Ktoś z sitwy postrzelił człowieka. Sitwa kryje sprawcę. Sprawiedliwość po polsku.
W
roku 2012 jesień była piękna. Długo utrzymywała się ładna pogoda.
54-letni Andrzej Kępski, rolnik z okolic Bełżyc, jeszcze 20 października
mógł orać pole. Wyjechał ciągnikiem bardzo wcześnie, bo roboty było
dużo. Nie dokończył. Został postrzelony z kałasznikowa w klatkę
piersiową. Kula wpadła przez szybę ciągnika, przeszyła kręgosłup i
płuca. Uszkodziła rdzeń kręgowy. Kępski stracił przytomność. Plama krwi
na zaoranej ziemi…
Kępski jest kaleką i pozostanie nim do końca
życia. Ma porażone kończyny dolne i górne w wyniku przerwania rdzenia
kręgowego. Zatorowość centralna. Złamanie kręgosłupa. Z każdym miesiącem
może być tylko gorzej.
Kępski nie ma żadnej pomocy. Nikt nie próbuje
dochodzić sprawiedliwości. Winna zajściu jest elita Bełżyc i Lublina.
Wszyscy są ze sobą powiązani. Policja i prokuratura robi wszystko, żeby
sprawa się rozmyła.
– Janusz Watras ma zbyt wiele do stracenia, aby
pozwolić na zbadanie tej sprawy – powiedziała policjantka, gdy była w
domu Kępskiego zbadać jego ciągnik.
Dół
Wśród pól jest wielki dół – pozostałość po kopalni piasku.
–
Od lat odbywają się tu ćwiczenia albo zawody strzeleckie – mówi
Krystyna H. z Kątów. – Strzelają dorośli i dzieci z ostrej broni. Strach
wyjść na pole albo do lasu na grzyby.
Ten piaskowy lej nie jest
strzelnicą. I nie może nią być, bowiem nie spełnia wymogów ustawy o
broni i amunicji. Art. 45 mówi: Broń, która jest zdolna do rażenia celów
na odległość, może być używana w celach szkoleniowych i sportowych
tylko na strzelnicach. Art. 46 pkt 1 precyzuje: Strzelnice powinny być
zlokalizowane, zbudowane i zorganizowane w sposób nienaruszający wymogów
związanych z ochroną środowiska oraz wykluczający możliwość wydostania
się poza ich obręb pocisku wystrzelonego z broni ze stanowiska
strzeleckiego w sposób zgodny z regulaminem strzelnicy.
Nie ma wokół
dołu wałów wysokich na 6m. Nie ma kulołapów. Wodległości wielu
kilometrów nie powinno być skupisk ludzkich. Tymczasem tu jest zaraz
las, są pola uprawne i siedliska, w których mieszkają ludzie.
Przy
dziurze w ziemi nie ma żadnych oznaczeń. Nie wisi tu żaden regulamin.
Teren w planie zagospodarowania przestrzennego jest wyrobiskiem piasku.
Niedaleko jest znak drogowy przy wyjeździe z drogi gruntowej – cały
podziurawiony przez kule.
Strzał
Zawody na tej
pseudostrzelnicy organizują od lat władze Bełżyc i Liga Obrony Kraju w
Lublinie. Feralnego dnia zawody organizował zrzeszony przy lubelskim LOK
Klub Żołnierzy Rezerwy o nazwie nomen omen Rykoszet. Na strzelanie
wydał ustną zgodę wójt Zenon Madzelan – jak za każdym razem.
– Nic o strzelaniu tam nie wiedziałem – zapewnia wójt Madzelan. – To wyrobisko to teren prywatny.
Na wszystkich zawodach burmistrz Bełżyc, Ryszard Góra, funduje puchar swojego imienia.
–
O wypadku dowiedziałem się z mediów. Jestem na długim zwolnieniu
lekarskim. Nie mogę się spotkać w tej sprawie – zapewnia Góra.
Tymczasem burmistrz Góra jest w pracy. Nie ma go tylko dla mediów. Wtedy, gdy postrzelono rolnika, był na nielegalnych zawodach.
Kilka miesięcy wcześniej Madzelan uśmiechał się do zdjęć na zawodach z okazji Dnia Dziecka.
Wtedy z ostrej broni strzelały dzieciaki prominentów.
Stał i uśmiechał się tuż przy dziurze traktowanej jak strzelnica. Razem z nim zęby szczerzył burmistrz Góra z pucharem w ręku.
Celem
zawodów było doskonalenie umiejętności strzeleckich dzieci i młodzieży z
terenu gminy Bełżyce w bezpośredniej rywalizacji strzeleckiej,
zacieśnianie koleżeńskich więzi wśród uczestników zawodów oraz
wyłonienie najlepszych zawodników wśród dzieci i młodzieży – można dziś
przeczytać na internetowej stronie gminy Bełżyce. I jeszcze, że wszyscy
uczestnicy zostali zapoznani z zasadami bezpieczeństwa.
Lubelski
oddział LOK zapewnił nas pisemnie, że nic nie wiedział o tych zawodach.
Podobno odbyły się poza rocznym planem imprez. Plan imprez ustala Janusz
Watras.
Janusz Watras, główny strzelający na zawodach i wielokrotny
sędzia, to szef klubu Rykoszet. Organizator. To on wtedy strzelał z
kałasznikowa. Jak zwykle – z ostrej amunicji.
Impreza
Gdy
znaleziono rolnika, strzelający wpadli w panikę. Chłop orał pole 300 m
dalej. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że strzały padły właśnie z
wyrobiska.
– Wielu z nich uciekło wtedy do lasu – mówi mieszkaniec gminy. – Oni byli po prostu pijani. Jak zawsze.
Na miejsce od razu przyjechała policja.
– Wszyscy byli trzeźwi – zapewnia Arkadiusz Arciszewski z Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie.
Nikogo nie szukano w lesie. Zabezpieczono broń. Tych, którzy zostali. Kępskiemu z kręgosłupa wyjęto kulę jako dowód w sprawie.
Postępowanie
prowadziła wówczas prokuratura w Kraśniku. Szybko się z tego
wymiksowała. Jak wynika z oficjalnego oświadczenia, jednym z
organizatorów imprezy był oficer policji z Bełżyc, dobrze znany
prokuratorom Kraśnika.
– Oni sobie tutaj pikniki razem urządzają – zapewniają okoliczni rolnicy.
Prokuratura
z Lublina zwróciła postępowanie prokuraturze z Kraśnika. Ta znowu się
wymiksowała. Ale Lublin znów zwrócił sprawę Kraśnikowi. I tak w koło
Macieju. Obecnie sprawa trafiła do Świdnika. Prokurator prowadzący
postępowanie twierdzi, że dopiero wrócił z urlopu i jeszcze nie zapoznał
się z materiałami.
Od postrzelenia minął prawie rok. Do dziś
prokurator nie był w stanie powołać biegłego balistyka, który mógłby
określić, z jakiej broni wystrzelono pocisk. Nie oznacza to jednak, że
prokurator z Kraśnika nic nie robił. Owszem, szukał braku uprawnień
rolnika do prowadzenia ciągnika. Sprawdzał też, czy ciągnik był w dobrym
stanie technicznym. Poinformował rolnika, że w ciągniku powinien mieć
szybę… kuloodporną. Wysłał także czworo funkcjonariuszy, aby dokładnie
zbadali ciągnik rolnika i znaleźli cokolwiek. Wtedy żona Kępskiego nie
wytrzymała.
– A gdyby on orał na ośle, to co byście zrobili? – zapytała.
Policjantka jej odpowiedziała: – Watras ma zbyt wiele do stracenia, żeby pozwolić na zbadanie tej sprawy.
Prezes
Co
Janusz Watras ma do stracenia? Rzeczywiście dużo. Poza tym, że jest
szefem klubu Rykoszet, jest członkiem zarządu wojewódzkiego LOK w
Lublinie. Zasiada w Radzie Krajowej i w Zarządzie Głównym LOK. W 2011 r.
został odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi. W powiecie lubelskim należy
też do komisji bezpieczeństwa i porządku. Brał udział w opracowywaniu
Powiatowego Programu Zapobiegania Przestępczości. Niedawno był honorowym
gościem na obchodach „Pamięci o Żołnierzach Wyklętych”. Siedział przy
proboszczu. Od wielu lat jest dyrektorem Zarządu Dróg Powiatowych w
Lublinie z siedzibą w Bełżycach.
– Tak mu zrobili, żeby miał blisko do pracy – zapewnia anonimowo pracownik urzędu w Lublinie.
Milczenie
Andrzej
Kępski stracił wszystko. Jego 84-letni ojciec wyjeżdża za niego w pole.
Tym samym ciągnikiem bez szyb kuloodpornych. Na to samo pole, niedaleko
śmiercionośnego leju.
– Nie mamy na rehabilitację, na leki – mówi żona rolnika.
Kilka
miesięcy po wypadku napisała do wójta Madzelana prośbę o pomoc.
Otrzymała odpowiedź, że wójt nie ma nic wspólnego ze strzelaniem, że
strzelnica znajduje się na terenie prywatnym i że kobieta może iść do
opieki społecznej albo wystąpić o alimenty od dorosłych dzieci.
Incydent, którego pan stał się ofiarą, zdarzył się na terenie
nienależącym do Urzędu Gminy – napisał wójt. Dodał, że już pomógł
Kępskim w kwocie 12 tys. zł.
– Poszłam do niego, bo nigdy nie dał nam żadnych pieniędzy. Może nie dotarły – mówi żona Kępskiego.
Wójt
kazał jej wypierdalać z gabinetu. Zagroził, że wezwie policję. Zaraz po
niej do gabinetu wszedł Watras. Wójt przyjął go serdecznie.
– Do zakończenia postępowania nie będę wypowiadał się w sprawie – warczy Watras.
Gdy udawaliśmy układnych pismaków z lokalnej gazety, powiedział, że czeka na ułagodzenie sprawy. Potem się wypowie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prokuratura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prokuratura. Pokaż wszystkie posty
piątek, 27 grudnia 2013
środa, 28 sierpnia 2013
Czy opłaca się siedzieć (NIE Nr 24/2013, 2013-06-07, str. 7)
Ile kosztuje ludzka godność, wolność, sprawiedliwość? Niewiele.
Dwaj bezpodstawnie oskarżeni i przetrzymywani w areszcie policjanci wystąpili o odszkodowanie. Uniewinnieni we wszystkich sądowych instancjach żądali od państwa miliona złotych zadośćuczynienia za to, co stracili. Dostali prawie jedną dziesiątą tej kwoty.
Policjanci Jacek Kowalczyk i Jan Handrysiak trafili do aresztu na zlecenie polityczne. Zbigniew Ziobro potrzebował układu, który będzie rozbijał w świetle jupiterów. Nadali mu się do tego policjanci. Szanowani, doświadczeni, nagradzani, z prawie 30-letnim stażem…
Polecenie Ziobry miała wykonać Bogumiła Tarkowska z łódzkiej prokuratury. Wywiązała się z zadania. Znalazła bandytę, który poszedł na współpracę w zamian za złagodzenie kary.
Do pudła!
Jarosław Kurzydlak to łobuz. Wielokrotnie karany za nielegalny handel bronią i amunicją, wielokrotne rozboje, porwania, podpalenia, podłożenie bomby i składanie fałszywych zeznań. Warto dodać, że łapali go właśnie ci dwaj aresztowani policjanci. Kurzydlak zeznał, że obaj policjanci przyjęli od niego korzyść majątkową.
To było najkrótsze przesłuchanie, jakie kiedykolwiek widzieli. Prokurator Tarkowska miała już wszystko przygotowane. Uprzedziła ich, że cokolwiek powiedzą, i tak pójdą siedzieć. Potem było najkrótsze posiedzenie przed obliczem sędzi Joanny Tomczak. Po trzech minutach wiedziała, że są winni. Areszt trwał ponad rok.
Kowalczyk i Handrysiak stracili wszystko. W więzieniu pozbawiono ich godności, zdrowia, pracy, szacunku, kontaktów z najbliższymi i wiary w sprawiedliwość. Trzymano ich za murami, żeby zmiękli. Nie przyznali się, bo nie mieli do czego. Silni, sprawni policjanci z aresztu wyszli jako kalecy.
Po latach zostali uniewinnieni we wszystkich instancjach. Sądy nie pozostawiły suchej nitki na prokurator Tarkowskiej. Sąd Najwyższy nazwał jej pracę zabawą w prawo.
Właśnie dostali odszkodowanie za areszt i utratę zdrowia oraz pracy. Po 150 tys. zł – nieco ponad 300 zł za dzień upokorzeń, pozbawienia wolności, choroby, bólu i rozpaczy.
Bogumiła Tarkowska nie pracuje już w wydziale przestępczości zorganizowanej w prokuraturze. Została przeniesiona do nadzoru nad prowadzonymi postępowaniami. Uczy młodych prokuratorów dobrej roboty.
Na łasce
– Nie więcej niż 20 procent sędziów zapoznaje się z aktami sprawy przy wniosku o areszt tymczasowy – mówi mecenas Kazimierz Pawelec, profesor prawa. – Ogromna większość nawet nie słucha argumentów obrony. Decyzja o odebraniu komuś wolności trwa chwilę. Wystarczy, że prokurator wnioskujący o areszt napisze, że istnieje podejrzenie uczestnictwa w zorganizowanej grupie przestępczej albo że podejrzany na pewno będzie mataczył. Sąd tego nie sprawdza.
