Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kazimierz Pawelec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kazimierz Pawelec. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 marca 2013

Rachunki krzywd (NIE 28/2012)


Spotkałeś nieludzkiego prokuratora? 
Pozwij go i oskub. 
 

Warszawski sąd cywilny po raz pierwszy uznał, że prokuratorzy nie są bezkarni i muszą ponosić finansowe konsekwencje swoich błędnych decyzji. Prokuratura Okręgowa w Warszawie musi zapłacić odszkodowanie człowiekowi, wobec którego bezzasadnie zastosowała nie tylko areszt, ale także "wolnościowe" środki zapobiegawcze. Mamy nadzieję, że ta decyzja sądu cywilnego otworzy drogę do zmian legislacyjnych w polskim prawie.

***

- Przetarliśmy szlak - powiedział po rozprawie mecenas Kazimierz Pawelec, doktor prawa.
Szlak nie do pokonania od lat. Powód doznał zawinionej przez organy ścigania krzywdy, uzasadniającej zadośćuczynienie za naruszenie dobra osobistego - napisał w pozwie do sądu cywilnego mec. Pawelec w imieniu Krzysztofa Baranowskiego. Bo Baranowski postanowił walczyć o swoje prawa.
Gdy zwolniono go z aresztu, zastosowano wobec niego tzw. wolnościowe środki zapobiegawcze: konieczność zgłaszania się na komisariat i zakaz opuszczania kraju z zatrzymaniem paszportu i zakazem wydania mu nowego. Pierwsze skutkowało tym, że spotykał się co tydzień w komisariacie z innymi ludźmi, którzy go znali, drugie całkowicie sparaliżowało mu pracę i zarabianie pieniędzy.
Wielokrotnie pisał prośby o zniesienie środków zapobiegawczych. Argumentował, że nie może normalnie pracować, zarabiać, utrzymywać rodziny. Za każdym razem dostawał odpowiedź odmowną z Prokuratury Okręgowej w Warszawie, która prowadziła przeciwko niemu postępowanie.
Prokurator Monika Lewandowska pisała, że wszystko wskazuje na to, iż będzie siedział długie lata, bo na pewno jest groźnym przestępcą. Według niej wskazują na to zgromadzone przeciwko niemu dowody. Tak bujał się przez 4 lata. Aż wreszcie śledztwo w tej sprawie zostało umorzone, a w działaniach Baranowskiego nie dopatrzono się znamion przestępstwa.
O zgromadzonych dowodach, których - jak widać - nie było, jakoś nikt nie wspominał. Czyli siedział za bezdurno i kompletnie bezsensownie biegał do komisariatu. Nie mógł normalnie pracować. I gdy o odszkodowanie za niesłuszny areszt mógł jak najbardziej występować do sądu, tak o niesłuszne stosowanie wspomnianych środków wolnościowych już nie. Postanowił więc wyrwać kasę od warszawskiej prokuratury na drodze cywilnej - za naruszenie dóbr osobistych. Niestety wiązało się to z poniesieniem pewnych kosztów, ale per saldo się opłacało. Bo wygrał. Sąd uznał roszczenia Baranowskiego, rozstrzygając, że faktycznie naruszono jego dobra osobiste, a stosowane wobec niego środki zapobiegawcze były nieuzasadnione. Prokuratura musi zabulić odszkodowanie. To pierwszy taki wyrok w kraju.
- Jest to ograniczenie swobody poruszania się i zmuszanie do określonych zachowań, a to przecież naruszenie praw konstytucyjnych - stwierdził prawnik.

***

Wolnościowe środki zapobiegawcze to także, poza wspomnianymi wcześniej, poręczenie majątkowe, co czasem skutkuje brakiem środków do życia, brakiem możliwości prowadzenia działalności gospodarczej, a w konsekwencji ewidentnymi stratami finansowymi. Jest jeszcze poręczenie osoby godnej zaufania, co może uwłaczać godności osobistej osoby podejrzanej. Trzeba np. lecieć z prośbą do proboszcza, który nigdy nie poręcza za darmo... Może być także nakaz opuszczenia lokalu mieszkalnego - dolegliwości takiej decyzji nie trzeba uzasadniać. Równie przykrym, dotkliwym i niezwykle częstym środkiem jest zawieszenie w czynnościach służbowych. Taka osoba otrzymuje połowę wynagrodzenia i nie może podjąć żadnej dodatkowej pracy. Zostaje napiętnowana w środowisku zawodowym, co często skutkuje późniejszą utratą pracy. Dotyczy to głównie policjantów i lekarzy.
Niesłuszne stosowanie środków zapobiegawczych to niejedyna dolegliwość klientów prokuratur, za którą prokuratorzy powinni płacić. Także bezzasadne oskarżenie narusza dobra osobiste obywateli. Postawienie zarzutów wiąże się z koniecznością informowania organów ścigania o każdej zmianie miejsca pobytu i zamieszkania. Poza tym straty moralne, strach przed niesprawiedliwą karą, rozpacz, wkurzenie, niepotrzebny stres, który może skutkować utratą zdrowia. Za to też należy ścigać prokuratorów!
- Przecież ktoś nadzoruje ich pracę, jest jakaś służbowa kontrola instancyjna, jak więc można popełniać tak drastyczne błędy? - pyta Pawelec.

