Pokazywanie postów oznaczonych etykietą areszt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą areszt. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 marca 2013

Paraprokurator (NIE 38/2012)

Dyko

Czy prokurator Jarosław Dyko i funkcjonariusze policji wykonujący jego polecenia nie przekroczyli uprawnień?


Prokuratura Okręgowa w Świdnicy i jej prokuratorzy to wielokrotni negatywni bohaterowie naszych artykułów. Najbardziej negatywny to prokurator Dyko, który wbrew prawu i ludzkim odruchom aresztował Marka Lisowskiego - ciężko chorego, całkowicie sparaliżowanego człowieka. Człowieka, który omal nie umarł w celi. Prokurator uczynił to dla swojego wątpliwego sukcesu.

Dyko śmiał się nam w twarz, gdy pisaliśmy o jego poczynaniach. Czyżby przyszła pora, że wreszcie ktoś go rozliczy? Jego i wszystkich, którzy doprowadzili do aresztowania Marka Lisowskiego? Poznańska prokuratura właśnie prowadzi postępowanie przeciwko funkcjonariuszom publicznym, którzy doprowadzili do aresztowania niepełnosprawnego Lisowskiego, narażając go tym na utratę życia. Po burzy medialnej na temat nieludzkiego traktowania Lisowskiego Prokuratura Generalna zdecydowała o wszczęciu postępowania w sprawie przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy publicznych, w tym głównie przez prokuratora Dykę.

Prokurator Dyko, który za wszelką cenę, naruszając przepisy i etykę, chciał aresztować kalekę, sędzia, który wydał zgodę na jego osadzenie oraz funkcjonariusze i służba medyczna z więzienia w Czarnem, która poza poniżaniem o mało nie doprowadziła chorego do śmierci, będą się tłumaczyć przed prokuratorem Jadwigą Datą z Prokuratury Okręgowej w Poznaniu. Dyce zarzuca się przekroczenie uprawnień i nakaz aresztowania wbrew opinii lekarskiej. Choć Data jest koleżanką po fachu Dyki, to mamy nadzieję, że wykaże się znajomością prawa. I postawi sprawców przed sądem.
     Lisowskiego zatrzymano natychmiast po wyjściu ze szpitala w Niemczech, zapewniając, że zaraz zbada go lekarz. Funkcjonariuszy wysłał po niego prokurator Dyko, choć miał oświadczenia lekarskie, że Lisowski nie może przebywać w więzieniu, bo po prostu tam umrze. Przywieziono go do pudła karetką bagażową, do której wrzucono go bez ceregieli.

Dyko kłamał. Lisowski trafił prosto do więzienia w Czarnem. Nie oglądał go żaden lekarz. I choć zapewnia, że u sparaliżowanego w celi był biegły, który stwierdził, że Lisowski może zostać w więzieniu, to ani sam osadzony, ani jego współwięźniowie nie potwierdzają tego.

Tymczasem Dyko przedstawia świstek papieru mówiący o badaniu lekarskim. Czyżby ktoś poświadczył nieprawdę? Prokuratorowi bardzo zależało na osadzeniu Lisowskiego, który spędził wiele miesięcy w celi nr 11. Zarażono go paciorkowcem, gronkowcem, miał grzybicę, a z ran odleżynowych lała się krew. Wpachwinach było widać kości, krocze było jedną wielką krwawą raną. 2 tygodnie się nie wypróżniał, dostał zapalenia układu moczowego ("Siedzieć na leżąco", "NIE? nr 11/2012) http://skibniewska.blogspot.com/2013/03/siedziec-na-lezaco-nie-72012.html . Właśnie czeka na operację niesprawnej przez to nerki.
     Poniżano go, straszono, odmawiano leczenia i pomocy. Do celi raz przyszedł prokurator Dyko. Do dziś Lisowski nie może o tym mówić.
     - Powiedział, że jeśli się nie przyznam, to tu zdechnę - stwierdza.
   
Gdy Lisowski opuszczał areszt, był w stanie niemal agonalnym. Pojechał prosto do szpitala. Przeżył, choć lekarze nie rozumieją, jakim cudem.


Joanna Skibniewska

czwartek, 28 lutego 2013

A może deptał trawnik (NIE 07/2010)


Kto raz pójdzie siedzieć, poszukają na niego kija.

Czerwiec 2006
Grzegorz Ślak trafia do aresztu. Prokuratura Apelacyjna w Krakowie postawiła mu zarzut, że jako prezes Rafinerii Trzebinia SA chachmęcił przy sprzedaży paliw, oszukał skarb państwa na prawie 800 mln zł. Jak prokuratorzy ustalili kwotę uszczuplenia podatku? Wpadli na prosty sposób – zażądali, by Urząd Kontroli Skarbowej w Krakowie przeprowadził symulację: co by było, gdyby nieakcyzowe produkty (NKON, Flonaft, FL, N-15, Metalchron, Naftochron, antyutleniający preparat do benzyn motorowych oraz Antykor) były opodatkowane podatkiem akcyzowym takim jak olej napędowy lub benzyna. UKS wyliczył, że państwu należałoby się ponad 790 mln zł. Tyle że owe produkty nie były objęte akcyzą…
Gdy krakowski prokurator Marek Wełna, okrzyknięty pogromcą mafii paliwowej, ćwiczył wyobraźnię, sprawdzając, co by było, gdyby babcia miała wąsy, w Rafinerii Trzebinia trwały kontrole skarbowe. I nic. Ślak i jego koledzy działali zgodnie z prawem skarbowym i rozporządzeniem Ministerstwa Finansów, a rafinerię opuszczały produkty, za które nie płaci się akcyzy. Żadnego złodziejstwa nie stwierdzili. Wszystko na legalu. Pierwsze postanowienie UKS w Krakowie zapadło w grudniu 2007 r. Następne po roku. Decyzje są nieodwołalne i ostateczne. Głos w tej sprawie zabrał jeszcze Wojewódzki Sąd Administracyjny w Krakowie. W prawomocnym orzeczeniu podzielił zdanie kontrolerów. Ślak nic nie ukradł.
Grzegorz Ślak był prezesem Rafinerii Trzebinia od czerwca 2002 do października 2005 r. Gdy przyszedł na to stanowisko, przedsiębiorstwo było w fatalnym stanie. Pracownicy tylko czekali, kiedy ich zakład upadnie. Ślak zdychającą firmę zmienił w przodującą w regionie rafinerię, specjalizującą się w najnowszych biotechnologiach, przy­noszącą regularnie duże zyski.

