Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sąd. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sąd. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 grudnia 2013

Sfilcowany Prokurator (NIE Nr 43/2013)


Prokurator Marek Wełna, bohater kilkunastu artykułów w „NIE”,chciał nas ukarać i uciszyć. Chciał nas skazać. Przegrał.

– Sąd odrzuca wniosek oskarżyciela posiłkowego Marka Wełny i umarza postępowanie z powodu braku znamion przestępstwa – skonkludował krótko sędzia Jan Kłosowski z Sądu Rejonowego w Łodzi. – Postępowanie przeciwko oskarżonej byłoby naruszeniem zasad etyki i moralności…
W akcie oskarżenia Marek Wełna stwierdził, że dziennikarka tygodnika „NIE”,działając wspólnie i w porozumieniu (z wydawcą i redaktorem naczelnym – przyp. J. S.), za pomocą środków masowego komunikowania (…) pomówili Marka Wełnę – prokuratora Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie o postępowanie i właściwości, które naraziły go na utratę zaufania potrzebnego do wykonywania zawodu prokuratora, iż pełniąc funkcję prokuratora, w ramach prowadzonych i nadzorowanych postępowań przygotowawczych stosował wobec wskazanych podsądnych czynności i metody niezgodne z prawem.
Postanowił ścigać nas z art. 212 kk o pomówienie. Chodzi o artykuł „Ziobro i jego zdrajca”.
Prokurator z Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie Marek Wełna lubi, gdy jego jest na wierzchu. I wszyscy muszą skakać, jak on zagra. System zbierania haków i preparowania dowodów działa u niego bez zarzutu. O ukaranie i uciszenie naszych dziennikarzy walczy od lat.

•••

W tej sprawie zaczął działać ponad rok temu. Złożył doniesienie o przestępstwie popełnionym przez dziennikarza do prokuratury.

O to, aby postępowanie potoczyło się tak, jak on sobie życzy, zatroszczył się prokurator generalny Andrzej Seremet.
Kolega po fachu jeszcze z Krakowa. Postępowanie przeciwko dziennikarce z Warszawy, która zamieszcza publikacje wWarszawie, prowadziła prokuratura w… Dębicy.


– Decyzją Prokuratury Generalnej postępowanie w sprawie zniesławienia prokuratora Marka Wełny tekstem pt. „Ziobroi jego zdrajca” przekazano do naszej jednostki – mówi szef prokuratury rejonowej w Dębicy. – Pewnie dlatego, że jest blisko Krakowa.
Nie dlatego. Wełna dobrze zna większość pracujących w Dębicy prokuratorów.
– Razem pracowali. Wełna pracował w Tarnowie, a to były podległe sobie jednostki – przypomina dębicki prokurator.
Poza tym wielu młodych prokuratorów stamtąd robiło u Wełny aplikację.
Do Dębicy na przesłuchanie dziennikarki Wełna został przywieziony. Do transportu służbowego nie przyznaje się ani krakowska prokuratura, ani policja. Ale kierowca mówił jasno: – Przywiozłem prokuratora Wełnę, mam na niego poczekać.
Z Krakowa do Dębicy jest 140 km.
Wełna się spóźnił. Dużo. Wszyscy na niego czekali jak na boga.
– Musimy poczekać na poszkodowanego – zapewnia prokurator. Nie przystąpił bez Wełny do czynności.
Przesłuchanie prowadzone przez prokuratora z dębickiej prokuratury prowadził… Wełna. Traktował młodego prokuratora jak gdyby go w ogóle nie było.
– Czy to pani numer telefonu?
– Czy to pani wysłała SMS-a do jednego z podejrzanych? Zostanie pani oskarżona o utrudnianie śledztwa – śmiał się.
Nie wyjaśnił, skąd wziął treść SMS-a ani skąd zna treść rozmów dziennikarza. Tymczasem sąd nie wydał nigdy zgody na zastosowanie podsłuchów… Wełna nie panował nad emocjami. Swoje prokuratorskie porażki zamieniał w sukcesy. Kilka godzin przesłuchania jednak niewiele mu dało. Młody prokurator nie wymiękł. Umorzył postępowanie. Z braku znamion czynu zabronionego i braku interesu społecznego w objęciu sprawy ściganiem z urzędu. Zirytował tym Wełnę. W zażaleniu do przełożonych dębickiego prokuratora opisał go tak, że aż miło poczytać, jak prokurator obrzuca błotem innego prokuratora.
Wełna się odwołał. Prokuratura apelacyjna, także bliska Wełnie (był zastępcą jej szefa), zwróciła postępowanie do ponownego rozpatrzenia. Też nic z tego nie wyszło. Umorzono po raz drugi. Znowu się odwołał. Tym razem do sądu i do Prokuratora Generalnego. Tam sprawa utknęła.
A czas leciał. Zbliżało się przedawnienie… Na 4 dni przed terminem złożył zatem subsydiarny akt oskarżenia. Wełna wystąpił jako oskarżyciel posiłkowy. Wsparła go Prokuratura Generalna, ale na rozprawach był sam. Choć w wypadku oskarżyciela subsydiarnego obowiązuje przymus adwokacki, Wełna był sobie sterem i okrętem. Od początku pewny swego.

•••

Postępowanie prowadził Sąd Rejonowy w Łodzi. Gdy został rozpoznany na korytarzu i zobaczył spojrzenia pełne niechęci, zwrócił się po koleżeńsku do sędziego:

– Czy mogę wziąć kluczyk do jakiegoś pokoju, żeby nie być zbyt eksponowanym na korytarzu?
– Nie mamy takich pokoi – odważnie odezwał się sędzia. Wełna się zdziwił.


Na rozprawy się spóźniał. Podczas posiedzeń tracił panowanie nad sobą. Żądał, byśmy nigdy o nim nie pisali.
– Co na to oskarżona? – pytał sędzia.
– Ależ ja mogę napisać o oskarżycielu w samych superlatywach, jeśli zadośćuczyni wszystkim krzywdom, które uczynił swoim ofiarom. Jeśli zwróci za utracone zdrowie, dobre imię i dorobek całego życia. I gdy przestanie naruszać prawo w swojej pracy prokuratorskiej.
– Czy jest pani gotowa przeprosić, sprostować? – kontynuował sędzia.
– Nie. Wszystko, co napisałam, jest prawdą i jestem w stanie udowodnić to na tej sali – zapewniłam.
Wełna zaczął rzucać długopisem.
Na kolejną rozprawę do sędziego wpłynęły grube tomy akt spraw prowadzonych przez Wełnę. Dziesiątki tysięcy stron. Akta prokuratorskie, wielokrotnie uznawane przez sądy za bezużyteczne papierzyska nieświadczące o niczym. Papierzyska, które miały być dowodami, że to, co napisaliśmy, nie jest prawdą.
My natomiast złożyliśmy tylko wyroki uniewinniające tych, których Wełna niewinnie oskarżał, niesłusznie trzymał w aresztach i którym zniszczył życie. Naszych bohaterów. Uniewinnienia i odszkodowania za bezzasadne areszty. Oraz powołaliśmy świadków – ofiary Marka Wełny. Dziś oczyszczone z zarzutów. Chore, pozbawione majątków i godności. Wezwaliśmy Leszka Szlachcica, który stracił wzrok w areszcie, bo odebrano mu prawo do leczenia. Stanisławę Chmielewską, która siedziała w celi 21 miesięcy bez żadnej czynności procesowej. Siedziała, bo Wełna zmiękczał jej syna garującego w sąsiednim pawilonie. Wyszła w stanie agonalnym. Wezwaliśmy Adama Chmielewskiego, którego paraliż kończyn w areszcie miał być powodem, aby się przyznał do niepopełnionych czynów. Wezwaliśmy Wojciecha Lenka i gen. Mieczysława Kluka, oficerów policji, którym odebrano zdrowie, pracę i dobre imię, a wielomiesięczny areszt wydobywczy miał ich zmusić do składania fałszywych zeznań. I wiele innych ofiar prokuratora. Wielu też nie mogliśmy wezwać. Powiesili się lub podcięli sobie żyły.
Co zrobił sędzia? Zobaczył, jak wygląda prawda. Zobaczył, że „postępowaniei właściwości”, które przypisaliśmy Wełnie, są prawdziwe. Że to nie my naraziliśmy go „nautratę zaufania potrzebnego do wykonywania zawodu prokuratora” ale że zrobił to sobie sam, wielokrotnie naruszając prawo.
Sędzia Jan Kosiński umorzył postępowanie i odrzucił wniosek Wełny. Amy niebawem napiszemy o ludziach uniewinnionych kilka dni temu, którzy przez Marka Wełnę i jego metody pracy stracili wszystko. Firmy, dobre imię, majątki, zdrowie, a pośrednio nawet życie…
Czy znowu będziemy za to odpowiadać przed sądem?

O metodach pracy prokuratora Wełny piszemy od lat. Tekstów były dziesiątki. Nie sposób wymienić wszystkich publikacji, przypomnijmy niektóre z nich: NIE nr 43/2003– „Tylko nie po oczach”: Andrzej Rozenek opisał historię Leszka Szlachcica, który bezzasadnie siedział w areszcie, gdzie stracił wzrok. Dlatego że Wełna i jego podwładni uniemożliwiali mu leczenie. 11/2006– „Prawo Wełny” oraz 30/2010– „Tajnogrzesznicy”: historia Dariusza Przybylskiego, który powiedział prawdę o Wełnie i jego układach z gangsterami; gnił w więzieniu 4 lata. 17/2007– „Zakładniczka”:Rozenek opisał równie tragiczną historię Stanisławy Chmielewskiej. Chmielewska została zatrzymana i przebywała w areszcie 15 miesięcy, po to, aby jej syn przyznał się do tego, czego chciał prokurator. Kobieta wyszła z aresztu w stanie krytycznym. 51/2007– „Zasady działania CHWDP” i 27/2009– „Przestępcy na glinianych nogach”: to dwie publikacje Rozenka o byłym komendancie policji Wojciechu Lenku, zniszczonym, zaszczutym i wykończonym przez Wełnę; dziś Lenk jest uniewinniony, ale co z tego, skoro stracił wszystko. 16/2008– „Katownia w Krakowie”: Joanna Skibniewska opisała historię syna Chmielewskiej, Adama, zatrzymanego w areszcie wydobywczym na wniosek Wełny; to wstrząsająca historia o dręczeniu psychicznym i fizycznym osadzonego. 51/2008– „Generał pudło”: to opowieść o innym policjancie, tym razem generale, którego zniszczył Wełna; też dzisiaj uniewinnionym. 24/2009– „Jaksię robi mafię”, 7/2010– „Amoże deptał trawnik” i 51/2010– „Człowiek do wsadzania”: opisana przez Skibniewską historia człowieka wsadzonego najpierw do aresztu na zlecenie polityczne, a potem wsadzonego po raz kolejny z zemsty, że wniósł przeciwko Wełnie prywatny akt oskarżenia; Wełna i jego podwładni preparowali dowody jego winy. 42/2010– „Proces buffo”: Rozenek napisał o tym, jak Wełna trzymał ludzi w aresztach 3 lata, niszczył ich firmy, pozbawił zdrowia i pieniędzy, po czym wszyscy mogliśmy wysłuchać w sądzie, że ci zniszczeni ludzie nigdy nic złego nie zrobili. 49/2011– „Ziobroi jego zdrajca”: podsumowanie owocnej i okrutnej pracy prokuratora Wełny.

Groszowi BANDYCI (Tygodnik NIE, Nr 40/2013)


Do więzień trafiają nie tylko przestępcy, ale też pechowcy. Chorzy, starzy, bezradni. Sędziowie wsadzają, ale nie myślą.

