziony w swoim domu, „gdzie się ukrywał”.
Zadaliśmy pytania policji i prokuraturze.
Otrzymaliśmy odpowiedź z KSP: „W odpowiedzi na Pani pytania informuję, że czynności w powyższej sprawie wykonuje Prokuratura Rejonowa Warszawa-Praga Północ w Warszawie w ramach śledztwa prowadzonego wraz z funkcjonariuszami Wydziału Zwalczania Przestępczości Samochodowej Komendy Stołecznej Policji o sygn. akt 6Ds 1582/14, przeciwko Grzegorzowi R. podejrzanemu o trzy czyny dotyczące kradzieży pojazdów marki Honda i Toyota oraz Adriannie B. i Ryszardowi R. podejrzanym o ukrycie ww. pojazdów pochodzących z przestępstwa. Dwóch sprawców przyznało się do zarzucanych im czynów, a złożone wyjaśnienia są obecnie przedmiotem weryfikacji procesowej. (…)
Podczas akcji Policji skierowanej na ujawnienie skradzionych pojazdów doszło do aktu czynnej napaści na dwóch funkcjonariuszy Policji poprzez ich potrącenie pojazdem, którym kierował Cezary S. Funkcjonariusze zostali zmuszeni do użycia broni palnej w celu zatrzymania sprawcy. Prokurator przedstawił Cezaremu S. zarzut dokonania czynu z art. 223 § 1 kk oraz zastosował wobec podejrzanego środek zapobiegawczy w postaci dozoru Policji. Śledztwo jest w toku”.
Podpisał rzecznik KSP Mariusz Mrozek.
W dwie minuty później dostaliśmy mail z prokuratury. Identyczny! Podpisane przez rzecznika POWP Renatę Mazur. Prokurator Mazur dodała także, że nie otrzymam zgody na zajrzenie do dokumentacji. Dla dobra śledztwa.
O funkcjonariuszach z Wydziału Zwalczania Przestępczości Samochodowej Komendy Stołecznej Policji niedawno pisałam artykuł „Kaci z policji” („NIE” nr 7/2014). Policjanci dotkliwie bili zatrzymanych, zakładali im worek na głowę i wpuszczali gaz, szczuli psami, tylko po to, by na siłę zrobić wynik. Tym razem o mało nie zabili trójki nastolatków.

JOANNA SKIBNIEWSKA
askibniewska@poczta.onet.pl








piątek, 10 października 2014

Konkurs na mordercę PAPAŁY (Tygodnik NIE, nr 38, 19 września 2014, str.1)

Najważniejsze śledztwo w państwie, które pochłonęło dotychczas miliony, to fikcja. Prokurator, po to żeby nie wyjść na idiotę, narusza prawo.

Konkurs na mordercę PAPAŁY


Generał Papała
To był już siedemnasty przełom w śledztwie dotyczącym zabójstwa generała Marka Papały.
Jeden świadek koronny pomówił drugiego świadka koronnego. Prokuratura znalazła sprawcę. Po 15 latach. Tyle, że znowu nie ma żadnych dowodów, które potwierdzałyby nową tezę prokuratorskiego postępowania. Więc żeby je zdobyć, prokuratura narusza prawo, a policja nagminnie się kompromituje.

200 ofiar

Igor Ł. (obecnie M. bo przyjął panieńskie nazwisko matki) pseudonim „Patyk” był członkiem grupy, która kradła ekskluzywne samochody. Był dobry w swoim fachu, umiał otworzyć każde auto. Wprowadzał też innowacje. Kradzież na koło, na stłuczkę, blokowanie bram. Kradli naprawdę dobre wozy, mercedesy, audi. On i jego koledzy byli ostrożni i trudni do zatrzymania. I nie bawili się w żadną przemoc. Nie bili, nie zastraszali i na pewno nie zabijali. Bywało, że zagraniczni goście sami dawali im kluczyki od swoich limuzyn, żeby mogli się przejechać takim zajebistym autem. Raz ukradli samochód, w którym po paru kilometrach odkryli na tylnym siedzeniu niemowlę. Sami wtedy wezwali policję i zaczekali na nią, żeby dziecka nie zostawiać samego. Gang „Patyka” był naprawdę mocny. Bywało, że kradli kilkadziesiąt aut tygodniowo. Nawet Dziewulskiemu zwinęli Lexusa!
Jednak w 1999 roku idylla się kończy. „Patyk” wylądował w areszcie i po paru miesiącach okazało się, że jest albo miękki albo cwany. Igor Ł. zdecydował, że najbardziej będzie mu się opłacało zostać świadkiem koronnym. I zaczął sypać. W krótkim czasie wsypał przeszło 200 osób. Dziś wiadomo, że większość siedziała w aresztach niewinnie. Bo „Patyk” był dobrze prowadzony przez prokuraturę i policjantów. Na sali sądowej wyliczył 500 tablic samochodowych, które sprzedał. Wyliczył 500 numerów rejestracyjnych… z pamięci.
Ci, którzy byli winni dostali duże wyroki. „Patyk” wielu ludziom zaszedł za skórę.

Odrzucony "Patyk"

W 3 lata po morderstwie Papały zaczął zeznawać także w tym śledztwie. Dla prokuratury był idealnym świadkiem. Mieszkał niedaleko miejsca zbrodni, mógł widzieć mordercę.


 „Patyk” zeznał, że Papałę zabili Ryszard Bogucki i Andrzej Zieliński pseudonim „Słowik”. Wtedy pojawił się inny gangster - Artur Zirajewski pseudonim „Iwan”, który potwierdził rewelacje „Patyka” i zeznał, że Boguckiemu morderstwo miał zlecić „postawiony amerykański biznesmen” Ryszard Mazur. Na Mazura polowano jak na groźne dzikie zwierzę. Postawiono mu zarzuty i wysłano za nim list gończy do USA, gdzie Mazur mieszka i pracuje. Jednak tamtejszy sąd nie wydał  go

polskiemu wymiarowi sprawiedliwości uznając, że zeznania bandyty to za mało by kogokolwiek oskarżyć. Zauważono także, że amerykański biznesmen nie miał powodu żeby zabijać Papałę. Brak motywu był już problemem dla śledczych z Warszawy, którzy prowadzili sprawę śmierci Papały, zanim skierowano ją do Łodzi. Mimo że postawili Mazurowi zarzuty, nigdy nie potrafili odpowiedzieć na pytanie, dlaczego miałby on zabić generała, który prywatnie był jego dobrym znajomym i przed śmiercią wybierał się do niego do Stanów.
Latem 2013 r. sąd w Warszawie uniewinnił z braku dowodów winy Ryszarda Boguckiego oraz Andrzeja Zirajewskiego, od zarzutów nakłaniania do zabójstwa Papały. Według sądu zebrane przez warszawską prokuraturę dowody były "kruchymi, rozrzuconymi ogniwami, które tylko w swoim przekonaniu prokurator zestawił w mocny łańcuch". I wszystko wzięło w łeb… Postępowanie przeciwko Ryszardowi Mazurowi umorzono. Po 13 latach.

Na „Rowerku”

Potrzebny był nowy trop. Pojawił się nowy świadek koronny. Robert Prus pseudonim Rowerek, który stwierdził, że Papałę zabił "Patyk", a sama śmierć była zupełnie przypadkowa. "Patyk" chciał ukraść służbowe daewoo espero Papały, ale ponieważ generał się napatoczył, to dostał kulkę.
I od tego momentu nie wiadomo śmiać się czy płakać… Bo wszystkie zebrane do tej pory dane, zeznania osób, które widziały zabójstwo, a które mówią jasno, że strzał był celowy i zaplanowany, są nieważne. I to, że morderca po zabójstwie spokojnym krokiem oddalił się i żadnego samochodu nie zabrał…
-„ Rowerek” to ograniczony tłumok – mówi Rafał, były członek gangu wołomińskiego. Swoje też już odsiedział. – Trzeba być takim samym kretynem, żeby mu w cokolwiek uwierzyć.
Wtedy, gdy prowadzili podobne interesy Roberta Prusa nikt nawet na czatach nie stawiał, bo wiadomo było, że nawali.
- Niech pani spróbuje komuś z branży wmówić, że ktokolwiek chciałby ukraść daewoo espero i to kilkuletnie – mówi były członek gangu „Patyka”. – Te wozy w ogóle wtedy nie chodziły.
- Oni zajmowali się prawdziwymi furami, a nie jakimś tam daewoo. Wtedy robiło się to za pomocą „łamaka”, a taki łamak był droższy od całego daewoo – mówi Rafał z grupy wołomińskiej.
Wiarygodność Prusa określił już dwukrotnie sąd, który badał sprawę pomówionych przez niego ludzi. Sąd Rejonowy dla Warszawy Ochota stwierdził jasno, że Prus to kłamca, a składane przez niego zeznania nie są warte funta kłaków. W uzasadnieniu wyroku (sygn. 8K 1365/ 2002) sędzia nie pozostawił suchej nitki na prokuratorze, który przyjął jego wersję wydarzeń za wiarygodną. Drugi sędzia z Sądu Rejonowego Warszawa Śródmieście uznał, że „Rowerka” powinien zbadać psychiatra. Ten znowu jasno stwierdził, że Prus to zwykły oszust i jego zeznania nie mogą być brane pod uwagę w prowadzonym postępowaniu. Pomówione przez niego osoby zostały uniewinnione. Robert Prus o ksywie „Rowerek” od tamtej pory nie powinien być świadkiem koronnym. Tymczasem on jest filarem najważniejszego w kraju śledztwa.

Czapa

Jak więc utrzymać nową tezę i nie wyjść na idiotę? – zapewne zadał sobie pytanie prokurator.

Igor Ł. ksywa „Patyk” wsadził wielu swoich kolegów.
- Prokurator uznał, że najprościej będzie znaleźć tych, którzy przesiedzieli przez niego najwięcej. Na pewno w odwecie złożą zeznania, że widzieli jak „Patyk” zabił generała – mówi anonimowo informator z policji.