Grudzień 2008
Po ostatniej decyzji UKS prokuratura powinna dać sobie spokój, zostawić rafinerię i Ślaka i zająć się prawdziwymi przestępstwami. Ale nie prokurator Marek Wełna. Pogromca mafii nie odpuszcza. Przeciwnie – rozszerza zasięg swojego śledztwa o pracowników UKS oraz Ministerstwo Finansów. Sędziego z WSA o dziwo pomija.
I tak do odrębnego postępowania wyłączono śledztwo przeciwko urzędnikom skarbowym, którzy wydali korzystne dla rafinerii orzeczenia. W styczniu 2009 r. na wniosek prokuratury CBA wkroczyło do krakowskiego UKS, a 6 lutego 2009 r. do Ministerstwa Finansów, przeprowadzając nakazane przez krakowskich śledczych rewizje. Poszukiwane były dowody spisku zawiązanego między urzędnikami resortu, skarbówki i prezesem Ślakiem. We wszystkich ważnych mediach pojawił się Marek Wełna. Z przejęciem i oburzeniem mówił o tym, że management rafinerii, działając w zorganizowanej grupie przestępczej, brał udział w nielegalnym obrocie paliwem i prał brudne pieniądze.

Kwiecień 2009
Ślak się wkurzył i złożył w Sądzie Okręgowym w Krakowie bezprecedensowy pozew o ochronę dóbr osobistych. Pozwał prokuratora Wełnę, zarzucając mu rozpowszechnianie nieprawdziwych i szkalujących go informacji. Zażądał zapłaty 50 tys. zł na cel charytatywny oraz przeprosin w głównym wydaniu „Wiadomości” TVP 1, na trzeciej stronie „Gazety Wyborczej”, „Dziennika Polskiego” i „Pulsu Biznesu”, a także na licznych portalach internetowych. W odpowiedzi na pozew prokurator Wełna wniósł o jego oddalenie. Stwierdził, że za ewentualne szkody wyrządzone przez prokuratora podczas wykonywania czynności służbowych odpowiedzialność ponosi skarb państwa. Bo za jego błędy zgodnie z przepisami płacą podatnicy. Tyle że wypowiedzi przed kamerami to nie są czynności procesowe i za nie odpowiada człowiek, który mówi.

Czerwiec 2009
Rozprawa przed krakowskim sądem. Ślak kontra Wełna. Rozprawa trwa niespełna godzinę. Sędzia odrzuca wniosek o zniesławienie. Według niego prokurator nie naruszył prawa, a wniosek Grzegorza Ślaka nie zasługuje na rozpatrzenie. Grzegorz Ślak wnosi odwołanie.

Listopad 2009
Przed Sądem Apelacyjnym w Krakowie odbywa się rozprawa odwoławcza. Prokurator Marek Wełna jest spokojny. Sędzia podtrzymuje wyrok poprzedniej instancji. Wniosek Ślaka nie zasługuje na uwzględnienie.

Grudzień 2009
Grzegorz Ślak ponownie trafia do aresztu. Na 2 miesiące. Krakowska prokuratura apelacyjna zarzuca mu finansowanie firm, które rzekomo zajmowały się nielegalnym obrotem paliwem. Według prokuratury w latach 1999–2000, będąc pracownikiem banku, udzielał kredytów, z których korzystała mafia paliwowa. Podobno był tego świadomy i miał z tego korzyść. W ciągu paru miesięcy rzekomo przyjął… przeszło 1 mln zł łapówek. Tak twierdzi świadek. Według prokuratury bank stracił przeszło 4 mln.  Tyle że bank nie złożył doniesienia o przestępstwie, a większość pożyczkobiorców twierdzi, że kredyty zostały spłacone. Większość kredytów była gotówkowa, a bankowiec nie odpowiada przecież za to, co z pieniędzmi robi kredytobiorca.
Prokuratura wszczęła śledztwo po przeszło 10 latach. Wskutek olśnienia?
Postępowanie prowadzi prokurator Rafał Babiński. Podwładny prokuratora Marka Wełny. Nadzoruje jego pracę zastępca prokuratora apelacyjnego Marek Wełna.

Styczeń 2010
Ślak wnosi zażalenie na zastosowany środek w postaci aresztowania. Prokurator Babiński sugeruje, że Ślak nie może opuścić aresztu, ponieważ próbował kontaktować się z jednym ze świadków, wysyłając mu z własnego telefonu SMS. Sąd podtrzymuje areszt. Ślak utrzymuje, że nigdy żadnego SMS-a nie wysyłał.

Luty 2010
Prokurator wnosi o przedłużenie aresztu. Podnosi, że miał za mało czasu, by zebrać materiał dowodowy. W międzyczasie prokurator Babiński przebywał na urlopie. Według rzecznika prokuratury, wcześniej zaplanowanym. Przez 2 miesiące aresztu Ślaka nawet go nie przesłuchano. Prokurator nie miał też czasu na przesłuchanie świadków. Dlatego Ślak musi pozostać w areszcie.
Posiedzenie w sprawie przedłużenia aresztu trwało 20 min. Sędzia przeczytała przygotowane zawczasu uzasadnienie. Przedłużenie środka zapobiegawczego w postaci aresztowania jest uzasadnione. Grzegorz Ślak spędzi kolejne 2 miesiące w areszcie śledczym przy ul. Montelupich w Krakowie.


Marek Wełna
 Jeśli jest to rewanż pewnego prokuratora, to i tak cywilizowany. Wikingowie z moszen swoich wrogów robili sakiewki.

Sadzonki (Tygodnik NIE, 50/2009)

Przykłady rekordowych aresztów tymczasowych.

Sadzonka 11-letnia
Areszt śledczy na warszawskiej Białołęce to dla Sebastiana H. dom rodzinny. Przebywa tu bowiem 11 lat.
Chłopak z Pragi. Zawsze lubił się zabawić. Na interesach też się znał. Tu coś sprzedał, tam coś gwizdnął. Czasem w łeb przyłożył, ale za mokrą robotę się nie brał. Wpadł pod koniec lat 90. gdy za kraty trafiali żołnierze Klepaka, Dziada, Pershinga, Żaby i innych. O nim mówi się, że był człowiekiem Generała, Sławomira W. z Łomży, grupy bawiącej się w haracze, zabawy z prostytutkami i handel narkotykami oraz alkoholem. Ile w tym prawdy, nie wiadomo.
Sebastiana H., podobnie jak innych członków grupy, oskarża świadek koronny. Dzięki temu prokuratura skierowała do sądu 4 sprawy – o kradzież, nielegalne posiadanie broni i handel oraz posiadanie narkotyków. Pierwsza skończyła się wyrokiem w 2007 r. Po 9 latach aresztu. Tymczasowego oczywiście. Potem były następne niewielkie zresztą wyroki. Gość twierdzi, iż jest w stanie udowodnić swoją niewinność. Ma ponoć niezbite dowody na to, że wtedy, gdy niby miał okraść delikwenta, był zupełnie gdzie indziej. Postanowił więc apelować. Przez to nadal siedzi w areszcie. I tak już 11 lat, z krótkimi przer-wami – sąd uchylał areszt, prokurator się zażalał i delikwent wracał. Zapewne jeszcze Sebastian H. posiedzi, bo podobno koronnego zaciukali i nie ma kto przeciwko niemu zeznawać. Garuje więc, dopóki nie znajdzie się ktoś, kto w zamian za złagodzenie kary złoży przeciwko niemu zeznania.
Sebastian H. jakoś sobie radzi. Pracuje w kuchni, z klawiszami jest na „ty”.