Europejski Trybunał Praw Człowieka jest zarzucony pozwami przeciwko Polsce w związku z nieuzasadnionymi aresztami, które często tylko z nazwy są aresztami tymczasowymi. Pisaliśmy już o aresztach, które trwały nawet 3 lata. Przepisy mówią jasno – 3 miesiące to czas, w którym prokurator ma zebrać dowody. Po tym okresie areszt może być przedłużony tylko w wyjątkowych sytuacjach. Tymczasem w Polsce to fikcja. Prokuratorzy wnioskują o areszt na wszelki wypadek lub po to, by podejrzany zmiękł i się przyznał. Tak robią wyniki. Przyklepany przez sąd areszt to dla prokuratora sukces.
Areszt to zupełnie co innego niż życie po wyroku. Skazany ma ściśle określone prawa: widzenia, paczki, biblioteka itp. Aresztant nie ma żadnych praw. Jego życie i zdrowie jest w rękach prokuratora. Jeśli prokurator pozwoli na podanie leków, to aresztant je dostanie. Jeśli zgodzi się na przyniesienie z domu swetra, to aresztant będzie miał ciepło. Jeśli pozwoli przekazać mu książkę – to sobie poczyta. Prokuratorzy mają na wydanie takiej zgody 30 dni. W przypadku wielu osób jest to wystarczający czas nie tylko na to, aby stracić zdrowie, ale nawet aby umrzeć! Przykładem może być tu niewinnie aresztowana Dorota Mrugała, którą prokurator Dariusz Dryjas bezzasadnie oskarżył o zabójstwo męża i wsadził do aresztu, w którym zmarła, bo Dryjas nie wydał zgody na leczenie serca. Uniewinniono ją po śmierci… Albo rumuński aresztant Claudiu Crulic, który w walce o sprawiedliwość rozpoczął głodówkę, a krakowski prokurator nie nakazał jej przerwać. Crulic umarł w więziennej celi z głodu.
Ani grosza
Mnożą się więc wnioski o wysokie odszkodowania za niesłuszne zatrzymanie i areszt – zgodnie z art. 552 kpk. Prokuratura Generalna nie prowadzi statystyk, ile takich wniosków trafia do sądów cywilnych, ale adwokaci mówią, że na pewno jest ich kilkaset rocznie. Polska płaci grosze, ale trybunał w Strasburgu zasądza milionowe odszkodowania, za które płacą polscy podatnicy.
Prokuratorzy, którzy albo odrzucali dowody niewinności, albo wręcz preparowali dowody winy, nie ponoszą żadnej odpowiedzialności – ani karnej, ani dyscyplinarnej, ani finansowej. Podobnie sędziowie, którzy te areszty zatwierdzali bez sprawdzenia, czy dowody przeciwko podejrzanemu są wystarczające do pozbawienia go wolności.
Zgodnie z przepisami oni wcale nie muszą być bezkarni. Prawo wręcz tego zabrania. Tylko nikt z tych, którzy mają stać na straży praworządności, tego prawa nie stosuje.
Art. 557 kpk mówi, że w razie naprawienia szkody oraz zadośćuczynienia za krzywdę skarb państwa powinien mieć roszczenie zwrotne do osób, które swoim bezprawnym działaniem spowodowały niesłuszne skazanie, zastosowanie środka zabezpieczającego, niesłuszne tymczasowe aresztowanie lub zatrzymanie. Adresatem powództwa o zwrot zasądzonej kwoty na rzecz osób bezpodstawnie skazanych czy tymczasowo aresztowanych powinien być sędzia, a przede wszystkim prokurator. Oni podejmują decyzje, które prowadzą do wskazanych w art. 557 kpk rozstrzygnięć. Uprawnionymi do wytoczenia powództwa przeciwko nieuczciwemu prokuratorowi są… prokuratura oraz organ powołany do reprezentowania skarbu państwa. Organem tym jest Prokuratoria Generalna.
– Po zasądzeniu przez sąd odszkodowania i zadośćuczynienia za bezzasadne aresztowanie prokurator musi obowiązkowo zbadać, czy nie zostało ono spowodowane działaniem funkcjonariusza publicznego i w tym przedmiocie wydaje postanowienie, ale zamyka sprawę tylko w tym wypadku, gdy nie dopatrzył się podstaw do wytoczenia powództwa – tłumaczy sędzia Sądu Najwyższego, autor podręczników prawa.
Prokurator, który bada pracę kolegi, zresztą z tej samej prokuratury, nigdy nie widzi nic niewłaściwego w jego działaniach.
Bez reakcji
Polska jako jedyny kraj UE już w 2007 r. została upomniana przez Europejski Trybunał Praw Człowieka, że stosuje najwięcej aresztów i że są one zdecydowanie za długie i niewystarczająco uzasadnione. Polska to jedyny kraj europejski, który nagminnie stosuje takie praktyki. Ministerstwo Sprawiedliwości nawet na to nie odpowiedziało. Podobnie nie reaguje na wytyczne kierowane ze Strasburga, w których trybunał nakazuje poprawę warunków leczenia w zakładach karnych. Nikt się do tego nie stosuje, bo przecież
karę zasądzoną przez trybunał w Strasburgu zapłacą podatnicy, a nie prokuratorzy, sędziowie czy dyrektorzy więzień.
Zgodnie z kpk tymczasowe aresztowanie nie powinno być stosowane, gdy wystarczy inny środek zapobiegawczy, mimo to środek ten jest w Polsce nadużywany, o czym świadczą m.in.liczne przegrane przez Polskę sprawy przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka. Do Ministerstwa Sprawiedliwości dotarło wystąpienie trybunału, w którym prosi o zajęcie stanowiska w sprawie strukturalnego problemu ze stosowaniem tymczasowego aresztowania. To tzw. sygnalizacja – wyjątkowy, rzadko stosowany przez trybunał w Strasburgu instrument. Sięga po niego wówczas, gdy uzna, że naruszenia Europejskiej Konwencji Praw Człowieka w jakimś obszarze są tak masowe, że świadczą o konieczności zmiany prawa lub praktyk prawnych w danym kraju.
W skargach do Strasburga polscy aresztanci podnoszą, że po aresztowaniu prokuratura przestaje się nimi interesować. Nikt ich nie przesłuchuje i w ogóle niewiele się w ich sprawie dzieje.
Trybunał stwierdził: Problem zaczął nabrzmiewać od 2000 r., kiedy ministrem sprawiedliwości – prokuratorem generalnym został Lech Kaczyński. Wydał wtedy wytyczne dla prokuratorów, żeby w większości spraw występowali o areszt. Prokuratorzy posłuchali. I okazało się, że sądy masowo na te areszty się godzą.
W czerwcu 2007 r. Komitet Ministrów Rady Europy zalecił polskim władzom, żeby ograniczyły stosowanie aresztów. A także wprowadziły mechanizm kontrolny zabezpieczający przed ich nadużywaniem. I co? I nic. W2008 r. trybunał europejski upominał Polskę kolejny raz.
Do upadłego
25-letni obecnie Robert W. został zatrzymany i aresztowany 25 lipca 2007 r., a areszt uchylono mu 1 grudnia 2008 r. Przed aresztowaniem był uczniem prywatnej szkoły policealnej oraz pomagał ojcu i matce w prowadzeniu firm. Domagał się 76 tys. zł odszkodowania oraz 600 tys. zł zadośćuczynienia. Dostał 160 tys. zł odszkodowania.
Uzasadniając orzeczenie, sędzia Magdalena Kurczewska-Śmiech podkreśliła, że kwota przyznanego odszkodowania odpowiada rzeczywistym stratom – potwierdzonym w postępowaniu dowodowym – które mężczyzna poniósł w wyniku aresztowania.
– Pamiętać trzeba, że kwota zadośćuczynienia nie może prowadzić do nadzwyczajnego wzbogacenia się. Zdaniem sądu kwota 160 tys. zł będzie rekompensowała ten niesłuszny pobyt w areszcie – orzekła sędzia.
Sąd Okręgowy w Olsztynie przyznał lekarzowi 8 tys. zł za bezzasadny areszt. Roszczenie z tytułu utraty zarobków oddalił. Prokuratura postawiła mężczyźnie zarzut zabójstwa żony. Prokurator oskarżył lekarza o to, że żonę udusił. Tymczasem lekarze z gdańskiej akademii uznali, że przyczyną śmierci kobiety była miażdżyca tętnic wieńcowych.
Pracownica Urzędu Pracy w Nysie 3,5 miesiąca spędziła niewinnie w areszcie. Sąd Okręgowy w Opolu zasądził jej 35 tys. zł odszkodowania. Kobieta wróciła z aresztu chora. Prokuratura uważała, że to dużo i wystarczy jej 3500 zł. Odwoływano się do upadłego, uzasadniając, że to tylko nieco ponad 100 dni w areszcie. Nic takiego, przecież miała co jeść i gdzie spać…
O matce, która utopiła 4-letniego Michała, słyszała cała Polska. Prokurator brylował w mediach. Kobieta przesiedziała w areszcie 20 miesięcy, po czym została uniewinniona. Sąd ocenił, że na etapie śledztwa doszło do manipulacji materiałem dowodowym. Brednie, które przed kamerami opowiadał prokurator, okazały się preparowanymi dowodami winy. Kobieta dostała 110 tys. zł odszkodowania. Sędzia Jerzy Leder mówił, że przyznana kwota jest wyższa od przeciętnie zasądzanych w takich sprawach.
Instytucja tymczasowego aresztowania jako forma bezwzględnego pozbawienia wolności powinna być stosowana wyjątkowo, rozważnie, wtedy gdy to absolutnie niezbędne, a zgromadzone dowody pozwalają na przypuszczenie, że wobec oskarżonego zostanie orzeczona bezwzględna kara pozbawienia wolności. Ładnie to brzmi w teorii. W praktyce ludzi w Polsce sadza się szybko i na długo.
Joanna Skibniewska
Układ bez Gajosa (NIE Nr 21/2013, 2013-05-17, str. 6)
Kilka tysięcy ludzi pozbawiono pracy. Dlaczego? Bo dwóch panów miało kaprys i poleciało do prokuratora. A ten już wiedział, co robić…
Sąd Apelacyjny w Krakowie rozwiązał spółkę Kraków Business Park (KBP)w Zabierzowie. Bo mniejszościowi wspólnicy spółki złoszczą się, że są mniejszościowi. Czyli mniej mogą. Najlepiej więc rozwiązać interes. Mają w ręku prawie 10 tysięcy ludzi. Ich egzystencję.
Tymczasem nie ma żadnych podstaw, by rozwiązać spółkę, która pomimo wieloletniego szykanowania przez cały aparat państwowy (prokuratura, ABW, CBA, Straż Graniczna, Izba Celna, CBŚ, wszystkie oddziały urzędu skarbowego itp.) dobrze prosperuje, nie zalega z płatnościami, reguluje zobowiązania i zatrudnia tysiące ludzi. Firma, która miała paść kilka lat temu, wciąż świetnie sobie radzi. I to chyba boli najbardziej.
Biznes jak marzenie
O historii Kraków Business Park pisaliśmy. Przypomnijmy, co spotkało małopolskiego biznesmena.
Zaczęło się jak zwykle od marzeń. Adam Świech i jego ojciec robili biznes w USA. Ale wciąż myśleli, że powinni pracować na swoim w Polsce. Wpadli na pomysł wielkiego międzynarodowego przedsięwzięcia. Dla tysięcy pracowników.
Niedaleko Krakowa, na starym dzikim wysypisku śmieci, na 15 ha ziemi stanęło wspaniałe biznesowe miasteczko.
Budowali je przez 11 lat. Firma deweloperska. Rosły wielkie oszklone biurowce. Adam Świech wziął 78 mln euro kredytu. Dobrał jeszcze dwóch udziałowców, którzy dorzucili 1/3kasy, resztę dołożył sam. Już w 2008 r. wynajęto 33 tys. m kw. biur, 6 tysięcy ludzi znalazło tu pracę. Wyrosła własna stacja kolejowa Kraków Business Park, aby pracownicy mogli dojeżdżać do pracy.
I wtedy, w 2008 r. Świech usłyszał ultimatum od wspólników – Jana Domanusa i Andrew Kozlowskiego (25proc. udziałów w spółce): albo sprzedajesz interes kontrahentowi, którego ci przedstawimy, albo zrobimy wszystko, żebyś wylądował w więzieniu. Miał też podzielić się z nimi nieco inaczej niż wskazywałyby na to prawo i logika. Czyli nie 25 proc. ich udziałów, tylko znacznie więcej.
Świech w zasadzie zgodził się na sprzedaż. Ale – pomyślał – oszukać się nie da. I to był jego błąd. Domanus i Kozlowski dali mu czas do 30 czerwca do północy. Potem – prokurator. Aże wówczas Świech nie bał się prokuratora, bo uważał, że jest czysty, to trwał przy swoim. Miesiąc później krakowski prokurator Piotr Krupiński wszczął śledztwo (DsIV49/08)i zaraz potem wydał nakaz aresztowania Świecha i jego dwóch kontrahentów – DerekaL. i Mieczysława K. Przy aresztowaniu był uśmiechnięty pełnomocnik Domanusa i Kozlowskiego mec. Rutkowski, który nie tylko zwracał się po imieniu do prokuratora Krupińskiego, ale wydawał mu polecenia. Może fakt, że sam był jeszcze niedawno prokuratorem, ma tu pewne znaczenie?... Rutkowskiego interesował przede wszystkim jeden kwit – postanowienie o zajęciu udziałów Świecha. Kwit, który bez zwłoki otrzymał od Krupińskiego. Posiedzenie w sprawie aresztu trwało 5 minut i odbyło się o 2.00. Decyzję prokuratora… przyklepał asesor sędziowski Majcher. 5-stronicowe uzasadnienie odczytał po 5 minutach posiedzenia.
Zarzuty prokuratorskie: pranie brudnych pieniędzy, grupa przestępcza, działanie na szkodę spółki i wspólników.