– Z liczbami trudno dyskutować – mówi Krzysztof Olkowicz, dyrektor Okręgowej Służby Więziennej zKoszalina. – Mamy 120 tysięcy osadzonych, z czego tylko 40 tysięcy to przestępcy, którzy powinni być izolowani. Reszta to ludzie, którzy często po prostu nie radzą sobie w życiu. Trafiają do więzienia za prowadzenie roweru po pijanemu, za nieodebranie wezwania do zapłaty, za niezapłacenie grzywny. A jak mają ją zapłacić, skoro zwykle nie mają nawet na bilet autobusowy, aby dojechać na pocztę czy do sądu?
Olkowicz zapewnia, że ogromna liczba osadzonych to ludzie biedni, starzy i bezradni.
– Prawo karne zastępuje dziś opiekę społeczną i socjalną – zapewnia. – Do nich powinien przyjść pracownik socjalny, a nie policjant.

Do więzienia w Koszalinie dzisiaj ma się zgłosić 1320 skazanych na karę 5 dni pozbawienia wolności. Za niezapłacenie mandatu, za jazdę bez biletu czy kradzież kotleta.

Sądu nie interesuje, że ci ludzie nie płacą, bo nie mają z czego. Albo że ukradli jedzenie, bo byli głodni.
Nikt nie robi statystyk, ile z tych osób próbuje popełnić w celi samobójstwo. A jest ich sporo. Nikt nie kontroluje, do jakich cel trafiają staruszkowie, którzy nie mieli na bilet kolejowy, by dojechać do lekarza. Ilu z nich jest gnębionych przez współwięźniów?
Ogromna większość skazanych na 5 dni to ludzie chorzy psychicznie. Nie sposób zdiagnozować takiego przez tak krótki czas. Bywa, że odstawienie leków powoduje opłakane skutki.
Nikt o tych ludzi się nie upomina. Są to zwykle osoby opuszczone.

Kara śmierci za sto złotych

Sąd Rejonowy w Radomiu tak bardzo przyłożył się do próby odzyskania 100 zł grzywny, że doprowadził do śmierci człowieka. Włodzimierz M. został skazany za handel podróbkami markowych towarów – dostał 700 zł grzywny. Rozłożono mu to na raty. Płacił po 100 zł. Spłacił prawie wszystko, ale ostatnia wpłata gdzieś zaginęła. Przyszli po niego policjanci, bo sędzia zamienił mu tę stówę na 5 dni odsiadki. Oczywiście zaocznie, bo inaczej Włodzimierz M. udowodniłby, że ratę wpłacił. Funkcjonariusze zatrzymali go przed domem i nie pozwolili zadzwonić do rodziny, aby przyniosła dowód wpłaty. M. cały czas mówił, że zapłacił wszystko. Nikt go nie słuchał. Tak go traktowano podczas przyjmowania do więzienia, że mężczyzna się powiesił. Dowód wpłaty znalazł się już po jego śmierci. Zaginął w sądzie. Sędzia nie ma sobie nic do zarzucenia.
Marian D. trafił do więzienia dla recydywistów o zaostrzonym rygorze, bo zarysował sąsiadowi samochód. Tak twierdzi sąsiad. Sąd skazał D. na 600 zł grzywny. Mężczyzna nie zapłacił, bo nie miał z czego. Miesięcznie dostaje 500 zł socjalnej renty. Sąd ukarał go więzieniem: 60 dni odsiadki. Marian D. jest ciężko chory. Ma raka. Gdy dostał wezwanie do stawienia się w więzieniu, był w trakcie chemioterapii. Odwołał się, ale sędzia nie miał czasu rozpatrzyć jego sprawy. Wadowickie więzienie odebrało mu szansę na powrót do zdrowia.

W Pile do mieszkania samotnej matki

wkroczyła policja, żeby odprowadzić ją do więzienia. 2 listopada bezrobotna Magdalena W. samotnie wychowująca 7-letniąMartynę i 4-letniego Miłosza miała stawić się w areszcie śledczym w Bydgoszczy, aby odbyć karę 15 dni więzienia. Rok wcześniej została ukarana przez straż miejską mandatem w wysokości 300 zł. Pies, którego była współwłaścicielką, wybiegł zza ogrodzenia i ugryzł kobietę. Na szczęście niegroźnie, ale mandat został wystawiony. Magdalena W. mandatu nie zapłaciła, bo nie miała z czego. Nie pracuje i korzysta z pomocy społecznej. To, co ma, nie wystarcza nawet na rachunki. Niebawem więc pojawił się u niej komornik. Nie miał z czego ściągnąć należności. Sprawa nie zakończyła się umorzeniem. Magdalena W. dowiedziała się, że ma się stawić w areszcie. W Sądzie Rejonowym w Pile przewodniczący wydziału karnego Jerzy Paliwoda wydał postanowienie o karze zastępczej – 15 dni aresztu, uznając, że zamiana grzywny na pracę społecznie użyteczną jest niecelowa. Posiedzenie było niejawne, bez udziału prokuratora i zainteresowanej. Ale – jak tłumaczy sędzia – wszystko odbyło zgodne z przepisami i sądową procedurą. Poza tym nie ma sobie nic do zarzucenia.
W Opolu Joanna W. została doprowadzona do aresztu, a jej malutkie dzieci trafiły do pogotowia opiekuńczego. Za 2 tys. zł grzywny. Funkcjonariusze przyszli do mieszkania kobiety ok. 22.00, bo o takiej porze prawdopodobieństwo zastania kogoś w domu jest zwykle większe. Policjanci nie wiedzieli, że osoba, którą mają zatrzymać, to matka samotnie wychowująca dwójkę dzieci. Ale szybko sobie z tym poradzili – oddali dzieci do pogotowia opiekuńczego. W piżamach. Gdy ruszyło ich sumienie, było już za późno. Dzień po interwencji zwrócili się do sądu, aby wypuścił kobietę na wolność. Sąd się nie zgodził. Dzieci pozostały w pogotowiu opiekuńczym, choć w każdej chwili mogła się nimi zająć babcia.

Więzienie za rzut jabłkiem

We wrześniu kary zastępcze do 30 dni więzienia odbywało ponad 900 osób, w tym 50 zostało skazanych na karę krótszą niż 5 dni.
15 dni za kradzież łososia, 15 dni za kradzież anteny radiowej, 15 dni za kradzież czterech butelek piwa, 2 dni za kradzież rury metalowej, 10 dni za kradzież paliwa na stacji benzynowej, 15 dni za kradzież skrzynek z winem, 20 dni za kradzież żelu do golenia.
Na 4 dni aresztu skazano osobę jadącą komunikacją miejską na gapę, 10 dni dostała kobieta jadąca pociągiem bez biletu. 5 dni w więzieniu za psa, który zerwał się z łańcucha i wybiegł na ulicę. 11 dni za picie w miejscu publicznym. Ciekawy był też wyrok dla 19-latka dostał 5 dni aresztu za prowadzenie roweru bez trzymania kierownicy.
Sędziowie nie lubią żartów. Zbójem okazał się chłopak, który jeździł na cudzym wózku inwalidzkim dla zabawy albo taki, który dostał 10 dni za rzucenie jabłkiem na straganie w człowieka, który wcześniej rzucił w niego mandarynką.
– Takie jest prawo – mówi sędzia Sławomir Przykucki, rzecznik Sądu Okręgowego wKoszalinie. – Można byłoby ewentualnie zwiększyć wachlarz kar zastępczych. Proszę bardzo, niech politycy o to zadbają.

Biurokracja aresztancka

Mamy około 70 tysięcy osób, które ukrywają się przed wymiarem sprawiedliwości. Do tego 50 tysięcy czeka w kolejce na odbycie kary.
– Nie ma miejsc dla prawdziwych przestępców, tymczasem w zakładach karnych są ludzie, którzy nigdy nie powinni się tu znaleźć – mówi Waldemar Osiowy, wychowawca z Zakładu Karnego w Koszalinie.

Przyjęcie skazanego nawet na 5 dni kosztuje. Niemało. Dużo więcej niż dług, za który tu trafił.

Taki gość kojarzy się przede wszystkim z dodatkowym pilnowaniem, żeby się nie powiesił albo żeby nie umarł. I z wypełnianiem papierków.
Część A akt osobowych skazanego na 10 dni zawiera: wyciąg z kartoteki skazanych, zgłoszenie zmiany ewidencji z aresztu śledczego, wyniki badań lekarskich, kartę identyfikacyjną, kartę ewidencji widzeń, protokół z rozmowy wstępnej, protokół z rozmowy końcowej, obliczenie kary dokonane przez wydział ewidencji, nakaz przyjęcia do odbycia kary, zawiadomienie o niezgłoszeniu się do odbycia kary, protokół zatrzymania, zawiadomienie o osadzeniu w zakładzie karnym skierowane do Wojskowej Komendy Uzupełnień i skierowane tam zawiadomienie o zwolnieniu…
Poza tym opowiadanie, że więźniowie mają jak u Pana Boga za piecem, ciepły posiłek, wyrko, książkę i telewizor, to fikcja. Jeździmy po więzieniach, zbierając materiał prasowy i bywa, że siedzimy wśród szczurów, pluskiew i karaluchów. I mamy świadomość, że udostępniono nam celę, w której jest lepiej niż normalnie… Stawka żywieniowa na dobę to 4,80 zł.
Ostatnia bomba (wiadro na odchody) w polskich więzieniach została zlikwidowana kilka lat temu, u progu XXI wieku!
W więzieniach jest 74,5 tys. miejsc według znacznie zmniejszonego metrażu na skazańca. Mniej więcej 3 razy mniej niż w krajach europejskich, a w niektórych wypadkach nawet 7 razy mniej. Osadzonych obecnie jest w nich o prawie 30 tysięcy więcej skazanych, niż nakazuje norma.
Więźniowie wychodzą na spacer. Jak można nazwać spacerniakiem wysoką blaszaną klatkę o wymiarach 6 na 8 kroków czy 4 na 11 kroków albo podobny mały pokoik na dachu budynku z wybitą dziurą w suficie, gdzie nie ma czym oddychać.
W więzieniach, niezgodnie z międzynarodowym prawem, wciąż istnieją cele dźwiękoszczelne, potocznie zwane dźwiękami. W więzieniu w Świdnicy nazywa to się celą dyscyplinującą. Po co jest wygłuszona? Żeby nie było słychać krzyków, gdy klawisze biją…

Polska mistrzem wsadzania

Resocjalizacja w polskim więziennictwie jest papierkową fikcją. Jednym z powodów jej praktycznego braku jest niedostatek odpowiedniej liczby profesjonalistów. Jeden wychowawca na oddział 140-osobowyna pewno nic nie zrobi. Ani jeden psycholog na cały więzienny pawilon – bywa, że ma do obsłużenia nawet 600 osób.
Rozmowa skazanego z wychowawcą to zwykle 1–3minuty potrzebne do wypisania kwitu dyscyplinarnego lub wniosku nagrodowego. Bywa, że na taką rozmowę czeka się kilka dni. Kilkunastominutowa rozmowa psychologa z osadzonym zdarza się, gdy ten podetnie sobie żyły. Średnio 10 minut zajmuje rozmowa z wychowawcą dyżurnym, który przyjmuje skazanego do zakładu karnego, gdy tworzy jego kartotekę. Za zbyt częste zawracanie głowy wychowawcy można dostać kwit dyscyplinarny. A to zakaz paczek i widzeń z bliskimi. Raz na pół roku więzień staje przed komisją penitencjarną; wychowawca szybko czyta dyrektorowi kilka zdań opinii, którą dyrektor hurtem zatwierdza dla kilkuset skazanych. Wychowawcy mają tyle biurokratycznej roboty, że często pracują po godzinach, aby temu podołać, zamiast resocjalizować osadzonych.
W aresztach i więzieniach system widzeń z osadzonymi wymusza na rodzinach i bliskich wielogodzinne stanie w kolejce zimą, na mrozie czy na deszczu, aż doczekają łaski wpuszczenia do sali widzeń. Rodzina czy bliscy nielubianego więźnia mogą czekać dłużej niż inni i nawet nie doczekać się widzenia danym dniu.