Najdłużej siedzieli bracia Darek i Robert J., to ich przed laty najbardziej swoimi zeznaniami obciążył „Patyk”. Dostali po 10 lat. Swoje już odsiedzieli i do biznesu wracać nie chcą. Założyli rodziny, spłodzili dzieci, zaczęli pracować. Rodziny ich kobiet nawet nie wiedziały, że bracia J. mieli kiedykolwiek coś wspólnego ze światem przestępczym. Żyli normalnie, aż do czasu, gdy Robert Prus obciążył swoimi zeznaniami „Patyka”. Wtedy zostali wezwani przed oblicze prokuratora. Dowiedzieli się, że prokurator nic od nich nie chce, jedynie potwierdzenia, że „Patyk” tam był i chciał ukraść auto generała. Mogą w ten sposób zemścić się na pomawiającym ich koledze.
Tymczasem obaj bracia powiedzieli, że nie będą kłamać. Mają swoje anse do Igora Ł., ale to nie znaczy, że stracili honor i będą w tak prymitywny sposób się na nim mścić. Pakowanie kogoś w morderstwo, to raczej niehonorowe zagranie. Tym bardziej, że opowieść „Rowerka” to bzdury. Nikt nigdy nie kradł daewoo espero. Poza tym wszyscy z grupy znali numery rejestracyjne wysoko postawionych policjantów, właśnie po to, by nie wpakować się na minę. Ten samochód też był dobrze znany. I nie potwierdzili tezy prokuratora.

Kipisz

23 kwietnia 2012 r. o szóstej rano funkcjonariusze wpadli do mieszkania. Bracia mieszkali wtedy razem. Zatrzymali obu i zawieźli do prokuratury. Pojawiły się nowe fakty. Prus obciążył Roberta J. Podobno stał na czatach, gdy „Patyk” zabijał generała. Drugi z braci był wtedy „z rodziną”, ale pomimo to prokurator go też zatrzymał. „Rowerek” powiedział, że on musi coś wiedzieć.
Już się nie wywiną, trafią do aresztu. No chyba że…  Prokurator Jarosław Szubert dał im możliwość wyjścia na wolność. Od razu. Wystarczy, że potwierdzą, że Igor Ł. chciał ukraść auto Papały i że był na miejscu zbrodni. Jeśli nie powiedzą, to czeka ich długi areszt, a potem wieloletnie więzienie. Nie potwierdzili wersji Prusa. Po dwóch miesiącach wyszli za kaucją.

Ogon

Mieli nadzieję, że to już koniec, ale okazało się, że to dopiero początek. Do akcji wkroczyła policja. Jeździli za nimi tajnym samochodem operacyjnym. Policjanci kryli się z obserwacją tak profesjonalnie, że już po paru dniach całe osiedle rozpoznawało beżowe mitsubishi pagero z przyciemnianymi szybami o numerze rejestracyjnym WA 99528A. Sąsiadka jednego z braci szybko rozpoznawała też samych „tajniaków”. Najbardziej podobał jej się brunet z lekkim zarostem.
- Reszta jest jakoś tak za bardzo wygolona.
Pewnego dnia do sąsiada przyszło trzech wygolonych panów. Zaproponowali mu, że zamontują kamery w jego sypialni, żeby lepiej kontrolować braci. Okna jego sypialni wychodzą na okna ich sypialni. Trochę się sąsiad wkurzył. Podobnie chcieli zamontować podsłuch w mieszkaniu sąsiadki. Może coś usłyszą zza ściany?
Gdy jeden z braci zaczął robić remont swojego mieszkania i przeniósł się na jakiś czas do rodziny, pod budynkiem stały dwa samochody operacyjne – mitsubishi i opel. Funkcjonariusze po cywilu robili zdjęcia robotnikom i zafoliowanym szybom mieszkania. Zapytani czemu robią zdjęcia, jeden z tajniaków stwierdził, że robi zdjęcia bloku, bo chce pokazać żonie. Spod cienkiej letniej koszulki wystawała mu „blacha”.
Taką obserwację prowadzili przez 3 dni, po czym czwartego dnia nad ranem wysadzili drzwi wejściowe na klatkę, wrzucili do korytarza granat hukowy i wyważyli drzwi ich mieszkania. Było ich 12, poza tym całe osiedle było obstawione. „Gleba!” darli się wdzierając się do lokalu. Jakież było zdziwienie, gdy zobaczyli puste mury i zaawansowany remont. Nie było nawet mebli, które możnaby przeszukać. Gdyby Robert J. był wtedy w domu, wraz z nim byłaby rodzina. Dwóch synów, pięcioletni i osiemnastomiesięczny. Sąsiedzi do dziś się boją. Wysadzone granatem drzwi na klatkę warte były 20 tysięcy. Teraz policja będzie musiała za nie zapłacić.
W tym samym czasie wrzucili granat hukowy na logię u drugiego brata. Jego mieszkanie też było obserwowane przez kilka dni przez sprawnych funkcjonariuszy. Nie zauważyli, że logia była nieobudowana i granat wpadł do mieszkania. A tam siedmioletnia dziewczynka śpiąca w łóżku… Nie wiadomo też po co wrzucali ten granat, bo weszli do mieszkania drzwiami, i to tymi, które otworzył im gospodarz. Dwunastu uzbrojonych po zęby funkcjonariuszy przyszło po jednego spokojnego gościa. Przerzucili całe mieszkanie do góry nogami, po czym, gdy już zrobili kipisz, powiedzieli przerażonej żonie Dariusza J., że nie mają nakazu przeszukania, więc nie będzie musiała nic podpisywać. Ale jeśli się upiera to w 5 minut mogą go zdobyć.

Wrzuta

Gdy nie pomógł huk i J. nadal nie potwierdzili zeznań „Rowerka”, zaczęło się preparowanie dowodów. I kolejny świadek koronny, Grzegorz P. pseudonim „Papież”. Miał on zeznać, że sprzedał braciom 10 gr. kokainy i 5 kg marihuany. „Papież” to największy diler narkotyków w Warszawie.
Braciom prokurator postawił zarzuty obrotu narkotykami, a „Papieża” wypuścił z aresztu. Nadal „diluje” w Warszawie, tyle, że teraz w ramach pracy operacyjnej. Oczywiście u braci J. nie znaleziono ani grama kokainy i marihuany.
Więc pewnego dnia policja „przeszukiwała” samochód jego żony. Zatrzymali ją i powiedzieli, że… ma dwie różne tablice rejestracyjne. Faktycznie. Jeszcze godzinę wcześniej, zanim zostawiła samochód okolicach komendy policji, miała takie same. Funkcjonariusze uparli się, że muszą przeszukać samochód, założyli rękawiczki, kazali jej odejść. Zaczęli czegoś szukać w kieszeniach. Szybko zorientowała się, że chcą zrobić wrzutkę. Narobiła rabanu. Nie udało się. Funkcjonariusze zostali w rękawiczkach i z pełnymi kieszeniami.
Pewnego dnia bracia jechali w okolicach warszawskiego lotniska. W godzinach szczytu, podczas dużego nasilenia ruchu. Nagle z dwóch stron próbowano zepchnąć ich samochód. Atakujące samochody nie miały oznakowania ani koguta, a w aucie siedzieli ubrani po cywilnemu wygoleni mężczyźni. Mogli to być bandyci. Zaczęli uciekać. Skutecznie. Po jakimś czasie okazało się, że był to nieskuteczny pościg policyjny.

Chwast

Żeby już mieć pewność, że bracia J. pójdą na współpracę z prokuratorem, pojawiły się 2 skradzione samochody. O tym, że ukradli je bracia zapewniał jeden z policjantów, który osobiście miał to widzieć. Dlaczego ich nie zatrzymał na gorącym uczynku, albo przynajmniej nie wezwał kolegów, nie wiadomo. Prokuratura już postawiła im zarzuty, choć nic tu nie trzyma się kupy. Obaj byli daleko od miejsca dokonania kradzieży. Mogą to udowodnić, świadkowie, monitoring, logowanie się telefonów komórkowych. Okoliczni mieszkańcy, którzy widzieli owe kradzieże, nie rozpoznają żadnego z nich.
Prokurator cały czas im mówi, że to wszystko co ich ostatnio spotyka, może pójść w niepamięć. Wystarczy, że widzieli jak wtedy przed laty, Igor Ł. pseudonim „Patyk” chce ukraść daewoo espero. A jakby jeszcze dodali, że widzieli jak strzelał do Papały, to już do końca życia żyłoby się im spokojnie. Wystarczy, że będą kłamać.

Zboże

Prokuratura i policja mają nieograniczony budżet na prowadzenie tego postępowania. Już wydano na nie miliony. W śledztwie rozpatrywano jedenaście wersji wydarzeń, przesłuchano około 400 świadków - kilkudziesięciu z nich wielokrotnie. Czynności śledcze podejmowały UOP, ABW i prokuratura - m.in. w USA, Szwecji, Austrii i w Niemczech. Początkowo śledztwo prowadziła prokuratura warszawska, ale po 11 latach nieudolnych prób wykrycia sprawców, przeniesiono ją do Łodzi. Tyle, że Prokuratura Apelacyjna w Łodzi i prowadzący postępowanie prokurator Jarosław Szubert, cały czas jest w czarnej dupie. Już prokuratura łódzka wystąpiła do Prokuratora Generalnego o przedłużenie tego śledztwa. Jarosław Szubert twierdzi, że kończy gromadzenie dowodów, ale przedłużenie śledztwa jest konieczne, bowiem „z obszernym materiałem dowodowym muszą zapoznać się podejrzani, w tym Igor Ł. ps. Patyk, któremu zarzuca się zabójstwo b. szefa policji”.


Joanna Skibniewska
askibniewska@poczta.onet.pl

niedziela, 29 grudnia 2013

Z żebra ZIOBRY (NIE Nr 48/2013)


Jarosław Duś – dobry ziobrysta to emerytowany ziobrysta.