I choć ci wspólnicy byli od początku istnienia firmy w jej zarządzie i osobiście podpisywali uchwały, o ich działaniach na szkodę spółki nikt nawet nie wspominał. Drobiazgiem zapewne jest fakt, że w aktach sprawy nie ma żadnych dowodów na potwierdzenie tez prokuratora Krupińskiego. Aresztowania dokonano w dniu, gdy miało się odbyć walne zebranie KBP, na którym Świech miał podać się do dymisji i przedstawić propozycję, kto ma zostać jego następcą. A to bardzo nie podobało się wspólnikom mniejszościowym.
Zaangażowany prokuratorCo dzieje się od tamtego czasu? Świech i dwaj kontrahenci oczywiście siedzą. A prokurator Krupiński prowadzi postępowanie. Tyle że dziwnie. Jak gdyby był stroną w sporze. Osobiście biegał do Urzędu Kontroli Skarbowej i Krajowego Rejestru Sądowego, żeby biznesmeni nie mogli prowadzić działalności. Sam pisał do Agencji Rynku Rolnego, aby nie przyznawała dopłat. Rzecznik prokuratury na łamach prasy określał podejrzanych jako groźnych międzynarodowych przestępców, członków mafii. Mówił o 50 mln euro wywiezionych za granicę. O 15 osobach podejrzanych o popełnienie 25 przestępstw, w tym 13 skarbowych. Zgromadzono 800 tomów akt, 160 tys. stron papieru. Rzekomych dowodów, mocnych i porażających – jak mówił krakowski prokurator – dodając już teraz, że wyprowadzano setki milionów za granicę, że pieniądze zamiast do firmy trafiały na prywatne konta zarządu.
Ale niektóre wątki przestały się kleić. Nigdzie nie było wystarczających dowodów na przekręty. Nie znaleziono żadnego świadka (poza wspólnikami Świecha), który potwierdziłby tezy prokuratury. Zatem Krupiński każdemu, kto nie chciał z nim współpracować, stawiał zarzuty. Kuriozalne. Przesłuchał wszystkich pracowników KBP, nawet sprzątaczki. Wielokrotnie wzywał pracowników przed swoje oblicze i przesłuchiwał ich godzinami. Byleby tylko powiedzieli cokolwiek na swojego pracodawcę. Przesłuchał też wszystkich znajomych Świecha, żonę, jej znajomych, szkolnych kumpli i nauczycieli ich dzieci. Same dzieci były przesłuchiwane wielokrotnie. Funkcjonariusze CBŚ wyciągali ich teatralnie z lekcji, prokurator zabrał im komputery, a gdy córka Świecha nagrała telefonem komórkowym Krupińskiego podczas czynności procesowych, zabrał jej komórkę jako dowód w sprawie.
Ryszard Świech to ojciec Adama. Starszy schorowany pan. Gdyby udało się przymknąć tatusia, Adam na pewno by pękł i przyznałby się do wszystkiego. Gdy o 6.00 przyjechali po ojca, akcja zakończyła się wezwaniem pogotowia i oddziałem reanimacyjnym w szpitalu. A tam przy szpitalnym łóżku prokurator postawił funkcjonariusza jak przy najgroźniejszym przestępcy. U ojca Świecha szukał wszystkiego. Nawet lewego oprogramowania komputerowego.
Prokurator powołał około 20 biegłych, na same opinie wydał kilkaset tysięcy złotych, wielokrotnie wyjeżdżał za granicę, aby przesłuchać świadków, przesłuchał ponad 1000 osób, w tym 9-letnie dziecko jednego z zatrzymanych.
Śledztwo zaczęło się rozpadać. Urząd Kontroli Skarbowej nie potwierdził zarzutów prokuratury. Nie znaleziono wskazanych przez prokuraturę uszczupleń podatkowych. Podobnie wypowiedziała się Izba Skarbowa. Prokurator Krupiński napuścił więc na te instytucje CBA. Gdy bank, który dał kredyt na budowę KBP, stwierdził, że wszystkie międzynarodowe transfery pieniężne firmy były kontrolowane i nie ma tam żadnych machlojek, natychmiast na wniosek prokuratora zaczęła się kontrola banku.
Adam Świech do dziś dostaje propozycje sprzedaży KBP na warunkach wspólników mniejszościowych. Sprzedaż firmy miał nadzorować… prokurator Krupiński.
Z wielkiej chmury mały deszcz
Ku zdziwieniu wszystkich KBP nadal działa. I daje pracę 6 tysiącom ludzi. Prokurator Piotr Krupiński wciąż przesłuchuje każdego nowego kontrahenta krakowskiej spółki. Co jakiś czas do KBP wpadają funkcjonariusze CBŚ i zabezpieczają dokumenty. Co kilka dni ktoś jest po raz kolejny przesłuchiwany. Adam Świech wciąż nie może pełnić funkcji prezesa, ma zajęty majątek. Zabezpieczono mu 34 mln zł. Na poczet przyszłych kar. Jakich?
Po 3 latach powstał akt oskarżenia. Zamiast 50 mln euro pozostało wyłudzenie przez prezesa rocznego wynagrodzenia w wysokości… 12 tys. zł brutto (1000zł miesięcznie). I wyłudzenie z Agencji Rynku Rolnego dopłaty, która się należała.
Świechowi niewiele można zrobić, najlepszą zabawą byłoby więc zlikwidowanie mu firmy. Tylko na jakiej podstawie? Sąd Okręgowy w Krakowie już stwierdził, że to wierutna bzdura, bo firma pomimo poważnych problemów funkcjonuje znakomicie. Nie zalega z podatkami, nikomu nie zawadza. Jedynie Domanusowi, Kozlowskiemu i prokuratorowi Krupińskiemu.
I gdy wydawać się mogło, że o likwidacji nie ma mowy, znalazł się sędzia, który opierając się na opinii stworzonej na polecenie prokuratora Krupińskiego do postępowania przygotowawczego (zresztą już trzeciej z kolei, bo poprzednie były nie po jego myśli), stwierdził, że konflikt między udziałowcami jest wystarczającym powodem do likwidacji spółki. Sędzia Andrzej Struzik, jąkając się, powiedział po wydaniu wyroku: Sąd Apelacyjny stoi na stanowisku, że w sytuacji konfliktu pomiędzy wspólnikami, który wpływa na realizację uprawnień wspólników w tejże spółce, może stanowić podstawę do rozwiązania tejże spółki. Oczywiście... yyyyy... ten konflikt, który istnieje pomiędzy wspólnikami, nie wpływa na bieżącą działalność... yyyyy... spółki, bo oczywiste jest, że większościowy wspólnik przegłosuje każdą uchwałę... yyyy... Powołał już likwidatora, który zarobi 20 tys. zł miesięcznie, a za każdy jego ruch zapłaci spółka. Straty są nieopisywalne. Tym bardziej że firma ma się dobrze i świetnie utrzymuje się na rynku. Zatrudnia prawie 10 tysięcy ludzi! 6 tysięcy to mieszkańcy Krakowa i okolic. Często całe rodziny. Każdy z prawem do zasiłku dla bezrobotnych. A to będzie kosztowało miasto co miesiąc prawie 4 mln zł. Pozostali to pracownicy międzynarodowych korporacji (Shell,UBS, HSBC), które uznały, że w Polsce można robić biznes. Już tak nie myślą. Zerwą kontrakty. Zwolnią ludzi.
Powstanie nowy film…
Miał być wielki przekręt. Międzynarodowy, na kilkadziesiąt czy kilkaset milionów euro.
Trzej ludzie stracili zdrowie w aresztach. Jednego trzymano w 42-osobowej celi z recydywistami. Innego umieszczono na najcięższym oddziale więziennym.
Jeszcze innego zgnojono tak, że próbował odebrać sobie życie. Zaszczuto im żony i dzieci. Teraz jedną decyzją ograbiono skarb państwa z wielu milionów wypłacanych na zasiłki, wyprodukowano kilka tysięcy bezrobotnych. Z całej tej historii powstanie jeszcze jeden film o układzie zamkniętym, a państwo wypłaci horrendalne odszkodowania za zniszczenie znakomicie prosperującej firmy. Rzesza nowych bezrobotnych stanie w kolejce po zasiłek. Może ktoś sięgnie po alkohol albo po stryczek…
askibniewska@redakcja.nie.com.pl
Etykiety:
ABW,
Andrew Kozlowski,
CBA,
CBŚ,
Izba Celna,
Jan Domanus,
Kraków Business Park,
Piotr Krupiński,
prokurator,
prokuratura,
Straż Graniczna,
Świech Adam,
Zabierzów
piątek, 22 marca 2013
Zabawa w sprawiedliwość (NIE 43/2012)
Jeśli lubelska prokuratura się uprze, żeby kogoś wsadzić, zrobi to, choćby miała bujać się z tym kilkanaście lat. Dla tamtejszych prokuratorów każda sztuczka jest dobra. A najlepsza to w zamian za zwolnienie z aresztu nakłonić bandziora do składania fałszywych zeznań przeciwko temu, który ma iść siedzieć. Dobra sprawdzona metoda.
Kula w dwa łby
To była głośna historia. W Chełmie przed 12 laty w barze bawiło się dwóch świeżo upieczonych maturzystów. Świętowali zdany egzamin. Zginęli od jednej, najprawdopodobniej przypadkowej kuli, która przeleciawszy przez okno, przeszyła ich obu.
W kraju zawrzało. Wszystko wskazywało na to, że z powodu porachunków mafijnych i jakiegoś ślepego debila zginęło dwóch niewinnych chłopców. Podobno miał zginąć Gibas, czyli Ireneusz K., tylko ktoś się pomylił. Gibas ponoć trzymał w szachu pół Lublina. Ludzie chcieli krwi sprawców. A prokuratura jej nie miała.
Prawie od razu zatrzymano rzekomego zleceniodawcę zabójstwa - Krzysztofa B. Niby chciał usunąć Gibasa ze swojego terenu wpływów. Tak naprawdę wciąż jednak nie było wiadomo, dlaczego chciałby go zabić. Do B. dorzucono dwóch jego kumpli: Janusza W. i Wojciecha W. Pierwszy miał podżegać drugiego, drugi miał strzelać. Wszyscy to prawdopodobnie gangsterzy z lubelskiej Starówki.
Skąd prokuratura wzięła tych sprawców? Tradycyjnie - od świadków incognito i od świadków koronnych, którzy natychmiast po wykonaniu zadania wyszli z aresztów.
Czterech bandytów i recydywistów (Grzegorz S., Sebastian C., Jerzy N. i Marcin I.) w zamian za zeznania obciążające tych ludzi od razu wyszli na wolność, bo prokurator dobrodusznie im areszty uchylił. W jednym przypadku nawet umorzył postępowanie. To, że złożyli zeznania kilkanaście miesięcy po zabójstwie, choć zaraz po nim mówili, że nic o nim nie wiedzą, nie miało większego znaczenia. Według prokuratora po prostu sobie przypomnieli, że coś gdzieś słyszeli o tym, że Wojciech W. strzelał wtedy w barze.
Bezbronna broń
Kraj usłyszał dobrą wiadomość. Będą dożywocia. Będzie zemsta. Zatrzymani przesiedzieli w aresztach tzw. tymczasowych ponad 3 lata. Radość lokalnych mediów była ogromna. I duma prokuratury. Szczególnie Andrzeja Jeżyńskiego, speca od zorganizowanej przestępczości. Tyle tylko że radości prokuratora nie podzielił lubelski sąd, do którego trafił akt oskarżenia. Bo poza bardzo wątpliwymi zeznaniami świadków koronnych nie znaleziono nie tylko żadnego dowodu winy, ale nawet motywu zabójstwa, o narzędziu zbrodni nie wspominając. Taką broń, z jakiej zginęli chłopcy, miał jedynie... Gibas, czyli ten, co niby miał paść wtedy trupem. Skoro taką broń miał mieć tylko on, to prokuratura w ogóle się nią nie zainteresowała. Nie znaleziono też żadnych innych śladów, które mogłyby wskazywać, że zatrzymani to sprawcy zabójstwa. Osoby obce, bezpośredni świadkowie zdarzenia wykluczyli obecność na miejscu zbrodni zarówno podżegacza, jak i strzelającego. Pracownicy i goście baru zupełnie inaczej opisują sprawcę. Ale prokuratura nie przygotowała portretu pamięciowego, bo nie przypomina on tych, których zatrzymano. Nawet niedoszła ofiara opisuje zupełnie inaczej napastnika. Według zeznań świadka koronnego, widziana była przy rzekomym strzelającym broń myśliwska o kalibrze 8,57 mm. I ta broń została wpisana do aktu oskarżenia jako narzędzie zbrodni. Tymczasem biegły stwierdził, że chłopcy zginęli z zupełnie innej broni. Poza tym jeden ze świadków koronnych, który opowiadał, że dał sprawcy tę broń, miał to zrobić w momencie gdy przebywał w więzieniu. Prokurator Jeżyński nie dopatrzył się tej nieścisłości w zeznaniach. Dowód to dowód. A co z bronią? Koronny stwierdził, że ją utopił, tylko nie pamięta gdzie. Prokurator już się nie dopytywał. Na rozprawę przed sądem powołał przeszło 100 świadków. Oskarżeni mieli od 4 do 6 świadków. Wszystkie wnioski o przesłuchanie kolejnych, którzy mogliby zaświadczyć o tym, że sprawców nie było tam, gdzie niby mieli być, odrzucano jako nieistotne dla sprawy.
Ale sąd nie uznał tych dowodów za wystarczające i uniewinnił ludzi trzymanych ponad 3 lata w pudle. Co prawda stwierdził, że należeli oni do zorganizowanej grupy przestępczej, ale bardziej lubili kurewki i ich biznes niż mordowanie ludzi.