– Czy na pewno musimy być liderem światowym we wsadzaniu za kraty?
– pyta dyrektor Olkowicz.
Zapłacił on grzywnę za chorego na schizofrenię i ubezwłasnowolnionego mężczyznę, który trafił do więzienia w Koszalinie za kradzież batonika o wartości 0,99 zł.

środa, 25 września 2013

Być jak Katarzyna W. (NIE Nr 38/2013, 2013-09-13, str. 3)

Każda matka w Polsce może dostać 25 lat odsiadki.



Jeśli kiedykolwiek czułaś, że nie dasz rady wstać w nocy do płaczącego dziecka – jesteś Katarzyną W.
Jeśli nie lubiłaś swojego nabrzmiałego ciążowego brzucha, porannych nudności i bolących piersi – jesteś Katarzyną W.
Jeśli czułaś się bezradna, pozostawiona sama sobie, porzucona i poniżana – jesteś Katarzyną W.

Kult Boga i śmierci

Mamo, nie martw się, poradzimy sobie z tym. Nie jest mi tu tak źle – mówi Katarzyna W. do swojej matki, gdy ta przychodzi co tydzień do aresztu.
I płacze, że taki wstyd, że taka niesprawiedliwość, że cały czas się modli…
Katarzyna jest córką dewotki i alkoholika. Ojciec jeździ tirami. Gdy wraca, należy mu się odpoczynek i flaszka. Potem bije. Matka znosi to spokojnie. Nie broni ani Katarzyny, ani jej brata. Taki krzyż. Chodzi do kościoła i oddaje swój ból Bogu. Gdy Katarzyna jeszcze jako dziecko próbuje się zabić, matka każe jej się pomodlić, aby przeprosić Stwórcę. Albo iść na pielgrzymkę do Częstochowy.
Ona już jako dzieciak była nieludzka – mówi Anna H. przed sądem. Przyjaciółka jeszcze z lat dziecięcych. – Kiedyś chciałyśmy się bawić w dom, ale Kaśka chciała się bawić w pogrzeb. Wzięła lalkę, rzuciła nią o podłogę i udawała, że teraz trzeba ją pochować.
Katarzyna miała wtedy może 7 lat. Matka brała ją na pogrzeby. Albo do domu, w którym leżał nieboszczyk z różańcem w ręku. Matka zawodziła żałośnie, a dziewczynka patrzyła, czy przypadkiem trup się nie ruszy. I dotykała, czy jest zimny. Był twardy. Jak drewniany.
Dziewuszysko zawsze było cwane – mówi ojciec Honorat W. ze zgromadzenia Tebah w Czeladzi, gdzie W. udzielała się długie lata. – Od początku polowała na męża. Polowała tymi częściami ciała. Tym upolowała Bartka. Rozpustna i zła.
Zakonnik w sądzie zmieszał Katarzynę z błotem. Podobnie jak Anna H., dziewczyna, której ten sam zakonnik niedawno zrobił dzieciaka. Na spotkaniach we wspólnocie.

Randka w kościele

Bartka poznała we wspólnocie. On pierwszy zaproponował jej randkę. Ale nie zabrał jej do kina. Poszli na rekolekcje. Na następną randkę zabrał ją do zabytkowego kościoła. Potem poszli na mszę. Gdy Katarzyna zaszła w ciążę, nie wiedziała, czy się cieszyć, czy płakać. Na pewno się bała. Niepotrzebne mi to dziecko – pisała w pamiętniku, czym oburzyła prokuratora. – Nie umiem być matką nie umiem kochać tego dziecka.
To przemówiło za tym, że jest bardzo zła. Zastanawiała się w pamiętniku, czy da radę. Przecież nie mają mieszkania. Nie mają nic. Będą musieli być na garnuszku rodziców. To poniżające.
Podobnie w tym czasie myślał Bartek. On też się bał. Nie wiedział, co to znaczy być ojcem. Poza tym bał się, jak powie o tym swojej matce.
Matka Bartka nie chciała Katarzyny. Nie była warta jej syna. Syn był wspaniały, ona dziadówka. Z dziadowskiej rodziny. Ale skoro ma urodzić się dziecko, trzeba się dla niego poświęcić. Bóg tak każe.
Ciąża była ciężka. Kaśka zawsze była chorowita i krucha. W ciąży miała anemię i wszystko, co tylko może się przytrafić ciężarnej dziewczynie. Rzygała, mdlała, miała problemy gastryczne, puchła. Aż wreszcie okazało się, że ciąża była zagrożona. Katarzyna położyła się do łóżka i długi czas leżała, żeby nie stracić dziecka. Potem cesarka. W. była za słaba, aby rodzić sama. Dziecko urodziło się przedwcześnie i z zamartwicą.

Życie rodzinne

Bartek nigdy nie przestał być synem mamusi. Katarzyna nie mogła na niego liczyć. Albo był z kolegami, albo z matką. Dzwonił do niej po kilkanaście razy dziennie i o wszystko pytał. Katarzyna głównie o tym pisze w pamiętniku. Nie o Madzi. Znowu w ogóle mi nie pomaga. Ze wszystkim muszę radzić sobie sama. Starała się schodzić teściowej z oczu. Zamykała się w ich pokoju i nie wychodziła. Nawet siku wstrzymywała.
Konflikty były normalne, jak w każdej rodzinie – zapewnia teściowa Katarzyny W.
To było we wrześniu 2011 r. Około dziewiętnastej Bartek wrócił z pracy i od razu położył się spać. Trzeba było wykąpać małą. Katarzyna chciała, żeby jej pomógł; bała się robić to sama.

Do rozmowy wtrąciła się siostra Bartka. Zwróciła Kaśce uwagę, że jej brat jest zmęczony i niech sobie radzi sama.
W chwilę potem z krzykiem do pokoju wpadła teściowa.
Katarzyna usłyszała, że jest dziwką, leniem i że nie jest odpowiednią kandydatką dla Bartka.
Poleciały kurwy.


Zawsze traktowaliście mnie jak ostatnią kurwę – powiedziała wtedy Katarzyna W. – Muszę się przejść, nie wytrzymam tego dłużej.
Jeśli teraz wyjdziesz, możesz już tu nigdy nie wracać. A dziecka też nie weźmiesz, możesz po nie przyjść dopiero z policją – ostrzegła teściowa.
Katarzyna przybiegła do swojej matki z płaczem. Szlochała, że dłużej tego nie wytrzyma, że nie może tam wrócić. Bartek do niej nie zadzwonił. Matka mu nie pozwoliła. Dopiero matka Katarzyny próbowała to załagodzić.
Młodzi zdecydowali, że wynajmą mieszkanie i od razu wzięli się za remont. Żeby dostosować lokal do potrzeb Madzi.
Po dwóch tygodniach się przeprowadzili. Bartek dzwonił do matki coraz częściej. Wpisy w pamiętniku Katarzyny się nie zmieniają. Na nikogo nie może liczyć. Nie daje rady fizycznie i psychicznie.

Świadkowie zbrodni

Zwyrodniała matka, wszystko zaplanowała i zamordowała Madzię – mówi Beata C. z Cieszyna. Współwięźniarka. Ta sama, która bestialsko skatowała swoje dziecko. Jej 5-letni Szymon konał 3 dni. Z bólu przegryzł sobie język. Oskarżona o zabójstwo z wyjątkowym okrucieństwem. – Opowiadała mi, jak udusiła dzieciątko.
Według jej zeznań Katarzyna miała udusić Madzię na jakiejś imprezie alkoholowej. Powiedziała jej, że tylko pstryknie i będzie miała trzech świadków, jakich sobie zażyczy.
Beata C. zapewnia, że prokurator wcale jej nie nakłaniał do składania takich zeznań, że nie jest to handel wymienny. Przecież nie wyszła z aresztu. Według wiarygodnych źródeł obiecano jej zmianę kwalifikacji czynu z zabójstwa na nieudzielenie pomocy, ostatecznie na pobicie ze skutkiem śmiertelnym.
Małgorzata S. też wyciągała z Katarzyny zwierzenia, gdy były razem pod celą. I je usłyszała. Mówiła, że podobno Katarzyna sprawdzała, jak uderzyć, żeby nie narobić śladów.
Kaśka zaplanowała morderstwo dziecka – zapewnia S., oszustka finansowa.
Współosadzona była też wstrząśnięta tym, że Katarzyna myślała w celi o seksie z Bartkiem, że za nim tęskni: – Bardzo się bała, żeby jej Bartek nie zostawił. Gdy był pogrzeb Magdy, ona miała mieć uchylenie aresztu. Od samego rana była pobudzona. Ubrała się na biało, wymalowała i siedziała na górnym łóżku z uśmiechem, co nas doprowadzało do szału. Gdy chowano dziecko, była bez emocji.
Ona też ponoć nie handlowała z prokuraturą. Już nie siedzi. Zaraz po złożeniu zeznań opuściła więzienie. Apelacja uchyliła jej wyrok.
Podobnie zeznawała Małgorzata G. Były razem w celi przez tydzień.
Mówiła, że dziecko jej wypadło, nie mówiła szczegółowo o przebiegu wydarzeń, po prostu wspomniała o tym. I że wchodziła na stronę internetową i dowiadywała się, jak to wygląda, jak takie małe dziecko upadnie z wysokości. Tęskniła za mężem, nie tęskniła za Madzią – mówi oburzona G. – Bardziej chciała zobaczyć Bartka niż Madzię.
Katarzyna W. z Madzią nie mogła się już zobaczyć. Dziewczynka przecież nie żyła.
G. też już wyszła z aresztu.

Totalna oszustka

Utajniono zeznania Katarzyny i badających ją psychologów.
Jej matka nie powiedziała nic nowego. Mówiła dobrze o córce. Zawsze posłuszna. Bardzo religijna. Chodziła do kościoła. Dużo się modliła. Należała do zgromadzeń kościelnych. Uczyła się dobrze. Dopiero w liceum pojawiły się kłopoty z nauką. Tylko te próby samobójcze były problematyczne, ale ona tak naprawdę nie chciała się zabić. Sfingowała podcinanie żył. Ale potem się modliła i dobrze było. Modlitwa bardzo jej pomagała. I łazienka. Gdy już nie miała dłużej siły, gdy działo się coś złego, uciekała do łazienki, zamykała się tam i myślała. A potem już miała jakieś rozwiązanie.
Brat Katarzyny odmówił składania zeznań. Miał zresztą niewiele do powiedzenia, bo z dzieciństwa pamięta głównie przemoc i to, że trzeba było pilnować, żeby ojciec nie zabił matki.
Ojciec Katarzyny też odmówił. Nie miał nic do powiedzenia.
Bartek nie mówił źle o żonie. Była dobrą matką i żoną. Nie utrzymuje z nią żadnych kontaktów. Mama mu zabroniła.
Teściowa starała się być obiektywna. Nie widziała agresji wobec dziecka ze strony synowej. Nie była właściwą partnerką dla Bartka, a opiekę nad dzieckiem sprawowała, ale jakoś tak automatycznie. Ciągle mówiła, że jest zmęczona.
Partner matki też nie widział złego traktowania Madzi przez jej matkę. On się w te relacje nie wtrącał. Matkę Bartka trudno było przegadać. Wolał być z boku.
Ta kurwa nas oszukała. Mówiła, że Madzię porwali. To znaczy, że we wszystkim kłamie – powiedziała jej koleżanka z dzieciństwa.
Kaśka często do niej przychodziła. Choć wcale tam nie pasowała. Rodzice koleżanki byli bogaci. I normalni. A Kaśka była patologiczna. Była nimi zafascynowana. Tym, że tata jest tam miły dla mamy. Rodzice zawsze podawali Kasię za przykład, że taka grzeczna i cichutka.
Czy ktokolwiek powiedział, że Katarzyna nie zabiła dziecka? Tylko jej obrońca.