***

Prokuratura Okręgowa w Warszawie ma zapłacić Baranowskiemu odszkodowanie. Teraz podobnych pozwów o zadośćuczynienie za bezzasadne stosowanie środków zapobiegawczych powinno być więcej. Może to doprowadzi wreszcie do zmian legislacyjnych, tak żeby prosty obywatel, niesłusznie gnębiony przez organa ścigania, wreszcie mógł dochodzić swych praw. Chętnych do pozwania prokuratora lub prokuraturę na drodze cywilnej informujemy, że mamy wzór pozwu, który możemy udostępnić.

piątek, 15 marca 2013

GOWINIZM (NIE 18/2012)

To wydarzyło się naprawdę. Nie na Białorusi, ale u nas, w Świdnicy w kwietniu 2012 r., kiedy prezydentem jest Komorowski, oberprokuratorem Seremet, ministrem zaś tej sprawiedliwości - Gowin. Bohaterami są strażnicy prawa - sędzia i prokurator. Bezczelnie i bezkarnie naruszający lub łamiący prawo. Nie po raz pierwszy. 
 
Niewładający obiema rękami i nogami Marek Lisowski jest sądzony jak groźny przestępca. Sparaliżowany od 22 lat człowiek jest oskarżony przez wrocławskiego prokuratora Jarosława Dykę o kierowanie grupą przestępczą. Pomówiony został przez świadka koronnego: złodzieja, handlarza narkotyków, oprycha wykonującego zlecenia zabójstw, który po to, by uchronić się przed karą, zaspokaja oczekiwania prowadzących śledztwo. Innych dowodów winy poza pomówieniem nie ma.
Dyko
Kaleka poruszający jedynie głową trafił do aresztu wydobywczego do Zakładu Karnego w Czarnem. Przebywał tam3 miesiące właściwie bez opieki medycznej. Zaszczuty, źle traktowany, poniżany i doprowadzony prawie do śmierci, miał przyznać się do winy. Nie przyznał się. Prokuratura skierowała akt oskarżenia. Lisowski właśnie stanął przed Sądem Okręgowym w Świdnicy. To znaczy wwieziono go na salę rozpraw wózkiem inwalidzkim. 16 kwietnia rozpoczął się proces przeciwko niemu. Ma odpowiadać za handel narkotykami, fałszywymi dolarami oraz przewóz dragów i uranu (w nogawce spodni!) przez granicę. Miał to robić kilkanaście lat temu aż do 2005 r., choć praktycznie był wtedy (i nadal jest) rośliną.
Ponoć dokonywał tych przestępstw także w czasie gdy leżał w śpiączce. 16 maja Lisowski ma usłyszeć wyrok.

Zwierzęta z klatki
Środa, 18 kwietnia 2012 r., godz. 9.30, Sąd Okręgowy w Świdnicy. Przed salą rozpraw na wózku czeka Lisowski z ojcem i bratem. Tata podaje mu wodę, wyciera pot z twarzy. w sądzie robi się zamieszanie. Ktoś zobaczył dziennikarzy i kamerę. Szybko przychodzi więc kilku policjantów. Robią prowizoryczną blokadę z ławek przed wejściem do sali rozpraw. Zaczyna się przeszukanie dziennikarzy. Mamy zdjąć kurtki, wyjąć wszystko, co posiadamy, moja torebka zostaje przetrząśnięta.
Po wejściu do sali szokujący widok. Za kratami, w klatce zamkniętej na kłódkę, siedzą jak groźne zwierzęta trzej oskarżeni dowiezieni z aresztu. Siedzą, bo znają oskarżonego Lisowskiego. Jeden przywoził mu pizzę i czasami go karmił, drugi był jego kolegą. Trzeci jest dorzucony jak wisienka na torcie. Wskazany przez świadka koronnego jako żołnierz Lisowskiego, zupełnie nieznany mu człowiek.
Wraz z pierwszym świadkiem wchodzi czterech rosłych facetów w kominiarkach i z bronią przy boku. Obstawiają drzwi, jeden staje w rozkroku przy wózku sparaliżowanego człowieka. Śmiać się czy płakać?
- Jak świadek poznał Marka Lisowskiego? - zadaje pytanie sędzia Maciej Jedliński. Zaczyna się szopka.