Prawdomówny morderca
Prokuratura została w dupie. Bo okazuje się, że sprawca śmierci dwóch niewinnych chłopców spokojnie spaceruje sobie po mieście. Prokurator desperacko zaczął więc bronić swojej tezy i odwołał się od decyzji sądu. Znalazł kolejnego świadka. Sprawa wróciła do ponownego rozpatrzenia. Kolejne lata procesu nie przyniosły nic. Jeżyński awansował za tę sprawę. Ziobro bardzo go chwalił. A ponowny proces powoli toczył się znowu przed lubelskim sądem. Wynik - uniewinnieni z zarzucanego im czynu zabójstwa. Sędzia nie pozostawił suchej nitki na pracy prokuratora i na jego kompletnie niewiarygodnych świadkach.
To był prawdziwy cios dla prokuratury. Taka sprawa, a tak spieprzona. Odwołano się po raz kolejny. Znalazł się nowy świadek. Ponoć był kiedyś na rybach z Wojciechem W. i ten mu się przyznał, że zastrzelił dzieciaki. Ot, tak o tym wspomniał. W chwili słabości. A może ryby go tak ośmieliły?
Świadek ten szybko opuścił areszt, bo poza wędkowaniem lubił jeszcze od czasu do czasu coś gwizdnąć. O tym, że była to nagroda prokuratora za złożone zeznania przeciwko W., wiedzą wszyscy.
Sędzia niezmieszana
Aż wreszcie prokuratorowi się udało! Sędzia Dorota Dobrzańska była wstrząśnięta rzekomym wyznaniem Wojciecha W. i uznała jego i jego kolegów winnymi zabójstwa sprzed 12 lat. Chociaż w tym trzecim postępowaniu żaden z oskarżonych nie brał udziału. Nikt nie przychodził na rozprawy, bo po co, skoro znowu jest to jakaś grubymi nićmi szyta gra prokuratury. A jednak sędzia uznała inaczej. Dała im po 15 lat, a temu, który się tak niefortunnie zwierzył na rybach, 25 lat. Żałowała, że zmieniono prawo karne i nie może dać mu dożywocia. Wystąpiła też w mediach i cieszyła się z wydanego przez siebie wyroku.
Aha, sędzia Dobrzańska nie znalazła motywu zbrodni. Ale wstrząśnięta była...
Joanna Skibniewska
środa, 20 marca 2013
Hakarze i uchatki (NIE 26/2012)
Siedzimy w warszawskim sądzie okręgowym w bufecie. Po 40 minutach prawie bez pudła rozpoznaję wszystkich wchodzących tu prokuratorów.
Mężczyźni dzielą się na dwie grupy. Pierwsi są wysocy, trzymają się prosto, mają owłosione ręce i bardzo drogie zegarki. Poruszają się pewnie, odzywają się tubalnym, władczym głosem. Druga grupa, znacznie liczniejsza, to młodzi ludzie z przedziałkiem na głowie, często z wąsikiem. Są raczej niscy i drobni, mają wymuskane dłonie i rozbiegane oczy. Noszą albo jasnoróżowe, albo niebieskie koszule do szarych błyszczących garniturów. I też noszą dobre zegarki.
Kobiety są bardzo do siebie podobne,
ale też można podzielić je na dwie grupy. Jedna to szare garsonki na
żylastych ciałach. Włosy albo bardzo krótkie, albo długie zaczesane do
tyłu. Zwykle w naturalnym, mysim kolorze. Bez makijażu i biżuterii.
Zwraca uwagę zacięta twarz. Druga grupa to kobiety grube i bardzo grube.
I zaniedbane. Obie grupy bez cienia uśmiechu.- Jeśli podamy swoje nazwiska, od razu będziemy mieli "służbówki" (służbowe postępowanie dyscyplinarne) - twierdzą moi rozmówcy.
Jeden to doświadczony prokurator z tytułami naukowymi, który daleko zaszedł. Drugi to świeżo upieczony prokurator z rejonówki. Każdy ma dość tego, co się dzieje w prokuraturze. I choć każdy mówi niby o czymś innym, to tak naprawdę nie znoszą tego samego.
Może się uda
Młody prokurator: - Chory jest cały system: od policjanta przez prokuratora aż do sędziego. Policja wrzuca prokuratorowi jakieś gówno, bo robi statystyki. Nie ma dowodu na jakiekolwiek przestępstwo, ale prokurator to klepie i stawia zarzuty, choć wie, że to cienkie dowodowo. Ale liczy, że może się uda... On też robi statystykę. Podejrzany się zażala jak najbardziej słusznie. Zażalenie idzie do sądu, a tam zupełnie niezorientowany w prokuratorskiej robocie młody sędzia przyklepuje zarzuty prokuratora, bo nie rozumie, że to gniot. Prokurator musi tylko wiedzieć, gdzie ma trafić takie zażalenie, a to nie problem. Sędzia, przyklepując decyzję prokuratora, myśli: "A może mi się uda", i odwoławczy nie zauważy, że to gówno.
Stary prokurator: - W teoretycznie zgniłym systemie PRL-u stawiano na jakość. Takie zażalenie rozpatrywał prokurator nadzorca. A to byli najbardziej doświadczeni prokuratorzy, którzy w lot widzieli, że gniot to gniot. I byli bardzo surowi. Jak zrobiłem coś, co nie miało potwierdzenia dowodowego, natychmiast trafiałem na dywanik. Dziś zażalenie trafia wprost do sądu. A tam dzieciak pisze do dzieciaka i żaden nie ma doświadczenia. I tak sądy masowo przepuszczają buble. My tych młodych nazywamy wojskiem.
Niech się sąd męczy
- Znane jest powiedzenie, że nawet cienkie dowody wystarczą do napisania aktu oskarżenia, a z resztą to niech się już sąd męczy. Akty oskarżenia tworzy się taśmowo. To też budowanie statystyki. Niektóre są tak bzdurne, że aż wstyd.
- Młody asesor powinien mieć opiekę, bo dopiero zdobywa doświadczenie. W rzeczywistości asesorzy są pozostawieni sami sobie. Przełożonych interesuje tylko, ile młodzi wypchnęli do sądu aktów oskarżenia. Te akty piszą samodzielnie, nikt tego nie kontroluje. Potem oskarżenia trafiają prosto do sądu. Zamiast pokazać im dobrą robotę, wymaga się od nich ilości.
Areszty po uważaniu
- Tak naprawdę nikt nie jest odpowiedzialny za zastosowanie aresztu. Przyprowadzają policjanci gościa i mówią, że to drań. Wnioskują o zastosowanie aresztu. Nic o tym człowieku nie wiem, polegam więc na doświadczeniu tych, którzy znają teren, czyli na policji.
Drań to drań. I też wnioskuję o areszt, bo to nie ja podejmuję decyzję, tylko sąd. Będzie na kogo zwalić. Sąd, nawet jak widzi, że jest cienko dowodowo, to sobie myśli, że przecież nic się nie stanie, jeśli zastosuje areszt, bo jak prokurator nie znajdzie dowodów winy, to może ten areszt sam uchylić. A jak ja mam go uchylić, skoro mam doprowadzić na siłę do aktu oskarżenia? Przecież musi wyjść na moje.
- Dawniej to prokurator stosował areszt i ponosił za to odpowiedzialność. Ale nie podejmował tej decyzji samodzielnie. Musiał przesłuchać delikwenta i potem lecieć do prokuratora nadzorcy z raportem w tej sprawie. A ten sprawdzał w raporcie każdy szczegół. A jak znalazł lukę, to na 3. stronie okładki pisał "brak przesłanek" i walił stempel. To już zostawało w moich papierach. Jak wystąpiłem o areszt, to potem całą noc nie spałem, bo może jednak było za mało dowodów. Wtedy to był najdrastyczniejszy środek zapobiegawczy. Naprawdę ostateczny. Dziś areszt stosuje się jak tabletki przeciwbólowe, lek na wszystko. Sąd sprawdza tylko, czy są przesłanki procesowe do zastosowania tego środka.
- To prawda, że sędziowie nie czytają akt. Bywa, że nawet do nich nie zaglądają. Czasami mamy telefon, żebyśmy wcześniej napisali sędziemu uzasadnienie jego decyzji. Czyli naszego wniosku o przybicie puszki.
- Posiedzenie w sprawie zastosowania aresztu trwa zwykle 5 minut. Po co więcej, skoro nawet uzasadnienie jest już gotowe? To, że sąd udaje się na naradę, to bujda.
- Areszty niesłuszne, celowe? Oczywiście, że są areszty wydobywcze, ale nie w rejonówkach. Wyżej.
- Areszty wydobywcze stosują głównie prokuratorzy apelacyjni, czasem okręgowi, dobrze umocowani. Oni nie ponoszą za to odpowiedzialności. To tam są największe prokuratorskie zbuki.
Niepotrzebna apelacyjna
- Prawdziwa robota jest w rejonówkach i okręgówkach. Tam jest ogrom pracy. Wapelacyjnych siedzą ci nie do ruszenia. Przechowalnia.
- Prokuratorzy apelacyjni w ogóle nie są potrzebni. Apelacyjną stworzono po to, by mogli tam trafić ci z nadania politycznego. I to z każdego okresu. Czy to z SLD, PSL, czy PiS. Oni są tam ukrywani. I to tam powstają sprawy medialne: wielkie mydlane bańki z aresztami wydobywczymi i świadkami koronnymi. Tam trafiają najwięksi nieudacznicy i najgorsze zgniłe jaja prokuratury. Zupełnie poza kontrolą.
- Myślałem, że tacy trafiają do generalnej...
- W generalnej jest inny rodzaj nieudaczników. Jest tam np. paru prokuratorów, którzy w PRL byli prokuratorami wojewódzkimi i zajmowali wysokie stanowiska w PZPR. Niektórych znam. To inna przechowalnia, ta po grubej kresce Mazowieckiego. Podobną przechowalnią nieudaczników jest IPN. Jest też tajna przechowalnia. My to nazywamy "przyczółkiem Zalewskiego". To Ministerstwo Sprawiedliwości. Tam są prokuratorzy, którzy 20 lat nie byli na sali sądowej.
Ostoja bezkarności
- Mobbinguje się nas nadmiarem pracy. Dostajemy po 70 spraw miesięcznie! To jest niemożliwe do wykonania. A przecież jeszcze musimy chodzić do sądu. Do tego dyżury. Zostaje kilka dni na pracę. Nie wyrabiamy się. I wtedy dostajemy "służbówki" za opieszałość. I już więcej nie podnosimy za wysoko głowy. Postępowanie służbowe oznacza, że przez 3 lata nie mamy szans na awans. To ma nas nauczyć pokory.
- W apelacjach i czasem na wierchuszce okręgówek wszyscy są poukładani. I tylko oni awansują. To jest gra znaczonymi kartami. Za PiS-u najwięcej było gwałtownych awansów w Krakowie, Katowicach i Warszawie. Sypały się jak śliwki z drzew. Ale dostawały je tylko upatrzone osoby ze świecznika. Lub ci, którzy realizowali polecenia polityczne swoich przełożonych. To też osoby upatrzone. Nie każdy będzie cynicznie wykorzystywał swoją władzę, by iść naprzód. U nas mówi się o "nominacjach last minute". To jest wtedy, gdy zmienia się władza i w trybie natychmiastowym pojawiają się nowi prokuratorzy apelacyjni, nie do ruszenia. I bardzo wdzięczni swoim mocodawcom. W apelacjach są "hakarze"(zbierający haki), a w generalnej "uchatki"(strzelają z ucha, donosiciele).
- Emocjonalnie wykańcza się niepokornych. Pamiętam koleżankę, która od lat marzyła o dziecku i parokrotnie poroniła. A że była zbuntowana i uczciwa, to dostawała wszystkie nagłe śmierci dzieci, każdą próbę samobójczą dziecka, każde poronienie w wyniku urazu.
- Bywa, że uczciwych prokuratorów trzeba bronić przed prokuratorem. Sypią się dyscyplinarki, byleby tylko człowieka wymemłać i zgnoić. Zastraszanie niewygodnych to norma. Poza tym warunki, w jakich pracują prokuratorzy rejonowi, wołają o pomstę do nieba. w tych prokuraturach nie ma pieniędzy na nic: na papier, na biegłych, na długopis. A apelacyjni powołują po kilkunastu niepotrzebnych biegłych do jednej medialnej sprawy...
Dupochron oskarżenia
- Słyszałem o ubezpieczeniu Hestii od odpowiedzialności za naruszanie przez prokuratorów prawa. Nie ubezpieczam się.(o ubezpieczeniu: ( http://skibniewska.blogspot.com/2013/03/sukinsyn-z-polisa-nie-262012.html )
- To skandal! Nic nie usprawiedliwia prokuratorskiej bezkarności. A swoją drogą pokazuje to słabość prokuratury, bo oznacza, że prokuratorzy wiedzą, że nie mogą wierzyć przełożonym.
- Te wysokie odszkodowania, które dostają niesłusznie aresztowani czy zatrzymani, zwykle dotyczą wydziałów śledczych z prokuratur apelacyjnych. Tam jest największy burdel i kompletny brak odpowiedzialności.
- Tak, opinię wszystkim prokuratorom psują "śledczyki". To o nich państwo piszą. To tam są awanse. W dziale sądowym na poziomie okręgówek ostatnie awanse były 16 lat temu. Kadencyjność prokuratorów apelacyjnych doprowadziła do tego, że to są święte krowy. Nie można ich odwołać.
- Gdzie w tym wszystkim jest człowiek?
- Kobieto, jaki człowiek?