Były bliski współpracownik Zbigniewa Ziobry jest gotów wsadzić własnego ojca do więzienia, aby ratować Andrzeja Seremeta.
W zeszłym miesiącu Jarosław Duś, 37-letni prokurator w stanie spoczynku, złożył doniesienie do Prokuratury Generalnej na swojego ojca. Z miłości do Andrzeja Seremeta, który pozostał wierny ideałom Ziobry. Duś napisał, że jego ojciec walczy od lat z mafią sądowo-prokuratorską i właśnie kupił strzelbę, po to by zabić prokuratora generalnego. Życie Andrzeja Seremeta jest w ogromnym niebezpieczeństwie – obawia się prokuratora.
Wszczęto dochodzenie. Przeszukanie domu ojca jednak niewiele wniosło do sprawy, bo strzelby nie znaleziono. Duś napisał więc skargę na policję, że szukano stronniczo, a śmiercionośna broń musi tam być. Samego ojca trzeba zaś jak najszybciej zamknąć w areszcie. Sprawa w toku.

Niebo

Przypomnijmy karierę prokuratora do spraw specjalnych.
Był rok 2006.
– Nazywam się Jarosław Duś. Jestem prokuratorem rejonowym w Inowrocławiu. – Przed prokuratorem apelacyjnym w Gdańsku stanął młody człowiek w garniturze. W ręku miał „Rzeczpospolitą”. Machał gazetą i wskazywał na artykuł ze zdjęciem, z którego uśmiechał się ówczesny minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. – Napisałem o nim artykuł. Pochlebny. Chciałem się dowiedzieć, kiedy w związku z tym awansuję.
Choć afekt do Ziobry był wtedy na liście priorytetów prawie każdego prokuratora, to jednak apelacyjny z Gdańska trochę się zdziwił. I delikatnie, jak tylko umiał, spuścił specjalistę od laurek na drzewo.
Duś nie odpuszczał. Napisał do gabinetu politycznego Ziobry. Zapewnił, że jest zafascynowany nowym ministrem i chciałby z pełnym oddaniem realizować jego politykę. Nie zwrócono uwagi na prokuratora, ale Duś czekał. Czekając, pisał listy do Ziobry.
Był rok 2007.
Ziobro zwołał naradę swoich przyjaciół w sprawie dr. Garlickiego. Szykowano zatrzymanie i kamery.
– Stawiamy mu zarzut zabójstwa, bo korupcja już się trochę przejadła.
Minister powołał nadzwyczajny zespół prokuratorów do sprawy Garlickiego. Mieli za wszelką cenę szukać dowodów. W zespole pojawił się Duś. Został przeniesiony z Inowrocławia do Warszawy. Wreszcie był ważny. Przedstawiano go jako prawą rękę Ziobry.
Duś jeździł do Berlina do biegłego, który stwierdził, wbrew opinii polskich biegłych, że Garlicki doprowadził do śmierci pacjenta.
Niedługo potem pojawiła się w mediach kolejna sztandarowa sprawa Ziobry – przeciek o akcji CBA w Ministerstwie Rolnictwa. Janusz Kaczmarek, Konrad Kornatowski, Ryszard Krauze i Jaromir Netzel – tuzy polityki i gospodarki. Duś stawiał im zarzuty. Przesłuchiwał przez kilkadziesiąt godzin. Przywoził do prokuratury o trzeciej w nocy. Zgłosił się na ochotnika, aby przeszukać mieszkanie Krauzego. Krauze gra w tenisa, a ja chciałem zobaczyć, jak wygląda mieszkanie człowieka, który jest miłośnikiem tenisa – zeznał w prokuraturze w Rzeszowie. Latał śmigłowcem, gdy zatrzymywano Netzla i Kornatowskiego.
– Jak w „Szklanej pułapce” – opowiadał potem.
Aż pewnego dnia Ziobro odszedł, przestało rządzić PiS, a wszystkie jego czołowe afery upadły. Na dzień przed odejściem Ziobry zastępca prokuratora generalnego Jerzy Engelking za oddaną służbę awansował Dusia z prokuratora rejonowego na okręgowego. Duś pojechał do Bydgoszczy.

Piekło

W kraju atmosfera polityczna nie sprzyjała ziobrystom. Zaczęła pracę sejmowa komisja do spraw nacisków. Przed komisją stanął też Duś. Na pytanie, czy istniały naciski ze strony Ziobrowego ministerstwa, odpowiedział stanowczo, że nie.
– Ale teraz są – rzucił.
Miało miejsce pewne zdarzenie w 2007 r., które w pewien sposób wiąże się z moim udziałem w sprawie przeciwko panom Kaczmarkowi oraz Kornatowskiemu. (…) 19 października 2007 r. w Inowrocławiu odbyłem rozmowę z panem Andrzejem Burzyńskim, prokuratorem rejonowym w Inowrocławiu. Pan Burzyński przekazał mi, że zostało zawarte nieformalne porozumienie pomiędzy prokuratorem okręgowym w Bydgoszczy, panem Andrzejem Kiedrowiczem i jego podwładnymi, którego celem jest znęcanie się psychiczne nade mną po zakończeniu okresu delegowania mnie do wykonywania obowiązków służbowych w Prokuraturze Okręgowej wWarszawie – opowiadał.
Było mu ciężko, bywało, że płakał. W Bydgoszczy czuł się szykanowany. Z końcem lutego 2008 r. rozpocząłem pracę w Bydgoszczy i ku mojemu zaskoczeniu część słów pana prokuratora Burzyńskiego zaczęła się ziszczać. Ponieważ, tak jak mi powiedział w październiku, że po przyjściu będę mobbingowany, dostanę najgorszy sprzęt, okazało się, że zostałem posadzony w piwnicy budynku prokuratury okręgowej przy ul. Zamoyskiego. Pokój wyposażony był m.in.w niesprawny fotel, z którego 10 marca, czyli mniej więcej po dwóch, trzech tygodniach spadłem. Fotel był wyposażony w takie małe kółka na dole, przy czym kilku kółek nie było. Nie utrzymałem równowagi, uderzyłem głową o ścianę.
Prokurator Duś pokazał komisji zaświadczenie z ZUS-u stwierdzające 5-procentowy uszczerbek na zdrowiu po upadku z krzesła. Zaznaczył, że może dojść do sytuacji, iż nie będzie pamiętał pewnych wydarzeń. Komisja odebrała mu głos i uznała, że należy go przesłuchać w obecności psychologa.

Zamach

Wszczęto dochodzenie w sprawie ataku lub zamachu na życie prokuratora. Elbląscy prokuratorzy stwierdzili jednak, że przestępstwa nie było. Ani mobbingu, ani zamachu… Znaleziono inne fotele z zepsutymi kółkami. W podobnych warunkach pracowało tam 10 osób, w tym siedmiu prokuratorów. Okazało się też, że Duś nie był przesadnie obciążany pracą, prowadził 4 niezbyt skomplikowane sprawy. Biegli lekarze stwierdzili, że uderzenie nie było silne, nie pozostawiło bowiem żadnych śladów na zdrowiu.
Duś łatwo się nie poddawał. Utrzymywał, że stracił pamięć i wymaga teraz specjalnej opieki. Niech mnie zbada doktor z San Diego – wnioskował do sądu. – Sam prosiłem np. biegłego zNiemiec, by wydał opinię w sprawie rolnika spod Sieradza. Okazuje się, że zamach na życie i utrudnianie go to szeroko zakrojona akcja.
Kółka to niejedyny przykład. Chodzi o oszustwo dokonane przez mechanika samochodowego zatrudnionego w autoryzowanym serwisie. Otóż miał on – jak wynika ze słów prokuratora – wymienić mu w samochodzie dobrze działającą część i skasować za to 102 zł.
Po kilku miesiącach przełożeni przymusowo wysłali Dusia na urlop. To także była szykana i atak. Duś zajmował się wtedy niezwykle ważną sprawą – fotoradarami we wsi Kęsowo. Chodziło o mandaty i bałagan w dokumentach policyjnych. Chciał przesłuchać Niesiołowskiego i Rapackiego, bo byli zamieszani w sprawę. Przełożeni mu jednak nie uwierzyli.
20 lipca 2012 r. Krajowa Rada Prokuratury przychyliła się do wniosku bydgoskiego prokuratora okręgowego Piotra Grzegorka o przeniesienie Jarosława Dusia w stan spoczynku, czyli na prokuratorską emeryturę.

Prokurator forever

Na ścianie w piwnicy bydgoskiej prokuratury, czyli w pokoju Dusia, wisiało wiele pamiątkowych dokumentów potwierdzających uczestnictwo w seminariach, pielgrzymkach na Jasną Górę, poświadczenie pracy w niemieckiej prokuraturze. I zdjęcie Zbigniewa Ziobry. Jest też od niego list z listopada 2007 r. Były minister gratuluje w nim osiągnięć i nagradza prokuratora kwotą 10 tys. zł.
Przez najbliższe 30 lat Duś będzie pobierał uposażenie w wysokości trzech czwartych pensji prokuratora prokuratury okręgowej.

piątek, 27 grudnia 2013

Sfilcowany Prokurator (NIE Nr 43/2013)


Prokurator Marek Wełna, bohater kilkunastu artykułów w „NIE”,chciał nas ukarać i uciszyć. Chciał nas skazać. Przegrał.