Sadzonka 6-letnia
Sławomir S. siedzi w areszcie w Radomiu. Zarzuca mu się, że w 2004 r. kierował przewozem znacznej ilości substancji psychotropowych (…) przez sprawowanie nadzoru telefonicznego. Czyli, że często dzwonił do szefa grupy przewożącej narkotyki. Podsłuchów nie ma, jedynie billingi. Poza tym zeznania niektórych członków grupy. Bardzo ogólne, niemówiące, że to właśnie Sławomir S. dzwonił, nakłaniał, kierował itd. Chłop jak każdy aresztant zapewnia, że jest niewinny. Jest gotów poddać się badaniom na wariografie, ale nikt tego nie chce. Twierdzi uparcie, że jego udział w tym procederze jest niemożliwy, na co przedstawiał dowody. Prokuratura nie była nimi zainteresowana.
Akt oskarżenia długie lata nie trafiał do sądu. Gdy już trafił, sąd także nie był zainteresowany dowodami niewinności Sławomira S. Wydał wyrok skazujący. Według skazanego i jego adwokata, niezwykle krzywdzący. Po przeszło 4 latach aresztu S. mógłby zapewne po zaliczeniu tych lat na poczet kary już wyjść na wolność w ramach zwolnienia warunkowego, postanowił jednak walczyć o niewinność i zdecydował się na apelację. Przeszło rok czekał na uzasadnienie wyroku! (art. 423 kpk mówi, że sędzia ma na to… 14 dni). Oczywiście czekał w areszcie. Gdy je dostał, przecierał oczy ze zdziwienia. Były to skopiowane z protokołu cytaty z przesłuchań świadków. Złożył wniosek o odszkodowanie za przedłużające się postępowanie w związku z postawą sędziego, ale dostał odpowiedź, że jego sprawa była zawiła i sędzia musiał długo pisać.
Sławomir S. buja się z tą sprawą już szósty rok. Przebywając za kratami. Pobuja się jeszcze trochę, bo od miesięcy nie może się doprosić o przesłanie mu akt w celu opracowania linii obrony.


Sadzonka 5-letnia
Mariusz Ż. w 2005 r. miał planować zabójstwo Jadwigi S. O tych planach słyszała siedząca wówczas w kiblu jego była narzeczona, która zatruła się dzień wcześniej spożywanym alkoholem. Siedziała więc w sraczu długo i mogła rozpoznać głos swojego byłego. Niedługo potem znaleziono Jadwigę S. i jej sąsiada Tadeusza B. z ranami głowy, martwych. Biegiem zapuszkowano Mariusza Ż. Na podstawie zeznań jego byłej dziewczyny. Dorzucono mu jeszcze pobicie Wadima K. rękami i nogami po całym ciele. Do pobicia chłop przyznał się od razu, bo poklepać po ryju to żaden grzech, ale do zabójstwa – w życiu! Nie zabił i już.
Mariusz Ż. to nie jest ciepły miś. Lubi spuścić manto. Mało kto ze znajomych go lubił. Prokurator widać też kierował się antypatią, bo nie szukał dowodów niewinności, które facet wskazywał. Po latach aresztu wystąpił do sądu, który szybko uznał Mariusza Ż. winnym i skazał go na 25 lat za zabójstwo. Skazany zaczął szukać pomocy. Pisał wszędzie, błagając o pomoc. Adwokat wystąpił z apelacją od wyroku. Sąd Apelacyjny w Katowicach nie zostawił suchej nitki na prokuratorze i sądzie pierwszej instancji. Postępowanie prowadzone było w sposób chaotyczny, pobieżny i daleki od profesjonalizmu – stwierdził sędzia i wypunktował ewidentne braki i nierzetelność prowadzących postępowanie. I uniewinnił chłopa od zarzutu morderstwa. Nakazał też ponownie przeprowadzić postępowanie przygotowawcze. Dokładnie i rzetelnie. Mariusz Ż. już przesiedział 5 lat w areszcie tymczasowym. Teraz zacznie się wszystko od początku. 


Sadzonka 4-letnia
Konrad M. z aresztu w Czerwonym Borze, według prokuratury, robił w narkotykach. Posiadał kokainę, którą skupował po 2, 3 i 5 gramów. Podobno sprzedawał te działki potrzebującym, w celach materialnych.
Więzienie w Czerwonym Borze to nie kurort. Konrad M. do największych twardzieli nie należy. Wysiadł. Tak bardzo, że jest gotów przyznać się choćby do tego, że jest kobietą, byleby tylko wyjść z mamra. Podda się dobrowolnie karze, zapłaci kaucję, grzywnę i diabli wiedzą co jeszcze, byleby wyjść. Bardzo to ucieszyło prokuratora, bo bawi się z tą sprawą od 2006 r., a takie przyznanie się do winy to jego niezaprzeczalny sukces. Okazuje się jednak, że aresztant, choćby nawet chciał, to nie może się przyznać, bo sędziowie i prokurator się kłócą.
Najpierw sąd, zerkając w akta, zauważył istotne braki w postępowaniu przygotowawczym i kazał prokuratorowi je uzupełnić. Potem, gdy już wreszcie przyjęto akt oskarżenia z samoukaraniem się aresztanta, sąd napisał, że nie będzie tej sprawy rozpatrywał, bo „nie jest właściwy miejscowo”. Wszystko dzieje się w ramach sądu okręgowego, gdzie wydział V uznaje, że właściwy miejscowo jest wydział VIII. A znowu wydział VIII uważa, że jednak V. Pisma dotyczące tego, czy ważniejsze jest dokonanie przestępstwa w okolicach Stadionu Dziesięciolecia, czy może wykonany w celach przestępczych telefon z budki telefonicznej przy ul. Młynarskiej, krążyły między sądami całe miesiące. Wreszcie spór trafił do sądu apelacyjnego, który zdecydował o ważności warszawskich ulic. Co będzie dalej, nie wiadomo. Pewne jest jedynie, że prokurator i sędzia byli tak gorliwi, że przedłużyli Konradowi M. areszt do 30 lutego 2010 r. Co zrobią, gdy nie znajdą tej daty w kalendarzu?

Takie historie można mnożyć w nieskończoność. Przedłużające się areszty, które z założenia powinny być zabezpieczeniem tymczasowym i mają być stosowane w wyjątkowych okolicznościach.
– Jeżeli osadzony sam przedłuża i utrudnia proces, to wówczas niech cierpi za swoje, ale jeśli postępowanie przeciąga się z powodów niezależnych od oskarżonego, to nie powinien on ponosić konsekwencji procesowych – podkreśla Kazimierz Pawelec, dr nauk prawa, autor kilkunastu książek dotyczących prawa karnego, były prokurator, obecnie adwokat. – Fuszerka postępowania prokuratorskiego, przedłużające się oczekiwanie na opinie biegłych, niestawianie się świadków, spory kompetencyjne sądów czy zbyt długie pisanie uzasadnienia nie powinny być w ogóle argumentem do przedłużania aresztu tymczasowego.