Życie jak dawniej

Dzięki zeznaniom świadków i pamiętnikowi Katarzyny W. sędzia był pewien jej winy: Rekonstrukcja procesów motywacyjnych oskarżonej jest możliwa tylko po części na podstawie zeznań świadków oraz na podstawie zeszytu oskarżonej, gdzie dzieliła się swoimi przemyśleniami.
Dla sądu było miarodajne, że po narodzeniu dziecka nie nawiązała oskarżona więzi ze swoim dzieckiem. Złe prognozy z czasu ciąży się potwierdziły. (…) wszystkie te czynniki, nawarstwiające się w czasie, w ocenie sądu powodowały kumulację złych emocji u oskarżonej.
Motywem zabójstwa dziecka nie była – jak przyjęła prokuratura – chęć ukarania męża Katarzyny W., ale pozbycia się niechcianego dziecka, które w ocenie Katarzyny W. rujnowało jej przyszłość. Sąd nie miał wątpliwości, że Katarzyna W. nie chciała dziecka. Motywem dokonania tego czynu była chęć zmiany przez oskarżoną jej własnego życia i powrócenia do sposobu funkcjonowania, który był jej znany, zanim zaszła w ciążę i urodziła dziecko.
Przypadek Katarzyny W. jest wyjątkowym ze względu na wielkie zaangażowanie społeczeństwa w poszukiwanie jej dziecka. Zaufanie społeczne zostało zawiedzione. Jeśli kiedyś faktycznie zostanie porwane dziecko, społeczeństwo może nie pomóc tak ochoczo jak teraz.

Jeśli kiedykolwiek czułaś się niekochana, jeśli traktowano cię jak przedmiot, jeśli bałaś się być matką, jeśli nie lubiłaś karmić piersią, jeśli tęskniłaś za seksem po porodzie – to też jesteś Katarzyną W. 

Joanna Skibniewska

czwartek, 29 sierpnia 2013

Biegły w podlizie (NIE Nr 28/2013, 2013-07-05)

Gdy burdel plajtuje, nie wymienia się łóżek, tylko kurwy. Tak też powinno być w polskim wymiarze sprawiedliwości.

– Inni moi koledzy nie chcą mówić, bo wiedzą, że zostaną zgnojeni. Mnie jest już wszystko jedno, więc powiem prawdę.
Jest biegłym sądowym od kilku kadencji. Nie jest posłuszny ani poukładany. Chce być rzetelny, dostaje więc za swoje.

W Polsce biegłym sądowym może zostać każdy.
– Wystarczy mieć rodzinę w sądzie. Najlepiej sędziego albo prokuratora – mówi Tadeusz Walenda, biegły z dziedziny budownictwa i nieruchomości.
Trzeba wypełnić formularz, którego i tak nikt nie sprawdzi. Potem ten dokument na ręce prezesa sądu składa sędzia lub prokurator. Biegli z wieloletnim doświadczeniem czasem robią zakłady, czyim krewnym jest ich nowy kolega, otrzymujący liczne i lukratywne zlecenia.
– Zwykle się nie mylimy – śmieje się Walenda.
Od lat środowiska prawnicze apelują, aby zmienić zasady powoływania biegłego. Niekompetencja, naruszanie prawa, a czasem nawet działalność przestępcza biegłych zaczynają być normą.
Obecnie kwestie te reguluje rozporządzenie ministra sprawiedliwości: biegłym sądowym może zostać każdy, kto ma ukończone 25 lat, polskie obywatelstwo i legitymuje się praktycznymi wiadomościami z dziedziny potrzebnej wymiarowi sprawiedliwości.
Jakie to są dziedziny? Bywa, że biegłym sądowym jest leśnik czy fryzjer, bo prezes sądu uznał, że taki jest niezbędny. To, że jest to akurat bliska rodzina prezesa, nie ma większego znaczenia.
Czym charakteryzuje się praca biegłego z rodzi ny?
– Dyspozycyjnością – twierdzi biegły. – Tworzy opinie zgodne z tezą prokuratora.
W Gorzycach biegły sądowy pomylił kość zwierzęcą z ludzką. Prokurator potrzebował trupa, najlepiej zakopanego, bo mu wyniki spadały. Morderstwo to dopiero byłoby coś! Mordercę w zasadzie miał na podorędziu. Jak nie, to by się znalazł. Sukces gotowy.

Dyspozycyjny biegły zbadał znalezioną w lesie kość i stwierdził, że to ludzka ręka. 
Psy poszukujące ludzkich szczątków, helikoptery, koparki przekopujące hektary ziemi w poszukiwaniu reszty trupa. Dobrze, że prokurator nie zdążył zapuszkować gościa, który mu pasował do tego urojonego mordu. Sędzia miał wątpliwości i zlecił opinię biegłemu z innego miasta. Okazało się, że to były szczątki psa.
W Przemyślu biegły też napisał opinię na potrzeby tamtejszej prokuratury.
Wszelkie granice przeszedł jednak biegły z Lublina, który badał zmarłego noworodka. Kobieta poroniła córeczkę, najprawdopodobniej z powodu błędu lekarzy. Dziewczynka zmarła. Prokurator jednak potrzebował biegłego, który stwierdzi, że lekarze byli w porządku. Znalazł. Stanisław Różewicki stwierdził, że dziecko umarło z powodu odklejenia łożyska, lekarze są więc czyści jak łza. Tyle że zarówno jego opinia, jak i uzasadnienie umorzenia śledztwa dotyczy noworodka płci męskiej… Co na to biegły?
– To nieważne, czy to był chłopiec, czy dziewczynka, dziecko umarło z tego samego powodu.
To są informacje z ostatnich miesięcy. Takich historii są setki. Opisani biegli mają się dobrze i wciąż dostają zlecenia od prokuratorów.
Prokurator miał nie tylko trupa, ale przede wszystkim miał mordercę. Tyle że niewinnego, którego skazano tylko na podstawie opinii biegłego. Młody człowiek jechał samochodem z matką. Nagle z ciemności wyłonił się ciągnik. Chłopak próbował go minąć, ale nie miał szans. Jego matka zginęła na miejscu, on zaś z ciężkimi obrażeniami trafił do szpitala. Biegły stwierdził, że chłopak dwukrotnie przekroczył prędkość, przez co jest winny śmierci matki. I taki akt oskarżenia natychmiast wpłynął do sądu, który równie szybko skazał ledwo żywego chłopaka na rok odsiadki. Dopiero ojciec, były policjant, który dostrzegł przedziwne zachowanie prokuratora, zaczął szukać prawdy. I znalazł. w drugiej instancji opinia niezależnego biegłego była jasna – chłopak jechał wolno, zgodnie z przepisami, a ciągnik był nieoświetlony. Być może gdyby kierowca ciągnika nie był znajomym prokuratora, dyspozycyjny biegły nie musiałby kłamać w opinii.

Uczciwi biegli, którzy wydają rzetelne opinie, przestają otrzymywać zlecenia. 
A jeśli już dostają, ich opinie wyceniane są przez referendarzy sądowych żenująco nisko. Albo się ich straszy.
W Świdnicy lekarz, który wystawił zwolnienie lekarskie niepełnosprawnemu, sparaliżowanemu człowiekowi, został wyrzucony. A inny, który stwierdził, że ów sparaliżowany człowiek jest chory (!), został oskarżony przez prokuratora o wydanie nieprawdziwej opinii.
W Białymstoku po to, by oskarżyć człowieka o morderstwo, prokurator powołał siedmiu biegłych w tej samej sprawie. Dlaczego? Po to, żeby wreszcie któryś stwierdził, że ofiara mogła umrzeć o dobę wcześniej. Bo wytypowany na mordercę człowiek miał alibi na czas faktycznej śmierci.

Gdy biegła tamtejszego sądu powiedziała oficjalnie, że próbowano na nią naciskać, aby wydała taką opinię, jakiej oczekują prokuratura i sąd, została ukarana, zastraszona i odsunięto ją od pracy.

Tadeusz Walenda też dostał po garbie. Biegły po 17 latach pracy jest wyceniany wyjątkowo nisko. Jego pracę oceniają referendarze sądowi. I zwykle oceniają źle, ucinając mu wynagrodzenie. Gdy wydał opinię o opinii innego biegłego, ale nie taką, jakiej oczekiwały sąd i prokuratura, jego praca została wyceniona na 113 zł, a opinię poprzedniego, dyspozycyjnego biegłego wyceniono na 1300 zł. Za to samo, tylko z innymi tezami.
Walenda interweniuje, wskazuje stronniczość i brak kompetencji referendarzy, ale nikt nie chce z nim rozmawiać. Jego batalia trwa już 2 lata. Bezskutecznie. Prezes warszawskiego sądu powtarza mu cały czas, że może powinien się zastanowić, czy powinien być biegłym. Walenda wskazuje, że referendarze sądowi stanowią ustrój pozasądowy i nie są kompetentni, aby oceniać pracę biegłego.
– Wielu moich kolegów o ogromnych kwalifikacjach, profesorowie, naukowcy, zrezygnowali z tej pracy, pozostawiając w aktach notatkę, że odchodzą z powodu braku możliwości współpracy z ludźmi zlecającymi im pracę – mówi Walenda.
Walenda wystąpił też do prokuratury w swojej sprawie. 

Na przykładzie inwestycji na swoim osiedlu mieszkaniowym zauważył nierzetelność i najprawdopodobniej korupcję w warszawskim urzędzie.
Prokuratura natychmiast umorzyła postępowanie, powołując się na artykuł, który nie miał nic wspólnego z tym, co on zgłaszał. Zaczął więc apelować. Dla zabawy, aby zobaczyć, co wymyśli prokurator. Sąd zauważył, że prowadzący
śledztwo oparł się na zupełnie innej kwalifikacji czynu, po to by sprawę umorzyć. I nakazał wszcząć postępowanie od nowa. Prokurator wszczął, po czym zaraz umorzył, powołując się znów na tę samą wykładnię prawną. Sąd znowu nakazał zacząć wszystko od początku. Wskazał nawet kroki, jakie ma wykonać prokurator. Co zrobił prokurator? Kolejny raz umorzył, nie wykonując poleceń sądu i po raz nie wiadomo który powołał się na ten sam paragraf kodeksu karnego. Walenda poszedł do prokuratora nadrzędnego w prokuraturze okręgowej. Tam przyjął go prokurator okręgowy Robert Myśliński. Kiwał głową, był wstrząśnięty zachowaniem prokuratora. Po czym napisał mu pismo, że nie dopatrzył się uchybień w pracy podwładnego…
– I tak już parę lat patrzę, ile jeszcze razy naruszą prawo, byleby zrobić to, co sobie zaplanowali.
– Z każdym rokiem, z każdym dniem jest coraz gorzej – mówi Walenda, patrząc na to, co się dzieje w polskim wymiarze sprawiedliwości. – Zaczęło się tak ok. 2006 r. I dalej trwa. To nie prawo trzeba zmieniać, tylko ludzi.