– Sąd odrzuca wniosek oskarżyciela posiłkowego Marka Wełny i umarza postępowanie z powodu braku znamion przestępstwa – skonkludował krótko sędzia Jan Kłosowski z Sądu Rejonowego w Łodzi. – Postępowanie przeciwko oskarżonej byłoby naruszeniem zasad etyki i moralności…
W akcie oskarżenia Marek Wełna stwierdził, że dziennikarka tygodnika „NIE”,działając wspólnie i w porozumieniu (z wydawcą i redaktorem naczelnym – przyp. J. S.), za pomocą środków masowego komunikowania (…) pomówili Marka Wełnę – prokuratora Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie o postępowanie i właściwości, które naraziły go na utratę zaufania potrzebnego do wykonywania zawodu prokuratora, iż pełniąc funkcję prokuratora, w ramach prowadzonych i nadzorowanych postępowań przygotowawczych stosował wobec wskazanych podsądnych czynności i metody niezgodne z prawem.
Postanowił ścigać nas z art. 212 kk o pomówienie. Chodzi o artykuł „Ziobro i jego zdrajca”.
Prokurator z Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie Marek Wełna lubi, gdy jego jest na wierzchu. I wszyscy muszą skakać, jak on zagra. System zbierania haków i preparowania dowodów działa u niego bez zarzutu. O ukaranie i uciszenie naszych dziennikarzy walczy od lat.

•••

W tej sprawie zaczął działać ponad rok temu. Złożył doniesienie o przestępstwie popełnionym przez dziennikarza do prokuratury.

O to, aby postępowanie potoczyło się tak, jak on sobie życzy, zatroszczył się prokurator generalny Andrzej Seremet.
Kolega po fachu jeszcze z Krakowa. Postępowanie przeciwko dziennikarce z Warszawy, która zamieszcza publikacje wWarszawie, prowadziła prokuratura w… Dębicy.


– Decyzją Prokuratury Generalnej postępowanie w sprawie zniesławienia prokuratora Marka Wełny tekstem pt. „Ziobroi jego zdrajca” przekazano do naszej jednostki – mówi szef prokuratury rejonowej w Dębicy. – Pewnie dlatego, że jest blisko Krakowa.
Nie dlatego. Wełna dobrze zna większość pracujących w Dębicy prokuratorów.
– Razem pracowali. Wełna pracował w Tarnowie, a to były podległe sobie jednostki – przypomina dębicki prokurator.
Poza tym wielu młodych prokuratorów stamtąd robiło u Wełny aplikację.
Do Dębicy na przesłuchanie dziennikarki Wełna został przywieziony. Do transportu służbowego nie przyznaje się ani krakowska prokuratura, ani policja. Ale kierowca mówił jasno: – Przywiozłem prokuratora Wełnę, mam na niego poczekać.
Z Krakowa do Dębicy jest 140 km.
Wełna się spóźnił. Dużo. Wszyscy na niego czekali jak na boga.
– Musimy poczekać na poszkodowanego – zapewnia prokurator. Nie przystąpił bez Wełny do czynności.
Przesłuchanie prowadzone przez prokuratora z dębickiej prokuratury prowadził… Wełna. Traktował młodego prokuratora jak gdyby go w ogóle nie było.
– Czy to pani numer telefonu?
– Czy to pani wysłała SMS-a do jednego z podejrzanych? Zostanie pani oskarżona o utrudnianie śledztwa – śmiał się.
Nie wyjaśnił, skąd wziął treść SMS-a ani skąd zna treść rozmów dziennikarza. Tymczasem sąd nie wydał nigdy zgody na zastosowanie podsłuchów… Wełna nie panował nad emocjami. Swoje prokuratorskie porażki zamieniał w sukcesy. Kilka godzin przesłuchania jednak niewiele mu dało. Młody prokurator nie wymiękł. Umorzył postępowanie. Z braku znamion czynu zabronionego i braku interesu społecznego w objęciu sprawy ściganiem z urzędu. Zirytował tym Wełnę. W zażaleniu do przełożonych dębickiego prokuratora opisał go tak, że aż miło poczytać, jak prokurator obrzuca błotem innego prokuratora.
Wełna się odwołał. Prokuratura apelacyjna, także bliska Wełnie (był zastępcą jej szefa), zwróciła postępowanie do ponownego rozpatrzenia. Też nic z tego nie wyszło. Umorzono po raz drugi. Znowu się odwołał. Tym razem do sądu i do Prokuratora Generalnego. Tam sprawa utknęła.
A czas leciał. Zbliżało się przedawnienie… Na 4 dni przed terminem złożył zatem subsydiarny akt oskarżenia. Wełna wystąpił jako oskarżyciel posiłkowy. Wsparła go Prokuratura Generalna, ale na rozprawach był sam. Choć w wypadku oskarżyciela subsydiarnego obowiązuje przymus adwokacki, Wełna był sobie sterem i okrętem. Od początku pewny swego.

•••

Postępowanie prowadził Sąd Rejonowy w Łodzi. Gdy został rozpoznany na korytarzu i zobaczył spojrzenia pełne niechęci, zwrócił się po koleżeńsku do sędziego:

– Czy mogę wziąć kluczyk do jakiegoś pokoju, żeby nie być zbyt eksponowanym na korytarzu?
– Nie mamy takich pokoi – odważnie odezwał się sędzia. Wełna się zdziwił.


Na rozprawy się spóźniał. Podczas posiedzeń tracił panowanie nad sobą. Żądał, byśmy nigdy o nim nie pisali.
– Co na to oskarżona? – pytał sędzia.
– Ależ ja mogę napisać o oskarżycielu w samych superlatywach, jeśli zadośćuczyni wszystkim krzywdom, które uczynił swoim ofiarom. Jeśli zwróci za utracone zdrowie, dobre imię i dorobek całego życia. I gdy przestanie naruszać prawo w swojej pracy prokuratorskiej.
– Czy jest pani gotowa przeprosić, sprostować? – kontynuował sędzia.
– Nie. Wszystko, co napisałam, jest prawdą i jestem w stanie udowodnić to na tej sali – zapewniłam.
Wełna zaczął rzucać długopisem.
Na kolejną rozprawę do sędziego wpłynęły grube tomy akt spraw prowadzonych przez Wełnę. Dziesiątki tysięcy stron. Akta prokuratorskie, wielokrotnie uznawane przez sądy za bezużyteczne papierzyska nieświadczące o niczym. Papierzyska, które miały być dowodami, że to, co napisaliśmy, nie jest prawdą.
My natomiast złożyliśmy tylko wyroki uniewinniające tych, których Wełna niewinnie oskarżał, niesłusznie trzymał w aresztach i którym zniszczył życie. Naszych bohaterów. Uniewinnienia i odszkodowania za bezzasadne areszty. Oraz powołaliśmy świadków – ofiary Marka Wełny. Dziś oczyszczone z zarzutów. Chore, pozbawione majątków i godności. Wezwaliśmy Leszka Szlachcica, który stracił wzrok w areszcie, bo odebrano mu prawo do leczenia. Stanisławę Chmielewską, która siedziała w celi 21 miesięcy bez żadnej czynności procesowej. Siedziała, bo Wełna zmiękczał jej syna garującego w sąsiednim pawilonie. Wyszła w stanie agonalnym. Wezwaliśmy Adama Chmielewskiego, którego paraliż kończyn w areszcie miał być powodem, aby się przyznał do niepopełnionych czynów. Wezwaliśmy Wojciecha Lenka i gen. Mieczysława Kluka, oficerów policji, którym odebrano zdrowie, pracę i dobre imię, a wielomiesięczny areszt wydobywczy miał ich zmusić do składania fałszywych zeznań. I wiele innych ofiar prokuratora. Wielu też nie mogliśmy wezwać. Powiesili się lub podcięli sobie żyły.
Co zrobił sędzia? Zobaczył, jak wygląda prawda. Zobaczył, że „postępowaniei właściwości”, które przypisaliśmy Wełnie, są prawdziwe. Że to nie my naraziliśmy go „nautratę zaufania potrzebnego do wykonywania zawodu prokuratora” ale że zrobił to sobie sam, wielokrotnie naruszając prawo.
Sędzia Jan Kosiński umorzył postępowanie i odrzucił wniosek Wełny. Amy niebawem napiszemy o ludziach uniewinnionych kilka dni temu, którzy przez Marka Wełnę i jego metody pracy stracili wszystko. Firmy, dobre imię, majątki, zdrowie, a pośrednio nawet życie…
Czy znowu będziemy za to odpowiadać przed sądem?

O metodach pracy prokuratora Wełny piszemy od lat. Tekstów były dziesiątki. Nie sposób wymienić wszystkich publikacji, przypomnijmy niektóre z nich: NIE nr 43/2003– „Tylko nie po oczach”: Andrzej Rozenek opisał historię Leszka Szlachcica, który bezzasadnie siedział w areszcie, gdzie stracił wzrok. Dlatego że Wełna i jego podwładni uniemożliwiali mu leczenie. 11/2006– „Prawo Wełny” oraz 30/2010– „Tajnogrzesznicy”: historia Dariusza Przybylskiego, który powiedział prawdę o Wełnie i jego układach z gangsterami; gnił w więzieniu 4 lata. 17/2007– „Zakładniczka”:Rozenek opisał równie tragiczną historię Stanisławy Chmielewskiej. Chmielewska została zatrzymana i przebywała w areszcie 15 miesięcy, po to, aby jej syn przyznał się do tego, czego chciał prokurator. Kobieta wyszła z aresztu w stanie krytycznym. 51/2007– „Zasady działania CHWDP” i 27/2009– „Przestępcy na glinianych nogach”: to dwie publikacje Rozenka o byłym komendancie policji Wojciechu Lenku, zniszczonym, zaszczutym i wykończonym przez Wełnę; dziś Lenk jest uniewinniony, ale co z tego, skoro stracił wszystko. 16/2008– „Katownia w Krakowie”: Joanna Skibniewska opisała historię syna Chmielewskiej, Adama, zatrzymanego w areszcie wydobywczym na wniosek Wełny; to wstrząsająca historia o dręczeniu psychicznym i fizycznym osadzonego. 51/2008– „Generał pudło”: to opowieść o innym policjancie, tym razem generale, którego zniszczył Wełna; też dzisiaj uniewinnionym. 24/2009– „Jaksię robi mafię”, 7/2010– „Amoże deptał trawnik” i 51/2010– „Człowiek do wsadzania”: opisana przez Skibniewską historia człowieka wsadzonego najpierw do aresztu na zlecenie polityczne, a potem wsadzonego po raz kolejny z zemsty, że wniósł przeciwko Wełnie prywatny akt oskarżenia; Wełna i jego podwładni preparowali dowody jego winy. 42/2010– „Proces buffo”: Rozenek napisał o tym, jak Wełna trzymał ludzi w aresztach 3 lata, niszczył ich firmy, pozbawił zdrowia i pieniędzy, po czym wszyscy mogliśmy wysłuchać w sądzie, że ci zniszczeni ludzie nigdy nic złego nie zrobili. 49/2011– „Ziobroi jego zdrajca”: podsumowanie owocnej i okrutnej pracy prokuratora Wełny.