JOANNA SKIBNIEWSKA

Niewinny chociaż policjant (NIE, 48/2009)

Przesiedział 2 lata w areszcie. Media zrobiły z niego bandytę. Potwierdzał to prokurator. Tymczasem Andrzej Szkopek, były komendant powiatowy policji w Myszkowie, został uniewinniony po pięciu latach postępowania. Sąd stwierdził, że oskarżenie nie było poparte żadnymi dowodami, a świadek koronny, który jako jedyny oskarżał Szkopka, był nakłaniany przez prokuratora do składania fałszywych zeznań. Powtarzalność podobnych zdarzeń dowodzi, że system jest zdegenerowany.
 
O Andrzeju Szkopku chcą opowiadać jego byli podwładni i koledzy policjanci. Ale anonimowo.
– To chyba zaczęło się od strzelaniny na plaży – mówi jeden.
Lipiec 2002 r. Piątek. Nad rzeką Bug na plaży doszło do strzelaniny: ostrzelany samochód, dwa trupy i dwóch rannych. Wszyscy znani miejscowej policji. Jej czynności trwały nieustannie 48 godz. Pod kierunkiem komendanta Andrzeja Szkopka. Po tym czasie miał namierzonych świadków zdarzenia i wiedział już, kto dokonał zbrodni. Dowodzą tego istniejące wciąż telegramy i nagrania rozmów między policjantami a prokuraturą.
Tymczasem w niedzielę do wyszkowskiej komendy przyjechali panowie z CBŚ i poinformowali, że sprawę przejmuje oddział warszawski. W mediach pojawiła się informacja, że w Wyszkowie doszło do porachunków mafijnych.
– Bzdura. Jakich mafijnych. „Psina” postanowił odstrzelić „Tryca”, bo mu dziecko z wózka wywalił – mówią funkcjonariusze. – Reszta to przypadkowe ofiary.
Tymczasem media informowały, że Bogdan Święczkowski powołuje specjalną grupę do walki z mafią wyszkowską.
– Z kim? – pyta Grzesiek, jeden z żołnierzy Wołomina śmieje się. – Jaką mafią?
„Rzeczpospolita” napisała, że Święczkowski rozwalił wyszkowską mafię.
Wtedy pierwszy raz Szkopek zwrócił uwagę CBŚ, że to jego chłopcy robili tę sprawę od początku do końca i że wypadałoby o tym wspomnieć. Pierwszy konflikt.
Filmowa kpina
Niedługo potem z CBŚ przyszedł nakaz zatrzymania sprawców. Dwóch funkcjonariuszy z wyszkowskiej komendy pojechało to uczynić. Na miejscu okazało się, że zatrzymani są uzbrojeni, o czym wiedzieli tylko funkcjonariusze CBŚ. Policjanci z Wyszkowa nie byli na to przygotowani, bo nikt ich nie poinformował.
– Wtedy Szkopek dostał szału – mówi policjant. A gdyby tamci zaczęli strzelać? Kto moim ludziom zwróciłby życie – krzyczał do funkcjonariuszy CBŚ. Drugi konflikt.
Jeszcze tego samego dnia pojawił się nowy problem. Na miejsce zatrzymania przyjechała brygada antyterrorystów z długą bronią i… telewizja. Kręcili zatrzymanie. W pięć godzin po zdarzeniu... Pięciokrotnie inscenizowali i kręcili wejście do pustego od paru godzin domu, bo nie mogli uchwycić brawurowo przeprowadzonej akcji.
– Ludzie się z nas śmieją – powiedział wtedy Szkopek.
Potem szlag go trafiał, gdy oglądał wiadomości, a tam otrąbiano kolejny sukces grupy Święczkowskiego i warszawskiego CBŚ.
Niedługo potem Andrzej Szkopek został wezwany przed oblicze komendanta wojewódzkiego Wiesława Stacha (tego, co tak „sumiennie” nadzorował śledztwo ws. Olewnika). Dowiedział się, że ma natychmiast pisać raport o rezygnację ze służby. Szkopek odmówił.
Następnego dnia został zatrzymany.
Brał bez powodu
Zarzut: w okresie 5 lat przyjął korzyść majątkową od członka zorganizowanej grupy przestępczej Wiesława Piotrowskiego pseudonim Koczis w wysokości… 14 tys. zł. Według prokuratora Roberta Myślińskiego brał po 300, 400 zł. W aktach jest wypowiedź prokuratora: zastanawialiśmy się gremialnie, jakie mogły być motywy przyjęcia łapówki.
 Nawet gremialnie do tego nie doszli…
Dowody: zeznania gangstera, który od lat starał się o status świadka koronnego. Dostał go po przypomnieniu sobie, że dawał komendantowi kasę. Są też zeznania przeszło 90 świadków. Wszystkie na korzyść komendanta.
Zeznawali także wyszkowscy prokuratorzy. Ja sobie Szkopka w jednej kolejce do kasy z Koczisem nie wyobrażam, a co dopiero gdyby miał z nim współpracować, powiedział prokurator Kiełek.
– Szkopek miał założoną technikę (podsłuch – przyp. autorki) zarówno na telefon, jak i na radio, ale nie włączono jej do materiału dowodowego, bo osłabiała oskarżenie – mówi jeden z policjantów.
Andrzej Szkopek przesiedział w areszcie tymczasowym 2 lata. Siedział w celi na Rakowieckiej. Nie przesłuchiwano go.
W tym czasie prokurator próbował złamać jego żonę. Gdy zauważył, że nie działają na nią informacje o wyimaginowanych kochankach męża, powiedział jej, że mąż chciał w więzieniu popełnić samobójstwo i że na pewno nie wyjdzie stamtąd żywy.
Prokurator kazał powiedzieć
Podczas prowadzonego postępowania przed sądem prokurator wielokrotnie mijał się z prawdą. Celowo. Bronił swojego jedynego świadka, gangstera Koczisa, który nieporadnie kłamał. Myliły mu się daty, miejsca, okoliczności. Gdy biegły sądowy Teresa Dubowska stwierdziła, że Koczis konfabuluje, poza tym jest na takim poziomie intelektualnym, że sam nie wymyśliłby nawet niektórych sformułowań, natychmiast prokurator powołał innego biegłego. Ten uznał, że Koczis być może mówi prawdę...
– Koczis to ten z żółtymi papierami, o którym biegły w opinii napisał, że ma stwierdzającą pseudologię fantastyczną – rzuca policjant.
Prokurator Myśliński przez chwilę miał też drugiego świadka, Marka pseudonim Wacek. Gangstera, który powiedział, że Szkopek chyba brał. W zamian miał dostać niski wymiar kary. Sąd nie przystał na prośbę prokuratora i wlepił mu 7 lat.
 Czuję się oszukany. Tamto to kłamstwo. Nigdy nie widziałem ani nie słyszałem, żeby Szkopek brał. Prokurator kazał mi tak powiedzieć – zeznał.
Dam sobie ręce uciąć
O sprawie Szkopka napisano na Internetowym Forum Policyjnym.
Koczisowi to nawet wystarczało, że w każdej chwili mógł z aresztu pojechać do prokuratora, bo np. coś mu się przypomniało i tam obżerać się kurczakiem i frytkami. Jak się najadł, to powiedział, że właściwie nie jest pewien, czy coś mu się przypomniało. I wracał do paki – najedzony.
Oraz:
Powiem Wam coś o Szkopku. Odkąd pracuję w tej firmie, czyli od ponad 13 lat, nie spotkałem lepszego komendanta. Pamiętam, jak niedługo po tym, jak Szkopka zatrzymano, robiliśmy konwój jednego takiego złodzieja (pseudonim Kaniak) na Białołękę. Klient brechtał się ze śmiechu całą drogę, że ten, co najbardziej się bał brać w łapę i nie chciał się z nimi układać, poszedł siedzieć.
Wystarczające dowody
Sąd Rejonowy w Warszawie nie miał wątpliwości, że Wiesław Piotrowski ksywa Koczis kłamie. Stwierdzono, że zeznania które złożył, są związane z przyznaniem mu statusu świadka koronnego. Sędzia zauważył, że materiał dowodowy zgromadzony przez prokuraturę nie tylko jest cienki, ale jest dosłownie żaden.
– Nie uważałem wtedy, żeby materiał dowodowy był za słaby – zapewnia dziś prokurator Robert Myśliński, który w trakcie prowadzenia tej sprawy awansował na szefa śródmiejskiej prokuratury stołecznej.
Andrzeja Szkopka uniewinniono. Nie zmienił tego Sąd Okręgowy, po apelacji prokuratury.
Szkopek 2 lata przesiedział niewinnie. W mediach zrobiono z niego bandytę, a specjalna grupa pod dowództwem Bogdana Święczkowskiego ogłosiła sukces.