Sędziowie nie rozumieją opinii wydawanych przez biegłych. 
Można im wcisnąć każdy kit. W procesach cywilnych i karnych sędziowie coraz częściej potrzebują pomocy w wyjaśnianiu kwestii, które nie mieszczą się w zakresie ich wykształcenia prawniczego. w praktyce opinie biegłych, choć podlegają ocenie sądu, traktowane są jak ważny dowód. Bywa, że jedyny, decydujący o winie lub niewinności.
Resort sprawiedliwości nie kwapi się, aby wziąć pod lupę pracę około 15 tysięcy biegłych sądowych. Boi się, że kontrole zostałyby ocenione przez sędziów jako zbytnie ingerowanie w ich niezawisłość. Kiepskich sędziów, którzy potrzebują dyspozycyjnych biegłych. Podobnie reagują prokuratorzy, którzy bronią obecnej sytuacji jak niepodległości. Wiele aktów oskarżenia opiera się na opiniach dyspozycyjnych biegłych. Najlepiej czują się w sprawach gospodarczych, gdzie zwykli księgowi piszą to, czego życzy sobie prokuratura. I sukces gotowy. Areszty, straty finansowe,upadek firm.

Nawet gdy nierzetelność, niekompetencja albo nawet celowo nieuczciwe działanie biegłych wyjdzie na jaw, zwykle nie spada im włos z głowy.

Ostatni raz ustawie o powoływaniu biegłych przyglądano się w 1959 r. Próbowano coś gmerać w roku 2012, ale prokuratury narobiły krzyku, że chce się zaglądać do tajnych spraw.
Rektor Uniwersytetu Wrocławskiego prof. Marek Bojarski w pracy „Problemy odpowiedzialności karnej i dyscyplinarnej biegłego” pisał: Stwierdzić należy, iż pomimo możliwości formułowania wobec biegłych sądowych bądź odpowiedzialności dyscyplinarnej, bądź karnej, to należy ona do rzadkości. Osobiście nie jest mi znany ani jeden wypadek takiego zawodowego postępowania biegłego, który zakończony zostałby prawomocnym orzeczeniem skazującym.

Joanna Skibniewska

środa, 27 marca 2013

SAMOTNOŚĆ sędziego Tulei (NIE 03/2013, 11.I.2013)


- Wszyscy mają na wszystko wyjebane - powiedział mi kiedyś Marian Klepacki z Wołomina, gdy opowiadał o ewidentnych naruszeniach prawa przy prowadzonych postępowaniach karnych i o tym, że nie ma się do kogo odwołać. Kto by tam wierzył Klepakowi. Przecież to gangster, zresztą już martwy...

Okazuje się, że to nie tylko jego opinia. Gdy Helsińska Fundacja Praw Człowieka w 2007 r. opracowywała raport na temat dramatycznego stanu naszego wymiaru sprawiedliwości, myślano, że coś się zmieni. Owszem, zmieniło się. Na gorsze. Niewinnie skazanych w 2007 i 2008 r. było o 40 proc. więcej niż
wcześniej. Wiadomo, czas ziobrystów. Ale gdy organizowano konferencję w 2010 r. i zaproszono na nią 150 wpływowych karnistów i pracowników wymiaru sprawiedliwości, liczono na jakieś zmiany, chociażby na jakieś próby. Wynik? Niewinnie skazanych jest jeszcze więcej. Podobno politycy czekają na przypadek, który wstrząśnie opinią publiczną. Wtedy będą mogli to wykorzystać i zajmą się przedstawicielami prawa, w wielu wypadkach ludźmi zwyczajnie niemoralnymi i nieposiadającymi wystarczającej wiedzy, aby decydować o ludzkim życiu. Jak gdyby historie, które przedstawiamy od lat na łamach "NIE"nie były wystarczająco wstrząsające. Historie ludzi zniszczonych, czasami zamordowanych przez polskie prawo.

Według oficjalnych danych niewinnie skazanych jest ponad 300 rocznie. Liczby wszystkich niesłusznych skazań w Polsce nie da się oszacować. Ministerstwo Sprawiedliwości prowadzi bowiem jedynie statystyki w zakresie spraw, w których zasądzono odszkodowania i zadośćuczynienia za niesłuszne skazania, zatrzymania i areszty.

Według ostrożnych szacunków niewinnych skazań jest 2 razy więcej, niż podają oficjalne statystyki.

Biegli
Opinii biegłych nie podważają ani sędziowie, ani tym bardziej prokuratorzy. Choć powinni. Wielu biegłych sądowych to osoby zupełnie niekompetentne.
Opisywaliśmy 73-letniegoginekologa, biegłego sądowego, który jako wiarygodną podał opinię, że kobieta nie może zajść w ciążę podczas karmienia piersią. Nikt nie poprosił go ani o podanie źródła tej opinii, ani tego, ile jego wiedza może mieć lat (już w 1936 r. badania wykazały, że to bajki opowiadane przez wiejskie baby).
W głośnej sprawie korupcyjnej przeciwko firmie BGM biegłym w zakresie przestępstw gospodarczych była kobieta po kursie księgowości, która w sali sądowej przyznała, że w ogóle nie zna się na analizie, której dokonała na zlecenie prokuratora. Oczywiście analizie zrobionej po jego myśli, czyli oskarżającej niewinnych ludzi.
Pamiętamy historię biegłej z Białegostoku, która powiedziała publicznie, że nakazano jej napisać opinię nakierowującą na sprawstwo Jana P. Opowiedziała, że prokurator najpierw kazał jej zmienić możliwą datę śmierci denata, a potem ktoś z sądu w Białymstoku zadzwonił do niej, żeby tak ustaliła datę zgonu, aby mógł być winien Jan P., który miał alibi na dzień rzeczywistej zbrodni.

Okazania
Kolej na dziura w procesie i zbieraniu dowodów to okazanie. Coś, co wydaje się najważniejsze w procesie karnym. Rozpoznanie sprawcy bywa podstawą do wydania wyroku skazującego.
W Chorzowie, w okolicach Stadionu Śląskiego, grupa mężczyzn dokonała rozbojów z użyciem gazu łzawiącego. Główni pokrzywdzeni nie potrafili więc opisać ich wyglądu. Z pomocą policji przyszedł anonimowy informator, jak się później okazało przestępca. Na podstawie jego informacji wytypowano Szymona P. i Macieja W. Ich zdjęcia policjanci pokazali pokrzywdzonym, sugerując, że to sprawcy. Potem, w czasie okazania przez lustro fenickie, osoby przybrane bardzo różniły się wyglądem (m.in.wzrostem, kolorem włosów) od "podejrzanych".
Kolej na sprawa - dwóch policjantów z komisariatu w Kobyłce, Mariusza B. i Wiesława M. oskarżonych o to, że uczestniczyli w gwałcie zbiorowym na ukraińskiej prostytutce Oksanie G. Zostali uznani winnymi i skazano ich na 6 lat więzienia. Jedynymi dowodami winy oskarżonych były niespójne i często sprzeczne ze sobą zeznania pokrzywdzonej oraz okazanie przeprowadzone po blisko 20 miesiącach od zdarzenia. Jednym z warunków skuteczności i uznania pełnej mocy dowodowej tej czynności jest zastrzeżenie, że osoba, którą się przesłuchuje, nie może zobaczyć przed okazaniem osoby okazywanej. Tymczasem pokrzywdzona widziała podejrzanych wcześniej na korytarzu komendy policji, gdy byli prowadzeni do pokoju, w którym miało odbyć się okazanie. Prokurator nie potrafił nawet napisać, jak i gdzie ci sprawcy dokonali przestępstwa. Według niego do popełnienia czynu doszło w budynku mieszkalnym położonym w nieustalonym miejscu. Kobyłka to małe miasto...

Fałszywa wina
Fałszywe przyznanie się do winy to wcale nierzadki przypadek. Obrazuje to świetnie przykład chorego psychicznie i zupełnie bezradnego Tomasza K. Sąd Okręgowy w Gdańsku skazał go na karę 15 lat pozbawienia wolności za zabójstwo 12-letniego Marcina. Chłopiec zginął od 17 ciosów zadanych nożem. Zabójstwo zostało dokonane na tle seksualnym.
Podczas całego śledztwa Tomasz K. był zastraszany przez policję. Przyznał się, że to on zabił. Nikt nie zwrócił uwagi, że Tomasz K. pobierał rentę inwalidzką z powodu choroby psychicznej.
Tomasz K. w liście napisał potem: Dnia 11 listopada gliny przyjechali na bazę nie oznakowanym samochodem po sąśada Mariana Dź. i po brata na ponowne zeznańa ale brata ne było i wźeli mie ojca i tamtego najpierw sąśada co kręcił w zeznańach... powiedziałem to samo nie uwierzyli i zaczęło się straszenie nachóki potem przekupstwo było zimno a oni kazali śćągnąć wszystko do spodenek i śedzieć a było zimno trzęsłem się robili kawe szlugi, dali postrzelać z gloka 22 bez naboji obiecali moro policyjne kase i po wymuszonych siłą zeznaniach zaczeli straszyć, że będe dłużej śedział jak śę nie przyznam potem wźeli na pogotowie do psychiatry na ćękej bólźe i spodenkach potem prokurator straszyła że uderzy z całej siły jeśli się ne przyznam robiło śe ciemno wźeli na dołek do karcera kazali rozebrać na golasa i spać bez gaći i skarpet na ćękej roboczej bluźe bez niczego na dechach pod gryzącym kocem na ćękiem materacu przegniłym było straszńe ńewygodne zimno trzęsło.

To warte zapamiętania wobec oburzenia, że sędzia Igor Tuleya porównał metody śledztwa stosowane w sprawie dr. G. do stalinowskich. Trzymanie nago na zimnie nazywano za stalinizmu "Zakopane".

Podczas wizji lokalnej Tomasz K. nie potrafił wskazać miejsca zbrodni. Świadkowie - mieszkańcy Lisewa - mówili, że policjanci zaprowadzili go tam i powiedzieli, że jeżeli nie wskaże tego miejsca, to będzie tu sam zakopany. Podczas procesu Tomasz K. nie przyznał się do popełnienia przestępstwa, mimo to został skazany. Nie umiał się odwołać.
Niedługo potem w Łęgowie koło Pruszcza Gdańskiego od 11 ciosów zadanych nożem zginął 11-letni Sebastian. Policja aresztowała 28-letniego Piotra T., który przyznał się do zbrodni. W toku przesłuchania przyznał się również do zabójstwa Marcina. Podczas wizji lokalnej bezbłędnie doprowadził policję na miejsce zbrodni w Lisewie. Niewinny Tomasz K. dopiero po 4 latach wyszedł z więzienia. Tak sprawnie zwalniano niewinnego człowieka.

Dowody
Kompletna niekonsekwencja w ocenie dowodów to kolejny grzech polskich sędziów.
Krzysztof D. spotkał się z Dorotą K. Po wspólnie spędzonym wieczorze na jej prośbę zgodził się odprowadzić ją do domu. Po drodze Dorota i Krzysztof poszli razem do dyskoteki. Według ustaleń policji Krzysztof był ostatnią osobą, która widziała Dorotę. Niedługo potem w lesie w pobliżu domu, w którym mieszkała Dorota K., znaleziono jej zwłoki. Krzysztof wyjaśnił, że po tym, jak rozstał się z Dorotą w pobliżu jej domu poszedł do siebie. Zanim jednak dotarł do domu, w wyniku upojenia alkoholowego zasnął na ławce w parku.
Wersja przyjęta przez Sąd Okręgowy w Białymstoku, potwierdzona przez Sąd Apelacyjny w Białymstoku, wskazuje, iż Krzysztof D. podjął próbę odbycia stosunku seksualnego z ofiarą, w wyniku czego doszło do zabójstwa w zamiarze ewentualnym. Cokolwiek to znaczy...
Postępowanie sądowe w sprawie trwało 7 lat; w tym czasie Krzysztof D. nigdy nie był tymczasowo aresztowany. Powstały 2 różne akty oskarżenia, bo sprawa, jako prowadzona przez prokuraturę w sposób skandaliczny, wracała do ponownego śledztwa. Sądy wydały 7 różnych wyroków, wśród których znajdują się 2 wyroki uniewinniające i 2 skazujące. 2 różne składy sędziowskie sądu pierwszej instancji, dokonując oceny tych samych dowodów, wydały na ich podstawie zupełnie odmienne wyroki. Do dziś nikt nie wie, jaki miałby być motyw zabójstwa.