Sparaliżowany chodził
Jedliński
Świadek z wyrazem twarzy śpiącego pawiana i na poziomie intelektualnym muszki owocówki mówi, że dobrze zna oskarżonego Lisowskiego. Kupował od niego amfetaminę. Spotykali się w lesie, Lisowski przyjeżdżał samochodem. Zawsze przyjeżdżał sam. Wysiadał z samochodu, podchodził, brał amfę, płacił i odjeżdżał. Według świadka Lisowski to bardzo wysoki mężczyzna. Tymczasem obecni na sali zerkają na skurczone, zdeformowane od 22 lat ciało Lisowskiego, które drży na wózku. Prokurator z dezaprobatą kręci głową. Nie tak miało być! Sędzia zaś łapie się za głowę. Prosi świadka, żeby rozejrzał się po sali i wskazał Lisowskiego. Ten go jednak nie rozpoznaje. Innych oskarżonych też nie zna. Sędzia pomaga więc świadkowi.
- Czy poznał pan kiedyś osobę niepełnosprawną? - pyta sędzia Jedliński i uporczywie patrzy w stronę wózka.
- Może jednak ktoś taki kupował od pana narkotyki? I może był to Marek Lisowski?
Prokurator Dyko kiwa głową. Świadek pod nosem duka, że może i tak. Sędzia dyktuje do protokołu: Znam niepełnosprawnego, który kupował ode mnie narkotyki, to był Marek Lisowski, choć świadek wcale tak nie powiedział. Świadek dorzucił nawet, że ten niepełnosprawny nigdy od niego dragów nie brał. Ot, poznali się przypadkowo, towarzysko. Sędzia dobrodusznie pyta, czy może dlatego nie pamięta nazwiska, że ten niepełnosprawny miał jakąś ksywę. Świadek bąka: - Może.
Jedliński dyktuje do protokołu: Nie pamiętam dokładnie nazwiska tego niepełnosprawnego, bo miał on pseudonim.
- Jaki? Świadek zerka na prokuratora i odpowiada: - "Paralita".
zdjęcie z rozprawy
Sędzia Jedliński po raz kolejny każe spojrzeć na salę i rozpoznać Lisowskiego. Świadek nadal go nie rozpoznaje, choć Lisowski jest 1,5 metra od niego. Sędzia każe popatrzeć w lewo, gdzie siedzi inwalida, ale świadek nadal nikogo nie rozpoznaje.
Wreszcie Jedliński pyta: - Czy zauważył świadek osobę niepełnosprawną na sali? Na wózku inwalidzkim. Czy świadek ją rozpoznaje?
Prokurator z aprobatą kiwa głową. Świadek mówi więc, że go wcześniej widział.
Sędzia Jedliński każe ojcu Lisowskiego podwieźć go wózkiem pod nos świadka i zwraca się do chorego: - Panie Marku Lisowski, czy pan jest "Paralita"?
Świadek doznaje olśnienia. Tak, teraz jest pewny, to jest Marek Lisowski, tylko wtedy był chudszy. Prokurator jest zadowolony. Uśmiecha się do świadka. I sędzia też z uśmiechem dyktuje do protokołu zgrabne zdania świadka, których wcale nie wypowiedział.

Dwupiętrowy parter
Przyszła pora na odczytanie zeznań świadka złożonych przed prokuratorem. Kolej na szopka. Bo choć świadek czterokrotnie nie rozpoznał oskarżonych siedzących w klatce, to w zeznaniach przed prokuratorem twierdził, że zna ich wszystkich bardzo dobrze. Ba, pił z nimi, handlował narkotykami, bronią, jeździł na panienki. Poza tym to oni przywozili do niego "Paralitę". Ci sami, którzy dziś siedzą w sali, a świadek nie wie, kto to. Rozpoznaje tylko tego, który z Lisowskim w żaden sposób nie jest związany. Zna go dobrze, spał w jego domu. Gdy ów rozpoznany pyta, skąd niby on miałby go znać i jak wygląda dom, w którym on spał, świadek zaczyna opowiadać. Zapamiętał kort tenisowy, to, że był tam straszny bałagan i że ten dom to była parterówka.
- Wysoki Sądzie, mój dom jest dwupiętrowy i ma jeszcze bardzo wysoki spadzisty dach. Mogę pokazać zdjęcia. Ani na podwórku, ani nigdzie w okolicy nie ma kortu tenisowego. Nie wiem, gdzie miałby się zmieścić, skoro mam tylko 7 arów działki. Poza tym mieszkam z mamą, która jest strasznie pedantyczna i nigdy w życiu bałaganu w swoim domu nie widziałem - odpowiedział dobry znajomy świadka.
Dodał, że on świadka pierwszy raz widzi na oczy. To samo stwierdzili pozostali oskarżeni. Ten, który miał przywozić samochodem Lisowskiego po narkotyki, dodał, że nie mógł tego robić, bo z powodu jakiegoś schorzenia nawet nie ma prawa jazdy.
Świadek rozbieżności nie wyjaśnił, a sędzia o nie się nie dopytywał. Miał rozpoznanie Lisowskiego, zgrabnie stworzoną w protokole wypowiedź i więcej nie potrzebował.
- Widzi pan rozbieżności w swoich zeznaniach? Przecież zeznawał pan 4 miesiące temu... - rzucił Jedliński do świadka.
- Widzę - roztropnie odpowiedział świadek.
- Wie pan, skąd się one wzięły?
- Nie.
Widzę pewne rozbieżności w moich zeznaniach, ale dziś nie wiem, skąd one się wzięły, mogłem mniej pamiętać - podyktował protokolantce sędzia.
Pozostali świadkowie byli zgodni. Nigdy nie widzieli, żeby Lisowski miał nadmiar pieniędzy, a już na pewno nie fałszywych. Nie sprzedawał im narkotyków. Ci, którzy siedzą za kratkami to ludzie, którzy czasem się nim opiekowali, pomagali mu zjeść lub usiąść. Trzeciego nigdy z Lisowskim nie widzieli. Owszem, Lisowski przejeżdżał przez granicę, bo ma obywatelstwo niemieckie, a w Niemczech lepszą opiekę medyczną. O Lisowskim mówią dobrze. Podziwiają go za pogodę ducha pomimo kalectwa.
Tych świadków sędzia załatwiał szybko i o nic więcej nie pytał.