Pan Samochodzik i złodzieje (NIE 30/2012)
W Łodzi złodzieje kradną to, czego nie kradną. Prokuratorzy wykrywają przestępstwa, których nie było, i zamykają w aresztach tych, którzy ich nie dokonali. Policjanci chwytają złodziei, którzy niczego nie ukradli.
Gdy pisaliśmy historię złodzieja z Łodzi, który w zamian za prezenty od policjantów i flaszkę tequili od prokuratora wziął na siebie kradzieże, których nigdy nie dokonał ("Złodziej tysiąclecia", NIE nr 51/2011) http://skibniewska.blogspot.com/2013/03/zodziej-tysiaclecia-nie-512011.html ,wydawało nam się, że to ewenement w historii polskiej prokuratury. A jednak nie. W każdym razie nie w prokuraturze łódzkiej, gdzie ludzie mówią, że kradną to, czego nie ukradli, i włamują się tam, gdzie się nigdy nie włamali. A wszystko na chwałę statystyki i wyników organów ścigania.
Okazuje się, że jest kolejny złodziej, który jednej nocy skradł 4 samochody, dorobił kluczyki do stacyjek, podłączył pod nie komputer, odpalił, zawiózł do pasera, zadzwonił dowłaścicieli (?) z żądaniem okupu, spotkał się z tym, który zamówił u niego kradzież, w celu odebrania zapłaty, a w między czasie był na imprezie albo... w areszcie, gdzie widzieli go świadkowie i strażnicy więzienni. Ten cudotwórca to nie David Copperfield, ale drobny złodziejaszek z Łodzi - Krzysztof N.
Przodownicy z policji
Prosiłem o rozmowę z prokuratorem, ponieważ chcę prosić o interwencję w areszcie śledczym. (...) W mojej obecnej celi nie mogę przygotować się do przesłuchań. Funkcjonariusze policji przekazują mi różne mapy miasta, bym mógł sobie przypomnieć, gdzie popełniłem przestępstwa - powiedział Krzysztof N. łódzkiej prokurator Pełczyńskiej-Górskiej.
Bo N. trenuje pamięć. W sposób przedziwny. Żeby uradować policjantów i prokuraturę, przypomina sobie rzeczy, których nie zrobił. Pomagają mu w tym łódzcy policjanci Krzysztof C. i Rafał K. Przodownicy. Sukcesów ci u nich dostatek. Wykrywalność niebywała.
Wchodzą w kartoteki kradzieży i mówią, że trzeba przyznać się do zrobienia tej czy tamtej fury. Podają markę, kolor i miejsce kradzieży. w zamian ma się pewne przywileje. Zwykle są to wizyty w domu podczas przebywania w areszcie śledczym oraz prezenty. Delikwent ma jedynie wziąć na siebie więcej kradzieży, niż ich dokonał. Najlepiej, gdy jeszcze dorzuci nazwisko jakiegoś wspólnika. Statystyka będzie lepsza. A policja i prokuratura mają sukces.
Krzysztof N. dokonał 400 kradzieży. Do tylu się przyznał. Dorzucił do tego jeszcze nazwiska paru kumpli, z czego większość szeroko otwiera oczy, słysząc o swoich złodziejskich dokonaniach. N. ma wybitną pamięć. Pamięta wszystkie kolory samochodów, które ukradł 10 lat temu. Większość to fiaty. Pamięta, czy samochód stał po prawej, czy po lewej stronie ulicy. Pamięta, że płotek miał 40 cm. Ba, pamięta nawet numery rejestracyjne samochodów. Tak wyglądają protokoły jego przesłuchań. Na stronie 484 protokołu nie wiedział, jak nazywał się jego wspólnik przy kradzieży, a już na stronie 485 znał jego nazwisko, imię żony i sytuację rodzinną...
Krzysztof N. często wyjeżdżał z celi na tzw. czynności prokuratorskie. Bywało, że wracał z nich wesoły i nie z pustymi rękoma.
Kradzież 24 h
Według aktu oskarżenia N. kradł przeciętnie 2 samochody dziennie. w dzień i w nocy. Chciałem dodać, że często kradłem kilka samochodów jednej nocy - zapewnia w zeznaniach. Także wtedy, gdy na pewno nie mogło go być tam, gdzie opowiada, że był. Kradł, nawet będąc w areszcie... Nikomu nie przyszło do głowy, żeby to sprawdzić.
- W pamięci zostają tylko te samochody, z którymi wiąże się coś szczególnego - mówi Karlik, chłopak z Wołomina. W branży od lat. - Albo ciężko było się do niego dostać, albo ktoś przeszkodził, albo miał jakieś wyjątkowe zabezpieczenia, wtedy to jest wyzwanie. Nie pamięta się kolorów, a już na pewno nie interesuje nikogo numer rejestracyjny. To kompletna bzdura. Nie wyobrażam sobie dokonania 400 kradzieży. Nie można byłoby się do tego przygotować, a to konieczne, żeby nie wpaść i nie narobić sobie niepotrzebnej roboty.
Może byłoby to nawet śmieszne, gdyby nie fakt, że N. wpakował 10 osób, które najprawdopodobniej nie miały nic wspólnego z prawdziwymi i wymyślonymi kradzieżami Krzysztofa N. Krzysztof N. to ciepły miś. Według prokuratury wiarygodny. Ma wyroki do 2028 r., a także usiłowanie zabójstwa na koncie.
- Jestem nietykalny - często powtarza w celi. N. był leczony psychiatrycznie i ma czarno na białym, że ma urojenia lękowe. A wtedy jest niebezpieczny, i to nie z własnej winy, bo jest chory. Nie wie, co robi. Ale chłop jest koleżeński. Kiedyś kumpel poprosił go, żeby "porozmawiał" z jego byłą żoną.
- Mogę jej jeszcze w gratisie łeb urżnąć. Bo cię lubię, stary - zadeklarował Krzysztof N.
Kiedyś sprzedał kolegom kosę, czyli wsadził nóż jednemu w brzuch, drugiemu w płuco.
- Poczęstował ich nożem, bo podobno miał takie zlecenie - mówi kolega N. Właściwie już były kolega, bo jego też N. wpakował do aresztu swoimi zeznaniami.
Prokurator stachanowiec
Prokurator z Prokuratury Okręgowej w Łodzi Robert Nogacki niby napracował się przy akcie oskarżenia dla N. i jego wkopanych kolegów, bo wymienił kilkaset zarzutów. Ale to tylko teoria, bo każdy zarzut jest opisany metodą kopiuj-wklej: Po uprzednim pokonaniu zamka drzwi i stacyjki dokonał zaboru w celu przywłaszczenia samochodu... Zmieniają się jedynie numery rejestracyjne wozów i ich marki.
Akt oskarżenia dziwi nie tylko tych, którzy siedzą na ławie oskarżonych razem z N. jako jego wspólnicy, ale także panią sędzię prowadzącą to postępowanie.
- Czy pan pamięta tak dokładnie szczegóły sprzed 10 lat? - zapytała.
- Tak - zapewniał N.
Sędzia jednak nie wierzy. W każdym razie postanowiła to sprawdzić i powołać biegłego lekarza, który powie, czy tak dokładna pamięć jest w ogóle możliwa. Tymczasem w sądzie Krzysztof N. już stracił pamięć. Gdy sędzia pokazuje mu plan miasta, żeby wskazał, gdzie dokonał kradzieży, nie rozpoznaje ulic. Rozpoznawał przy policjantach i prokuratorze. Teraz zapomniał.
- Jak były protokołowane pana zeznania?
- Były drukowane.
- Ale były pisane ręcznie, na maszynie czy na komputerze?
- Nie wiem, chyba na maszynie.
- Ale na maszynie czy na komputerze?
- Nie wiem, ja miałem tylko podpisać.
Wspólnicy, którzy niby kradli z nim auta, jakoś bardzo się zmienili i N. nie może ich teraz rozpoznać. Już nie bardzo pamięta ich nazwiska. Na przesłuchaniu pamiętał. On chce potwierdzić, co mówił wtedy, on nie chce zeznawać sam. Wyraźnie nie wie, co jest w protokołach przesłuchań. Wygląda na to, że niektóre nazwiska zna tylko ze słyszenia. Czyżby z kartotek policyjnych?
Czwarty wymiar sprawiedliwości
Prokuratura Okręgowa w Ostrowie Wielkopolskim prowadzi postępowanie przeciwko trzem policjantom z Łodzi, którzy tak sumiennie prowadzili przesłuchania Krzysztofa N.
Krzysztofowi C., Rafałowi K. i Gabrielowi S. (sygn. V Ds 30/10) postawiono zarzut nakłaniania do składania fałszywych zeznań. O udziale w tej zabawie prokuratury w Łodzi nikt nie wspomina. Wiadomo, koledzy po fachu.
Niby wszystko w porządku.
Winni tej szopki policjanci zostaną ukarani.
Tyle że niewinni ludzie siedzieli w areszcie, a teraz siedzą na ławie oskarżonych.
A winni ich zamknięcia - prokuratorzy, którzy wymyślali niestworzone historie przestępstw i wnioskowali o areszt, oraz sędziowie, którzy bezmyślnie klepali aresztowania - będą bawić się dalej.
I robić statystyki. w imię prawa, bo na pewno nie sprawiedliwości.
czwartek, 28 lutego 2013
Nietykalni (NIE, 44/2009)
W Polsce prokurator był bezkarny, jest bezkarny, będzie bezkarny. I żadne ustawy tego nie zmienią. Dużo było krzyku przy ustawie oddzielającej prokuratora generalnego od ministra sprawiedliwości.
– To efekt ziobryzmu. Gdyby w kraju było normalnie, gdyby minister sprawiedliwości nie wykorzystywał prokuratury do swoich politycznych celów, pewnie nie byłoby potrzeby robienia rewolucji – mówi Ryszard Kalisz. – A tak to paskudztwo wgryzło się w nasz wymiar sprawiedliwości i trzeba było coś z tym zrobić.
Czy to paskudztwo to tylko wynik ziobrowych metod, czy może jest to instytucja chora od lat? Nikt nie jest zainteresowany tym, żeby prokuratura działała zgodnie z prawem.
Nie ma bata na proroka
Co w Polsce może prokurator? Wszystko. Co można zrobić prokuratorowi? Nic. Jaką odpowiedzialność ponosi prokurator za popełnione błędy? Żadnej. Jak można ukarać prokuratora za niesłuszne zatrzymanie, areszt, postawienie w stan oskarżenia? Nijak.
Dostajemy dziesiątki listów od zdesperowanych więźniów, którzy proszą o ratunek, bo prokurator oskarża ich o coś, czego nigdy nie zrobili. O dziwo dowody na ich niewinność bywają niezbite. Ale prokurator nie chce ich widzieć. Słyszymy i piszemy o tym, jak ludzie siedzą po kilka lat w areszcie tymczasowym za... wyłudzenie VAT. Gdy wychodzą zniszczeni fizycznie i psychicznie, pozbawieni majątków i dobrego imienia, prokurator wnioskujący o areszt pozostaje bezkarny. Gdy my, podatnicy, płacimy odszkodowania za niesłuszny areszt, prokurator w najlepsze odbiera swoją pensję i nie ponosi żadnej odpowiedzialności finansowej. Wielokrotnie piszemy o tym, jak prokuratorzy wymyślają przestępstwa, nie mając na to żadnych dowodów. A potem po to, by zatrzymani przyznali się do winy, stosują szantaż. Albo biorą zakładników. Aresztują żonę, matkę, dziecko zatrzymanego. Bo mogą mataczyć – argumentują w każdej sprawie.
Niewinnie oskarżeni latami dochodzą sprawiedliwości. Gdy zostają uniewinnieni przed sądem, nikt nie ściga prokuratora, który niesłusznie ich oskarżył.
Ileż jest w więzieniach samobójczych śmierci? A ile z nich to skutek niesłusznych aresztów... Za śmierć zagłodzonego Rumuna odpowiedziały władze więzienia. Prokurator, który niesłusznie wsadził go za kraty, nadal pracuje w krakowskiej prokuraturze i nadal podejmuje decyzje procesowe.
Czy ta rzeczywistość może się zmienić wraz z nowelizacją ustawy o prokuraturze nadającej jej samodzielność?
– Temu, co dzieje się w polskiej prokuraturze, bardzo sprzyjał klimat ziobryzmu. Areszty wydobywcze, niesłuszne oskarżenia, pokazowe zatrzymania. Ale tego nie da się zmienić nowelizacją ustawy – mówi prof. Jan Widacki. – Należy wprowadzić nadzór nad prowadzonymi postępowaniami. Najlepiej w sądzie, bo solidarność w środowisku korporacyjnym jest ogromna.
Pozbawić prokuratora immunitetu może jedynie sąd dyscyplinarny. Potocznie zwany „sądem kolesiów”. Na palcach można policzyć decyzje o uchyleniu immunitetu. Niezależne Stowarzyszenie Prokuratorów „Ad Vocem” broni każdego prokuratora. Może dlatego, że jego prezesem jest Małgorzata Bednarek – pomazaniec Zbigniewa Ziobry, bohaterka naszych artykułów.
Zbuntowane żaboty
– Nowelizacja ustawy daje mniejszy wpływ ministerstwa na postępowania prokuratorskie, ale powoduje większą odpowiedzialność za każdą sprawę prokuratora prowadzącego – mówi Ryszard Kalisz.
Dlatego zlikwidowano Prokuraturę Krajową. Lewica chciała zlikwidować jeszcze prokuratury apelacyjne. Niestety, bunt prokuratorów dotarł do posłów. Wykorzystali swoje wpływy w partiach politycznych, a posłowie się ugięli.
– To źle wróży na przyszłość – rzuca prof. Jan Widacki. – To ma być przykład odpolitycznienia prokuratury?
