Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zbigniew Ziobro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zbigniew Ziobro. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 grudnia 2013

Wyszło szydło z Wełny (NIE Nr 44/2013)


Ziobro i Wełna

Dlaczego, pomimo naruszania prawa i niekompetencji, Marek Wełna z krakowskiej prokuratury apelacyjnej wciąż nie ponosi konsekwencji swoich czynów?
Dlaczego nikt go jeszcze nie wyrzucił?


Zniszczył małe firmy paliwowe. Dzięki niemu monopol przejęły wielkie korporacje paliwowe. Potentaci. Przypadek? Działał sam czy na zlecenie? Świadomie czy nie?

Glimar

1. W2004 r. prezes Witold Kuś i dziewięciu jego kontrahentów i współpracowników zostaje zatrzymanych pod zarzutem prania brudnych pieniędzy i działalności na szkodę firmy.
2. Areszty ciągną się latami, bez żadnych czynności procesowych.
3. w 2010 r. powstaje akt oskarżenia oparty na podstawie opinii biegłego Emila Antoniszyna.
4. Sąd nie znajduje w aktach żadnych dowodów winy. Powołuje biegłego na świadka. Ten mówi, że sporządził opinię na podstawie materiału prokuratorskiego. Nigdy nie miał dokumentów finansowych firmy. Sąd powołuje nowych biegłych, którzy stwierdzają, że oskarżeni działali na korzyść firmy, a nie tak jak twierdził poprzedni biegły.
5. Prokurator sam występuje o uniewinnienie oskarżonych z braku dowodów winy. Po ośmiu latach postępowania.
6. Rafineria Glimar padła. Zadomawia się w niej Lotos.

BGM

1. Firma, która miała stać na górze w hierarchii mafijnej, a jej prezesi mieli być hersztami mafii, jest opisywana przez wszystkie polskie media.
2. W 2003 r. Bobrek, Grochulski i Marszałek, twórcy firmy, trafiają do aresztu pod zarzutem oszustw podatkowych i wyłudzeń.
3. Rusza proces w Szczecinie o wyłudzenie podatku VAT. Sąd uniewinnia oskarżonych.
4. Rusza kolejny proces o wyłudzenie dotacji z PFRON. Sąd uniewinnia wszystkich oskarżonych.
5. Prezesi stają przed sądem też w Szczecinie oskarżeni o wręczanie łapówek oficerowi policji gen. Mieczysławowi Klukowi w zamian za opiekę i informacje procesowe. Sąd uniewinnia oskarżonych.
6. Stają przed sądem w Nowym Sączu za współudział w zorganizowanej grupie przestępczej i wręczanie łapówek kontrahentowi. Sąd uniewinnia oskarżonych.
7. Toczy się obecnie sprawa w Krakowie o kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą. 650 tomów akt nie zawiera ani jednego dowodu winy. Świadkowie zeznają na ich korzyść. Sprawa potoczy się jeszcze wiele lat. 8. Firma BGM padła. Jest tam Orlen.

Trzebinia

1. W2006 r. zostaje zatrzymany prezes rafinerii Trzebinia Grzegorz Ślak pod zarzutem uszczupleń podatkowych na prawie 790 mln zł. Sąd przyklepuje areszt. Po sześciu miesiącach Ślak wychodzi za kaucją.
2. Po roku zostaje ponownie zatrzymany i osadzony w areszcie pod zarzutem wyłudzenia kredytów bankowych. Wychodzi po pół roku za milionową kaucją.
3. Prokuratura po roku umarza to postępowanie z braku dowodów winy. Nigdy nie było żadnego wyłudzenia i żaden bank nigdy nie został poszkodowany przez Ślaka.
4. Przed sądem w Krakowie toczy się postępowanie o uszczuplenia podatkowe. Ponad rok czytany jest akt oskarżenia. Sąd w kilkuset tomach akt nie znajduje dowodów winy.
5. Kontrola skarbowa przeprowadzona w rafinerii Trzebinia wykazuje, że żadnych uszczupleń nie było. Proces potoczy się jeszcze długie lata.

Generał

1. W 2005 r. ABW zatrzymuje na wniosek Wełny oficera policji z Częstochowy Mieczysława Kluka pod zarzutem korupcji i ochraniania mafii paliwowej. Miał przekazywać bossom mafii paliwowej informacje ze śledztwa prowadzonego w ich sprawie.
2. Kluk siedzi w areszcie ponad 2 lata.
3. Po sześciu latach postępowania sąd w Szczecinie we wszystkich instancjach uniewinnia go od stawianych zarzutów.

Victoria

1. Prezes firmy paliwowej Konsorcjum Victoria Adam Chmielewski zostaje zatrzymany w 2005 r. pod zarzutem wyłudzeń podatkowych.
2. Po kilku miesiącach zostaje zatrzymana jego matka. Przebywa w areszcie bez żadnej czynności procesowej 21 miesięcy. Jest bardzo chora. 3. Chmielewski siedzi 2 lata.
4. Razem z nimi do aresztu trafiają kontrahenci firmy Victoria pod zarzutem wystawiania lewych faktur.
5. Od ponad trzech lat po sądach krąży akt oskarżenia: 1600 stron. Oprócz tego 750 tomów akt. Sądy przerzucają się dokumentami. W aktach nie ma dowodów winy. Sprawa potoczy się jeszcze wiele lat.
6. Na ławie oskarżonych zasiada 25 osób. Wszystkie były aresztowane.
7. Firma paliwowa padła. Wszedł tam Orlen.
Zatrzymujemy czwarty i trzeci garnitur ludzi zamieszanych w sprawę – mówił Wełna w 2003 r. – Drugi widzimy i obserwujemy.
Po kilku latach zapełnił kilka szaf takimi garniturami. Wszystkie areszty w Polsce miały u siebie kogoś rzekomo powiązanego z mafią paliwową. Według mediów i prokuratury była to największa afera finansowa w III RP, która miała spowodować miliardowe straty skarbu państwa.
Prowadzonych było ponad100 śledztw. Większość albo Wełna prowadził sam, albo jego zaufani ludzie, a on nadzorował te postępowania.
Na czym miała polegać zbrodnia? Najkrócej mówiąc, na sprowadzaniu z zagranicy oleju opałowego z niską akcyzą, po czym sprzedawaniu go jako oleju napędowego, który już akcyzę miał wysoką. Według Wełny olej opałowy, który powinien przejść odpowiednią obróbkę chemiczną, żeby stać się olejem napędowym, tak naprawdę przechodził ją tylko na papierze. Miały to robić firmy-słupy, które wystawiały fikcyjne faktury.
Według prokuratury w nadużycia paliwowe zamieszane są 1263 firmy –mówił Wełna w 2003 r. prasie.
Właśnie tyle ich zniszczono.