Poszlaki
Okazuje się, że koronne dowody, czyli badanie DNA, to też czasami bzdury, bo policjanci ani prokuratorzy nie wiedzą, jak je przechowywać ani jak dobrze pobrać materiał!
W Pawłowie koło Starachowic doszło do zabójstwa na tle seksualnym 14-letniej Joanny K. Przez 2 dni mieszkańcy Pawłowa brali udział w poszukiwaniach dziewczynki. Ciało zostało wskazane przez miejscowego proboszcza w niezamieszkałym budynku wikariatu. Tymczasem pomieszczenie zostało wcześniej przeszukane przez uczniów i ciała tam nie znaleziono. Jarosław H. został oskarżony i prawomocnie skazany przez sąd za popełnienie tego przestępstwa. Ponieważ oskarżenie nie zdołało zebrać bezpośrednich dowodów winy, proces przeciwko Jarosławowi H. był poszlakowy. Poszlaki jako udowodnione fakty uboczne mogą stanowić podstawę skazania, gdy w drodze logicznego rozumowania prowadzą do stwierdzenia jednej wersji zdarzenia. A te to uprzednia karalność oskarżonego za przestępstwa o charakterze seksualnym na szkodę małoletnich dziewczynek, znalezienie zwłok w pobliżu posesji oskarżonego (tam każdy mieszka blisko siebie).
Tymczasem na ciele ofiary policja znalazła i zabezpieczyła kilkadziesiąt śladów biologicznych (nadającychsię do przeprowadzenia badań DNA) nie należących ani do ofiary, ani do Jarosława H. Sądowi nie udało się wyjaśnić - sugerowanego przez obronę i lokalną społeczność - udziału w zdarzeniu proboszcza. To właśnie on pokazał policjantowi zwłoki, które znajdowały się w pomieszczeniu bezskutecznie przeszukiwanym wcześniej przez kilkanaście innych osób. Policja nie pobrała od niego żadnych próbek celem ustalenia lub wykluczenia zgodności jego DNA z pochodzącym z zabezpieczonych śladów biologicznych. Co więcej, nawet sąd apelacyjny zauważył pojawienie się plotek i napisów na murach kościelnych wyrażających przekonanie o winie księdza. Ostatecznie poprzestano na zeznaniach drugiego księdza, który oświadczył, iż w dniu zaginięcia Joanny K. proboszcza w Pawłowie nie było. Mieszkańcy mówią, że był i opowiadają o tym bardzo wiarygodnie. Prokurator jednak nie słucha...

Joanna Skibniewska

piątek, 22 marca 2013

Zabawa w sprawiedliwość (NIE 43/2012)


Za wędkowanie w złym towarzystwie można pójść do mamra na 25 lat. 

Jeśli lubelska prokuratura się uprze, żeby kogoś wsadzić, zrobi to, choćby miała bujać się z tym kilkanaście lat. Dla tamtejszych prokuratorów każda sztuczka jest dobra. A najlepsza to w zamian za zwolnienie z aresztu nakłonić bandziora do składania fałszywych zeznań przeciwko temu, który ma iść siedzieć. Dobra sprawdzona metoda.

Kula w dwa łby
To była głośna historia. W Chełmie przed 12 laty w barze bawiło się dwóch świeżo upieczonych maturzystów. Świętowali zdany egzamin. Zginęli od jednej, najprawdopodobniej przypadkowej kuli, która przeleciawszy przez okno, przeszyła ich obu.
     W kraju zawrzało. Wszystko wskazywało na to, że z powodu porachunków mafijnych i jakiegoś ślepego debila zginęło dwóch niewinnych chłopców. Podobno miał zginąć Gibas, czyli Ireneusz K., tylko ktoś się pomylił. Gibas ponoć trzymał w szachu pół Lublina. Ludzie chcieli krwi sprawców. A prokuratura jej nie miała.
     Prawie od razu zatrzymano rzekomego zleceniodawcę zabójstwa - Krzysztofa B. Niby chciał usunąć Gibasa ze swojego terenu wpływów. Tak naprawdę wciąż jednak nie było wiadomo, dlaczego chciałby go zabić. Do B. dorzucono dwóch jego kumpli: Janusza W. i Wojciecha W. Pierwszy miał podżegać drugiego, drugi miał strzelać. Wszyscy to prawdopodobnie gangsterzy z lubelskiej Starówki.

Skąd prokuratura wzięła tych sprawców? Tradycyjnie - od świadków incognito i od świadków koronnych, którzy natychmiast po wykonaniu zadania wyszli z aresztów.

Czterech bandytów i recydywistów (Grzegorz S., Sebastian C., Jerzy N. i Marcin I.) w zamian za zeznania obciążające tych ludzi od razu wyszli na wolność, bo prokurator dobrodusznie im areszty uchylił. W jednym przypadku nawet umorzył postępowanie. To, że złożyli zeznania kilkanaście miesięcy po zabójstwie, choć zaraz po nim mówili, że nic o nim nie wiedzą, nie miało większego znaczenia. Według prokuratora po prostu sobie przypomnieli, że coś gdzieś słyszeli o tym, że Wojciech W. strzelał wtedy w barze.

Bezbronna broń
Kraj usłyszał dobrą wiadomość. Będą dożywocia. Będzie zemsta. Zatrzymani przesiedzieli w aresztach tzw. tymczasowych ponad 3 lata. Radość lokalnych mediów była ogromna. I duma prokuratury. Szczególnie Andrzeja Jeżyńskiego, speca od zorganizowanej przestępczości. Tyle tylko że radości prokuratora nie podzielił lubelski sąd, do którego trafił akt oskarżenia. Bo poza bardzo wątpliwymi zeznaniami świadków koronnych nie znaleziono nie tylko żadnego dowodu winy, ale nawet motywu zabójstwa, o narzędziu zbrodni nie wspominając. Taką broń, z jakiej zginęli chłopcy, miał jedynie... Gibas, czyli ten, co niby miał paść wtedy trupem. Skoro taką broń miał mieć tylko on, to prokuratura w ogóle się nią nie zainteresowała. Nie znaleziono też żadnych innych śladów, które mogłyby wskazywać, że zatrzymani to sprawcy zabójstwa. Osoby obce, bezpośredni świadkowie zdarzenia wykluczyli obecność na miejscu zbrodni zarówno podżegacza, jak i strzelającego. Pracownicy i goście baru zupełnie inaczej opisują sprawcę. Ale prokuratura nie przygotowała portretu pamięciowego, bo nie przypomina on tych, których zatrzymano. Nawet niedoszła ofiara opisuje zupełnie inaczej napastnika. Według zeznań świadka koronnego, widziana była przy rzekomym strzelającym broń myśliwska o kalibrze 8,57 mm. I ta broń została wpisana do aktu oskarżenia jako narzędzie zbrodni. Tymczasem biegły stwierdził, że chłopcy zginęli z zupełnie innej broni. Poza tym jeden ze świadków koronnych, który opowiadał, że dał sprawcy tę broń, miał to zrobić w momencie gdy przebywał w więzieniu. Prokurator Jeżyński nie dopatrzył się tej nieścisłości w zeznaniach. Dowód to dowód. A co z bronią? Koronny stwierdził, że ją utopił, tylko nie pamięta gdzie. Prokurator już się nie dopytywał. Na rozprawę przed sądem powołał przeszło 100 świadków. Oskarżeni mieli od 4 do 6 świadków. Wszystkie wnioski o przesłuchanie kolejnych, którzy mogliby zaświadczyć o tym, że sprawców nie było tam, gdzie niby mieli być, odrzucano jako nieistotne dla sprawy.
     Ale sąd nie uznał tych dowodów za wystarczające i uniewinnił ludzi trzymanych ponad 3 lata w pudle. Co prawda stwierdził, że należeli oni do zorganizowanej grupy przestępczej, ale bardziej lubili kurewki i ich biznes niż mordowanie ludzi.

Prawdomówny morderca
Prokuratura została w dupie. Bo okazuje się, że sprawca śmierci dwóch niewinnych chłopców spokojnie spaceruje sobie po mieście. Prokurator desperacko zaczął więc bronić swojej tezy i odwołał się od decyzji sądu. Znalazł kolejnego świadka. Sprawa wróciła do ponownego rozpatrzenia. Kolejne lata procesu nie przyniosły nic. Jeżyński awansował za tę sprawę. Ziobro bardzo go chwalił. A ponowny proces powoli toczył się znowu przed lubelskim sądem. Wynik - uniewinnieni z zarzucanego im czynu zabójstwa. Sędzia nie pozostawił suchej nitki na pracy prokuratora i na jego kompletnie niewiarygodnych świadkach.
     To był prawdziwy cios dla prokuratury. Taka sprawa, a tak spieprzona. Odwołano się po raz kolejny. Znalazł się nowy świadek. Ponoć był kiedyś na rybach z Wojciechem W. i ten mu się przyznał, że zastrzelił dzieciaki. Ot, tak o tym wspomniał. W chwili słabości. A może ryby go tak ośmieliły?
     Świadek ten szybko opuścił areszt, bo poza wędkowaniem lubił jeszcze od czasu do czasu coś gwizdnąć. O tym, że była to nagroda prokuratora za złożone zeznania przeciwko W., wiedzą wszyscy.

Sędzia niezmieszana
Aż wreszcie prokuratorowi się udało! Sędzia Dorota Dobrzańska była wstrząśnięta rzekomym wyznaniem Wojciecha W. i uznała jego i jego kolegów winnymi zabójstwa sprzed 12 lat. Chociaż w tym trzecim postępowaniu żaden z oskarżonych nie brał udziału. Nikt nie przychodził na rozprawy, bo po co, skoro znowu jest to jakaś grubymi nićmi szyta gra prokuratury. A jednak sędzia uznała inaczej. Dała im po 15 lat, a temu, który się tak niefortunnie zwierzył na rybach, 25 lat. Żałowała, że zmieniono prawo karne i nie może dać mu dożywocia. Wystąpiła też w mediach i cieszyła się z wydanego przez siebie wyroku.
Aha, sędzia Dobrzańska nie znalazła motywu zbrodni. Ale wstrząśnięta była...

Joanna Skibniewska

czwartek, 21 marca 2013

Parasprawiedliwość (NIE 38/2012)


Jedliński
W Świdnicy przedstawiciele prawa czasem je łamią. Sędzia Maciej Jedliński, uzasadniając wydany wyrok, powołał się na wyrok, który dopiero miał zapaść.

Marek Lisowski, człowiek całkowicie sparaliżowany od 22 lat, został skazany. Proces, który toczył się przed Sądem Okręgowym w Świdnicy to farsa. Sąd nie próbował dociec prawdy, lecz jedynie potwierdzić z góry założoną tezę. A ta była jasna - Lisowski miał być winny.
     - Pomawia mnie człowiek, którego nigdy na oczy nie widziałem - mówi Lisowski. - Nic nigdy mnie z nim nie łączyło, nie zrobiłem nic, za co mógłbym być ukarany. Nigdy nie popełniłem żadnego przestępstwa.