Wszyscy jesteśmy PEDOFILAMI cz.2 (NIE Nr 36/2013)


Czytelnicy się skarżą.

Dla autorów tzw. nowej pedagogiki jakikolwiek kontakt cielesny z dzieckiem w przedszkolu jest objawem molestowania seksualnego. Można być blisko z dziećmi, będąc trzydzieści centymetrów od nich, nie naruszając intymnej strefy… – głoszą autorzy programu. Zabronione jest nie tylko przytulanie malucha, ale kategorycznie zakazane jest też wycieranie mu tyłka, gdy nie trafi papierem toaletowym we właściwe miejsce http://skibniewska.blogspot.com/2013/08/wszyscy-jestesmy-pedofilami-nie-nr.html („NIE”nr 29/2013). Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że temat ten wywoła u naszych Czytelników takie poruszenie. Dostaliśmy wiele listów, a w nich ludzkie dramaty.
*Najwięcej listów przyszło od nauczycieli, którzy latami czyścili swoje dobre imię po bezzasadnym oskarżeniu o pedofilię. Ten nauczyciel pracował w Iławie w szkole podstawowej. Już nie pracuje. Boi się.
Jestem nauczycielem historii. Pracuję z dziećmi od 23 lat. 3 lata temu zostałem oskarżony o molestowanie dzieci. Zniszczyło to całe moje życie. Prywatne i zawodowe. A było tak: uczennice z mojej klasy przygotowywały gazetkę ścienną o II wojnie światowej, na szkolnym korytarzu. Ponieważ musiały robić to na małej drabince, bałem się, że spadną, więc trzymałem drabinę, gdy one wieszały zdjęcia. Oskarżenie wniosła przypadkowo przechodząca matka dziecka z pierwszej klasy. Zgłosiła, że zaglądałem dziewczynkom pod spódnice. To kompletna bzdura. Podczas rozprawy okazało się nawet, że uczennice, które robiły gazetkę, były w spodniach. Drabinka miała raptem 3 stopnie, ja mam 180 cm wzrostu, więc nie mogłem widzieć nawet tych spodni. Oczywiście zostałem uniewinniony, ale rok trwało postępowanie prokuratorskie, gdzie mnie zwyczajnie szmacono. Potem prawie rok trwała sprawa przed sądem. Straciłem pracę, dobre imię, moje własne dzieci były pytane, czy je macam. Żona przypłaciła to depresją, ja zawałem.
* Okazuje się, że często ofiarami bezpodstawnego oskarżenia o molestowanie padają dziadkowie. Czytelnicy pisali o tym, że ich dzieci (rodzice)nie pozwalają im przytulać wnuków. W tym wypadku płeć nie ma znaczenia. Babcia jak i dziadek są równie niebezpieczni.
Zostałam oskarżona o molestowanie mojego wnuczka. Przyjeżdżał do mnie rzadko, więc gdy tylko mogłam z nim pobyć, to chłopiec spał ze mną w łóżku. Sam bardzo chciał. Oskarżenie wniosła moja synowa. Sąd uznał, że nie powinnam spać z 6-letnim chłopcem. Biegły stwierdził, że nie znalazł oznak pedofilii, ale spanie z wnukiem nie jest normalne. Zostałam skazana. Rok w zawieszeniu i jakieś głupie rady sędziego. Mam jeszcze troje wnuków, które mieszkają ze mną w jednym domu. Teraz, gdy zasną przed telewizorem w moim łóżku, od razu je przenoszę. Boję się. Ostatnio bałam się iść z moją 3-letnią wnuczką za rączkę do sklepu. Wszędzie widzę na sobie spojrzenia ludzi.
* Kolejny Czytelnik przeszedł koszmar przesłuchań. Podobnie jego wnuczka. Potem go nawet przeproszono, ale co z tego…
Pierdolec do Polski zawitał z USA i teraz policjanci na porannych odprawach, zamiast być uczulani na łapanie bandytów i złodziei, koncentrują się na urojonych pedofilach.
Byłem nauczycielem WF. Za to, jak traktowałem dzieci, byłbym dzisiaj nie tylko oskarżony, ale i skazany. Bo dotyk dla dziecka jest jak powietrze, zwłaszcza dla tych dzieci, które pieszczot w domu nie zaznają. Jeśli zaś, jak pani cytuje, „można być blisko z dziećmi, będąc trzydzieści centymetrów (czyto jakaś obliczona maksymalna długość penisa?) od nich, nie naruszając intymnej strefy…”, to twórcy takich przepisów to już nie zwykli biurokraci, to psychole, których jak najszybciej należałoby zamknąć w okrągłych pomieszczeniach wyłożonych filcem.
** Polsce rocznie do prokuratury i na policję trafia wiele oskarżeń od byłych żon. Ojców molestujących dzieci jest coraz więcej. Oczywiście według prokuratorskich statystyk, bo to ulubiona broń zdradzonych lub skrzywdzonych kobiet. Z prowadzonych przez prokuratury postępowań niespełna 30 proc. w ogóle zasługuje na rozpatrzenie. Prokuratury jednak chętnie prowadzą takie sprawy, bo to im podnosi wyniki. Prokuratorzy często występują o areszt tymczasowy. Tylko 7 proc. spraw, które trafiają przed sąd, kończy się skazaniem. Nikt jednak nie zwróci ojcu odebranych lat kontaktów z dzieckiem. Nikt nie zapłaci za gnojenie podczas przesłuchań i ostracyzm społeczny w mieście czy na osiedlu.
Mnie osobiście to dotknęło. Matka mojego syna złożyła przeciw mnie wniosek do prokuratury. Śmiałem się wtedy z tego, bo wiedziałem, że to wierutna bzdura. Po pół roku nie było mi do śmiechu. Miałem zakaz kontaktów z synem aż do zakończenia rozprawy. Pisano o mnie w lokalnej prasie i na murze mojego bloku. Dzieci krzyczały za mną „pedofil”,sąsiadki zakazały przychodzić swoim dzieciom do dzieci mojej obecnej partnerki. Uniewinnili mnie po roku. Syn, gdy przyszedł do mnie po tym czasie pierwszy raz, bał się mnie. Powiedział, że nie może u mnie zostać na noc, bo wieczorem zamieniam się w wilkołaka. Mama mu tak powiedziała.
*Są też bezzasadne areszty, za które nikt nie odpowiada.
Mnie sąd zatrzymał na miesiąc. To jak widać standard działania matek, które przesiąknięte są nienawiścią do byłych… Nie tylko ja poniosłem straty, ale też państwo – przecież byłem na państwowym wikcie, jeździłem państwowymi furami. Moja była żona nie poniosła żadnych konsekwencji. Chociaż sprawa przeciwko mnie została umorzona i nawet nie postawiono mi zarzutów. Instytucje takie jak prokuratura, sąd, policja wiedzą o takich działaniach, wiedzą, z czego takie oskarżenia wynikają i gówno z tym robią. Bawią się naszymi dziećmi.
*Okazuje się, że nie tylko byłe żony walczą za pomocą tego skutecznego oręża.
Miałem dochodzenie prokuratorskie w sprawie molestowania dzieci mojej partnerki… Doniesienie złożył ich biologiczny ojciec. Podczas gdy można podejrzewać rodziców o walkę między sobą, to w moim przypadku byłem tym podłym i obrzydliwym konkubentem, który rozbił małżeństwo. I to ja zapłaciłem najwyższą cenę. Areszt, oskarżenie, stracone imię i zdrowie. Wygrałem w sądzie, ale przegrałem w życiu.
*Wiele było też próśb o pomoc. Oto jedna z nich.
Potrzebuję informacji i pomocy prawnej na temat niesłusznego oskarżenia o molestowanie dziecka. Sprawa wygląda w następujący sposób: mój brat został posądzony przez sąsiada o molestowanie jego 5-letniej córki. Dziewczynka ta kilkakrotnie przebywała w domu mojego brata, bawiąc się z jego 5-letnim synem i z 4-letnią córeczką. w tych kilku wizytach uczestniczyła też żona brata. Nigdy ani ja, ani nikt z rodziny czy znajomych nie zauważył niestosownego zachowania wskazującego na możliwość molestowania dzieci przez niego. Wychowuje on z żoną dwójkę swoich dzieci i jest dobrym ojcem, a dzieci rozwijają się bardzo dobrze. Sąsiad złożył doniesienie do prokuratury i mój brat został tymczasowo aresztowany na 3 miesiące. Jak się później okazało, sąsiad, który oskarżył mojego brata, oskarżył też swoją byłą żonę o molestowanie ich dzieci. Także jego dorosły już syn z poprzedniego związku, który czasowo u niego zamieszkiwał, miał do czynienia z tego rodzaju sprawą.
Mój brat jest teraz w areszcie, nie mamy z nim żadnego kontaktu. Jego żona została sama z dwójką dzieci. Błagam, pomóżcie. On jest niewinny.
* Kolejny list powiedział nam wszystko o założeniach nowej pedagogiki i zakazie brania dzieci na kolana przez nauczycieli przedszkolnych.
Jako zdeklarowanego pedofila ucieszył mnie pani artykuł. Ta „nowa pedagogika”, o której pani pisze, to młyn na naszą (pedofilów)wodę! Dzięki niej będzie rosnąć armia dzieci spragnionych i złaknionych kontaktu fizycznego. Jak jeszcze rodziców się oduczy przytulania dzieci, to już będzie raj dla pedofilów. A ja zawsze powtarzam, że prawdziwego pedofila poznaje się po tym, że to nie on się ugania za dziećmi, lecz dzieci za nim.