Trzystu trzydziestu osobom postawiono zarzuty. Dziś są albo pouniewinniani, albo ich sprawy toczą się od 10 lat i nie mogą się skończyć, bo sądy, aby nie płacić horrendalnych odszkodowań za bezzasadny areszt, szukają czegokolwiek.
Ale nie mogą znaleźć…


Firma BGM nie istnieje. Konsorcjum Victoria padło. Rafineria Glimar padła. Rafineria w Jaśle też. W Czechowicach tak samo. Wszędzie tam Wełna szukał mafii paliwowej. Na polskim rynku rządzą teraz wielcy potentaci paliwowi.
Czy jakikolwiek prokurator zechciałby sprawdzić, na czyje zlecenie działał Marek Wełna? Bo cel, jak widać, osiągnął.

środa, 11 września 2013

I ty zostaniesz MORDERCĄ (NIE Nr 18/2013, 2013-04-26, str. 16)

I ty zostaniesz MORDERCĄ



Więzienia pełne są niewinnych. Wśród nich są naprawdę niewinni.

15 marca 2000 r. w centrum Wałbrzycha ok. 15.30, w czasie największego nasilenia ruchu dokonano zabójstwa antykwariusza Henryka Śliwowskiego,


którego lokal znajdował się w odległości kilkudziesięciu metrów od rynku.
W antykwariacie znaleziono otwarty sejf, ale tak naprawdę nic wartościowego nie zginęło. Jedynie notes z rozliczeniami za ostatnie 3 lata. Bandyci użyli samopału zrobionego przez fachowca. Ofiara dostała 6 postrzałów oddanych z dwóch różnych pistoletów, powodujących prawie natychmiastową śmierć.
Przez ponad 2,5 miesiąca policja była bezradna. Media krzyczały, że mord, że zginął człowiek, że ojciec dzieciom… Łaknęły krwi.
– To był znany wówczas paser – dorzuca dziś policjant, który wtedy prowadził śledztwo.
Śledztwo stanęło w martwym punkcie.

Świadek anonimowy

1 czerwca 2000 r. TVP wyemitowała program ze znanego cyklu „997”. Policja prosiła o pomoc. Zaapelowano o przekazywanie wszystkich informacji mogących dotyczyć sprawców zabójstwa. Gwarantowano dyskrecję, wysyłano więc czytelną informację, że ludzie będą traktowani jak źródła informacji poufnej. Program przedstawiał hipotetyczną rekonstrukcję zdarzenia sugerującą rabunkowe tło zabójstwa.
Już po dwóch dniach z miejscową komendą policji nawiązała kontakt kobieta twierdząca, że jej syn widział sprawców zabójstwa.
Świadek twierdził, że 16 marca 2000 r. po południu widział trzech osobników wybiegających z antykwariatu. Jednym z nich był Radosław Krupowicz, którego – jak zeznał – osobiście nie znał. Za te informacje dostał 5 tys. zł i status świadka anonimowego.
w październiku 2000 r. zatrzymano i postawiono zarzut zabójstwa 17-letniemu wówczas Krupowiczowi.
Wbrew temu, co twierdził, świadek jednak znał Krupowicza – i odwrotnie.
– Zakochał się w mojej dziewczynie i od dawna chciał mi ją odbić – mówi dziś o pomawiającym Krupowicz, bo wszyscy wiedzą, kto to jest. – Uprzedzał mnie, że się mnie pozbędzie.

Dzieciom wstęp wzbroniony

Gdy przyszli po niego rano, nie rozumiał, o co chodzi. Pomyślał, że to za fajkę z marychą, którą palili z kolegami na boisku szkolnym.
– Co robiłeś 15 marca? – zapytał prokurator Jarosław Dyko.
Nie pamiętał. To było tyle miesięcy temu.
– Wtedy, gdy zginął antykwariusz – dodał prokurator.
Tak, wie. Sam poleciał zobaczyć, co się wtedy stało. Mama usłyszała od sąsiadki, że niedaleko doszło do morderstwa. Gapił się na policjantów. Było jak w gangsterskim filmie. Wszędzie migające niebieskie światła, policjanci z bronią i biało-czerwona taśma.
Odpowiedział, że był wtedy w domu, z mamą. – Kto to może potwierdzić?
– Każdy. Mama, dziewczyna, sąsiedzi, kolega – wymieniał pewnie.
– Dlaczego zastrzeliłeś antykwariusza? – spytał Dyko.
Chłopak nie wiedział, o co chodzi. Jak to zastrzelił?
– Zaraz przestaniesz się śmiać – warknął Dyko. – Idziesz do więzienia.
Dyko
Wielokrotnie pytał, za co. Powtarzał, że to bzdura: – Znałem pana antykwariusza jedynie dzięki temu, że jak miałem 9 lat, wchodziłem do niego z kolegami i oglądałem stare monety w gablocie. Gapiłem się na znaczki. Ale po jakimś czasie antykwariusz napisał kartkę na drzwiach, że dzieciom wstęp wzbroniony. I skończyło się. Ale wtedy byłem w III klasie podstawówki.
Próbował jeszcze tłumaczyć, że nikogo nie zabił, ale prokurator już bujał się na krześle.
– Oglądałem na Discovery, że są takie maszyny, które wykrywają, czy mówi się prawdę. Chciałbym, żeby mnie zbadano tym aparatem, bo nic złego nie zrobiłem – błagał prokuratora.
– W Polsce nie ma takich aparatów i u nas nie można tego zrobić – odparł Dyko.
Chwilę potem Radka zaprowadzono do celi. Prokurator z matki i z dziewczyny zrobił świadków w sprawie. Żeby nie mogły mieć widzeń z chłopakiem. Tak miał mięknąć. Raz przyszła ciotka, ale rozmawiał z nią przez pleksi. Ojca nie ma.