Prokurator bez uczuć
Marek Lisowski miał pozwolenie od lekarza na branie udziału w rozprawie, ale sąd musiał mu zapewnić bardzo częste przerwy, miał być w pozycji leżącej i przesłuchania nie mogły trwać dłużej niż 2,5 godziny. Rozprawa trwała od 9.30 do 14.00, Lisowski nie miał żadnej przerwy i był trzymany w pozycji siedzącej. Siedział przy nim cały czas ojciec, który podtrzymywał go, gdy tracił siły. Co chwila ocierał mu twarz, podawał wodę i próbował ogrzać, gdy Lisowski drżał.
- Czy nie boi się pan, że oskarża pan niewinnego człowieka? - zadaliśmy pytanie prokuratorowi Jarosławowi Dyce. - Czy nie żal go panu? Przecież więzienie to dla niego kara śmierci.
- Ja nie kieruję się uczuciami, nie czuję żadnego żalu. Mnie interesują dowody - burknął.
- Dowody czy pomówienia?
- Zeznania - rzucił przez zęby, po czym zapytał, czy przypadkiem nie jest nagrywany. - Zresztą on pójdzie do więzienia w Niemczech, nie w Polsce - dodał. Aja to zrozumiałam tak: będzie mu lepiej niż w polskim mamrze. Cała rozprawa została nagrana. Słowo i obraz.
- To, co zobaczyłem i usłyszałem, nie wymaga komentarza - powiedział Kazimierz Pawelec, doktor prawa, autor książek prawniczych i podręczników prawa. - Nie sposób komentować protokołu, który nie odzwierciedla faktycznego przebiegu rozprawy. Zgodnie z ustawą świadkowi należy zagwarantować swobodę wypowiedzi, a nad rzetelnością procesu ma czuwać przewodniczący. Pytania, które tu padały, powinny być natychmiast uchylane. Protokół musi być tworzony bez stylizacji zeznań. O tym wielokrotnie wypowiadał się Sąd Najwyższy. Ma być przekazany wiernie i dosłownie.
Nawet wulgaryzmy mają być ujęte, jeśli świadkowi się wyrwało. A już sugerowanie bądź zadawanie świadkowi sugerujących wypowiedzi jest nie tylko niedopuszczalne, ale jest naruszeniem prawa. Nie wspominam już o niedopuszczalnym czterokrotnym okazywaniu oskarżonego. Przecież to jest oczywiste. Mówi o tym ustawa, mówią też autorytety prawnicze, że wystarczy wspomnieć profesorów Kalinowskiego, Cieślaka, Skrętowicza. To jest osobny przedmiot zajęć ze studentami prawa.
Być może cała ta farsa przed świdnickim sądem byłaby śmieszna, gdyby w grę nie wchodziło ludzkie życie. Sparaliżowany Lisowski umrze w więzieniu, do którego na siłę chcą go wsadzić prokurator Dyko i sędzia Jedliński.

Sędzia podejrzanym
Sędzia Jedliński kilkakrotnie próbował usunąć mnie z sali. Pewnie dlatego, że pisałam o nim i o jego sposobie prowadzenia rozpraw. Pisał do redakcji, żądając sprostowania i strasząc.
Tym razem sędzia Jedliński nie będzie mógł powiedzieć, że nie powiedział tego, co powiedział lub że nie zrobił tego, co zrobił.
Cechujące prokuratorów i sędziów poczucie bezkarności sprawiło, że tym razem cała rozprawa była nagrywana, zresztą za zgodą sądu. Teraz kopia trafido prokuratury, która musi z urzędu wszcząć postępowanie przeciwko sędziemu, rozpoczynając od wniosku o uchylenie immunitetu. Ciekawe, czy prokurator to zrobi i dlaczego nie?

Joanna Skibniewska

czwartek, 28 lutego 2013

Sędziowie nie płacą (NIE, 20/2010)


Wymiar sprawiedliwości karze, ale sam jest bezkarny. 
 

Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia. Sala rozpraw. Na drzwiach wokanda: 9.30 - prokuratura kontra X - wniosek o przedłużenie aresztu tymczasowego; 9.35 - prokuratura przeciwko Y - wniosek o areszt tymczasowy; 9.40 - prokuratura kontra Z - wniosek o przedłużenie aresztu. Czyjaś wolność warta jest pięciu minut zastanowienia...