Prokurator prowadzący sprawę będzie niezależnie prowadził postępowanie. Jego przełożony będzie musiał każdą swoją sugestię procesową lub każdą próbę zmiany decyzji prokuratora prowadzącego podać na piśmie i dołączyć do akt.
– To spowoduje, że przełożony nie będzie mógł potajemnie wpływać na postępowanie w konkretnej sprawie – zapewnia Kalisz.
Nawet jeśli nikt mu nic złego nie narzuci, to nikt go nie skontroluje.
Prof. Piotr Kruszyński, dyrektor Instytutu Prawa Karnego UW:
– To dobrze, że już prokurator generalny nie jest jednocześnie ministrem sprawiedliwości, ale niedobrze, że prokuratorzy pozostają bez indywidualnej kontroli. To, co się dzieje w prokuraturach, to patologia i zmiana ustawy może być przyczynkiem do zmiany tej sytuacji. Posłowie muszą jednak chcieć...
Prof. Kruszyński od lat pracuje nad projektem powołania jednostki nadzorującej prokuratorów. Musi być ona ramieniem sądu, bo kontrola prokuratorów przez prokuratorów jest i będzie farsą. W swoim projekcie proponuje powołanie sędziego śledczego, który miałby kontrolę merytoryczną nad postępowaniami.
– Nazwa jest nieistotna – podkreśla profesor. – Wiadomo, że musi to być obiektywna instytucja, a taką nie jest prokuratura – strona w procesie.
Jego projekt ustawy o powołaniu takiej instytucji leży w Sejmie od... lipca 2008 r.
Prezent dla Kaczyńskiego
„Przyjęte w ustawie rozwiązania prowadzą do powstania kolejnej prawniczej korporacji zawodowej, tym razem jednak wyposażonej w potężne instrumentarium władzy publicznej, a pozostającej poza realną, bieżącą kontrolą władz państwa” – stwierdził Lecz Kaczyński.
Muszę zgodzić się z opinią prezydenta. W znowelizowanej ustawie pojawia się gremium kontrolujące pracę prokuratury. Krajowa Rada Prokuratury składająca się z 25 członków. Ministra sprawiedliwości, prokuratora generalnego, przedstawiciela prezydenta, czterech posłów, dwóch senatorów, prokuratora wojskowego, prokuratora IPN, trzech prokuratorów wybranych przez prokuratora generalnego oraz jedenastu prokuratorów z prokuratur apelacyjnych. Gdzie tu niezależność i brak stronniczości? Przecież to prawie sami prokuratorzy.
Na początku tego roku prof. Zbigniew Hołda, wiceprezes Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, powiedział, że patologia i zła praca prokuratury nie wynika z tego, że minister i prokurator generalny to ta sama osoba (...), to wynika z przyzwolenia na brak moralności tych, którzy na straży prawa powinni stać, a nagminnie je naruszają.
– Wszystko zależy od pierwszego prokuratora generalnego – mówi Jan Widacki. – Musi zostać wybrany kompetentny, apolityczny, doświadczony sędzia. Powinien orzekać co najmniej od pięciu lat, wtedy wiadomo, że nie zajmował się polityką. Wówczas jest szansa na unormowanie tej prokuratorskiej samowoli.
Tymczasem posłowie zrobili Lechowi Kaczyńskiemu prezent. To on będzie wybierał nowego prokuratora generalnego. Co prawda otrzyma dwie kandydatury, ale już dziś żaden doświadczony i uczciwy sędzia nie chce brać tej funkcji. Natomiast bardzo palą się do niej prokuratorzy.
Pierwszy kandydat na prokuratora generalnego to obecny prokurator krajowy Edward Zalewski, drugą zainteresowaną jest Ewa Koj z katowickiego IPN, pogromczyni Jaruzelskiego i zwłok gen. Sikorskiego.
Jeśli pozostaną te dwie kandydatury, prezydent wybierze sobie bliższą, czyli Koj. A wtedy w prokuraturze może być tylko gorzej.
•••
– Widziała pani, ile jest godzin poświęconych różnym gałęziom prawa na zajęciach z aplikacji prokuratorskiej? – spytał mnie sędzia warszawskiego sądu okręgowe go. – Na przykład z prawa gospodarczego mają dosłownie parę godzin. Oni są po prostu niedouczeni...
Ignorant mający władzę staje się niebezpieczny.
JOANNA SKIBNIEWSKA
środa, 27 lutego 2013
Katownia w Krakowie (NIE, 16/2008)
Śmierć albo
kalectwo w areszcie przy Montelupich.
Claudiu
Crulic popełnił błąd. Wierzył w sprawiedliwość, prawo i ludzką przyzwoitość.
Za tę wiarę zapłacił życiem. Jego akurat sprawa obiegła środki przekazu, choć
bez szczegółów, które przedstawimy. Nim to nastąpi, zaprezentujemy inne typowe
ofiary krakowskiego aresztu przy Montelupich, w którym zdarzenia takie, jak
to dotyczące rumuńskiego więźnia, wcale nie są wyjątkowe.
Leszek Szlachcic jest inwalidą I grupy, niewidomym. Nigdy nie był karany.
Spędził 27 miesięcy w areszcie śledczym w Krakowie. Jest oskarżony o próbę wyłudzenia
z Centrum Leasingu i Finansów w Krakowie 417 tys. zł. Twierdzi, że jest niewinny.
Ma na to dowody. Oskarża prokuratorów z Krakowa o spowodowanie ślepoty. W areszcie
śledczym odebrano mu zdrowie i wzrok.
19 lat temu Szlachcic zaczął tracić wzrok – jaskra. W latach 1984–1985 specjaliści z wrocławskiej kliniki przeprowadzili dwie udane operacje. Udało się powstrzymać postęp choroby. Odkupił od związku niewidomych dwie spółki, założył stowarzyszenie pomagające inwalidom. Zatrudnił około 90 niewidomych. Gdy trafił do aresztu, miał zaświadczenie od lekarza, że musi być pod stałą kontrolą okulisty. Mógł sobie tym świstkiem tyłek podetrzeć.
– Gdy zgłaszałem prośbę o konsultację lekarską, służba więzienna pisała, że moje problemy wynikają z samouszkodzenia wzroku – mówi Szlachcic. – To jakiś absurd.
Szlachcic ma dowód, że to nieprawda. Sądowy lekarz okulista wydał opinię, że nigdy nie doprowadzał do samookaleczeń, a dotychczasowe zmiany spowodowane są chorobą. O konsultacji lekarskiej w czasie aresztu nie miał co marzyć. Prokurator nawet nie rozpatrywał jego próśb. Szlachcic stracił wzrok.
Złożył doniesienie o przestępstwie. Umorzono. Złożył następne, następne i następne. Umorzono. Wszystkie sprawy prowadziła prokuratura w Krakowie.
Stanisława Chmielewska. Aresztowana przez krakowską prokuraturę, żeby „zmiękczyć” jej syna aresztowanego wcześniej. Chłopak nie chciał mówić, przymknęli mu więc matkę stawiając jej absurdalne zarzuty. Chmielewska była w areszcie rok i trzy miesiące. Wyszła w stanie agonalnym w pierwszej fazie udaru mózgu.
Badający Chmielewską lekarz z krakowskiego pogotowia po badaniu przed aresztowaniem napisał, że wyjątkowo wyraża zgodę na jeden dzień jej pobytu w izbie zatrzymań. W kilka dni po zatrzymaniu adwokat Chmielewskiej złożył wniosek o przebadanie jej przez biegłych lekarzy. Lekarze takie badanie przeprowadzili – w rok i trzy miesiące od złożenia wniosku! Chmielewska jest wrakiem człowieka. Sześć guzów tarczycy, guz piersi, osteoporoza, cukrzyca, dyskopatia, pierwsza faza udaru mózgu z postępującym paraliżem kończyn dolnych i mimicznymi zmianami na twarzy. Gdy z powodu konwulsji wreszcie zbadał ją więzienny lekarz i zrobił EKG, wyrwał z aparatu wynik i darł go na strzępy. Potem znowu robił pomiar i znowu darł, a pielęgniarka trwożnie pytała: „Wołamy pogotowie?!”. Nie zawołali.
Jej syn Adam trafił do aresztu za... wykrywanie przestępstw gospodarczych w koncernach paliwowych (pracował dla służb specjalnych). Zarzucono mu, że skumał się z przekręciarzami. Nam wydaje się, że za dużo wiedział o ważnych tego kraju, ale o tym zdecyduje sąd. Oczywiście aresztowała go krakowska prokuratura.
Do aresztu na Montelupich trafił zdrowy. To było wielkie, silne chłopisko, zbudowane jak ze stali. Po dwóch miesiącach zaczęły się zawroty głowy, silne bóle, utraty przytomności. Prosił o konsultację lekarską. Prokurator uznał, że symuluje. Raz zmierzono mu ciśnienie: 200/120. Lekarz się uśmiał i wysłał go do celi. Niedługo potem Chmielewskiego sparaliżowało. Służbę więzienną zaalarmowali współwięźniowie. Gdy przyszedł lekarz, pociął mu nogę, żeby udowodnić, że aresztant ma czucie w nogach. Adam do dziś ma blizny. Lekarz stwierdził, że „coś jest nie tak”, i zostawili go w celi. Na rok. W międzyczasie wysiadło mu serce. Gdyby nie więźniowie, Chmielewski umarłby z głodu. Zwyczajnie w stanach krytycznych trzeba było go karmić. Prokurator nie wyraził zgody na konsultację lekarską, mimo że narzeczona i matka błagały w pismach o pomoc lekarską. Kiedyś w drodze na przesłuchanie zaczął umierać. Służba więzienna zatrzymała się przy pierwszym w mieście szpitalu. Ledwo przeżył. Lekarz więzienny chwilę przedtem napisał, że jest całkowicie zdrowy i może brać udział w przesłuchaniu. Z aresztu wyszedł ze zrujnowanym zdrowiem.
Paweł H. – prokurator. Znany w Krakowie, bo łapał pospolitych bandziorów. To on zresztą prowadził niefortunną sprawę prezesa Optimusa Romana Kluski. Paweł H. też trafił do aresztu na Montelupich. Jego kumpel z krakowskiej prokuratury zarzucił mu wzięcie łapówki – 1000 zł. Zaraz jak Paweł H. zniknął z prokuratury, ów kumpel zaczął opowiadać, że to on rozpracował Kluskę. Pawła H. wykończono w areszcie. Już po pierwszych miesiącach zaczęły się poważne problemy endokrynologiczne. Tym bardziej że aresztant był wcześniej leczony. Prosił o konsultację lekarską. Cisza. Błagał o nowe leki i kurację hormonalną. Wyśmiano go. W papierach napisano, że symuluje. Gdy nagle zaczął puchnąć, a zbierające się w organizmie płyny zagrażały życiu, lekarz więzienny napisał, że to... otyłość prosta. W areszcie przesiedział rok. Dziś jest w stanie udowodnić, że zatrzymano go na podstawie fałszywych zeznań. Co z tego, skoro zdrowia nikt mu nie wróci. Wyszedł z aresztu jako kaleka. Pięć dni przed stwierdzeniem przez lekarza spoza więzienia stanu krytycznego i nieodwracalnych zmian, lekarz więzienny napisał, że Paweł H. jest zupełnie zdrowy.
– Takie oświadczenie wymusił na nim prokurator, żeby Paweł H. mógł wziąć udział w przesłuchaniu – powiedział jego współwięzień.
Żona Pawła H., biegły lekarz sądowy, pisała wielokrotnie do prokuratury. Bezskutecznie. Pisała skargi na lekarzy. Raz dostała odpowiedź, że przeprowadzono rozmowę profilaktyczno-wychowawczą.
Zamordowany samobójca
Wróćmy
do tragicznie zmarłego Claudia Crulica. We wrześniu prokuratura z Krakowa
(Śródmieście Zachód) wydała nakaz aresztowania. Prokurator utrzymywał, że rumuński
emigrant okradł krakowskiego sędziego. Zginął mu portfel. Sędzia rozpoznał w
Claudiu sprawcę, dla prokuratora sprawa była więc zamknięta. Nawet nie próbował
weryfikować faktów i udowadniać winy.
Jestem niewinny, upierał się Claudiu. Prosił o kontakt z rumuńskim konsulatem. Prokuratura nawet nie odpowiedziała. Prosił o tłumacza. Jak grochem o ścianę. Błagał, żeby dołączono do akt sprawy bilet autobusowy do Mediolanu świadczący o tym, że w chwili popełnienia przestępstwa nie było go w Polsce. Nic. Prosił o przesłuchanie świadków, którzy go w autobusie widzieli. Zero reakcji. Lekceważyli go wszyscy. Wtedy zdecydował się na desperacki krok. Rozpoczął głodówkę. W ramach protestu, a nie jako próbę samobójczą, co dziś próbują wmówić władze więzienne, prokuratura i sąd.
Crulic nie jadł cztery miesiące. Służba więzienna w areszcie śledczym na Montelupich w Krakowie nie zrobiła nic żeby zapobiec tragedii. Nie tylko mogła coś zrobić, ale zgodnie z ustawą o służbie więziennej był to jej psi obowiązek. Za każdego osadzonego są odpowiedzialne władze więzienia, a za aresztanta odpowiada także prokurator i sąd. Te trzy jednostki były zobowiązane chronić Claudiu. Tymczasem te trzy jednostki, współdziałając ze sobą, doprowadziły do jego śmierci.
Jak wynika z akt sprawy (I DS 1488/07) – Crulica 3 stycznia przyniesiono na noszach do szpitala. Po prawie czterech miesiącach głodówki. Lekarze napisali, że więzień jest w złym stanie, wyniszczony i odwodniony
– Kości obciągnięte skórą – mówili lekarze. Nic nie mówił, na pytania odpowiadał kiwnięciem głowy.