JOANNA SKIBNIEWSKA

środa, 27 lutego 2013

Tortury (NIE, 21/2009)

Krakowscy prokuratorzy i sędziowie zastosowali wobec kaleki trzyletnie męczarnie fizyczne.
Edward Kupczak jest kaleką. Jego życie od lat to świat inwalidzkiego wózka, cewników i nieustającego bólu.
W latach 90. Kupczak miał poważny wypadek. Złamanie trzonu kręgosłupa z uszkodzeniem rdzenia kręgowego. Efekt: paraliż kończyn, porażenie zwieraczy oraz bóle kręgosłupa i bezwładnych nóg. Mimo wszystko nie poddawał się. Operacje niewiele dawały. Lekarze wreszcie zdecydowali się na wysłanie chorego do niemieckiej kliniki i zainstalowanie mu pompy morfinowej, która w sposób kontrolowany i przemyślany dozowała środek uśmierzający ból.
Życie powoli nabierało barw. Kupczak poddał się ciężkiej rehabilitacji. Nauczył się poruszać o kulach, potem o lasce. Aż do października 2006 r....

Wpadli w kominiarkach o szóstej rano. Rzucili wszystkich na ziemię, przystawili broń do głowy. Według naszych ustaleń – na polityczne zlecenie. Kupczak trafił do aresztu. Od razu dostał 3-miesięczną sankcję. Sędzia nie obejrzała historii jego choroby. Nawet nie spojrzała na opinię lekarską ani nie przekazała jej biegłemu. Opinie sądowo-medyczne, mówiące jasno, że Kupczak nie może brać udziału w toczącym się postępowaniu, traktowano jak wykręty przestępcy. W uzasadnieniach kolejnych decyzji o przedłużeniu aresztu zatajono, że w ogóle takie opinie istnieją. Sędzia krakowskiego sądu Barbara Pankiewicz na każdym posiedzeniu dotyczącym przedłużenia aresztu szydziła z choroby osadzonego. I przyklepywała areszt, nawet nie zerkając do materiału dowodowego, który był co najmniej cieniutki, a już na pewno niedający podstaw do przedłużania odsiadki. W pompie morfinowej w więzieniu uzupełniano jedynie płyn fizjologiczny, żeby się nie zatarła. Powołany przez sąd biegły stwierdził, że chorego można leczyć w warunkach więziennych, ale jasno mówi, że pierwszy raz w życiu ma do czynienia z taką pompą. Kupczak nie dostaje od prawie 3 lat morfiny. Wyje w celi z bólu. Gryzie palce. Płacze. Jego stan fizyczny i psychiczny dramatycznie się pogorszyły. Miesiącami niewymieniane w więzieniu cewniki powodują stan zapalny. Brak rehabilitacji i leczenia spowodował, że Kupczak zapomniał już o lasce, a nawet i o kulach. Wózek inwalidzki i ból to codzienność. Trwało to od jesieni 2006 do 14 maja 2009 r.
Na początku maja zadaliśmy pytania rzecznikowi Sądu Okręgowego w Krakowie. Jednym z nich było: Dlaczego sąd od października 2006 r. nie uwzględnia dramatycznej sytuacji zdrowotnej Kupczaka i pomimo opinii biegłych o jego stanie zdrowia nadal go więzi stosując najpoważniejszy środek zapobiegawczy, jakim jest areszt tymczasowy?
Godzinę przed tym, gdy otrzymywaliśmy odpowiedź, wspominana sędzia Pankiewicz uchyliła areszt w zamian za poręczenie majątkowe. Prawie po 3 latach ktoś wreszcie zajrzał w akta!
Nie przesądzamy o winie lub niewinności aresztowanego, ale może sędzia zobaczyła, że zgromadzony materiał dowodowy jest wątpliwy?
– Sąd stosował areszt, ponieważ biegli orzekli, że Edward Kupczak może być leczony w warunkach szpitala więziennego. Wielokrotnie przecież się zdarza, że zatrzymani udają chorobę – odpowiada Rafał Lisak, sędzia z krakowskiego sądu.
Najwidoczniej uważa, że Kupczakowi zainstalowano pompę morfinową dla urody! Żeby mu się wygodniej siedziało na wózku.
– Istotnie, sędzia dzisiaj uznała, że areszt trwa już zbyt długo i może być uciążliwy dla podsądnego, stąd dzisiejsza decyzja o uchyleniu tego środka – dodaje rzecznik.
Dlaczego dopiero po prawie 3 latach?