Jak w telewizji

Świadek 6-krotnie zmieniał zeznania. Pierwsze w ogóle nie pasowały do sprawy. Przedstawiał zdarzenie tak, jak pokazano je w programie telewizyjnym. Tymczasem miało się to nijak do faktów. W „997”miało być filmowo, a nie prawdziwie. Tymczasem świadek, wyraźnie o tym niepoinformowany, mówił o wyglądzie antykwariatu, ale tego z telewizji, a nie prawdziwego… To, co opowiadał, to była Kolej na relacja filmowa. Bezbłędnie rozpoznawał jedynie Krupowicza. Mówił też o dwóch innych sprawcach, ale rysopisu nie potrafił podać.
Prawie rok nic nie działo się w sprawie. Aż pewnego dnia został zatrzymany najbliższy przyjaciel Radka, 16-letni Patryk Rynkiewicz. Chłopak na własną rękę szukał pomawiającego. Prawdopodobieństwo, że nie byłby dla niego miły, gdyby go już znalazł, jest duże. I zrozumiałe. Anonimowy świadek rozpoznał więc drugiego sprawcę – Rynkiewicza. Rozpoznał go z odległości 14 m po… ruchu gałek ocznych.
Rynkiewiczowi przedstawiono zarzut współudziału w zabójstwie antykwariusza – wspólnie z Radosławem Krupowiczem i jeszcze jedną osobą o nieustalonych personaliach. Jedynym dowodem i podstawą postawienia zarzutu był fakt, że od lat utrzymywał koleżeński kontakt z Krupowiczem, w tym też – co jest bardzo istotne – kontakt telefoniczny, jako że obydwoje dysponowali telefonami stacjonarny mi. Obydwaj mieszkali w okolicach rynku, prawie w bezpośrednim sąsiedztwie antykwariatu.
Przez 19 miesięcy działań operacyjnych policjanci nie byli w stanie uzyskać nic poza tym, o czym mówił świadek anonimowy, który zresztą w trakcie przesłuchań w sądzie w sposób istotny zmieniał treść zeznań. Mieli za to inne dowody. Ślady linii papilarnych na sejfie i w antykwariacie. Nie należały do Krupowicza i Rynkiewicza. Ślady butów odciśnięte na krwawych wybroczynach. Nie należały do podejrzanych Krupowicza i Rynkiewicza. Ślady DNA na miejscu zbrodni. Nie należy do Krupowicza i Rynkiewicza.

To nie oni!

Policjanci z Wałbrzycha, prowadzący wówczas sprawę, dziś są na emeryturze. Ale od początku mówili prokuratorowi Dyce, że coś tu śmierdzi. Wskazywali na innych sprawców. Mówili, że chłopcy tego nie zrobili.
Maciej Jedliński
– Dostaliśmy zjebę od Dyki – mówi anonimowo policjant. – Kazał nam zbierać dowody na małolatów. Jak nie, to przestaniemy przy tym pracować.
Gdy poszli z tym do przełożonego, powiedział, żeby na razie dali spokój, bo przecież na chłopców nie ma żadnych dowodów, na pewno więc zostaną uniewinnieni. Zdziwili się, gdy Krupowicz i Rynkiewicz stanęli przed Sądem Okręgowym w Świdnicy. Sądził ich Maciej Jedliński.
– Wszystkie nasze wnioski procesowe odrzucał. Krzyczał na nas. Od razu było widać, że my mamy być winni – mówią skazani.
Byli pewni, że skoro świadkowie potwierdzili, iż w dniu zabójstwa byli zupełnie gdzie indziej, to wystarczy. Dla sędziego Jedlińskiego wiarygodny był tylko świadek anonimowy.
Mama niewiarygodna, bo jest matką. Dziewczyna niewiarygodna, bo jest zakochana. Pani z kiosku niewiarygodna, bo zna oskarżonego od dziec ka. Kolega niewiarygodny, bo jest kolegą i go kryje. Sąsiad niewiarygodny, bo mu nie wypadało zeznawać i na czej. Na rozprawie zeznawał też policjant prowadzący postępowanie, który stwierdził, że świadek anonimowy jest niewiarygodny, a chłopcy nie mogli tego zrobić.

Jedliński przerwał przesłuchanie i powiedział, że nie ma do niego żadnych pytań. Gdy obrońcy chłopaków chcieli wykorzystać te zeznania w apelacji, okazało się, że sędzia w ogóle tego nie zaprotokołował.
Biegły sądowy stwierdził, że chłopcy w tym wieku niemający kontaktu ze światem przestępczym nie mieli możliwości zdobycia broni. Powiedział, że aby ją przerobić, trzeba ogromnego doświadczenia. Mówił jasno, że zrobili to profesjonaliści, a nie nastoletnie szczawie. Sędzia Jedliński nie wziął tej opinii pod uwagę. Gdy wreszcie zbadano Krupowicza wariografem i ocena była korzystna dla oskarżonego, sędzia stwierdził, że skoro chłopak reaguje emocjonalnie na słowa zabójstwo antykwariu sza, to już jest wystarczający dowód, że miał z tym zabójstwem coś wspólnego. Gdy biegły przeprowadzający badanie stwierdził, że reakcja chłopca jest normalna, bo stał w tłumie gapiów, gdy ofiarę wynoszono z antykwariatu, Jedliński stwierdził, że ocena biegłego jest nieobiektywna.