Wolni i szybcy
- Nie więcej niż 20 procent sędziów zapoznaje się z aktami sprawy przy wniosku o areszt tymczasowy - mówi mecenas Kazimierz Pawelec, doktor prawa. - Ogromna większość nawet nie słucha argumentów obrony. Decyzja o odebraniu komuś wolności trwa zwykle chwilę. Wystarczy, że prokurator wnioskujący o areszt napisze, że istnieje podejrzenie uczestnictwa w zorganizowanej grupie przestępczej albo że podejrzany na pewno będzie mataczył. Sąd tego nie sprawdza. Prokurator Aurelia Skiba z Krosna zrobiła z podejrzanego członka zorganizowanej grupy przestępczej. W sądzie mówiła, iż reszta członków grupy jest jeszcze nieznana i trzeba delikwenta zamknąć, to być może ona jeszcze kogoś znajdzie. W Krakowie prokurator Wojciech Nowak zrobił grupę przestępczą z żony i męża, a prokurator Rafał Babiński - z matki i syna. Ten drugi napisał w uzasadnieniu, że podejrzany na pewno będzie mataczył na wolności, bo posiada telefon komórkowy. Nowak zaś uzasadniał w sądzie, że jeden z jego "podopiecznych" będzie utrudniał śledztwo, jeśli się go nie przymknie, bo zna cały Kraków i będzie rozmawiał z ludźmi. Babiński podczas rozprawy o przedłużenie aresztu innej osobie powiedział sądowi, że podejrzany parę dni wcześniej wysłał SMA-a do innego podejrzanego. Gdy obrona udowadniała, że to niemożliwe, bo delikwent siedział, a w posiadaniu tego telefonu był wówczas tylko prokurator Babiński, sąd nawet nie próbował tego sprawdzić. - Prokuratorzy czują się bezkarni, bo sędziowie im na to pozwalają - mówi była minister sprawiedliwości Barbara Piwnik, sędzia Sądu Okręgowego w Warszawie.

Siedzieć za nic
Większość aresztów i innych środków zapobiegawczych stosowanych przez prokuraturę i sądy jest nieuzasadniona. Często postępowania przed sądem kończą się uniewinnieniem oskarżonych. Mnożą się więc wnioski o wysokie odszkodowania za niesłuszne zatrzymanie i areszt (zgodnie z art. 552 kpk). Prokuratura Generalna nie prowadzi statystyki, ile takich wniosków trafia do sądów cywilnych, ale adwokaci mówią, że na pewno jest ich kilkaset rocznie. Średnie roszczenie to 5 tys. zł za dzień bezzasadnego aresztu. Więcej, jeśli osadzony twierdzi i dowodzi, że stracił zdrowie w więziennej celi, co jest normą. Wielokrotnie pisaliśmy o aresztach trwających 2 albo nawet 3 lata, które po zakończeniu procesów okazywały się środkiem zastosowanym niesłusznie i z naruszeniem praw człowieka. Skutkiem są milionowe odszkodowania dla osadzonych wypłacane przez skarb państwa. Płacą zatem podatnicy. Prokuratorzy, którzy albo odrzucali dowody niewinności, albo wręcz preparowali dowody winy, nie ponoszą żadnej odpowiedzialności - ani karnej, ani dyscyplinarnej, ani finansowej. Podobnie sędziowie, którzy te areszty klepali bez sprawdzenia, czy dowody przeciwko podejrzanemu są wystarczające do pozbawienia go wolności. Tymczasem zgodnie z przepisami oni wcale nie muszą być bezkarni. Prawo wręcz tego zabrania. Tylko nikt z tych, którzy mają stać na straży praworządności, tego prawa nie stosuje. Dlaczego? - Najwyższy czas postawić to pytanie - mówi Barbara Piwnik. - Pora otwarcie o tym mówić, żeby nie mnożyć krzywdy ludzkiej.

Paragraf na nadgorliwców
Art. 557 kpk mówi, że w razie naprawienia szkody oraz zadośćuczynienia za krzywdę skarb państwa ma roszczenie zwrotne do osób, które swoim bezprawnym działaniem spowodowały niesłuszne skazanie, zastosowanie środka zabezpieczającego, niesłuszne tymczasowe aresztowanie lub zatrzymanie. Adresatem powództwa o zwrot zasądzonej kwoty na rzecz osób bezpodstawnie skazanych czy tymczasowo aresztowanych powinien być sędzia, a przede wszystkim prokurator. Oni podejmują decyzje, które prowadzą do wskazanych w art. 557 kpk rozstrzygnięć. Uprawnionymi do wytoczenia powództwa przeciwko nieuczciwemu prokuratorowi są... prokuratura oraz organ powołany do reprezentowania skarbu państwa. Organem tym jest Prokuratura Generalna. - Po zasądzeniu przez sąd odszkodowania i zadośćuczynienia za niesłuszne aresztowanie prokurator musi obligatoryjnie zbadać, czy nie zostało ono spowodowane działaniem funkcjonariusza publicznego i w tym przedmiocie wydaje postanowienie, ale zamyka sprawę tylko w tym wypadku, gdy nie dopatrzył się podstaw do wytoczenia powództwa - tłumaczy sędzia Sądu Najwyższego Tomasz Grzegorczyk, autor podręczników prawa. Z analizy danych statystycznych, jakimi dysponuje minister sprawiedliwości, wynika, że od początku 2008 do końca II kwartału 2009 r. prokuratury nie skierowały ani jednego powództwa w trybie art. 557 § 1 i 2 kpk. Wydano 386 postanowień (znacznie mniej niż uzyskane w tym okresie odszkodowania za niesłuszny areszt) na podstawie art. 557 § 2 kpk, ale wyłącznie o braku podstaw do wniesienia powództwa regresowego, tj. zwrotu skarbowi państwa wydatków zawinionych przez prawników. W większości spraw ustalono, że nie zachodzi przesłanka w postaci bezprawnego zachowania osoby, o której mowa w art. 557 § 1 kpk. Czyli mówiąc po ludzku, prokurator kierował do aresztu niewinnego człowieka zawsze zgodnie z prawem... Na marginesie dodamy, że w latach 2006-2007 jedynie Prokuratura Okręgowa w Płocku skierowała 2 pozwy regresowe, które okazały się skuteczne. We wszystkich innych koledzy prokuratorzy trzymali się razem. Okazywali solidarność z partaczami, nadgorliwcami, nieukami i kolegami idącymi na skróty.