Edward Kupczak i trzy inne osoby trafiły do aresztu w związku z rzekomo przestępczą działalnością   w kantorach przy krakowskim Wielopolu. Materiał dowodowy nie potwierdzał jednak stawianych przez prokuratora zarzutów, zastosowano więc areszt wydobywczy. Osadzeni usłyszeli, że jeśli obciążą konkretne osoby, to będą mieli lepszą sytuację procesową (nagrana wypowiedź jednego z prokuratorów). Ale oni nikogo nie chcieli obciążać. Tym bardziej że większości z tych osób w ogóle nie znali. Przedłużano więc areszt w nieskończoność. Aresztowano żony i konkubiny zatrzymanych. Nawet zaawansowana ciąża nie była przeszkodą. Podczas zatrzymania przystawiono broń do głowy dzieciom jednego z aresztowanych. Ta sprawa miała pokazać „krakowski układ”. Miał on skupiać biznesmenów, notariuszy i adwokatów. Nie pokazała nic.
W obronie Kupczaka wystąpiła Helsińska Fundacja Praw Człowieka. Efektem było straszenie fundacji, że sędzia wystąpi do prokuratury z wnioskiem o naruszenie dóbr osobistych! Sędzia Pankiewicz stwierdziła, że została pomówiona przez fundację...

Już dziś osoby aresztowane w sprawie kantorów przy Wielopolu wróciły do domów. Jedna z nich po raz pierwszy zobaczy syna, który urodził się w 2006 r.

Katownia w Krakowie (NIE, 16/2008)

Śmierć albo kalectwo w areszcie przy Montelupich. Claudiu Crulic popełnił błąd. Wierzył w sprawiedliwość, prawo i ludzką przyzwoitość. Za tę wiarę zapłacił życiem. Jego akurat sprawa obiegła środki przekazu, choć bez szczegółów, które przedstawimy. Nim to nastąpi, zaprezentujemy inne typowe ofiary krakowskiego aresztu przy Montelupich, w którym zdarzenia takie, jak to dotyczące rumuńskiego więźnia, wcale nie są wyjątkowe.

 
Leszek Szlachcic jest inwalidą I grupy, niewidomym. Nigdy nie był karany. Spędził 27 miesięcy w areszcie śledczym w Krakowie. Jest oskarżony o próbę wyłudzenia z Centrum Leasingu i Finansów w Krakowie 417 tys. zł. Twierdzi, że jest niewinny. Ma na to dowody. Oskarża prokuratorów z Krakowa o spowodowanie ślepoty. W areszcie śledczym odebrano mu zdrowie i wzrok.
19 lat temu Szlachcic zaczął tracić wzrok – jaskra. W latach 1984–1985 specjaliści z wrocławskiej kliniki przeprowadzili dwie udane operacje. Udało się powstrzymać postęp choroby. Odkupił od związku niewidomych dwie spółki, założył stowarzyszenie pomagające inwalidom. Zatrudnił około 90 niewidomych. Gdy trafił do aresztu, miał zaświadczenie od lekarza, że musi być pod stałą kontrolą okulisty. Mógł sobie tym świstkiem tyłek podetrzeć.
– Gdy zgłaszałem prośbę o konsultację lekarską, służba więzienna pisała, że moje problemy wynikają z samouszkodzenia wzroku – mówi Szlachcic. – To jakiś absurd.
Szlachcic ma dowód, że to nieprawda. Sądowy lekarz okulista wydał opinię, że nigdy nie doprowadzał do samookaleczeń, a dotychczasowe zmiany spowodowane są chorobą. O konsultacji lekarskiej w czasie aresztu nie miał co marzyć. Prokurator nawet nie rozpatrywał jego próśb. Szlachcic stracił wzrok.
Złożył doniesienie o przestępstwie. Umorzono. Złożył następne, następne i następne. Umorzono. Wszystkie sprawy prowadziła prokuratura w Krakowie.
 
Stanisława Chmielewska. Aresztowana przez krakowską prokuraturę, żeby „zmiękczyć” jej syna aresztowanego wcześniej. Chłopak nie chciał mówić, przymknęli mu więc matkę stawiając jej absurdalne zarzuty. Chmielewska była w areszcie rok i trzy miesiące. Wyszła w stanie agonalnym w pierwszej fazie udaru mózgu.
Badający Chmielewską lekarz z krakowskiego pogotowia po badaniu przed aresztowaniem napisał, że wyjątkowo wyraża zgodę na jeden dzień jej pobytu w izbie zatrzymań. W kilka dni po zatrzymaniu adwokat Chmielewskiej złożył wniosek o przebadanie jej przez biegłych lekarzy. Lekarze takie badanie przeprowadzili – w rok i trzy miesiące od złożenia wniosku! Chmielewska jest wrakiem człowieka. Sześć guzów tarczycy, guz piersi, osteoporoza, cukrzyca, dyskopatia, pierwsza faza udaru mózgu z postępującym paraliżem kończyn dolnych i mimicznymi zmianami na twarzy. Gdy z powodu konwulsji wreszcie zbadał ją więzienny lekarz i zrobił EKG, wyrwał z aparatu wynik i darł go na strzępy. Potem znowu robił pomiar i znowu darł, a pielęgniarka trwożnie pytała: „Wołamy pogotowie?!”. Nie zawołali.

Jej syn Adam trafił do aresztu za... wykrywanie przestępstw gospodarczych w koncernach paliwowych (pracował dla służb specjalnych). Zarzucono mu, że skumał się z przekręciarzami. Nam wydaje się, że za dużo wiedział o ważnych tego kraju, ale o tym zdecyduje sąd. Oczywiście aresztowała go krakowska prokuratura.
Do aresztu na Montelupich trafił zdrowy. To było wielkie, silne chłopisko, zbudowane jak ze stali. Po dwóch miesiącach zaczęły się zawroty głowy, silne bóle, utraty przytomności. Prosił o konsultację lekarską. Prokurator uznał, że symuluje. Raz zmierzono mu ciśnienie: 200/120. Lekarz się uśmiał i wysłał go do celi. Niedługo potem Chmielewskiego sparaliżowało. Służbę więzienną zaalarmowali współwięźniowie. Gdy przyszedł lekarz, pociął mu nogę, żeby udowodnić, że aresztant ma czucie w nogach. Adam do dziś ma blizny. Lekarz stwierdził, że „coś jest nie tak”, i zostawili go w celi. Na rok. W międzyczasie wysiadło mu serce. Gdyby nie więźniowie, Chmielewski umarłby z głodu. Zwyczajnie w stanach krytycznych trzeba było go karmić. Prokurator nie wyraził zgody na konsultację lekarską, mimo że narzeczona i matka błagały w pismach o pomoc lekarską. Kiedyś w drodze na przesłuchanie zaczął umierać. Służba więzienna zatrzymała się przy pierwszym w mieście szpitalu. Ledwo przeżył. Lekarz więzienny chwilę przedtem napisał, że jest całkowicie zdrowy i może brać udział w przesłuchaniu. Z aresztu wyszedł ze zrujnowanym zdrowiem.
 