Bez motywu i bez sensu

W śledztwie przesłuchano 156 świadków, z których 32 zostało przesłuchanych na rozprawie przed sądem. w przypadku pozostałych prokuratura wniosła o zaniechanie wezwania na rozprawę, albowiem nie mieli oni nic istotnego do powiedzenia i według Dyki wystarczy to, co zeznali podczas przesłuchań prowadzonych w śledztwie. Sędzia Jedliński się do tego przychylił.
Spośród 156 świadków przesłuchanych na różnych etapach śledztwa i procesu, tylko świadek anonimowy twierdził, że widział oskarżonych, gdy wchodzili i wychodzili z antykwariatu. Sąd opierał się jedynie na poszlakach, które w ogóle nie trzymały się kupy. Za przesłankę pozytywną, wskazującą na sprawstwo obu oskarżonych sąd uznał to, że obydwaj kategorycznie zaprzeczali związkom z zabójstwem. Sędzia w żaden sposób nie odniósł się do faktu, że do dnia wyroku nie ustalono tożsamości trzeciego rzekomego sprawcy, którego pozycji, znaczenia i roli w zabójstwie absolutnie nie określono. Sprawca ten nie został znaleziony do dziś!
Sędzia ani prokurator nie określili motywu zbrodni. Po co dwóm nastolatkom notes antykwariusza z jego osobistymi bazgrołami?
Maciej Jedliński dyktował do protokołu co innego, niż mówili świadkowie i oskarżeni. Wielokrotnie oskarżeni prosili o korektę protokołu, bo był inny niż to, co działo się na rozprawie.
Sędzia Jedliński uznał Krupowicza i Rynkiewicza winnych zabójstwa antykwariusza i skazał ich na 25 lat więzienia.

Sztangista z Wałbrzycha

– Od początku prowadzenia śledztwa wiedziałem, że oni tego nie zrobili – mówi dziś podinspektor Janusz Bartkiewicz, prowadzący wówczas postępowanie w komendzie wojewódzkiej. – Nie mogłem spać przez tę sprawę. Po uprawomocnieniu się wyroku wskazałem rodzinie Krupowicza dowody na to, że świadek anonimowy składał fałszywe zeznania. Udowodnienie takiego przestępstwa dawało szanse wznowienia postępowania i wykazania niewinności skazanych.
Obrońca Krupowicza w jego imieniu złożył zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa, wskazując na istniejące dowody i środki dowodowe. Prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania. Krupowicz i Rynkiewicz wystąpili do ministra Ziobry z prośbą o zapoznanie się z zasadnością argumentacji prokuratury okręgowej odmawiającej wszczęcia postępowania przygotowawczego. Ministerstwo pisma te skierowało do wyjaśnienia przez właściwą prokuraturę apelacyjną, a ta odesłała je do prokuratury okręgowej, która – czego było można się spodziewać – odpowiedziała odmownie.
– Prawdziwych sprawców ustaliliśmy już w trakcie trwania procesu. Dwóch personalnie, trzeciego dopiero sprawdzaliśmy – mówi podinspektor Bartkiewicz. – To były porachunki mafijne z grupą Marka D., pseudonim Dąbek. Żołnierze „Dąbka”dostali zlecenie na antykwariusza, bo był im winien dużą kasę. Zabójstwa dokonał najprawdopodobniej pewien sztangista z Wałbrzycha.
Potwierdza to Janusz Mikosz, emerytowany szef śląskiego Centralnego Biura Śledczego: – Grupa „Dąbka”zlecała zabójstwa. Sam ich zamykałem.
Sąd nie wziął tego pod uwagę.
Po 12 latach Sąd Najwyższy zwrócił sprawę do ponownego rozpatrzenia. Tak sprawnie Jedliński sądził, że nie zauważył poważnych różnic w zeznaniach świadka. Tyle że chłopcy mieli już odsiedziane 12 lat.

I choć sąd uznał, że faktycznie to nie oni strzelali, że nie byliby w stanie zrobić broni oraz że prokuratorski świadek jest zdecydowanie niewiarygodny, to jednak nie uniewinnił ich, ale obniżył wyrok z 25 do 15 lat.

Widać zdawał sobie sprawę, że odszkodowanie za bezzasadny pobyt w więzieniu byłoby ogromne.
– Pani szuka sprawców od tego antykwariusza? – pyta mnie więzień z Aresztu Śledczego we Wrocławiu. – W Strzelinie siedzi gość, mówią na niego „Jezus”. On wie, kto to zrobił. I podobno chce o tym mówić.
„Jezus”to Jacek B. Faktycznie siedzi w Strzelinie. Należał do grupy „Dąbka”.
I mówi: – Kiedyś kumpel do mnie zadzwonił. Mówi, że umiera i ma do mnie prośbę. Pojechałem. On miał zawał. I mi powiedział, że on już umiera i chce przed śmiercią powiedzieć, że to on zabił antykwariusza. To taki sztangista zWałbrzycha.

Miałem wielkie plany…

– Chciałem skończyć szkołę i iść na studia. Marzyłem o domu i dzieciach. Widziałem już siebie stojącego nad dziecięcym łóżeczkiem obok mojej ukochanej dziewczyny – niby się śmieje z tych młodzieńczych marzeń. Nic z nich nie wyszło.
Radosław Krupowicz miał wtedy 17 lat. Chodził do miejscowego technikum. Na kanale Discovery oglądał „Pogromcówmitów”. Pierwszy raz był zakochany. Był pewien, że to już tak do końca życia. No bo jak inaczej, skoro tak ją kocha? I ona jego.
Dziś jest starszy o prawie 13 lat. Dziewczyna już dawno jest żoną innego. Zielony więzienny uniform wisi na chudym ciele.
– Jestem jak dzikus. Boję się ludzi z wolności. Radosław Krupowicz niedługo stanie w sądzie. Chce wyjść na zwolnienie warunkowe. Czy prokurator dopilnuje, by mu się to nie udało?