Rodzina togowatych
Parę miesięcy przed śmiercią Jerzy Szmajdziński wystąpił z zapytaniem do Ministerstwa Sprawiedliwości, dlaczego art. 557 kpk nie jest stosowany, a manipulujący prawem prokuratorzy pozostają bezkarni. Zapytał o liczbę niesłusznych aresztów, o wysokość odszkodowań i o to, ilu prokuratorów zapłaciło z własnej kieszeni za zniszczenie komuś życia. Na pytanie odpowiedzi nie dostał, natomiast podsekretarz stanu Zbigniew Wrona stwierdził, że art. 557 kpk... jest trudny do zrozumienia: Dostrzegając trudności w praktycznym stosowaniu przepisu art. 557 kpk oraz skomplikowane zagadnienia natury cywilistycznej, a także rosnącą liczbę i zakres zobowiązań odszkodowawczych Skarbu Państwa, w Ministerstwie Sprawiedliwości podjęto prace legislacyjne mające na celu nowelizację przepisów art. 557-558 kpk. Jednocześnie złożoność przedmiotowej materii oraz daleko idąca odmienność poglądów wymagają pogłębionej analizy powyższego zagadnienia w celu doprecyzowania i uzupełnienia obowiązujących regulacji o nowe przesłanki umożliwiające egzekwowanie odpowiedzialności regresowej. Należy przy tym również pamiętać o niezawisłości sędziowskiej, wymagającej zagwarantowania sędziom orzekającym o środkach zapobiegawczych, zabezpieczających lub o skazaniu niezbędnej autonomii orzeczniczej, jak również zapewnienia określonych standardów i warunków wykonywania ustawowych obowiązków przez prokuratora i innych funkcjonariuszy publicznych, którzy w sposób nieskrępowany powinni realizować swoje zadania. Okazuje się, że już w 2006 r. posłanka Beata Sawicka wnosiła interpelację i podobne zapytanie do ministra. Dowiedziała się, że począwszy od IV kwartału 2003 r. do sierpnia 2005 r. prokuratorzy przeprowadzili ok. 100 postępowań wyjaśniających, mających na celu dochodzenie roszczeń zwrotnych, o których mowa wart. 557 § I kpk. Wyniki tych postępowań nie dały podstaw do wytoczenia przez prokuratora powództw regresowych. Także w 2006 r. rzecznik praw obywatelskich Janusz Kochanowski występował z podobnym zapytaniem i żądaniem ścigania prokuratorów. I co? Dostał odpowiedź od ministra Zbigniewa Ziobry, że nie uzgodniono, kto ma reprezentować skarb państwa w tych postępowaniach... - Prokuratura Generalna nie tylko może, ale wręcz nie powinna czekać na decyzję prokuratora i wytoczyć powództwo wcześniej, jak również przyłączyć się do procesu na zasadach postępowania cywilnego - komentuje sędzia Grzegorczyk. Ile razy Prokuratura Generalna ścigała prokuratora za niesłuszny areszt? Ani razu. Funkcjonariusze państwa mający stosować prawo sami je łamią.

Tak ma zostać
Stowarzyszenie Prokuratorów Rzeczpospolitej Polskiej wystosowało list otwarty do Ministerstwa Sprawiedliwości. List mówił o niebezpieczeństwach, jakie czyhają na wspaniałych funkcjonariuszy publicznych poprzez stosowanie art. 557 kpk. Stowarzyszenie jest przerażone, że wzrasta liczba i wysokość kwot wypłacanych odszkodowań. Poza tym zauważa, że udowodnienie, iż prokurator zastosował niesłuszny areszt, jest niezwykle proste. I co wtedy? O konsekwencjach takiego orzeczenia dla bytu prokuratora i jego rodziny lepiej nawet nie wspominać - pisał przedstawiciel stowarzyszenia Bolesław Kurzępa. Ciekawe, czy prokuratorzy ze stowarzyszenia z podobną troską odnosili się do ofiar ich beztroskich poczynań, myśleli o dzieciach i małżonkach, często pozostających bez środków do życia? Czy tego rodzaju zagrożenia można de legę lata uniknąć? - pyta stowarzyszenie. - Wyobraźmy sobie przypadek uniewinnienia jednego z oskarżonych w głośnych ostatnio procesach gospodarczych, który przedstawi żądanie zasądzenia na jego rzecz wielomilionowego odszkodowania, a następnie po jego uznaniu i wypłaceniu Skarb Państwa skieruje swoje roszczenie np. przeciwko prokuratorowi prowadzącemu w tej sprawie śledztwo. Jest to sytuacja o tyle realna, że w sporej części spraw gospodarczych najpierw ma miejsce zwrot akt do prokuratury, zaś późniejsze relacje prasowe czy telewizyjne wskazywały, że główną przyczyną uniewinnienia oskarżonego były ewidentne błędy postępowania przygotowawczego. (...) Jedynym rozwiązaniem wydaje się być wprowadzenie obowiązkowego ubezpieczenia prokuratorów od odpowiedzialności cywilnej z tytułu wykonywanych obowiązków służbowych. Tyle że im żadne ubezpieczenie nie jest potrzebne. Ich gwarancją są koledzy, którzy na pewno nie dopatrzą się bezprawnego działania u kumpli nieudaczni? ków i manipulantów. W każdym razie prokuratura jako instytucja nie powinna ubezpieczać swoich pracowników, bo to by znaczyło gwarantowanie im nieponoszenia odpowiedzialności. Niechaj prokuratorzy lubiący naginać prawo sami ubezpieczają się od następstw swego hobby. - Za 10, 15 lat koło historii się odwróci i ci, którzy dziś wsadzają, mogą być wsadzani - mówi Barbara Piwnik. - Trochę pokory. Tyle krzyczy się o wypełnieniu testamentu ofiar ze Smoleńska. To wypełnijcie prośbę Szmajdzińskiego o ściganie tych, którzy współtworzą bezprawie. ?
Art. 263 kpk § 3. Łączny okres stosowania tymczasowego aresztowania do chwili wydania pierwszego wyroku przez sąd pierwszej instancji nie może przekroczyć 2 lat. Ponad 1000 osób w Polsce przebywa w tymczasowym areszcie już ponad 2 lata, a Polska przegrała do tej pory 36 spraw przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu właśnie ze względu na zbyt długie tymczasowe aresztowanie. Dwa razy tyle - za niesłuszne stosowanie aresztów.