     Świadek koronny Krzysztof P., ulubieniec świdnickich prokuratorów i sędziów, opowiada o Lisowskim niestworzone historie. Mówi, że przed 12 laty handlował narkotykami, podrabiał pieniądze i przewoził uran w nogawce spodni. Choć o P. mówią skruszony bandzior, tak naprawdę jest tylko cwanym bandytą, który chce uniknąć kary.
     Przed sądem jednak zasłania się niepamięcią. Plącze się, mota, myli daty, miejsca, ludzi. Nic nie trzyma się kupy.
     Świadkowie, którzy mieli potwierdzić zeznania koronnego i uprawdopodobnić winę schorowanego Lisowskiego, nie potrafili go nawet rozpoznać. Nie wiedzieli, że jest kaleką. Choć sędzia starał się nakierowywać zeznających, ich wypowiedzi nie wskazywały na winę Lisowskiego. Nie było innych dowodów winy. (http://skibniewska.blogspot.com/2013/03/gowinizm-nie-182012.html - "Gowinizm"18/2012)
- Jestem niewinny - powtarzał oskarżony.
Sędzia Jedliński uznał inaczej i zrobił z niego szefa zorganizowanej grupy przestępczej.
     - Postać Marka L. to zjawisko rzadkie, nawet do wykorzystania i do zbadania jako zjawisko w kryminologii - mówił Jedliński, uzasadniając wyrok.
     I skazał go na 5 lat więzienia. Wiedział, że w jego stanie to kara śmierci.
     Sędzia ogłosił sukces w świdnickiej prasie. Red. Jan Banaszczyk z "Nowego Tygodnika Świdnickiego" opowiedział barwnie, jak Jedliński ukarał groźnego przestępcę. A że całkowicie sparaliżowanego, bez odruchów fizjologicznych i nerwowych, potrzebującego całodobowej opieki? Cóż...
     Nam najbardziej się podoba pisemne uzasadnienie wyroku sędziego Jedlińskiego. Dlaczego uważa, że świadek koronny jest wiarygodny? Bo potwierdził to wyrok sądu (tego samego, oczywiście) wydany 23 sierpnia, kiedy to na podstawie tych samych zeznań skazano innych ludzi. Zapomniał dodać, że on sam wyrok wydawał 15 lipca... Czyli opierał się na wyroku, który dopiero miał być wydany. Poza tym Jedliński stwierdził, że już skazywał na podstawie tych zeznań, czyli że rewelacje świadków koronnych są wiarygodne (skoro już skazywał, to powinien się wyłączyć z tej sprawy). O reszcie uzasadnienia można powiedzieć krótko:
wina i sprawstwo oskarżonego są dla sądu oczywiste i nie trzeba tego głębiej uzasadniać, a wszystkie próby wykazywania, że jest inaczej, są niepoważne.
W związku z tym wnioski dowodowe obrony nie zasługiwały na uwzględnienie.
     Dodać musimy, że ten uznany za wiarygodnego przez Jedlińskiego świadek zeznawał także na jego temat.
Krzysztof P. zeznał w postępowaniu przygotowawczym, że sędzia Jedliński bierze łapówki ("Sędziabierze w łapę", "NIE" nr 21/2012) http://skibniewska.blogspot.com/2013/03/sedzia-bierze-w-ape-nie-212012.html . W tamtym wypadku jakoś Krzysztof P. nie wydawał się sędziemu i prokuratorom wiarygodny i umorzono postępowanie w tej sprawie.
     Oczywiście już samo uzasadnienie sędziego jest podstawą do wniesienia apelacji. Może sędziowie z wrocławskiego sądu apelacyjnego okażą się bardziej kompetentni? Tylko czy Marek Lisowski doczeka ponownego procesu? Pobyt w areszcie zrobił swoje. Sparaliżowany mężczyzna jest w ciężkim stanie.
- Jestem niewinny - powtarza.
Podobno sędziowie w Polsce dzielą się na obiektywnych i na tych ze Świdnicy.

Joanna Skibniewska

czwartek, 28 lutego 2013

Sędziowie nie płacą (NIE, 20/2010)


Wymiar sprawiedliwości karze, ale sam jest bezkarny. 
 

Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia. Sala rozpraw. Na drzwiach wokanda: 9.30 - prokuratura kontra X - wniosek o przedłużenie aresztu tymczasowego; 9.35 - prokuratura przeciwko Y - wniosek o areszt tymczasowy; 9.40 - prokuratura kontra Z - wniosek o przedłużenie aresztu. Czyjaś wolność warta jest pięciu minut zastanowienia...

Wolni i szybcy
- Nie więcej niż 20 procent sędziów zapoznaje się z aktami sprawy przy wniosku o areszt tymczasowy - mówi mecenas Kazimierz Pawelec, doktor prawa. - Ogromna większość nawet nie słucha argumentów obrony. Decyzja o odebraniu komuś wolności trwa zwykle chwilę. Wystarczy, że prokurator wnioskujący o areszt napisze, że istnieje podejrzenie uczestnictwa w zorganizowanej grupie przestępczej albo że podejrzany na pewno będzie mataczył. Sąd tego nie sprawdza. Prokurator Aurelia Skiba z Krosna zrobiła z podejrzanego członka zorganizowanej grupy przestępczej. W sądzie mówiła, iż reszta członków grupy jest jeszcze nieznana i trzeba delikwenta zamknąć, to być może ona jeszcze kogoś znajdzie. W Krakowie prokurator Wojciech Nowak zrobił grupę przestępczą z żony i męża, a prokurator Rafał Babiński - z matki i syna. Ten drugi napisał w uzasadnieniu, że podejrzany na pewno będzie mataczył na wolności, bo posiada telefon komórkowy. Nowak zaś uzasadniał w sądzie, że jeden z jego "podopiecznych" będzie utrudniał śledztwo, jeśli się go nie przymknie, bo zna cały Kraków i będzie rozmawiał z ludźmi. Babiński podczas rozprawy o przedłużenie aresztu innej osobie powiedział sądowi, że podejrzany parę dni wcześniej wysłał SMA-a do innego podejrzanego. Gdy obrona udowadniała, że to niemożliwe, bo delikwent siedział, a w posiadaniu tego telefonu był wówczas tylko prokurator Babiński, sąd nawet nie próbował tego sprawdzić. - Prokuratorzy czują się bezkarni, bo sędziowie im na to pozwalają - mówi była minister sprawiedliwości Barbara Piwnik, sędzia Sądu Okręgowego w Warszawie.

Siedzieć za nic
Większość aresztów i innych środków zapobiegawczych stosowanych przez prokuraturę i sądy jest nieuzasadniona. Często postępowania przed sądem kończą się uniewinnieniem oskarżonych. Mnożą się więc wnioski o wysokie odszkodowania za niesłuszne zatrzymanie i areszt (zgodnie z art. 552 kpk). Prokuratura Generalna nie prowadzi statystyki, ile takich wniosków trafia do sądów cywilnych, ale adwokaci mówią, że na pewno jest ich kilkaset rocznie. Średnie roszczenie to 5 tys. zł za dzień bezzasadnego aresztu. Więcej, jeśli osadzony twierdzi i dowodzi, że stracił zdrowie w więziennej celi, co jest normą. Wielokrotnie pisaliśmy o aresztach trwających 2 albo nawet 3 lata, które po zakończeniu procesów okazywały się środkiem zastosowanym niesłusznie i z naruszeniem praw człowieka. Skutkiem są milionowe odszkodowania dla osadzonych wypłacane przez skarb państwa. Płacą zatem podatnicy. Prokuratorzy, którzy albo odrzucali dowody niewinności, albo wręcz preparowali dowody winy, nie ponoszą żadnej odpowiedzialności - ani karnej, ani dyscyplinarnej, ani finansowej. Podobnie sędziowie, którzy te areszty klepali bez sprawdzenia, czy dowody przeciwko podejrzanemu są wystarczające do pozbawienia go wolności. Tymczasem zgodnie z przepisami oni wcale nie muszą być bezkarni. Prawo wręcz tego zabrania. Tylko nikt z tych, którzy mają stać na straży praworządności, tego prawa nie stosuje. Dlaczego? - Najwyższy czas postawić to pytanie - mówi Barbara Piwnik. - Pora otwarcie o tym mówić, żeby nie mnożyć krzywdy ludzkiej.

Paragraf na nadgorliwców
Art. 557 kpk mówi, że w razie naprawienia szkody oraz zadośćuczynienia za krzywdę skarb państwa ma roszczenie zwrotne do osób, które swoim bezprawnym działaniem spowodowały niesłuszne skazanie, zastosowanie środka zabezpieczającego, niesłuszne tymczasowe aresztowanie lub zatrzymanie. Adresatem powództwa o zwrot zasądzonej kwoty na rzecz osób bezpodstawnie skazanych czy tymczasowo aresztowanych powinien być sędzia, a przede wszystkim prokurator. Oni podejmują decyzje, które prowadzą do wskazanych w art. 557 kpk rozstrzygnięć. Uprawnionymi do wytoczenia powództwa przeciwko nieuczciwemu prokuratorowi są... prokuratura oraz organ powołany do reprezentowania skarbu państwa. Organem tym jest Prokuratura Generalna. - Po zasądzeniu przez sąd odszkodowania i zadośćuczynienia za niesłuszne aresztowanie prokurator musi obligatoryjnie zbadać, czy nie zostało ono spowodowane działaniem funkcjonariusza publicznego i w tym przedmiocie wydaje postanowienie, ale zamyka sprawę tylko w tym wypadku, gdy nie dopatrzył się podstaw do wytoczenia powództwa - tłumaczy sędzia Sądu Najwyższego Tomasz Grzegorczyk, autor podręczników prawa. Z analizy danych statystycznych, jakimi dysponuje minister sprawiedliwości, wynika, że od początku 2008 do końca II kwartału 2009 r. prokuratury nie skierowały ani jednego powództwa w trybie art. 557 § 1 i 2 kpk. Wydano 386 postanowień (znacznie mniej niż uzyskane w tym okresie odszkodowania za niesłuszny areszt) na podstawie art. 557 § 2 kpk, ale wyłącznie o braku podstaw do wniesienia powództwa regresowego, tj. zwrotu skarbowi państwa wydatków zawinionych przez prawników. W większości spraw ustalono, że nie zachodzi przesłanka w postaci bezprawnego zachowania osoby, o której mowa w art. 557 § 1 kpk. Czyli mówiąc po ludzku, prokurator kierował do aresztu niewinnego człowieka zawsze zgodnie z prawem... Na marginesie dodamy, że w latach 2006-2007 jedynie Prokuratura Okręgowa w Płocku skierowała 2 pozwy regresowe, które okazały się skuteczne. We wszystkich innych koledzy prokuratorzy trzymali się razem. Okazywali solidarność z partaczami, nadgorliwcami, nieukami i kolegami idącymi na skróty.