Joanna Skibniewska

środa, 28 sierpnia 2013

Czy opłaca się siedzieć (NIE Nr 24/2013, 2013-06-07, str. 7)

Ile kosztuje ludzka godność, wolność, sprawiedliwość? Niewiele.


Dwaj bezpodstawnie oskarżeni i przetrzymywani w areszcie policjanci wystąpili o odszkodowanie. Uniewinnieni we wszystkich sądowych instancjach żądali od państwa miliona złotych zadośćuczynienia za to, co stracili. Dostali prawie jedną dziesiątą tej kwoty.
Policjanci Jacek Kowalczyk i Jan Handrysiak trafili do aresztu na zlecenie polityczne. Zbigniew Ziobro potrzebował układu, który będzie rozbijał w świetle jupiterów. Nadali mu się do tego policjanci. Szanowani, doświadczeni, nagradzani, z prawie 30-letnim stażem…
Polecenie Ziobry miała wykonać Bogumiła Tarkowska z łódzkiej prokuratury. Wywiązała się z zadania. Znalazła bandytę, który poszedł na współpracę w zamian za złagodzenie kary.

Do pudła!


Jarosław Kurzydlak to łobuz. Wielokrotnie karany za nielegalny handel bronią i amunicją, wielokrotne rozboje, porwania, podpalenia, podłożenie bomby i składanie fałszywych zeznań. Warto dodać, że łapali go właśnie ci dwaj aresztowani policjanci. Kurzydlak zeznał, że obaj policjanci przyjęli od niego korzyść majątkową.
To było najkrótsze przesłuchanie, jakie kiedykolwiek widzieli. Prokurator Tarkowska miała już wszystko przygotowane. Uprzedziła ich, że cokolwiek powiedzą, i tak pójdą siedzieć. Potem było najkrótsze posiedzenie przed obliczem sędzi Joanny Tomczak. Po trzech minutach wiedziała, że są winni. Areszt trwał ponad rok.
Kowalczyk i Handrysiak stracili wszystko. W więzieniu pozbawiono ich godności, zdrowia, pracy, szacunku, kontaktów z najbliższymi i wiary w sprawiedliwość. Trzymano ich za murami, żeby zmiękli. Nie przyznali się, bo nie mieli do czego. Silni, sprawni policjanci z aresztu wyszli jako kalecy.

Po latach zostali uniewinnieni we wszystkich instancjach. Sądy nie pozostawiły suchej nitki na prokurator Tarkowskiej. Sąd Najwyższy nazwał jej pracę zabawą w prawo.

Właśnie dostali odszkodowanie za areszt i utratę zdrowia oraz pracy. Po 150 tys. zł – nieco ponad 300 zł za dzień upokorzeń, pozbawienia wolności, choroby, bólu i rozpaczy.
Bogumiła Tarkowska nie pracuje już w wydziale przestępczości zorganizowanej w prokuraturze. Została przeniesiona do nadzoru nad prowadzonymi postępowaniami. Uczy młodych prokuratorów dobrej roboty.

Na łasce


– Nie więcej niż 20 procent sędziów zapoznaje się z aktami sprawy przy wniosku o areszt tymczasowy – mówi mecenas Kazimierz Pawelec, profesor prawa. – Ogromna większość nawet nie słucha argumentów obrony. Decyzja o odebraniu komuś wolności trwa chwilę. Wystarczy, że prokurator wnioskujący o areszt napisze, że istnieje podejrzenie uczestnictwa w zorganizowanej grupie przestępczej albo że podejrzany na pewno będzie mataczył. Sąd tego nie sprawdza.
Europejski Trybunał Praw Człowieka jest zarzucony pozwami przeciwko Polsce w związku z nieuzasadnionymi aresztami, które często tylko z nazwy są aresztami tymczasowymi. Pisaliśmy już o aresztach, które trwały nawet 3 lata. Przepisy mówią jasno – 3 miesiące to czas, w którym prokurator ma zebrać dowody. Po tym okresie areszt może być przedłużony tylko w wyjątkowych sytuacjach. Tymczasem w Polsce to fikcja. Prokuratorzy wnioskują o areszt na wszelki wypadek lub po to, by podejrzany zmiękł i się przyznał. Tak robią wyniki. Przyklepany przez sąd areszt to dla prokuratora sukces.
Areszt to zupełnie co innego niż życie po wyroku. Skazany ma ściśle określone prawa: widzenia, paczki, biblioteka itp. Aresztant nie ma żadnych praw. Jego życie i zdrowie jest w rękach prokuratora. Jeśli prokurator pozwoli na podanie leków, to aresztant je dostanie. Jeśli zgodzi się na przyniesienie z domu swetra, to aresztant będzie miał ciepło. Jeśli pozwoli przekazać mu książkę – to sobie poczyta. Prokuratorzy mają na wydanie takiej zgody 30 dni. W przypadku wielu osób jest to wystarczający czas nie tylko na to, aby stracić zdrowie, ale nawet aby umrzeć! Przykładem może być tu niewinnie aresztowana Dorota Mrugała, którą prokurator Dariusz Dryjas bezzasadnie oskarżył o zabójstwo męża i wsadził do aresztu, w którym zmarła, bo Dryjas nie wydał zgody na leczenie serca. Uniewinniono ją po śmierci… Albo rumuński aresztant Claudiu Crulic, który w walce o sprawiedliwość rozpoczął głodówkę, a krakowski prokurator nie nakazał jej przerwać. Crulic umarł w więziennej celi z głodu.