środa, 25 września 2013

Być jak Katarzyna W. (NIE Nr 38/2013, 2013-09-13, str. 3)

Każda matka w Polsce może dostać 25 lat odsiadki.



Jeśli kiedykolwiek czułaś, że nie dasz rady wstać w nocy do płaczącego dziecka – jesteś Katarzyną W.
Jeśli nie lubiłaś swojego nabrzmiałego ciążowego brzucha, porannych nudności i bolących piersi – jesteś Katarzyną W.
Jeśli czułaś się bezradna, pozostawiona sama sobie, porzucona i poniżana – jesteś Katarzyną W.

Kult Boga i śmierci

Mamo, nie martw się, poradzimy sobie z tym. Nie jest mi tu tak źle – mówi Katarzyna W. do swojej matki, gdy ta przychodzi co tydzień do aresztu.
I płacze, że taki wstyd, że taka niesprawiedliwość, że cały czas się modli…
Katarzyna jest córką dewotki i alkoholika. Ojciec jeździ tirami. Gdy wraca, należy mu się odpoczynek i flaszka. Potem bije. Matka znosi to spokojnie. Nie broni ani Katarzyny, ani jej brata. Taki krzyż. Chodzi do kościoła i oddaje swój ból Bogu. Gdy Katarzyna jeszcze jako dziecko próbuje się zabić, matka każe jej się pomodlić, aby przeprosić Stwórcę. Albo iść na pielgrzymkę do Częstochowy.
Ona już jako dzieciak była nieludzka – mówi Anna H. przed sądem. Przyjaciółka jeszcze z lat dziecięcych. – Kiedyś chciałyśmy się bawić w dom, ale Kaśka chciała się bawić w pogrzeb. Wzięła lalkę, rzuciła nią o podłogę i udawała, że teraz trzeba ją pochować.
Katarzyna miała wtedy może 7 lat. Matka brała ją na pogrzeby. Albo do domu, w którym leżał nieboszczyk z różańcem w ręku. Matka zawodziła żałośnie, a dziewczynka patrzyła, czy przypadkiem trup się nie ruszy. I dotykała, czy jest zimny. Był twardy. Jak drewniany.
Dziewuszysko zawsze było cwane – mówi ojciec Honorat W. ze zgromadzenia Tebah w Czeladzi, gdzie W. udzielała się długie lata. – Od początku polowała na męża. Polowała tymi częściami ciała. Tym upolowała Bartka. Rozpustna i zła.
Zakonnik w sądzie zmieszał Katarzynę z błotem. Podobnie jak Anna H., dziewczyna, której ten sam zakonnik niedawno zrobił dzieciaka. Na spotkaniach we wspólnocie.

Randka w kościele

Bartka poznała we wspólnocie. On pierwszy zaproponował jej randkę. Ale nie zabrał jej do kina. Poszli na rekolekcje. Na następną randkę zabrał ją do zabytkowego kościoła. Potem poszli na mszę. Gdy Katarzyna zaszła w ciążę, nie wiedziała, czy się cieszyć, czy płakać. Na pewno się bała. Niepotrzebne mi to dziecko – pisała w pamiętniku, czym oburzyła prokuratora. – Nie umiem być matką nie umiem kochać tego dziecka.
To przemówiło za tym, że jest bardzo zła. Zastanawiała się w pamiętniku, czy da radę. Przecież nie mają mieszkania. Nie mają nic. Będą musieli być na garnuszku rodziców. To poniżające.
Podobnie w tym czasie myślał Bartek. On też się bał. Nie wiedział, co to znaczy być ojcem. Poza tym bał się, jak powie o tym swojej matce.
Matka Bartka nie chciała Katarzyny. Nie była warta jej syna. Syn był wspaniały, ona dziadówka. Z dziadowskiej rodziny. Ale skoro ma urodzić się dziecko, trzeba się dla niego poświęcić. Bóg tak każe.
Ciąża była ciężka. Kaśka zawsze była chorowita i krucha. W ciąży miała anemię i wszystko, co tylko może się przytrafić ciężarnej dziewczynie. Rzygała, mdlała, miała problemy gastryczne, puchła. Aż wreszcie okazało się, że ciąża była zagrożona. Katarzyna położyła się do łóżka i długi czas leżała, żeby nie stracić dziecka. Potem cesarka. W. była za słaba, aby rodzić sama. Dziecko urodziło się przedwcześnie i z zamartwicą.

Życie rodzinne

Bartek nigdy nie przestał być synem mamusi. Katarzyna nie mogła na niego liczyć. Albo był z kolegami, albo z matką. Dzwonił do niej po kilkanaście razy dziennie i o wszystko pytał. Katarzyna głównie o tym pisze w pamiętniku. Nie o Madzi. Znowu w ogóle mi nie pomaga. Ze wszystkim muszę radzić sobie sama. Starała się schodzić teściowej z oczu. Zamykała się w ich pokoju i nie wychodziła. Nawet siku wstrzymywała.
Konflikty były normalne, jak w każdej rodzinie – zapewnia teściowa Katarzyny W.
To było we wrześniu 2011 r. Około dziewiętnastej Bartek wrócił z pracy i od razu położył się spać. Trzeba było wykąpać małą. Katarzyna chciała, żeby jej pomógł; bała się robić to sama.

Do rozmowy wtrąciła się siostra Bartka. Zwróciła Kaśce uwagę, że jej brat jest zmęczony i niech sobie radzi sama.
W chwilę potem z krzykiem do pokoju wpadła teściowa.
Katarzyna usłyszała, że jest dziwką, leniem i że nie jest odpowiednią kandydatką dla Bartka.
Poleciały kurwy.


Zawsze traktowaliście mnie jak ostatnią kurwę – powiedziała wtedy Katarzyna W. – Muszę się przejść, nie wytrzymam tego dłużej.
Jeśli teraz wyjdziesz, możesz już tu nigdy nie wracać. A dziecka też nie weźmiesz, możesz po nie przyjść dopiero z policją – ostrzegła teściowa.
Katarzyna przybiegła do swojej matki z płaczem. Szlochała, że dłużej tego nie wytrzyma, że nie może tam wrócić. Bartek do niej nie zadzwonił. Matka mu nie pozwoliła. Dopiero matka Katarzyny próbowała to załagodzić.
Młodzi zdecydowali, że wynajmą mieszkanie i od razu wzięli się za remont. Żeby dostosować lokal do potrzeb Madzi.
Po dwóch tygodniach się przeprowadzili. Bartek dzwonił do matki coraz częściej. Wpisy w pamiętniku Katarzyny się nie zmieniają. Na nikogo nie może liczyć. Nie daje rady fizycznie i psychicznie.

Świadkowie zbrodni

Zwyrodniała matka, wszystko zaplanowała i zamordowała Madzię – mówi Beata C. z Cieszyna. Współwięźniarka. Ta sama, która bestialsko skatowała swoje dziecko. Jej 5-letni Szymon konał 3 dni. Z bólu przegryzł sobie język. Oskarżona o zabójstwo z wyjątkowym okrucieństwem. – Opowiadała mi, jak udusiła dzieciątko.
Według jej zeznań Katarzyna miała udusić Madzię na jakiejś imprezie alkoholowej. Powiedziała jej, że tylko pstryknie i będzie miała trzech świadków, jakich sobie zażyczy.
Beata C. zapewnia, że prokurator wcale jej nie nakłaniał do składania takich zeznań, że nie jest to handel wymienny. Przecież nie wyszła z aresztu. Według wiarygodnych źródeł obiecano jej zmianę kwalifikacji czynu z zabójstwa na nieudzielenie pomocy, ostatecznie na pobicie ze skutkiem śmiertelnym.
Małgorzata S. też wyciągała z Katarzyny zwierzenia, gdy były razem pod celą. I je usłyszała. Mówiła, że podobno Katarzyna sprawdzała, jak uderzyć, żeby nie narobić śladów.
Kaśka zaplanowała morderstwo dziecka – zapewnia S., oszustka finansowa.
Współosadzona była też wstrząśnięta tym, że Katarzyna myślała w celi o seksie z Bartkiem, że za nim tęskni: – Bardzo się bała, żeby jej Bartek nie zostawił. Gdy był pogrzeb Magdy, ona miała mieć uchylenie aresztu. Od samego rana była pobudzona. Ubrała się na biało, wymalowała i siedziała na górnym łóżku z uśmiechem, co nas doprowadzało do szału. Gdy chowano dziecko, była bez emocji.
Ona też ponoć nie handlowała z prokuraturą. Już nie siedzi. Zaraz po złożeniu zeznań opuściła więzienie. Apelacja uchyliła jej wyrok.
Podobnie zeznawała Małgorzata G. Były razem w celi przez tydzień.
Mówiła, że dziecko jej wypadło, nie mówiła szczegółowo o przebiegu wydarzeń, po prostu wspomniała o tym. I że wchodziła na stronę internetową i dowiadywała się, jak to wygląda, jak takie małe dziecko upadnie z wysokości. Tęskniła za mężem, nie tęskniła za Madzią – mówi oburzona G. – Bardziej chciała zobaczyć Bartka niż Madzię.
Katarzyna W. z Madzią nie mogła się już zobaczyć. Dziewczynka przecież nie żyła.
G. też już wyszła z aresztu.