Wtedy pewnie służba więzienna i prokurator trochę się przestraszyli. Wystąpili do sądu.
14 stycznia sąd zgodził się na badanie krwi głodującego i przymusowe karmienie go przez sondę. Co z tego, skoro nadal nie karmiono go sztucznie.
– Wyrok musiał się uprawomocnić – stwierdził rzecznik aresztu na Montelupich.
Dawno nie słyszeliśmy większej bzdury.
– Dyrektor więzienia i służba więzienna ma wszelkie środki prawne, żeby natychmiast, bez zgody sądu, rozpocząć sztuczne odżywianie – mówi anonimowo (czego się boi?) jeden z dyrektorów więzienia. – To jest jego obowiązek. A badania krwi muszą być wykonywane rutynowo!
Mężczyzna umarł cztery dni później. Dyrektor więzienia stwierdził, że na własne życzenie.
– Był bardzo spokojny i całkowicie poczytalny. Doskonale wiedział, czym może skończyć się jego upór – powiedział Stanisław Teleśnicki, lekarz z krakowskiego więzienia.
Rumun był wyjątkowo spokojny, szczególnie w ostatnich dniach, gdy miał siłę jedynie zamrugać powiekami na znak, że w ogóle słyszy.
Nie da się zapomnieć
Porozmawialiśmy z innymi pensjonariuszami krakowskiego aresztu – Leżałam w szpitalu więziennym – mówi była aresztantka, – a nad nami dosłownie wył człowiek. Nazywali go Sum. Miał trochę ponad 20 lat. Wył przez tydzień. Z bólu.
Aż pewnego dnia słychać było, jak strażnicy wpadli do celi, był wielki rumor, huk. Nietrudno było rozpoznać odgłosy bicia. I chłopak przestał wyć. Niedługo potem próbował się powiesić. Jego rodzice składali doniesienie. Udokumentowali winę. Postępowanie prowadziła krakowska prokuratura. Wynik znamy.
Dawid L., Żyd z oddziału III. Młody chłopak ze stwierdzoną klaustrofobią. Miał zalecenie dodatkowych spacerów po korytarzu. Był bity przez oddziałowych i klawiszy. Raz odmówił jedzenia. Został dotkliwie pobity. Naśmiewali się z niego, mówili „Mosiek”. Zamykali specjalnie w izolatce. Wychodził oszalały. Po paru takich odosobnieniach nigdy nie wrócił do siebie. Nasi informatorzy ostatni raz widzieli go, gdy na Montelupich był prawie rośliną. Żydowską rośliną z celi 207.
Iwonka, 22 lata, przyszła do aresztu zdrowa. Za niespłacony kredyt. Po pewnym
czasie wpadła w panikę. Bała się wejść do celi. Współwięźniarki były pewne,
że zabrano ją do psychiatry. Gdy w południe szły na spacerniak, zobaczyły Iwonkę.
Leżała na korytarzu na podłodze. A tam goły beton. Bezwładna, prawie goła. Prosiły
oddziałowego, żeby wezwał lekarza. Gdy wracały po godzinie, Iwonka nadal leżała
na tym samym miejscu. Nieprzytomna. Gdy więźniarki zaopiekowały się nią i odzyskała
przytomność, nie była tą samą dziewczyną. Nie mówiła, nie umiała się ubrać,
umyć. Nigdy nie zbadał jej psychiatra. Więzienny lekarz zaordynował jakieś leki.
Spała po nich z otwartymi oczami. Nie było z nią kontaktu.
Bernadetta, nazywały ją Basia, też wymagała opieki psychiatrycznej. Próbowała się wieszać. Co noc rwała prześcieradło, żeby zrobić sznurek. Cały czas trzeba było jej pilnować. Bliscy monitowali do prokuratora, prosili o konsultację psychiatryczną, więźniarki prosiły o pomoc. Prokurator nie widział powodu do reakcji. Czy Bernadetta żyje? Czy może wreszcie skręciła swój sznur?
Marzenka, 28 lat, trafiła do aresztu za coś drobnego. Pewnego dnia zasłabła. Zmierzono jej ciśnienie. 210/100.
– Może napije się pani kawy – podobno z uśmiechem zapytał lekarz. Tego dnia było 38 stopni na dworze. W celach jeszcze cieplej. Lekarz nie pozwolił uchylić okna, choć były kraty. Więźniarki kilka godzin okładały ją mokrymi ręcznikami.
Leszek Szlachcic pamięta młodego aresztanta z celi obok. Mówił, że ma zawał. Współwięźniowie wzywali lekarza na pomoc. Przyszedł. Kazał mu wstać i iść do pielęgniarki. Chory nie mógł. Strażnicy zostawili go, tylko zerkali przez wizjer. Za dwa dni znowu więźniowie wzywali pomoc. Chory tracił przytomność. Kazano mu wstać i iść do pielęgniarki. Tak było trzy razy. Po ośmiu dniach wyniesiono go na noszach do więziennego szpitala. Parę cel dalej. Za późno. Zmarł na noszach tuż przy celi mojego rozmówcy. Miał zawał.
Stanisława Chmielewska siedziała kiedyś w celi z narkomankami. Trzy z nich były nosicielkami HCV, wirusowego zapalenia wątroby typu C. Najcięższego. Większość była na metandonie. Gdy wracały z zastrzyku, kiwały się półprzytomne na pryczach. Spadały, kaleczyły się. Chmielewska, ciepła opiekuńcza kobieta, pilnowała godzinami, żeby nie połamały sobie rąk i nóg. Kobieta, która sama wymagała stałej opieki lekarskiej.
Zgniła nora z pleksi w okienku i z betonową podłogą – to cela... szpitalna. Te, w których przebywają aresztanci, trudne są do opisania. Na Montelupich są dokręcane łóżka pod sufitem. Gdy przyjeżdża kontrola unijna, łóżka się odkręca, a więźniowie na chwilę umieszczani są w innym pawilonie. Opieka medyczna w tym areszcie praktycznie nie istnieje. Lekarze i pielęgniarze za wszelką cenę starają się nie wpisywać do karty złych wyników. Podobno na życzenie prokuratorów. Aresztant prawie zawsze może brać udział w przesłuchaniach, nawet gdy traci przytomność. Więźniowie mówią też, że stomatolog nie dezynfekuje narzędzi. Cały czas używa tych samych. Nikt nie zwraca uwagi na pory podawania leków. Cukrzycy zapadają w śpiączkę.
Polska odpowie
Rodzina 33-letniego
Rumuna, który zagłodził się na śmierć w krakowskim areszcie, przygotowuje pozew
przeciwko państwu polskiemu. Tymczasem krakowski areszt i ambasada Rumunii twierdzą,
że mężczyzna umarł z głodu na własne życzenie. Postępowanie wyjaśniające w sprawie
śmierci Crulica prowadzi... areszt przy Montelupich. Czy przypadkiem nie nastąpiło
zaniedbanie, bada... krakowska prokuratura. Już się ktoś wypowiedział, że Crulic
na pewno podjadał, bo więźniowie kupują sobie jedzenie w bufecie i dostają paczki.
Jasne! W bufecie mogą się zaopatrzyć co dwa tygodnie, a prawo do paczek mają
raz na kwartał do pięciu kilo.
We wszystkich opisanych przypadkach przewijają się ci sami prokuratorzy i sędziowie. O kilku z nich już pisaliśmy. Mogliby być głównymi bohaterami i tego artykułu. Tym razem jednak bohaterami są ich ofiary. Ile ich jeszcze będzie? Nie trzeba jechać do Tybetu, żeby zobaczyć naruszanie praw człowieka.
Niechciane dowody
W czasie śledztwa Crulic chciał, aby do akt jego sprawy dołączono bilet autobusowy wykupiony na podróż z Krakowa do Mediolanu. Bilet był datowany na 10 lipca, co dowodziłoby, że Rumun wyjechał z Polski i 11 lipca, gdy popełniono kradzież, nie było go w Krakowie (redakcja „Tygodnika Powszechnego” posiada kopię tego biletu oraz listę pasażerów). Dziennikarka „Tygodnika Powszechnego” Małgorzata Nocuń dotarła do pracownicy biura podróży Jordan, która 10 lipca była pilotką kursu i znała Crulica – był częstym pasażerem na tej trasie. Kobieta pamięta, że 10 lipca o 14.20 na przystanku Kraków Główny wsiadł tylko jeden pasażer – był nim Claudiu Crulic. Twierdzi, że nie mogłaby pomylić go z nikim innym i wpuścić na jego bilet kogoś innego. Jednak prokuratura nie przesłuchała pilotki jako świadka.
Leszek Szlachcic jest inwalidą I grupy, niewidomym. Nigdy nie był karany.
Spędził 27 miesięcy w areszcie śledczym w Krakowie. Jest oskarżony o próbę wyłudzenia
z Centrum Leasingu i Finansów w Krakowie 417 tys. zł. Twierdzi, że jest niewinny.
Ma na to dowody. Oskarża prokuratorów z Krakowa o spowodowanie ślepoty. W areszcie
śledczym odebrano mu zdrowie i wzrok. 19 lat temu Szlachcic zaczął tracić wzrok – jaskra. W latach 1984–1985 specjaliści z wrocławskiej kliniki przeprowadzili dwie udane operacje. Udało się powstrzymać postęp choroby. Odkupił od związku niewidomych dwie spółki, założył stowarzyszenie pomagające inwalidom. Zatrudnił około 90 niewidomych. Gdy trafił do aresztu, miał zaświadczenie od lekarza, że musi być pod stałą kontrolą okulisty. Mógł sobie tym świstkiem tyłek podetrzeć.
– Gdy zgłaszałem prośbę o konsultację lekarską, służba więzienna pisała, że moje problemy wynikają z samouszkodzenia wzroku – mówi Szlachcic. – To jakiś absurd.
Szlachcic ma dowód, że to nieprawda. Sądowy lekarz okulista wydał opinię, że nigdy nie doprowadzał do samookaleczeń, a dotychczasowe zmiany spowodowane są chorobą. O konsultacji lekarskiej w czasie aresztu nie miał co marzyć. Prokurator nawet nie rozpatrywał jego próśb. Szlachcic stracił wzrok.
Złożył doniesienie o przestępstwie. Umorzono. Złożył następne, następne i następne. Umorzono. Wszystkie sprawy prowadziła prokuratura w Krakowie.
Stanisława Chmielewska. Aresztowana przez krakowską prokuraturę, żeby „zmiękczyć” jej syna aresztowanego wcześniej. Chłopak nie chciał mówić, przymknęli mu więc matkę stawiając jej absurdalne zarzuty. Chmielewska była w areszcie rok i trzy miesiące. Wyszła w stanie agonalnym w pierwszej fazie udaru mózgu.
Badający Chmielewską lekarz z krakowskiego pogotowia po badaniu przed aresztowaniem napisał, że wyjątkowo wyraża zgodę na jeden dzień jej pobytu w izbie zatrzymań. W kilka dni po zatrzymaniu adwokat Chmielewskiej złożył wniosek o przebadanie jej przez biegłych lekarzy. Lekarze takie badanie przeprowadzili – w rok i trzy miesiące od złożenia wniosku! Chmielewska jest wrakiem człowieka. Sześć guzów tarczycy, guz piersi, osteoporoza, cukrzyca, dyskopatia, pierwsza faza udaru mózgu z postępującym paraliżem kończyn dolnych i mimicznymi zmianami na twarzy. Gdy z powodu konwulsji wreszcie zbadał ją więzienny lekarz i zrobił EKG, wyrwał z aparatu wynik i darł go na strzępy. Potem znowu robił pomiar i znowu darł, a pielęgniarka trwożnie pytała: „Wołamy pogotowie?!”. Nie zawołali.
Jej syn Adam trafił do aresztu za... wykrywanie przestępstw gospodarczych w koncernach paliwowych (pracował dla służb specjalnych). Zarzucono mu, że skumał się z przekręciarzami. Nam wydaje się, że za dużo wiedział o ważnych tego kraju, ale o tym zdecyduje sąd. Oczywiście aresztowała go krakowska prokuratura.
Do aresztu na Montelupich trafił zdrowy. To było wielkie, silne chłopisko, zbudowane jak ze stali. Po dwóch miesiącach zaczęły się zawroty głowy, silne bóle, utraty przytomności. Prosił o konsultację lekarską. Prokurator uznał, że symuluje. Raz zmierzono mu ciśnienie: 200/120. Lekarz się uśmiał i wysłał go do celi. Niedługo potem Chmielewskiego sparaliżowało. Służbę więzienną zaalarmowali współwięźniowie. Gdy przyszedł lekarz, pociął mu nogę, żeby udowodnić, że aresztant ma czucie w nogach. Adam do dziś ma blizny. Lekarz stwierdził, że „coś jest nie tak”, i zostawili go w celi. Na rok. W międzyczasie wysiadło mu serce. Gdyby nie więźniowie, Chmielewski umarłby z głodu. Zwyczajnie w stanach krytycznych trzeba było go karmić. Prokurator nie wyraził zgody na konsultację lekarską, mimo że narzeczona i matka błagały w pismach o pomoc lekarską. Kiedyś w drodze na przesłuchanie zaczął umierać. Służba więzienna zatrzymała się przy pierwszym w mieście szpitalu. Ledwo przeżył. Lekarz więzienny chwilę przedtem napisał, że jest całkowicie zdrowy i może brać udział w przesłuchaniu. Z aresztu wyszedł ze zrujnowanym zdrowiem.