Sadzonki (Tygodnik NIE, 50/2009)

Przykłady rekordowych aresztów tymczasowych.

Sadzonka 11-letnia
Areszt śledczy na warszawskiej Białołęce to dla Sebastiana H. dom rodzinny. Przebywa tu bowiem 11 lat.
Chłopak z Pragi. Zawsze lubił się zabawić. Na interesach też się znał. Tu coś sprzedał, tam coś gwizdnął. Czasem w łeb przyłożył, ale za mokrą robotę się nie brał. Wpadł pod koniec lat 90. gdy za kraty trafiali żołnierze Klepaka, Dziada, Pershinga, Żaby i innych. O nim mówi się, że był człowiekiem Generała, Sławomira W. z Łomży, grupy bawiącej się w haracze, zabawy z prostytutkami i handel narkotykami oraz alkoholem. Ile w tym prawdy, nie wiadomo.
Sebastiana H., podobnie jak innych członków grupy, oskarża świadek koronny. Dzięki temu prokuratura skierowała do sądu 4 sprawy – o kradzież, nielegalne posiadanie broni i handel oraz posiadanie narkotyków. Pierwsza skończyła się wyrokiem w 2007 r. Po 9 latach aresztu. Tymczasowego oczywiście. Potem były następne niewielkie zresztą wyroki. Gość twierdzi, iż jest w stanie udowodnić swoją niewinność. Ma ponoć niezbite dowody na to, że wtedy, gdy niby miał okraść delikwenta, był zupełnie gdzie indziej. Postanowił więc apelować. Przez to nadal siedzi w areszcie. I tak już 11 lat, z krótkimi przer-wami – sąd uchylał areszt, prokurator się zażalał i delikwent wracał. Zapewne jeszcze Sebastian H. posiedzi, bo podobno koronnego zaciukali i nie ma kto przeciwko niemu zeznawać. Garuje więc, dopóki nie znajdzie się ktoś, kto w zamian za złagodzenie kary złoży przeciwko niemu zeznania.
Sebastian H. jakoś sobie radzi. Pracuje w kuchni, z klawiszami jest na „ty”.


Sadzonka 6-letnia
Sławomir S. siedzi w areszcie w Radomiu. Zarzuca mu się, że w 2004 r. kierował przewozem znacznej ilości substancji psychotropowych (…) przez sprawowanie nadzoru telefonicznego. Czyli, że często dzwonił do szefa grupy przewożącej narkotyki. Podsłuchów nie ma, jedynie billingi. Poza tym zeznania niektórych członków grupy. Bardzo ogólne, niemówiące, że to właśnie Sławomir S. dzwonił, nakłaniał, kierował itd. Chłop jak każdy aresztant zapewnia, że jest niewinny. Jest gotów poddać się badaniom na wariografie, ale nikt tego nie chce. Twierdzi uparcie, że jego udział w tym procederze jest niemożliwy, na co przedstawiał dowody. Prokuratura nie była nimi zainteresowana.
Akt oskarżenia długie lata nie trafiał do sądu. Gdy już trafił, sąd także nie był zainteresowany dowodami niewinności Sławomira S. Wydał wyrok skazujący. Według skazanego i jego adwokata, niezwykle krzywdzący. Po przeszło 4 latach aresztu S. mógłby zapewne po zaliczeniu tych lat na poczet kary już wyjść na wolność w ramach zwolnienia warunkowego, postanowił jednak walczyć o niewinność i zdecydował się na apelację. Przeszło rok czekał na uzasadnienie wyroku! (art. 423 kpk mówi, że sędzia ma na to… 14 dni). Oczywiście czekał w areszcie. Gdy je dostał, przecierał oczy ze zdziwienia. Były to skopiowane z protokołu cytaty z przesłuchań świadków. Złożył wniosek o odszkodowanie za przedłużające się postępowanie w związku z postawą sędziego, ale dostał odpowiedź, że jego sprawa była zawiła i sędzia musiał długo pisać.
Sławomir S. buja się z tą sprawą już szósty rok. Przebywając za kratami. Pobuja się jeszcze trochę, bo od miesięcy nie może się doprosić o przesłanie mu akt w celu opracowania linii obrony.