Paweł H. – prokurator. Znany w Krakowie, bo łapał pospolitych bandziorów. To on zresztą prowadził niefortunną sprawę prezesa Optimusa Romana Kluski. Paweł H. też trafił do aresztu na Montelupich. Jego kumpel z krakowskiej prokuratury zarzucił mu wzięcie łapówki – 1000 zł. Zaraz jak Paweł H. zniknął z prokuratury, ów kumpel zaczął opowiadać, że to on rozpracował Kluskę. Pawła H. wykończono w areszcie. Już po pierwszych miesiącach zaczęły się poważne problemy endokrynologiczne. Tym bardziej że aresztant był wcześniej leczony. Prosił o konsultację lekarską. Cisza. Błagał o nowe leki i kurację hormonalną. Wyśmiano go. W papierach napisano, że symuluje. Gdy nagle zaczął puchnąć, a zbierające się w organizmie płyny zagrażały życiu, lekarz więzienny napisał, że to... otyłość prosta. W areszcie przesiedział rok. Dziś jest w stanie udowodnić, że zatrzymano go na podstawie fałszywych zeznań. Co z tego, skoro zdrowia nikt mu nie wróci. Wyszedł z aresztu jako kaleka. Pięć dni przed stwierdzeniem przez lekarza spoza więzienia stanu krytycznego i nieodwracalnych zmian, lekarz więzienny napisał, że Paweł H. jest zupełnie zdrowy.
– Takie oświadczenie wymusił na nim prokurator, żeby Paweł H. mógł wziąć udział w przesłuchaniu – powiedział jego współwięzień.  

   
Żona Pawła H., biegły lekarz sądowy, pisała wielokrotnie do prokuratury. Bezskutecznie. Pisała skargi na lekarzy. Raz dostała odpowiedź, że przeprowadzono rozmowę profilaktyczno-wychowawczą.

 
Zamordowany samobójca
Wróćmy do tragicznie zmarłego Claudia Crulica. We wrześniu prokuratura z Krakowa (Śródmieście Zachód) wydała nakaz aresztowania. Prokurator utrzymywał, że rumuński emigrant okradł krakowskiego sędziego. Zginął mu portfel. Sędzia rozpoznał w Claudiu sprawcę, dla prokuratora sprawa była więc zamknięta. Nawet nie próbował weryfikować faktów i udowadniać winy.
Jestem niewinny, upierał się Claudiu. Prosił o kontakt z rumuńskim konsulatem. Prokuratura nawet nie odpowiedziała. Prosił o tłumacza. Jak grochem o ścianę. Błagał, żeby dołączono do akt sprawy bilet autobusowy do Mediolanu świadczący o tym, że w chwili popełnienia przestępstwa nie było go w Polsce. Nic. Prosił o przesłuchanie świadków, którzy go w autobusie widzieli. Zero reakcji. Lekceważyli go wszyscy. Wtedy zdecydował się na desperacki krok. Rozpoczął głodówkę. W ramach protestu, a nie jako próbę samobójczą, co dziś próbują wmówić władze więzienne, prokuratura i sąd.
Crulic nie jadł cztery miesiące. Służba więzienna w areszcie śledczym na Montelupich w Krakowie nie zrobiła nic żeby zapobiec tragedii. Nie tylko mogła coś zrobić, ale zgodnie z ustawą o służbie więziennej był to jej psi obowiązek. Za każdego osadzonego są odpowiedzialne władze więzienia, a za aresztanta odpowiada także prokurator i sąd. Te trzy jednostki były zobowiązane chronić Claudiu. Tymczasem te trzy jednostki, współdziałając ze sobą, doprowadziły do jego śmierci.
Jak wynika z akt sprawy (I DS 1488/07) – Crulica 3 stycznia przyniesiono na noszach do szpitala. Po prawie czterech miesiącach głodówki. Lekarze napisali, że więzień jest w złym stanie, wyniszczony i odwodniony
– Kości obciągnięte skórą – mówili lekarze. Nic nie mówił, na pytania odpowiadał kiwnięciem głowy.
Wtedy pewnie służba więzienna i prokurator trochę się przestraszyli. Wystąpili do sądu.
14 stycznia sąd zgodził się na badanie krwi głodującego i przymusowe karmienie go przez sondę. Co z tego, skoro nadal nie karmiono go sztucznie.
– Wyrok musiał się uprawomocnić – stwierdził rzecznik aresztu na Montelupich.
Dawno nie słyszeliśmy większej bzdury.
– Dyrektor więzienia i służba więzienna ma wszelkie środki prawne, żeby natychmiast, bez zgody sądu, rozpocząć sztuczne odżywianie – mówi anonimowo (czego się boi?) jeden z dyrektorów więzienia. – To jest jego obowiązek. A badania krwi muszą być wykonywane rutynowo!
Mężczyzna umarł cztery dni później. Dyrektor więzienia stwierdził, że na własne życzenie.
– Był bardzo spokojny i całkowicie poczytalny. Doskonale wiedział, czym może skończyć się jego upór – powiedział Stanisław Teleśnicki, lekarz z krakowskiego więzienia.
Rumun był wyjątkowo spokojny, szczególnie w ostatnich dniach, gdy miał siłę jedynie zamrugać powiekami na znak, że w ogóle słyszy.