Totalna oszustka

Utajniono zeznania Katarzyny i badających ją psychologów.
Jej matka nie powiedziała nic nowego. Mówiła dobrze o córce. Zawsze posłuszna. Bardzo religijna. Chodziła do kościoła. Dużo się modliła. Należała do zgromadzeń kościelnych. Uczyła się dobrze. Dopiero w liceum pojawiły się kłopoty z nauką. Tylko te próby samobójcze były problematyczne, ale ona tak naprawdę nie chciała się zabić. Sfingowała podcinanie żył. Ale potem się modliła i dobrze było. Modlitwa bardzo jej pomagała. I łazienka. Gdy już nie miała dłużej siły, gdy działo się coś złego, uciekała do łazienki, zamykała się tam i myślała. A potem już miała jakieś rozwiązanie.
Brat Katarzyny odmówił składania zeznań. Miał zresztą niewiele do powiedzenia, bo z dzieciństwa pamięta głównie przemoc i to, że trzeba było pilnować, żeby ojciec nie zabił matki.
Ojciec Katarzyny też odmówił. Nie miał nic do powiedzenia.
Bartek nie mówił źle o żonie. Była dobrą matką i żoną. Nie utrzymuje z nią żadnych kontaktów. Mama mu zabroniła.
Teściowa starała się być obiektywna. Nie widziała agresji wobec dziecka ze strony synowej. Nie była właściwą partnerką dla Bartka, a opiekę nad dzieckiem sprawowała, ale jakoś tak automatycznie. Ciągle mówiła, że jest zmęczona.
Partner matki też nie widział złego traktowania Madzi przez jej matkę. On się w te relacje nie wtrącał. Matkę Bartka trudno było przegadać. Wolał być z boku.
Ta kurwa nas oszukała. Mówiła, że Madzię porwali. To znaczy, że we wszystkim kłamie – powiedziała jej koleżanka z dzieciństwa.
Kaśka często do niej przychodziła. Choć wcale tam nie pasowała. Rodzice koleżanki byli bogaci. I normalni. A Kaśka była patologiczna. Była nimi zafascynowana. Tym, że tata jest tam miły dla mamy. Rodzice zawsze podawali Kasię za przykład, że taka grzeczna i cichutka.
Czy ktokolwiek powiedział, że Katarzyna nie zabiła dziecka? Tylko jej obrońca.

Życie jak dawniej

Dzięki zeznaniom świadków i pamiętnikowi Katarzyny W. sędzia był pewien jej winy: Rekonstrukcja procesów motywacyjnych oskarżonej jest możliwa tylko po części na podstawie zeznań świadków oraz na podstawie zeszytu oskarżonej, gdzie dzieliła się swoimi przemyśleniami.
Dla sądu było miarodajne, że po narodzeniu dziecka nie nawiązała oskarżona więzi ze swoim dzieckiem. Złe prognozy z czasu ciąży się potwierdziły. (…) wszystkie te czynniki, nawarstwiające się w czasie, w ocenie sądu powodowały kumulację złych emocji u oskarżonej.
Motywem zabójstwa dziecka nie była – jak przyjęła prokuratura – chęć ukarania męża Katarzyny W., ale pozbycia się niechcianego dziecka, które w ocenie Katarzyny W. rujnowało jej przyszłość. Sąd nie miał wątpliwości, że Katarzyna W. nie chciała dziecka. Motywem dokonania tego czynu była chęć zmiany przez oskarżoną jej własnego życia i powrócenia do sposobu funkcjonowania, który był jej znany, zanim zaszła w ciążę i urodziła dziecko.
Przypadek Katarzyny W. jest wyjątkowym ze względu na wielkie zaangażowanie społeczeństwa w poszukiwanie jej dziecka. Zaufanie społeczne zostało zawiedzione. Jeśli kiedyś faktycznie zostanie porwane dziecko, społeczeństwo może nie pomóc tak ochoczo jak teraz.

Jeśli kiedykolwiek czułaś się niekochana, jeśli traktowano cię jak przedmiot, jeśli bałaś się być matką, jeśli nie lubiłaś karmić piersią, jeśli tęskniłaś za seksem po porodzie – to też jesteś Katarzyną W. 

Joanna Skibniewska

środa, 11 września 2013

I ty zostaniesz MORDERCĄ (NIE Nr 18/2013, 2013-04-26, str. 16)

I ty zostaniesz MORDERCĄ



Więzienia pełne są niewinnych. Wśród nich są naprawdę niewinni.

15 marca 2000 r. w centrum Wałbrzycha ok. 15.30, w czasie największego nasilenia ruchu dokonano zabójstwa antykwariusza Henryka Śliwowskiego,


którego lokal znajdował się w odległości kilkudziesięciu metrów od rynku.
W antykwariacie znaleziono otwarty sejf, ale tak naprawdę nic wartościowego nie zginęło. Jedynie notes z rozliczeniami za ostatnie 3 lata. Bandyci użyli samopału zrobionego przez fachowca. Ofiara dostała 6 postrzałów oddanych z dwóch różnych pistoletów, powodujących prawie natychmiastową śmierć.
Przez ponad 2,5 miesiąca policja była bezradna. Media krzyczały, że mord, że zginął człowiek, że ojciec dzieciom… Łaknęły krwi.
– To był znany wówczas paser – dorzuca dziś policjant, który wtedy prowadził śledztwo.
Śledztwo stanęło w martwym punkcie.

Świadek anonimowy

1 czerwca 2000 r. TVP wyemitowała program ze znanego cyklu „997”. Policja prosiła o pomoc. Zaapelowano o przekazywanie wszystkich informacji mogących dotyczyć sprawców zabójstwa. Gwarantowano dyskrecję, wysyłano więc czytelną informację, że ludzie będą traktowani jak źródła informacji poufnej. Program przedstawiał hipotetyczną rekonstrukcję zdarzenia sugerującą rabunkowe tło zabójstwa.
Już po dwóch dniach z miejscową komendą policji nawiązała kontakt kobieta twierdząca, że jej syn widział sprawców zabójstwa.
Świadek twierdził, że 16 marca 2000 r. po południu widział trzech osobników wybiegających z antykwariatu. Jednym z nich był Radosław Krupowicz, którego – jak zeznał – osobiście nie znał. Za te informacje dostał 5 tys. zł i status świadka anonimowego.
w październiku 2000 r. zatrzymano i postawiono zarzut zabójstwa 17-letniemu wówczas Krupowiczowi.
Wbrew temu, co twierdził, świadek jednak znał Krupowicza – i odwrotnie.
– Zakochał się w mojej dziewczynie i od dawna chciał mi ją odbić – mówi dziś o pomawiającym Krupowicz, bo wszyscy wiedzą, kto to jest. – Uprzedzał mnie, że się mnie pozbędzie.

Dzieciom wstęp wzbroniony

Gdy przyszli po niego rano, nie rozumiał, o co chodzi. Pomyślał, że to za fajkę z marychą, którą palili z kolegami na boisku szkolnym.
– Co robiłeś 15 marca? – zapytał prokurator Jarosław Dyko.
Nie pamiętał. To było tyle miesięcy temu.
– Wtedy, gdy zginął antykwariusz – dodał prokurator.
Tak, wie. Sam poleciał zobaczyć, co się wtedy stało. Mama usłyszała od sąsiadki, że niedaleko doszło do morderstwa. Gapił się na policjantów. Było jak w gangsterskim filmie. Wszędzie migające niebieskie światła, policjanci z bronią i biało-czerwona taśma.
Odpowiedział, że był wtedy w domu, z mamą. – Kto to może potwierdzić?
– Każdy. Mama, dziewczyna, sąsiedzi, kolega – wymieniał pewnie.
– Dlaczego zastrzeliłeś antykwariusza? – spytał Dyko.
Chłopak nie wiedział, o co chodzi. Jak to zastrzelił?
– Zaraz przestaniesz się śmiać – warknął Dyko. – Idziesz do więzienia.
Dyko
Wielokrotnie pytał, za co. Powtarzał, że to bzdura: – Znałem pana antykwariusza jedynie dzięki temu, że jak miałem 9 lat, wchodziłem do niego z kolegami i oglądałem stare monety w gablocie. Gapiłem się na znaczki. Ale po jakimś czasie antykwariusz napisał kartkę na drzwiach, że dzieciom wstęp wzbroniony. I skończyło się. Ale wtedy byłem w III klasie podstawówki.
Próbował jeszcze tłumaczyć, że nikogo nie zabił, ale prokurator już bujał się na krześle.
– Oglądałem na Discovery, że są takie maszyny, które wykrywają, czy mówi się prawdę. Chciałbym, żeby mnie zbadano tym aparatem, bo nic złego nie zrobiłem – błagał prokuratora.
– W Polsce nie ma takich aparatów i u nas nie można tego zrobić – odparł Dyko.
Chwilę potem Radka zaprowadzono do celi. Prokurator z matki i z dziewczyny zrobił świadków w sprawie. Żeby nie mogły mieć widzeń z chłopakiem. Tak miał mięknąć. Raz przyszła ciotka, ale rozmawiał z nią przez pleksi. Ojca nie ma.

Jak w telewizji

Świadek 6-krotnie zmieniał zeznania. Pierwsze w ogóle nie pasowały do sprawy. Przedstawiał zdarzenie tak, jak pokazano je w programie telewizyjnym. Tymczasem miało się to nijak do faktów. W „997”miało być filmowo, a nie prawdziwie. Tymczasem świadek, wyraźnie o tym niepoinformowany, mówił o wyglądzie antykwariatu, ale tego z telewizji, a nie prawdziwego… To, co opowiadał, to była Kolej na relacja filmowa. Bezbłędnie rozpoznawał jedynie Krupowicza. Mówił też o dwóch innych sprawcach, ale rysopisu nie potrafił podać.
Prawie rok nic nie działo się w sprawie. Aż pewnego dnia został zatrzymany najbliższy przyjaciel Radka, 16-letni Patryk Rynkiewicz. Chłopak na własną rękę szukał pomawiającego. Prawdopodobieństwo, że nie byłby dla niego miły, gdyby go już znalazł, jest duże. I zrozumiałe. Anonimowy świadek rozpoznał więc drugiego sprawcę – Rynkiewicza. Rozpoznał go z odległości 14 m po… ruchu gałek ocznych.
Rynkiewiczowi przedstawiono zarzut współudziału w zabójstwie antykwariusza – wspólnie z Radosławem Krupowiczem i jeszcze jedną osobą o nieustalonych personaliach. Jedynym dowodem i podstawą postawienia zarzutu był fakt, że od lat utrzymywał koleżeński kontakt z Krupowiczem, w tym też – co jest bardzo istotne – kontakt telefoniczny, jako że obydwoje dysponowali telefonami stacjonarny mi. Obydwaj mieszkali w okolicach rynku, prawie w bezpośrednim sąsiedztwie antykwariatu.
Przez 19 miesięcy działań operacyjnych policjanci nie byli w stanie uzyskać nic poza tym, o czym mówił świadek anonimowy, który zresztą w trakcie przesłuchań w sądzie w sposób istotny zmieniał treść zeznań. Mieli za to inne dowody. Ślady linii papilarnych na sejfie i w antykwariacie. Nie należały do Krupowicza i Rynkiewicza. Ślady butów odciśnięte na krwawych wybroczynach. Nie należały do podejrzanych Krupowicza i Rynkiewicza. Ślady DNA na miejscu zbrodni. Nie należy do Krupowicza i Rynkiewicza.