Sadzonka 5-letnia
Mariusz Ż. w 2005 r. miał planować zabójstwo Jadwigi S. O tych planach słyszała siedząca wówczas w kiblu jego była narzeczona, która zatruła się dzień wcześniej spożywanym alkoholem. Siedziała więc w sraczu długo i mogła rozpoznać głos swojego byłego. Niedługo potem znaleziono Jadwigę S. i jej sąsiada Tadeusza B. z ranami głowy, martwych. Biegiem zapuszkowano Mariusza Ż. Na podstawie zeznań jego byłej dziewczyny. Dorzucono mu jeszcze pobicie Wadima K. rękami i nogami po całym ciele. Do pobicia chłop przyznał się od razu, bo poklepać po ryju to żaden grzech, ale do zabójstwa – w życiu! Nie zabił i już.
Mariusz Ż. to nie jest ciepły miś. Lubi spuścić manto. Mało kto ze znajomych go lubił. Prokurator widać też kierował się antypatią, bo nie szukał dowodów niewinności, które facet wskazywał. Po latach aresztu wystąpił do sądu, który szybko uznał Mariusza Ż. winnym i skazał go na 25 lat za zabójstwo. Skazany zaczął szukać pomocy. Pisał wszędzie, błagając o pomoc. Adwokat wystąpił z apelacją od wyroku. Sąd Apelacyjny w Katowicach nie zostawił suchej nitki na prokuratorze i sądzie pierwszej instancji. Postępowanie prowadzone było w sposób chaotyczny, pobieżny i daleki od profesjonalizmu – stwierdził sędzia i wypunktował ewidentne braki i nierzetelność prowadzących postępowanie. I uniewinnił chłopa od zarzutu morderstwa. Nakazał też ponownie przeprowadzić postępowanie przygotowawcze. Dokładnie i rzetelnie. Mariusz Ż. już przesiedział 5 lat w areszcie tymczasowym. Teraz zacznie się wszystko od początku. 


Sadzonka 4-letnia
Konrad M. z aresztu w Czerwonym Borze, według prokuratury, robił w narkotykach. Posiadał kokainę, którą skupował po 2, 3 i 5 gramów. Podobno sprzedawał te działki potrzebującym, w celach materialnych.
Więzienie w Czerwonym Borze to nie kurort. Konrad M. do największych twardzieli nie należy. Wysiadł. Tak bardzo, że jest gotów przyznać się choćby do tego, że jest kobietą, byleby tylko wyjść z mamra. Podda się dobrowolnie karze, zapłaci kaucję, grzywnę i diabli wiedzą co jeszcze, byleby wyjść. Bardzo to ucieszyło prokuratora, bo bawi się z tą sprawą od 2006 r., a takie przyznanie się do winy to jego niezaprzeczalny sukces. Okazuje się jednak, że aresztant, choćby nawet chciał, to nie może się przyznać, bo sędziowie i prokurator się kłócą.
Najpierw sąd, zerkając w akta, zauważył istotne braki w postępowaniu przygotowawczym i kazał prokuratorowi je uzupełnić. Potem, gdy już wreszcie przyjęto akt oskarżenia z samoukaraniem się aresztanta, sąd napisał, że nie będzie tej sprawy rozpatrywał, bo „nie jest właściwy miejscowo”. Wszystko dzieje się w ramach sądu okręgowego, gdzie wydział V uznaje, że właściwy miejscowo jest wydział VIII. A znowu wydział VIII uważa, że jednak V. Pisma dotyczące tego, czy ważniejsze jest dokonanie przestępstwa w okolicach Stadionu Dziesięciolecia, czy może wykonany w celach przestępczych telefon z budki telefonicznej przy ul. Młynarskiej, krążyły między sądami całe miesiące. Wreszcie spór trafił do sądu apelacyjnego, który zdecydował o ważności warszawskich ulic. Co będzie dalej, nie wiadomo. Pewne jest jedynie, że prokurator i sędzia byli tak gorliwi, że przedłużyli Konradowi M. areszt do 30 lutego 2010 r. Co zrobią, gdy nie znajdą tej daty w kalendarzu?

Takie historie można mnożyć w nieskończoność. Przedłużające się areszty, które z założenia powinny być zabezpieczeniem tymczasowym i mają być stosowane w wyjątkowych okolicznościach.
– Jeżeli osadzony sam przedłuża i utrudnia proces, to wówczas niech cierpi za swoje, ale jeśli postępowanie przeciąga się z powodów niezależnych od oskarżonego, to nie powinien on ponosić konsekwencji procesowych – podkreśla Kazimierz Pawelec, dr nauk prawa, autor kilkunastu książek dotyczących prawa karnego, były prokurator, obecnie adwokat. – Fuszerka postępowania prokuratorskiego, przedłużające się oczekiwanie na opinie biegłych, niestawianie się świadków, spory kompetencyjne sądów czy zbyt długie pisanie uzasadnienia nie powinny być w ogóle argumentem do przedłużania aresztu tymczasowego.


JOANNA SKIBNIEWSKA