 
Nie da się zapomnieć
Porozmawialiśmy z innymi pensjonariuszami krakowskiego aresztu – Leżałam w szpitalu więziennym – mówi była aresztantka, – a nad nami dosłownie wył człowiek. Nazywali go Sum. Miał trochę ponad 20 lat. Wył przez tydzień. Z bólu.
Aż pewnego dnia słychać było, jak strażnicy wpadli do celi, był wielki rumor, huk. Nietrudno było rozpoznać odgłosy bicia. I chłopak przestał wyć. Niedługo potem próbował się powiesić. Jego rodzice składali doniesienie. Udokumentowali winę. Postępowanie prowadziła krakowska prokuratura. Wynik znamy.
Dawid L., Żyd z oddziału III. Młody chłopak ze stwierdzoną klaustrofobią. Miał zalecenie dodatkowych spacerów po korytarzu. Był bity przez oddziałowych i klawiszy. Raz odmówił jedzenia. Został dotkliwie pobity. Naśmiewali się z niego, mówili „Mosiek”. Zamykali specjalnie w izolatce. Wychodził oszalały. Po paru takich odosobnieniach nigdy nie wrócił do siebie. Nasi informatorzy ostatni raz widzieli go, gdy na Montelupich był prawie rośliną. Żydowską rośliną z celi 207.
Iwonka, 22 lata, przyszła do aresztu zdrowa. Za niespłacony kredyt. Po pewnym czasie wpadła w panikę. Bała się wejść do celi. Współwięźniarki były pewne, że zabrano ją do psychiatry. Gdy w południe szły na spacerniak, zobaczyły Iwonkę. Leżała na korytarzu na podłodze. A tam goły beton. Bezwładna, prawie goła. Prosiły oddziałowego, żeby wezwał lekarza. Gdy wracały po godzinie, Iwonka nadal leżała na tym samym miejscu. Nieprzytomna. Gdy więźniarki zaopiekowały się nią i odzyskała przytomność, nie była tą samą dziewczyną. Nie mówiła, nie umiała się ubrać, umyć. Nigdy nie zbadał jej psychiatra. Więzienny lekarz zaordynował jakieś leki. Spała po nich z otwartymi oczami. Nie było z nią kontaktu.
Bernadetta, nazywały ją Basia, też wymagała opieki psychiatrycznej. Próbowała się wieszać. Co noc rwała prześcieradło, żeby zrobić sznurek. Cały czas trzeba było jej pilnować. Bliscy monitowali do prokuratora, prosili o konsultację psychiatryczną, więźniarki prosiły o pomoc. Prokurator nie widział powodu do reakcji. Czy Bernadetta żyje? Czy może wreszcie skręciła swój sznur?
Marzenka, 28 lat, trafiła do aresztu za coś drobnego. Pewnego dnia zasłabła. Zmierzono jej ciśnienie. 210/100.
– Może napije się pani kawy – podobno z uśmiechem zapytał lekarz. Tego dnia było 38 stopni na dworze. W celach jeszcze cieplej. Lekarz nie pozwolił uchylić okna, choć były kraty. Więźniarki kilka godzin okładały ją mokrymi ręcznikami.
Leszek Szlachcic pamięta młodego aresztanta z celi obok. Mówił, że ma zawał. Współwięźniowie wzywali lekarza na pomoc. Przyszedł. Kazał mu wstać i iść do pielęgniarki. Chory nie mógł. Strażnicy zostawili go, tylko zerkali przez wizjer. Za dwa dni znowu więźniowie wzywali pomoc. Chory tracił przytomność. Kazano mu wstać i iść do pielęgniarki. Tak było trzy razy. Po ośmiu dniach wyniesiono go na noszach do więziennego szpitala. Parę cel dalej. Za późno. Zmarł na noszach tuż przy celi mojego rozmówcy. Miał zawał.
Stanisława Chmielewska siedziała kiedyś w celi z narkomankami. Trzy z nich były nosicielkami HCV, wirusowego zapalenia wątroby typu C. Najcięższego. Większość była na metandonie. Gdy wracały z zastrzyku, kiwały się półprzytomne na pryczach. Spadały, kaleczyły się. Chmielewska, ciepła opiekuńcza kobieta, pilnowała godzinami, żeby nie połamały sobie rąk i nóg. Kobieta, która sama wymagała stałej opieki lekarskiej.
Zgniła nora z pleksi w okienku i z betonową podłogą – to cela... szpitalna. Te, w których przebywają aresztanci, trudne są do opisania. Na Montelupich są dokręcane łóżka pod sufitem. Gdy przyjeżdża kontrola unijna, łóżka się odkręca, a więźniowie na chwilę umieszczani są w innym pawilonie. Opieka medyczna w tym areszcie praktycznie nie istnieje. Lekarze i pielęgniarze za wszelką cenę starają się nie wpisywać do karty złych wyników. Podobno na życzenie prokuratorów. Aresztant prawie zawsze może brać udział w przesłuchaniach, nawet gdy traci przytomność. Więźniowie mówią też, że stomatolog nie dezynfekuje narzędzi. Cały czas używa tych samych. Nikt nie zwraca uwagi na pory podawania leków. Cukrzycy zapadają w śpiączkę.

Polska odpowie
Rodzina 33-letniego Rumuna, który zagłodził się na śmierć w krakowskim areszcie, przygotowuje pozew przeciwko państwu polskiemu. Tymczasem krakowski areszt i ambasada Rumunii twierdzą, że mężczyzna umarł z głodu na własne życzenie. Postępowanie wyjaśniające w sprawie śmierci Crulica prowadzi... areszt przy Montelupich. Czy przypadkiem nie nastąpiło zaniedbanie, bada... krakowska prokuratura. Już się ktoś wypowiedział, że Crulic na pewno podjadał, bo więźniowie kupują sobie jedzenie w bufecie i dostają paczki. Jasne! W bufecie mogą się zaopatrzyć co dwa tygodnie, a prawo do paczek mają raz na kwartał do pięciu kilo.
We wszystkich opisanych przypadkach przewijają się ci sami prokuratorzy i sędziowie. O kilku z nich już pisaliśmy. Mogliby być głównymi bohaterami i tego artykułu. Tym razem jednak bohaterami są ich ofiary. Ile ich jeszcze będzie? Nie trzeba jechać do Tybetu, żeby zobaczyć naruszanie praw człowieka.

Areszt tymczasowy

Jest najsroższym środkiem zapobiegawczym, który stosuje się wobec najgroźniejszych przestępców lub gdy zachodzi uzasadnione podejrzenie, że będą próbowali ucieczki albo będą mataczyć czy niszczyć dowody. Stosuje się go na trzy miesiące, gdyż ustawodawca uznał, że sprawnie działający prokurator w takim czasie powinien uporać się z zabezpieczeniem dowodów. W szczególnych przypadkach sąd na wniosek prokuratury może tymczasowe aresztowanie przedłużyć. Najwyżej o trzy miesiące. W Krakowie i nie tylko znaczna część kary odbywa się bez wyroku – w areszcie. Ciągle zdarza się, że po czasie sąd wydaje wyrok uniewinniający albo akt oskarżenia w ogóle nie trafia do sądu. Osoby w ten sposób pokrzywdzone przez prokuratorów składają pozwy o odszkodowania. Płaci za to skarb państwa, czyli my wszyscy. A logicznie rzecz ujmując zapłacić powinien ten, kto nietrafnie wniósł o zastosowanie aresztu. Niekiedy długi pobyt w areszcie wpływa na wydanie sroższego wyroku po to, aby pozbawienie wolności obejmowało ten czas, który podsądny spędził w areszcie z woli sądu i zanim jego sprawa została merytorycznie rozpatrzona.

Niechciane dowody

W czasie śledztwa Crulic chciał, aby do akt jego sprawy dołączono bilet autobusowy wykupiony na podróż z Krakowa do Mediolanu. Bilet był datowany na 10 lipca, co dowodziłoby, że Rumun wyjechał z Polski i 11 lipca, gdy popełniono kradzież, nie było go w Krakowie (redakcja „Tygodnika Powszechnego” posiada kopię tego biletu oraz listę pasażerów). Dziennikarka „Tygodnika Powszechnego” Małgorzata Nocuń dotarła do pracownicy biura podróży Jordan, która 10 lipca była pilotką kursu i znała Crulica – był częstym pasażerem na tej trasie. Kobieta pamięta, że 10 lipca o 14.20 na przystanku Kraków Główny wsiadł tylko jeden pasażer – był nim Claudiu Crulic. Twierdzi, że nie mogłaby pomylić go z nikim innym i wpuścić na jego bilet kogoś innego. Jednak prokuratura nie przesłuchała pilotki jako świadka.