Paweł H. – prokurator. Znany w Krakowie, bo łapał pospolitych bandziorów. To on zresztą prowadził niefortunną sprawę prezesa Optimusa Romana Kluski. Paweł H. też trafił do aresztu na Montelupich. Jego kumpel z krakowskiej prokuratury zarzucił mu wzięcie łapówki – 1000 zł. Zaraz jak Paweł H. zniknął z prokuratury, ów kumpel zaczął opowiadać, że to on rozpracował Kluskę. Pawła H. wykończono w areszcie. Już po pierwszych miesiącach zaczęły się poważne problemy endokrynologiczne. Tym bardziej że aresztant był wcześniej leczony. Prosił o konsultację lekarską. Cisza. Błagał o nowe leki i kurację hormonalną. Wyśmiano go. W papierach napisano, że symuluje. Gdy nagle zaczął puchnąć, a zbierające się w organizmie płyny zagrażały życiu, lekarz więzienny napisał, że to... otyłość prosta. W areszcie przesiedział rok. Dziś jest w stanie udowodnić, że zatrzymano go na podstawie fałszywych zeznań. Co z tego, skoro zdrowia nikt mu nie wróci. Wyszedł z aresztu jako kaleka. Pięć dni przed stwierdzeniem przez lekarza spoza więzienia stanu krytycznego i nieodwracalnych zmian, lekarz więzienny napisał, że Paweł H. jest zupełnie zdrowy.
– Takie oświadczenie wymusił na nim prokurator, żeby Paweł H. mógł wziąć udział w przesłuchaniu – powiedział jego współwięzień.
Żona Pawła H., biegły lekarz sądowy, pisała wielokrotnie do prokuratury. Bezskutecznie. Pisała skargi na lekarzy. Raz dostała odpowiedź, że przeprowadzono rozmowę profilaktyczno-wychowawczą.
Zamordowany samobójca
Wróćmy
do tragicznie zmarłego Claudia Crulica. We wrześniu prokuratura z Krakowa
(Śródmieście Zachód) wydała nakaz aresztowania. Prokurator utrzymywał, że rumuński
emigrant okradł krakowskiego sędziego. Zginął mu portfel. Sędzia rozpoznał w
Claudiu sprawcę, dla prokuratora sprawa była więc zamknięta. Nawet nie próbował
weryfikować faktów i udowadniać winy. Jestem niewinny, upierał się Claudiu. Prosił o kontakt z rumuńskim konsulatem. Prokuratura nawet nie odpowiedziała. Prosił o tłumacza. Jak grochem o ścianę. Błagał, żeby dołączono do akt sprawy bilet autobusowy do Mediolanu świadczący o tym, że w chwili popełnienia przestępstwa nie było go w Polsce. Nic. Prosił o przesłuchanie świadków, którzy go w autobusie widzieli. Zero reakcji. Lekceważyli go wszyscy. Wtedy zdecydował się na desperacki krok. Rozpoczął głodówkę. W ramach protestu, a nie jako próbę samobójczą, co dziś próbują wmówić władze więzienne, prokuratura i sąd.
Crulic nie jadł cztery miesiące. Służba więzienna w areszcie śledczym na Montelupich w Krakowie nie zrobiła nic żeby zapobiec tragedii. Nie tylko mogła coś zrobić, ale zgodnie z ustawą o służbie więziennej był to jej psi obowiązek. Za każdego osadzonego są odpowiedzialne władze więzienia, a za aresztanta odpowiada także prokurator i sąd. Te trzy jednostki były zobowiązane chronić Claudiu. Tymczasem te trzy jednostki, współdziałając ze sobą, doprowadziły do jego śmierci.
Jak wynika z akt sprawy (I DS 1488/07) – Crulica 3 stycznia przyniesiono na noszach do szpitala. Po prawie czterech miesiącach głodówki. Lekarze napisali, że więzień jest w złym stanie, wyniszczony i odwodniony
– Kości obciągnięte skórą – mówili lekarze. Nic nie mówił, na pytania odpowiadał kiwnięciem głowy.
Wtedy pewnie służba więzienna i prokurator trochę się przestraszyli. Wystąpili do sądu.
14 stycznia sąd zgodził się na badanie krwi głodującego i przymusowe karmienie go przez sondę. Co z tego, skoro nadal nie karmiono go sztucznie.
– Wyrok musiał się uprawomocnić – stwierdził rzecznik aresztu na Montelupich.
Dawno nie słyszeliśmy większej bzdury.
– Dyrektor więzienia i służba więzienna ma wszelkie środki prawne, żeby natychmiast, bez zgody sądu, rozpocząć sztuczne odżywianie – mówi anonimowo (czego się boi?) jeden z dyrektorów więzienia. – To jest jego obowiązek. A badania krwi muszą być wykonywane rutynowo!
Mężczyzna umarł cztery dni później. Dyrektor więzienia stwierdził, że na własne życzenie.
– Był bardzo spokojny i całkowicie poczytalny. Doskonale wiedział, czym może skończyć się jego upór – powiedział Stanisław Teleśnicki, lekarz z krakowskiego więzienia.
Rumun był wyjątkowo spokojny, szczególnie w ostatnich dniach, gdy miał siłę jedynie zamrugać powiekami na znak, że w ogóle słyszy.
Nie da się zapomnieć
Porozmawialiśmy z innymi pensjonariuszami krakowskiego aresztu – Leżałam w szpitalu więziennym – mówi była aresztantka, – a nad nami dosłownie wył człowiek. Nazywali go Sum. Miał trochę ponad 20 lat. Wył przez tydzień. Z bólu.
Aż pewnego dnia słychać było, jak strażnicy wpadli do celi, był wielki rumor, huk. Nietrudno było rozpoznać odgłosy bicia. I chłopak przestał wyć. Niedługo potem próbował się powiesić. Jego rodzice składali doniesienie. Udokumentowali winę. Postępowanie prowadziła krakowska prokuratura. Wynik znamy.
Dawid L., Żyd z oddziału III. Młody chłopak ze stwierdzoną klaustrofobią. Miał zalecenie dodatkowych spacerów po korytarzu. Był bity przez oddziałowych i klawiszy. Raz odmówił jedzenia. Został dotkliwie pobity. Naśmiewali się z niego, mówili „Mosiek”. Zamykali specjalnie w izolatce. Wychodził oszalały. Po paru takich odosobnieniach nigdy nie wrócił do siebie. Nasi informatorzy ostatni raz widzieli go, gdy na Montelupich był prawie rośliną. Żydowską rośliną z celi 207.
Iwonka, 22 lata, przyszła do aresztu zdrowa. Za niespłacony kredyt. Po pewnym
czasie wpadła w panikę. Bała się wejść do celi. Współwięźniarki były pewne,
że zabrano ją do psychiatry. Gdy w południe szły na spacerniak, zobaczyły Iwonkę.
Leżała na korytarzu na podłodze. A tam goły beton. Bezwładna, prawie goła. Prosiły
oddziałowego, żeby wezwał lekarza. Gdy wracały po godzinie, Iwonka nadal leżała
na tym samym miejscu. Nieprzytomna. Gdy więźniarki zaopiekowały się nią i odzyskała
przytomność, nie była tą samą dziewczyną. Nie mówiła, nie umiała się ubrać,
umyć. Nigdy nie zbadał jej psychiatra. Więzienny lekarz zaordynował jakieś leki.
Spała po nich z otwartymi oczami. Nie było z nią kontaktu.Bernadetta, nazywały ją Basia, też wymagała opieki psychiatrycznej. Próbowała się wieszać. Co noc rwała prześcieradło, żeby zrobić sznurek. Cały czas trzeba było jej pilnować. Bliscy monitowali do prokuratora, prosili o konsultację psychiatryczną, więźniarki prosiły o pomoc. Prokurator nie widział powodu do reakcji. Czy Bernadetta żyje? Czy może wreszcie skręciła swój sznur?
Marzenka, 28 lat, trafiła do aresztu za coś drobnego. Pewnego dnia zasłabła. Zmierzono jej ciśnienie. 210/100.
– Może napije się pani kawy – podobno z uśmiechem zapytał lekarz. Tego dnia było 38 stopni na dworze. W celach jeszcze cieplej. Lekarz nie pozwolił uchylić okna, choć były kraty. Więźniarki kilka godzin okładały ją mokrymi ręcznikami.
Leszek Szlachcic pamięta młodego aresztanta z celi obok. Mówił, że ma zawał. Współwięźniowie wzywali lekarza na pomoc. Przyszedł. Kazał mu wstać i iść do pielęgniarki. Chory nie mógł. Strażnicy zostawili go, tylko zerkali przez wizjer. Za dwa dni znowu więźniowie wzywali pomoc. Chory tracił przytomność. Kazano mu wstać i iść do pielęgniarki. Tak było trzy razy. Po ośmiu dniach wyniesiono go na noszach do więziennego szpitala. Parę cel dalej. Za późno. Zmarł na noszach tuż przy celi mojego rozmówcy. Miał zawał.
Stanisława Chmielewska siedziała kiedyś w celi z narkomankami. Trzy z nich były nosicielkami HCV, wirusowego zapalenia wątroby typu C. Najcięższego. Większość była na metandonie. Gdy wracały z zastrzyku, kiwały się półprzytomne na pryczach. Spadały, kaleczyły się. Chmielewska, ciepła opiekuńcza kobieta, pilnowała godzinami, żeby nie połamały sobie rąk i nóg. Kobieta, która sama wymagała stałej opieki lekarskiej.
Zgniła nora z pleksi w okienku i z betonową podłogą – to cela... szpitalna. Te, w których przebywają aresztanci, trudne są do opisania. Na Montelupich są dokręcane łóżka pod sufitem. Gdy przyjeżdża kontrola unijna, łóżka się odkręca, a więźniowie na chwilę umieszczani są w innym pawilonie. Opieka medyczna w tym areszcie praktycznie nie istnieje. Lekarze i pielęgniarze za wszelką cenę starają się nie wpisywać do karty złych wyników. Podobno na życzenie prokuratorów. Aresztant prawie zawsze może brać udział w przesłuchaniach, nawet gdy traci przytomność. Więźniowie mówią też, że stomatolog nie dezynfekuje narzędzi. Cały czas używa tych samych. Nikt nie zwraca uwagi na pory podawania leków. Cukrzycy zapadają w śpiączkę.
Polska odpowie
Rodzina 33-letniego
Rumuna, który zagłodził się na śmierć w krakowskim areszcie, przygotowuje pozew
przeciwko państwu polskiemu. Tymczasem krakowski areszt i ambasada Rumunii twierdzą,
że mężczyzna umarł z głodu na własne życzenie. Postępowanie wyjaśniające w sprawie
śmierci Crulica prowadzi... areszt przy Montelupich. Czy przypadkiem nie nastąpiło
zaniedbanie, bada... krakowska prokuratura. Już się ktoś wypowiedział, że Crulic
na pewno podjadał, bo więźniowie kupują sobie jedzenie w bufecie i dostają paczki.
Jasne! W bufecie mogą się zaopatrzyć co dwa tygodnie, a prawo do paczek mają
raz na kwartał do pięciu kilo.We wszystkich opisanych przypadkach przewijają się ci sami prokuratorzy i sędziowie. O kilku z nich już pisaliśmy. Mogliby być głównymi bohaterami i tego artykułu. Tym razem jednak bohaterami są ich ofiary. Ile ich jeszcze będzie? Nie trzeba jechać do Tybetu, żeby zobaczyć naruszanie praw człowieka.
|
Areszt
tymczasowy Jest najsroższym środkiem zapobiegawczym, który stosuje się wobec najgroźniejszych przestępców lub gdy zachodzi uzasadnione podejrzenie, że będą próbowali ucieczki albo będą mataczyć czy niszczyć dowody. Stosuje się go na trzy miesiące, gdyż ustawodawca uznał, że sprawnie działający prokurator w takim czasie powinien uporać się z zabezpieczeniem dowodów. W szczególnych przypadkach sąd na wniosek prokuratury może tymczasowe aresztowanie przedłużyć. Najwyżej o trzy miesiące. W Krakowie i nie tylko znaczna część kary odbywa się bez wyroku – w areszcie. Ciągle zdarza się, że po czasie sąd wydaje wyrok uniewinniający albo akt oskarżenia w ogóle nie trafia do sądu. Osoby w ten sposób pokrzywdzone przez prokuratorów składają pozwy o odszkodowania. Płaci za to skarb państwa, czyli my wszyscy. A logicznie rzecz ujmując zapłacić powinien ten, kto nietrafnie wniósł o zastosowanie aresztu. Niekiedy długi pobyt w areszcie wpływa na wydanie sroższego wyroku po to, aby pozbawienie wolności obejmowało ten czas, który podsądny spędził w areszcie z woli sądu i zanim jego sprawa została merytorycznie rozpatrzona. |
Niechciane dowody
W czasie śledztwa Crulic chciał, aby do akt jego sprawy dołączono bilet autobusowy wykupiony na podróż z Krakowa do Mediolanu. Bilet był datowany na 10 lipca, co dowodziłoby, że Rumun wyjechał z Polski i 11 lipca, gdy popełniono kradzież, nie było go w Krakowie (redakcja „Tygodnika Powszechnego” posiada kopię tego biletu oraz listę pasażerów). Dziennikarka „Tygodnika Powszechnego” Małgorzata Nocuń dotarła do pracownicy biura podróży Jordan, która 10 lipca była pilotką kursu i znała Crulica – był częstym pasażerem na tej trasie. Kobieta pamięta, że 10 lipca o 14.20 na przystanku Kraków Główny wsiadł tylko jeden pasażer – był nim Claudiu Crulic. Twierdzi, że nie mogłaby pomylić go z nikim innym i wpuścić na jego bilet kogoś innego. Jednak prokuratura nie przesłuchała pilotki jako świadka.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