Ani grosza


Mnożą się więc wnioski o wysokie odszkodowania za niesłuszne zatrzymanie i areszt – zgodnie z art. 552 kpk. Prokuratura Generalna nie prowadzi statystyk, ile takich wniosków trafia do sądów cywilnych, ale adwokaci mówią, że na pewno jest ich kilkaset rocznie. Polska płaci grosze, ale trybunał w Strasburgu zasądza milionowe odszkodowania, za które płacą polscy podatnicy.
Prokuratorzy, którzy albo odrzucali dowody niewinności, albo wręcz preparowali dowody winy, nie ponoszą żadnej odpowiedzialności – ani karnej, ani dyscyplinarnej, ani finansowej. Podobnie sędziowie, którzy te areszty zatwierdzali bez sprawdzenia, czy dowody przeciwko podejrzanemu są wystarczające do pozbawienia go wolności.
Zgodnie z przepisami oni wcale nie muszą być bezkarni. Prawo wręcz tego zabrania. Tylko nikt z tych, którzy mają stać na straży praworządności, tego prawa nie stosuje.
Art. 557 kpk mówi, że w razie naprawienia szkody oraz zadośćuczynienia za krzywdę skarb państwa powinien mieć roszczenie zwrotne do osób, które swoim bezprawnym działaniem spowodowały niesłuszne skazanie, zastosowanie środka zabezpieczającego, niesłuszne tymczasowe aresztowanie lub zatrzymanie. Adresatem powództwa o zwrot zasądzonej kwoty na rzecz osób bezpodstawnie skazanych czy tymczasowo aresztowanych powinien być sędzia, a przede wszystkim prokurator. Oni podejmują decyzje, które prowadzą do wskazanych w art. 557 kpk rozstrzygnięć. Uprawnionymi do wytoczenia powództwa przeciwko nieuczciwemu prokuratorowi są… prokuratura oraz organ powołany do reprezentowania skarbu państwa. Organem tym jest Prokuratoria Generalna.
– Po zasądzeniu przez sąd odszkodowania i zadośćuczynienia za bezzasadne aresztowanie prokurator musi obowiązkowo zbadać, czy nie zostało ono spowodowane działaniem funkcjonariusza publicznego i w tym przedmiocie wydaje postanowienie, ale zamyka sprawę tylko w tym wypadku, gdy nie dopatrzył się podstaw do wytoczenia powództwa – tłumaczy sędzia Sądu Najwyższego, autor podręczników prawa.
Prokurator, który bada pracę kolegi, zresztą z tej samej prokuratury, nigdy nie widzi nic niewłaściwego w jego działaniach.

Bez reakcji


Polska jako jedyny kraj UE już w 2007 r. została upomniana przez Europejski Trybunał Praw Człowieka, że stosuje najwięcej aresztów i że są one zdecydowanie za długie i niewystarczająco uzasadnione. Polska to jedyny kraj europejski, który nagminnie stosuje takie praktyki. Ministerstwo Sprawiedliwości nawet na to nie odpowiedziało. Podobnie nie reaguje na wytyczne kierowane ze Strasburga, w których trybunał nakazuje poprawę warunków leczenia w zakładach karnych. Nikt się do tego nie stosuje, bo przecież

karę zasądzoną przez trybunał w Strasburgu zapłacą podatnicy, a nie prokuratorzy, sędziowie czy dyrektorzy więzień.

Zgodnie z kpk tymczasowe aresztowanie nie powinno być stosowane, gdy wystarczy inny środek zapobiegawczy, mimo to środek ten jest w Polsce nadużywany, o czym świadczą m.in.liczne przegrane przez Polskę sprawy przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka. Do Ministerstwa Sprawiedliwości dotarło wystąpienie trybunału, w którym prosi o zajęcie stanowiska w sprawie strukturalnego problemu ze stosowaniem tymczasowego aresztowania. To tzw. sygnalizacja – wyjątkowy, rzadko stosowany przez trybunał w Strasburgu instrument. Sięga po niego wówczas, gdy uzna, że naruszenia Europejskiej Konwencji Praw Człowieka w jakimś obszarze są tak masowe, że świadczą o konieczności zmiany prawa lub praktyk prawnych w danym kraju.
W skargach do Strasburga polscy aresztanci podnoszą, że po aresztowaniu prokuratura przestaje się nimi interesować. Nikt ich nie przesłuchuje i w ogóle niewiele się w ich sprawie dzieje.
Trybunał stwierdził: Problem zaczął nabrzmiewać od 2000 r., kiedy ministrem sprawiedliwości – prokuratorem generalnym został Lech Kaczyński. Wydał wtedy wytyczne dla prokuratorów, żeby w większości spraw występowali o areszt. Prokuratorzy posłuchali. I okazało się, że sądy masowo na te areszty się godzą.
W czerwcu 2007 r. Komitet Ministrów Rady Europy zalecił polskim władzom, żeby ograniczyły stosowanie aresztów. A także wprowadziły mechanizm kontrolny zabezpieczający przed ich nadużywaniem. I co? I nic. W2008 r. trybunał europejski upominał Polskę kolejny raz.

Do upadłego


25-letni obecnie Robert W. został zatrzymany i aresztowany 25 lipca 2007 r., a areszt uchylono mu 1 grudnia 2008 r. Przed aresztowaniem był uczniem prywatnej szkoły policealnej oraz pomagał ojcu i matce w prowadzeniu firm. Domagał się 76 tys. zł odszkodowania oraz 600 tys. zł zadośćuczynienia. Dostał 160 tys. zł odszkodowania.
Uzasadniając orzeczenie, sędzia Magdalena Kurczewska-Śmiech podkreśliła, że kwota przyznanego odszkodowania odpowiada rzeczywistym stratom – potwierdzonym w postępowaniu dowodowym – które mężczyzna poniósł w wyniku aresztowania.
– Pamiętać trzeba, że kwota zadośćuczynienia nie może prowadzić do nadzwyczajnego wzbogacenia się. Zdaniem sądu kwota 160 tys. zł będzie rekompensowała ten niesłuszny pobyt w areszcie – orzekła sędzia.
Sąd Okręgowy w Olsztynie przyznał lekarzowi 8 tys. zł za bezzasadny areszt. Roszczenie z tytułu utraty zarobków oddalił. Prokuratura postawiła mężczyźnie zarzut zabójstwa żony. Prokurator oskarżył lekarza o to, że żonę udusił. Tymczasem lekarze z gdańskiej akademii uznali, że przyczyną śmierci kobiety była miażdżyca tętnic wieńcowych.
Pracownica Urzędu Pracy w Nysie 3,5 miesiąca spędziła niewinnie w areszcie. Sąd Okręgowy w Opolu zasądził jej 35 tys. zł odszkodowania. Kobieta wróciła z aresztu chora. Prokuratura uważała, że to dużo i wystarczy jej 3500 zł. Odwoływano się do upadłego, uzasadniając, że to tylko nieco ponad 100 dni w areszcie. Nic takiego, przecież miała co jeść i gdzie spać…
O matce, która utopiła 4-letniego Michała, słyszała cała Polska. Prokurator brylował w mediach. Kobieta przesiedziała w areszcie 20 miesięcy, po czym została uniewinniona. Sąd ocenił, że na etapie śledztwa doszło do manipulacji materiałem dowodowym. Brednie, które przed kamerami opowiadał prokurator, okazały się preparowanymi dowodami winy. Kobieta dostała 110 tys. zł odszkodowania. Sędzia Jerzy Leder mówił, że przyznana kwota jest wyższa od przeciętnie zasądzanych w takich sprawach.