To nie oni!

Policjanci z Wałbrzycha, prowadzący wówczas sprawę, dziś są na emeryturze. Ale od początku mówili prokuratorowi Dyce, że coś tu śmierdzi. Wskazywali na innych sprawców. Mówili, że chłopcy tego nie zrobili.
Maciej Jedliński
– Dostaliśmy zjebę od Dyki – mówi anonimowo policjant. – Kazał nam zbierać dowody na małolatów. Jak nie, to przestaniemy przy tym pracować.
Gdy poszli z tym do przełożonego, powiedział, żeby na razie dali spokój, bo przecież na chłopców nie ma żadnych dowodów, na pewno więc zostaną uniewinnieni. Zdziwili się, gdy Krupowicz i Rynkiewicz stanęli przed Sądem Okręgowym w Świdnicy. Sądził ich Maciej Jedliński.
– Wszystkie nasze wnioski procesowe odrzucał. Krzyczał na nas. Od razu było widać, że my mamy być winni – mówią skazani.
Byli pewni, że skoro świadkowie potwierdzili, iż w dniu zabójstwa byli zupełnie gdzie indziej, to wystarczy. Dla sędziego Jedlińskiego wiarygodny był tylko świadek anonimowy.
Mama niewiarygodna, bo jest matką. Dziewczyna niewiarygodna, bo jest zakochana. Pani z kiosku niewiarygodna, bo zna oskarżonego od dziec ka. Kolega niewiarygodny, bo jest kolegą i go kryje. Sąsiad niewiarygodny, bo mu nie wypadało zeznawać i na czej. Na rozprawie zeznawał też policjant prowadzący postępowanie, który stwierdził, że świadek anonimowy jest niewiarygodny, a chłopcy nie mogli tego zrobić.

Jedliński przerwał przesłuchanie i powiedział, że nie ma do niego żadnych pytań. Gdy obrońcy chłopaków chcieli wykorzystać te zeznania w apelacji, okazało się, że sędzia w ogóle tego nie zaprotokołował.
Biegły sądowy stwierdził, że chłopcy w tym wieku niemający kontaktu ze światem przestępczym nie mieli możliwości zdobycia broni. Powiedział, że aby ją przerobić, trzeba ogromnego doświadczenia. Mówił jasno, że zrobili to profesjonaliści, a nie nastoletnie szczawie. Sędzia Jedliński nie wziął tej opinii pod uwagę. Gdy wreszcie zbadano Krupowicza wariografem i ocena była korzystna dla oskarżonego, sędzia stwierdził, że skoro chłopak reaguje emocjonalnie na słowa zabójstwo antykwariu sza, to już jest wystarczający dowód, że miał z tym zabójstwem coś wspólnego. Gdy biegły przeprowadzający badanie stwierdził, że reakcja chłopca jest normalna, bo stał w tłumie gapiów, gdy ofiarę wynoszono z antykwariatu, Jedliński stwierdził, że ocena biegłego jest nieobiektywna.

Bez motywu i bez sensu

W śledztwie przesłuchano 156 świadków, z których 32 zostało przesłuchanych na rozprawie przed sądem. w przypadku pozostałych prokuratura wniosła o zaniechanie wezwania na rozprawę, albowiem nie mieli oni nic istotnego do powiedzenia i według Dyki wystarczy to, co zeznali podczas przesłuchań prowadzonych w śledztwie. Sędzia Jedliński się do tego przychylił.
Spośród 156 świadków przesłuchanych na różnych etapach śledztwa i procesu, tylko świadek anonimowy twierdził, że widział oskarżonych, gdy wchodzili i wychodzili z antykwariatu. Sąd opierał się jedynie na poszlakach, które w ogóle nie trzymały się kupy. Za przesłankę pozytywną, wskazującą na sprawstwo obu oskarżonych sąd uznał to, że obydwaj kategorycznie zaprzeczali związkom z zabójstwem. Sędzia w żaden sposób nie odniósł się do faktu, że do dnia wyroku nie ustalono tożsamości trzeciego rzekomego sprawcy, którego pozycji, znaczenia i roli w zabójstwie absolutnie nie określono. Sprawca ten nie został znaleziony do dziś!
Sędzia ani prokurator nie określili motywu zbrodni. Po co dwóm nastolatkom notes antykwariusza z jego osobistymi bazgrołami?
Maciej Jedliński dyktował do protokołu co innego, niż mówili świadkowie i oskarżeni. Wielokrotnie oskarżeni prosili o korektę protokołu, bo był inny niż to, co działo się na rozprawie.
Sędzia Jedliński uznał Krupowicza i Rynkiewicza winnych zabójstwa antykwariusza i skazał ich na 25 lat więzienia.

Sztangista z Wałbrzycha

– Od początku prowadzenia śledztwa wiedziałem, że oni tego nie zrobili – mówi dziś podinspektor Janusz Bartkiewicz, prowadzący wówczas postępowanie w komendzie wojewódzkiej. – Nie mogłem spać przez tę sprawę. Po uprawomocnieniu się wyroku wskazałem rodzinie Krupowicza dowody na to, że świadek anonimowy składał fałszywe zeznania. Udowodnienie takiego przestępstwa dawało szanse wznowienia postępowania i wykazania niewinności skazanych.
Obrońca Krupowicza w jego imieniu złożył zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa, wskazując na istniejące dowody i środki dowodowe. Prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania. Krupowicz i Rynkiewicz wystąpili do ministra Ziobry z prośbą o zapoznanie się z zasadnością argumentacji prokuratury okręgowej odmawiającej wszczęcia postępowania przygotowawczego. Ministerstwo pisma te skierowało do wyjaśnienia przez właściwą prokuraturę apelacyjną, a ta odesłała je do prokuratury okręgowej, która – czego było można się spodziewać – odpowiedziała odmownie.
– Prawdziwych sprawców ustaliliśmy już w trakcie trwania procesu. Dwóch personalnie, trzeciego dopiero sprawdzaliśmy – mówi podinspektor Bartkiewicz. – To były porachunki mafijne z grupą Marka D., pseudonim Dąbek. Żołnierze „Dąbka”dostali zlecenie na antykwariusza, bo był im winien dużą kasę. Zabójstwa dokonał najprawdopodobniej pewien sztangista z Wałbrzycha.
Potwierdza to Janusz Mikosz, emerytowany szef śląskiego Centralnego Biura Śledczego: – Grupa „Dąbka”zlecała zabójstwa. Sam ich zamykałem.
Sąd nie wziął tego pod uwagę.
Po 12 latach Sąd Najwyższy zwrócił sprawę do ponownego rozpatrzenia. Tak sprawnie Jedliński sądził, że nie zauważył poważnych różnic w zeznaniach świadka. Tyle że chłopcy mieli już odsiedziane 12 lat.

I choć sąd uznał, że faktycznie to nie oni strzelali, że nie byliby w stanie zrobić broni oraz że prokuratorski świadek jest zdecydowanie niewiarygodny, to jednak nie uniewinnił ich, ale obniżył wyrok z 25 do 15 lat.

Widać zdawał sobie sprawę, że odszkodowanie za bezzasadny pobyt w więzieniu byłoby ogromne.
– Pani szuka sprawców od tego antykwariusza? – pyta mnie więzień z Aresztu Śledczego we Wrocławiu. – W Strzelinie siedzi gość, mówią na niego „Jezus”. On wie, kto to zrobił. I podobno chce o tym mówić.
„Jezus”to Jacek B. Faktycznie siedzi w Strzelinie. Należał do grupy „Dąbka”.
I mówi: – Kiedyś kumpel do mnie zadzwonił. Mówi, że umiera i ma do mnie prośbę. Pojechałem. On miał zawał. I mi powiedział, że on już umiera i chce przed śmiercią powiedzieć, że to on zabił antykwariusza. To taki sztangista zWałbrzycha.

Miałem wielkie plany…

– Chciałem skończyć szkołę i iść na studia. Marzyłem o domu i dzieciach. Widziałem już siebie stojącego nad dziecięcym łóżeczkiem obok mojej ukochanej dziewczyny – niby się śmieje z tych młodzieńczych marzeń. Nic z nich nie wyszło.
Radosław Krupowicz miał wtedy 17 lat. Chodził do miejscowego technikum. Na kanale Discovery oglądał „Pogromcówmitów”. Pierwszy raz był zakochany. Był pewien, że to już tak do końca życia. No bo jak inaczej, skoro tak ją kocha? I ona jego.
Dziś jest starszy o prawie 13 lat. Dziewczyna już dawno jest żoną innego. Zielony więzienny uniform wisi na chudym ciele.
– Jestem jak dzikus. Boję się ludzi z wolności. Radosław Krupowicz niedługo stanie w sądzie. Chce wyjść na zwolnienie warunkowe. Czy prokurator dopilnuje, by mu się to nie udało?

Joanna Skibniewska