Instytucja tymczasowego aresztowania jako forma bezwzględnego pozbawienia wolności powinna być stosowana wyjątkowo, rozważnie, wtedy gdy to absolutnie niezbędne, a zgromadzone dowody pozwalają na przypuszczenie, że wobec oskarżonego zostanie orzeczona bezwzględna kara pozbawienia wolności. Ładnie to brzmi w teorii. W praktyce ludzi w Polsce sadza się szybko i na długo.

Joanna Skibniewska

środa, 27 marca 2013

SEREMET pieści ZIOBRĘ (NIE 9/2013, 22.II.2013)

O wyjątkowych praktykach prokuratora generalnego.
Prokurator generalny Andrzej Seremet ma usta wypchane frazesami o sprawiedliwości i równym traktowaniu obywateli. Tymczasem są u niego lepsi i gorsi. Gorsi to zwykli szarzy ludzie. Skrzywdzeni przez wymiar sprawiedliwości. Lepsi to były minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro.

Prokurator Seremet włączył się do walki Zbigniewa Ziobry o ukaranie lekarzy, którzy rzekomo doprowadzili do śmierci jego ojca. Kasacja nadzwyczajna, którą skierował do Sądu Najwyższego, narusza jego własne wytyczne przekazane prokuratorom w listopadzie 2012 r.

Sprawa, która od siedmiu lat krąży po polskich prokuraturach i sądach, dzięki jego wstawiennictwu do Sądu Najwyższego, znowu będzie wałkowana przez śledczych. Dwukrotnie umarzana przez prokuratorów, 2 razy odrzucona przez sądy, jest dla znawców prawa oczywista. Nie było przestępstwa. Jerzy Ziobro i tak by umarł. Lekarze nie przyczynili się do jego śmierci.

Tatuś
Jerzy Ziobro trafił do krakowskiego szpitala na oddział kardiologiczny latem2006 r. Wkrótce zmarł. Miał 70 lat i od dawna był chory na serce. Miesiąc później brat Zbigniewa Ziobry złożył doniesienie o przestępstwie, wskazując na niewłaściwy sposób leczenia ojca.
Lekarzom ze Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie zarzucono, że pomimo ciążącego na nich szczególnego obowiązku opieki nad pacjentem narażony on został na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia, skutkiem czego pacjent 2 lipca 2006 r. zmarł.
W krakowskiej prokuraturze zaczął się cyrk. Nie można było znaleźć biegłych, którzy by wydali opinie na temat przeprowadzonego leczenia. Lekarze mówili jasno, że boją się Ziobrów, bali się napisać coś nie po ich myśli. A żeby być uczciwymi, musieliby napisać co innego, niż życzyłby sobie ówczesny minister sprawiedliwości.
Gdy znaleźli się biegli, został odwołany szef prokuratury prowadzącej postępowanie Piotr Kosmaty.
- Zbigniew Ziobro nie był zadowolony z kierunku, w jakim zmierza prowadzone wówczas postępowanie - mówią nam w krakowskiej prokuraturze. Niby oficjalnie, ale proszą o niepodawanie nazwisk (!). Wciąż boją się Ziobry.
W marcu 2007 r. śledztwo przeniesiono z Krakowa do Prokuratury Rejonowej w Ostrowcu Świętokrzyskim. W czasie jego trwania media donosiły o naciskach na prokuratorów prowadzących sprawę. Zaprzeczali temu: ówczesny minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro oraz kierownictwa prokuratur. Tymczasem gdy sprawa trafiła do Ostrowca, prokurator prowadzący postępowanie, szef tamtejszej rejonówki, Waldemar Pionka, musiał podać się do dymisji. Jego przełożona Małgorzata Perz z Prokuratury Okręgowej w Kielcach bardzo często wcinała się do sprawy, korygowała decyzje, nakazywała konkretne zachowania prokuratorowi. Szczególnie zaraz po rozmowach telefonicznych ze Zbigniewem Ziobrą. Pionka musiał odejść, żeby nie wylecieć dyscyplinarnie za uczciwe prowadzenie sprawy.
W kwietniu 2008 r. prokuratura w Ostrowcu po raz pierwszy umorzyła postępowanie w tej sprawie, uznając, że lekarze i pielęgniarki nie narazili pacjenta - nawet nieumyślnie - na utratę zdrowia i życia, a śmierci nie można było zapobiec. Po zażaleniu rodziny, która dostarczyła m.in.uzyskane przez siebie opinie ekspertów zagranicznych, we wrześniu 2008 r. krakowski sąd uchylił decyzję o umorzeniu śledztwa i nakazał prowadzić je dalej. Uznał, że opinia uzyskana przez prokuraturę nie daje podstaw do merytorycznej oceny prawidłowości leczenia Jerzego Ziobry, jest niekonsekwentna i nie zawiera odpowiedzi na kluczowe pytania śledztwa.
Prokuratura po raz kolejny umorzyła postępowanie. Pomimo licznych nacisków.
Wtedy bracia Ziobro wystąpili z oskarżeniem subsydiarnym, czyli oprócz prokuratora będą prywatnie oskarżać lekarzy. Oskarżyciel subsydiarny to właściwie oskarżyciel prywatny, który po wyczerpaniu całej drogi prokuratorskiej i sądowej musi osobiście udowodnić winę oskarżonego.

Wytyczne
30 listopada 2012 r. prokurator generalny podpisał wytyczne w sprawie działań prokuratorów w sprawach, w których pokrzywdzony uzyskał uprawnienie do wniesienia subsydiarnego (samoistnego)aktu oskarżenia.
Zgodnie z art. 55 Kodeksu postępowania karnego, w razie powtórnego wydania przez prokuratora postanowienia o odmowie wszczęcia lub o umorzeniu postępowania pokrzywdzony może wnieść subsydiarny akt oskarżenia. Sam wówczas bierze na siebie ciężar udowodnienia winy sprawcy. Jeśli sprawa trafi na wokandę, nie powinien jednak liczyć, że uczestniczący w sprawie prokurator udzieli mu wsparcia. Może się wręcz okazać, że - dla własnego dobra - zacznie on podnosić dowody niewinności podsądnego. Takie są wytyczne Andrzeja Seremeta (PGVIIG021/23/12). Prokuratorzy mają bronić swoich wcześniejszych decyzji o umorzeniu postępowania i nie pomagać oskarżycielowi subsydiarnemu.
Tymczasem on sam napisał kasację wyroku z oskarżenia subsydiarnego!
- Pierwszy raz słyszę o takiej sytuacji - mówi mec. Kazimierz Pawelec, doktor prawa. - Prokurator generalny zwykle nie wnosi kasacji przy tego typu oskarżeniu.
Zapytaliśmy więc prokuratora generalnego, czy u niego to już taka norma?
Informuję, że Prokuratura Generalna nie prowadzi statystyk dot. rodzaju spraw (akt oskarżenia "zwykły"czy subsydiarny), w których wnosi kasacje. Niemniej jednak, jak wynika z informacji z Departamentu Postępowania Sądowego PG, w ostatnim czasie Prokurator Generalny w sprawach z subsydiarnego aktu oskarżenia wniósł kilka kasacji, w tym ostatnią w dniu 8 lutego br. Odnośnie zaś interesującej Panią kasacji, chcę podkreślić, że Prokurator Generalny złożył tę kasację z uwagi na "obrazę przepisów prawa procesowego", czyli mówiąc inaczej z powodów formalno-prawnych - napisał nam rzecznik PG Mariusz Martyniuk.
Niestety, rzecznik mija się z prawdą. Nie ma kilku kasacji z oskarżenia subsydiarnego. Są te skierowane w sprawie Ziobry. Rzecznik nie powiedział nam też prawdy na temat powodów skierowania kasacji. Nie chodziło jedynie o błędy proceduralne. Znamy treść tej kasacji. Na 30 stronach zastępca prokuratora generalnego Marek Jamrogowicz udowadnia, że krakowskie sądy bezkrytycznie przyjęły opinię śląskich biegłych. "Tymczasem jest ona wewnętrznie sprzeczna i niepełna" - twierdzi Jamrogowicz. Nawet na jej podstawie trudno uznać "jakoby proces diagnozowania, leczenia i przeprowadzania zabiegów był właściwy i zgodny ze sztuką medyczną" - konkluduje zastępca prokuratora generalnego. Uważa, że sąd powinien odnieść się do opinii zamówionych przez rodzinę Ziobrów w kilku klinikach kardiologicznych na świecie, które kwestionują sposób postępowania krakowskich lekarzy. Zdaniem zagranicznych specjalistów na każdym etapie leczenia Jerzego Ziobry były błędy - począwszy od wyboru metody działania (zamiast stentowania powinien mieć zabieg kardiochirurgiczny), poprzez dobór leków i sposób wykonania zabiegów koronoplastyki, a kończąc na nierozpoznaniu w porę zawału serca.
Mówiąc w skrócie, prokurator generalny popiera dokładnie te zarzuty, które od siedmiu lat podnosi bezskutecznie rodzina Ziobrów.

Praktyka
Prokurator generalny Andrzej Seremet wcale nie ma tak dobrego serduszka. Niewielu może liczyć na jego poparcie w sprawie wniesienia przez niego kasacji nadzwyczajnej. Najlepszym przykładem jest obecnie sprawa Jana Ptaszyńskiego, o którego dramacie pisali już chyba wszyscy. Chłop został skazany na dożywocie bez żadnych dowodów, a nawet poszlak! Poza rodziną, posłowie i senatorowie błagali Seremeta o kasację wyroku. Nawet nie raczył zajrzeć do listów, które do niego przychodzą. Zawsze odpowiedź wysyłał jego zastępca. Negatywną.
Seremet wcale nie widzi krzywdy, jaką wyrządzili niewinnym ludziom prokuratorzy i sędziowie. Sprawa Doroty Mrugały, która zmarła w areszcie śledczym. Była niewinnie przetrzymywana przez wiele miesięcy, poniżana i upokarzana. Uniewinniona po śmierci. Seremet nie dostrzegł w postępowaniu prokuratora niczego nagannego.
Podobnie żadnych konsekwencji nie poniósł prokurator Roman Pietrzak z Katowic, który wysłał niewinnego człowieka Krzysztofa Stańkę, właściciela ośrodka turystycznego w Turawie, na 27 miesięcy do aresztu pod nieprawdziwym zarzutem produkcji narkotyków. Sądy dwukrotnie uniewinniły Stańkę od zarzutów. W obu przypadkach sędziowie ostro krytykowali prokuraturę, wskazując na bezpodstawne działania i brak etyki. Seremet tak nie uważa.
Takie przypadki można by mnożyć. Dlaczego więc Seremet tak idzie na rękę Ziobrze? Może z tego samego powodu, co wtedy gdy jako sędzia przyklepywał w Krakowie areszty wydobywcze na zlecenie Ziobry?

Joanna Skibniewska