Rodzina togowatych
Parę miesięcy przed śmiercią Jerzy Szmajdziński wystąpił z zapytaniem do Ministerstwa Sprawiedliwości, dlaczego art. 557 kpk nie jest stosowany, a manipulujący prawem prokuratorzy pozostają bezkarni. Zapytał o liczbę niesłusznych aresztów, o wysokość odszkodowań i o to, ilu prokuratorów zapłaciło z własnej kieszeni za zniszczenie komuś życia. Na pytanie odpowiedzi nie dostał, natomiast podsekretarz stanu Zbigniew Wrona stwierdził, że art. 557 kpk... jest trudny do zrozumienia: Dostrzegając trudności w praktycznym stosowaniu przepisu art. 557 kpk oraz skomplikowane zagadnienia natury cywilistycznej, a także rosnącą liczbę i zakres zobowiązań odszkodowawczych Skarbu Państwa, w Ministerstwie Sprawiedliwości podjęto prace legislacyjne mające na celu nowelizację przepisów art. 557-558 kpk. Jednocześnie złożoność przedmiotowej materii oraz daleko idąca odmienność poglądów wymagają pogłębionej analizy powyższego zagadnienia w celu doprecyzowania i uzupełnienia obowiązujących regulacji o nowe przesłanki umożliwiające egzekwowanie odpowiedzialności regresowej. Należy przy tym również pamiętać o niezawisłości sędziowskiej, wymagającej zagwarantowania sędziom orzekającym o środkach zapobiegawczych, zabezpieczających lub o skazaniu niezbędnej autonomii orzeczniczej, jak również zapewnienia określonych standardów i warunków wykonywania ustawowych obowiązków przez prokuratora i innych funkcjonariuszy publicznych, którzy w sposób nieskrępowany powinni realizować swoje zadania. Okazuje się, że już w 2006 r. posłanka Beata Sawicka wnosiła interpelację i podobne zapytanie do ministra. Dowiedziała się, że począwszy od IV kwartału 2003 r. do sierpnia 2005 r. prokuratorzy przeprowadzili ok. 100 postępowań wyjaśniających, mających na celu dochodzenie roszczeń zwrotnych, o których mowa wart. 557 § I kpk. Wyniki tych postępowań nie dały podstaw do wytoczenia przez prokuratora powództw regresowych. Także w 2006 r. rzecznik praw obywatelskich Janusz Kochanowski występował z podobnym zapytaniem i żądaniem ścigania prokuratorów. I co? Dostał odpowiedź od ministra Zbigniewa Ziobry, że nie uzgodniono, kto ma reprezentować skarb państwa w tych postępowaniach... - Prokuratura Generalna nie tylko może, ale wręcz nie powinna czekać na decyzję prokuratora i wytoczyć powództwo wcześniej, jak również przyłączyć się do procesu na zasadach postępowania cywilnego - komentuje sędzia Grzegorczyk. Ile razy Prokuratura Generalna ścigała prokuratora za niesłuszny areszt? Ani razu. Funkcjonariusze państwa mający stosować prawo sami je łamią.

Tak ma zostać
Stowarzyszenie Prokuratorów Rzeczpospolitej Polskiej wystosowało list otwarty do Ministerstwa Sprawiedliwości. List mówił o niebezpieczeństwach, jakie czyhają na wspaniałych funkcjonariuszy publicznych poprzez stosowanie art. 557 kpk. Stowarzyszenie jest przerażone, że wzrasta liczba i wysokość kwot wypłacanych odszkodowań. Poza tym zauważa, że udowodnienie, iż prokurator zastosował niesłuszny areszt, jest niezwykle proste. I co wtedy? O konsekwencjach takiego orzeczenia dla bytu prokuratora i jego rodziny lepiej nawet nie wspominać - pisał przedstawiciel stowarzyszenia Bolesław Kurzępa. Ciekawe, czy prokuratorzy ze stowarzyszenia z podobną troską odnosili się do ofiar ich beztroskich poczynań, myśleli o dzieciach i małżonkach, często pozostających bez środków do życia? Czy tego rodzaju zagrożenia można de legę lata uniknąć? - pyta stowarzyszenie. - Wyobraźmy sobie przypadek uniewinnienia jednego z oskarżonych w głośnych ostatnio procesach gospodarczych, który przedstawi żądanie zasądzenia na jego rzecz wielomilionowego odszkodowania, a następnie po jego uznaniu i wypłaceniu Skarb Państwa skieruje swoje roszczenie np. przeciwko prokuratorowi prowadzącemu w tej sprawie śledztwo. Jest to sytuacja o tyle realna, że w sporej części spraw gospodarczych najpierw ma miejsce zwrot akt do prokuratury, zaś późniejsze relacje prasowe czy telewizyjne wskazywały, że główną przyczyną uniewinnienia oskarżonego były ewidentne błędy postępowania przygotowawczego. (...) Jedynym rozwiązaniem wydaje się być wprowadzenie obowiązkowego ubezpieczenia prokuratorów od odpowiedzialności cywilnej z tytułu wykonywanych obowiązków służbowych. Tyle że im żadne ubezpieczenie nie jest potrzebne. Ich gwarancją są koledzy, którzy na pewno nie dopatrzą się bezprawnego działania u kumpli nieudaczni? ków i manipulantów. W każdym razie prokuratura jako instytucja nie powinna ubezpieczać swoich pracowników, bo to by znaczyło gwarantowanie im nieponoszenia odpowiedzialności. Niechaj prokuratorzy lubiący naginać prawo sami ubezpieczają się od następstw swego hobby. - Za 10, 15 lat koło historii się odwróci i ci, którzy dziś wsadzają, mogą być wsadzani - mówi Barbara Piwnik. - Trochę pokory. Tyle krzyczy się o wypełnieniu testamentu ofiar ze Smoleńska. To wypełnijcie prośbę Szmajdzińskiego o ściganie tych, którzy współtworzą bezprawie. ?
Art. 263 kpk § 3. Łączny okres stosowania tymczasowego aresztowania do chwili wydania pierwszego wyroku przez sąd pierwszej instancji nie może przekroczyć 2 lat. Ponad 1000 osób w Polsce przebywa w tymczasowym areszcie już ponad 2 lata, a Polska przegrała do tej pory 36 spraw przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu właśnie ze względu na zbyt długie tymczasowe aresztowanie. Dwa razy tyle - za niesłuszne stosowanie aresztów.

Sąd się nudzi (NIE, 01/2010

Toczy się postępowanie, w którym nie ma poszkodowanego, skarżącego, szkody i nawet dowodu rzeczowego przestępstwa.
Państwo J. żyli zwyczajnie. Oboje zapracowani, dzieci odchowane, własne firmy. Dorobili się mieszkania, samochodu i nerwicy. Cóż, stolica.
Witold J. mógł jednak odetchnąć świeżym, wiejskim powietrzem, bo w ich małej podwarszawskiej posiadłości prowadził praktykę weterynaryjną. Wracał w weekendy do domu, liczył dzieci i odpoczywał. Choć robota ciężka, to zupełnie nieopłacalna, co go dołowało. Żona to jednak rozumiała. Tyrała więc więcej, bo przecież dom i dzieciaki trzeba utrzymać, a on niech ma tę swoją weterynaryjną pasję.

I tak lata mijały.
Pewnego dnia, dokładnie w urodziny Małgorzaty J., zadzwoniła do niej kobieta. Pomoc weterynaryjna męża. I ze swobodą poinformowała Małgorzatę J., że od lat jest kochanką swojego szefa, a jej małżonka, i oczekuje, że Małgorzata J. zrzeknie się praw do posiadłości na wsi, bo to ona tam zamiata podwórze i piele ogródek.
Co tu dużo gadać – żona się wściekła. Tym bardziej że mąż przestał odbierać telefon, jak na odważnego mężczyznę przystało. Postanowiła przeprowadzić własny wywiad na miejscu zdrady. Tam dowiedziała się, że młoda kobieta mówiła prawdę, zapomniała tylko dodać, że od dawna Witold J. utrzymuje także jej dzieci, zapominając o utrzymaniu swojej własnej dwójki potomstwa, a jego niedochodowy weterynaryjny biznes to zwykła ściema.
W krótkich żołnierskich słowach powiedziała mężowi, co o nim myśli, porównując go do męskich genitaliów, i poinformowała, że więcej widzieć go nie chce. No, chyba że w sądzie. I wystąpiła o alimenty na dorastającą młodszą córkę. Alimenty w sądzie jej przyznano, ale mąż okazał się niewypłacalny, na co przedstawiał niezbite dowody z urzędu skarbowego. Udała się więc do komornika, któremu wskazała źródła dochodu małżonka i kasę wyrwała. Witold. J. poszedł do śródmiejskiej prokuratury rejonowej. A tam pani prokurator słuchała go uważnie…
Oskarżam Małgorzatę J. o to, że działając w celu osiągnięcia korzyści majątkowej doprowadziła do niekorzystnego rozporządzenia mienia firmę Pol­komtel SA w kwocie 326,74 zł w ten sposób, że wprowadziła w błąd pracownika firmy co do tożsamości osoby zawierającej umowę o świadczenie usług telekomunikacyjnych składając swój podpis w imieniu Witolda J. – napisała prokurator Agata Kłos, dziś już zastępca prokuratora rejonowego. Prowadziła jeszcze postępowanie w sprawie zmiany zamków do mieszkania, której dokonała rzekomo Małgorzata J., ale okazało się, że znerwicowany Witold J. zapomniał szyfru do zamka i dlatego nie mógł się dostać do mieszkania.
W 2004 roku, gdy upadła firma, w której Małgorzata J. pracowała, został jej w spadku służbowy telefon. Żeby go nie stracić (a był nowy, wypasiony), trzeba było dokonać cesji z upadającej firmy na pracownicę. Ponieważ ów szpanerski telefon bardzo spodobał się jej mężowi, zdecydowali oboje, że cesja będzie na niego. O co więc niby oskarża ją mąż? Ano o to, że jak przyszedł pracownik Polkomtelu, a Witold J. był w swojej przychodni weterynaryjnej, ona podpisała się w jego imieniu. Oszukała tym firmę. A to według pani prokurator przestępstwo. Skąd kwota 326,74 zł? Otóż taki był rachunek na przekazywanym Witoldowi J. telefonie. Kwotę tę Małgorzata J. zapłaciła. Polkomtel, wbrew temu, co twierdzi prokurator Kłos, nie ucierpiał. Nie ma zatem ani szkody, ani poszkodowanego. O czym zresztą wielokrotnie zapewniali przed sądem przedstawiciele firmy.
Czy Małgorzata J. podpisała się w imieniu męża, nie wiadomo, bo oryginału umowy nie ma. Polkomtel nie ma obowiązku przechowywać jej tak długo. Dowód rzeczowy szlag trafił. Całe oskarżenie opiera się jedynie na zeznaniach złożonych przez Witolda J., który nie może ich powtórzyć przed sądem. Niedługo po rozmowie z prokuratorem umarł. Zabił go rak trzustki. Nie ma więc też świadka oskarżenia. Poza tym w aktach sprawy znajduje się zeznanie Witolda J. jako osoby obcej dla oskarżonej. A on przecież był jej mężem (nie mieli rozwodu), o czym prokurator musiał wiedzieć.
Oskarżenie wpłynęło do sądu w lipcu 2006 r. Od tamtej pory wezwano wielu świadków. Głównie pracowników Polkomtelu, którzy albo nic nie pamiętają sprzed pięciu lat, albo zapewniają, że nie mogliby wówczas uwierzyć, że Małgorzata J. jest Witoldem J., bo nie ma wąsów i ma cycki. Tylko w 2009 r. odbyło się sześć rozpraw.
Sędzia co chwila powołuje jakiegoś biegłego, nakazuje dodatkową ekspertyzę grafologiczną (bo ręka tego, co to niby nie podpisał, leży w grobie) albo zleca nowe ekspertyzy. Na przykład żeby sprawdzić, kto dzwonił z owego numeru telefonu w 2004 r. i z jakiego miejsca. A do tej wiedzy nie dochodzi się łatwo. Ani szybko. Ani też tanio. Nie wiadomo także, co niby ta wiedza miałaby wnieść do sprawy. Sprawy, powtórzę, w której nie ma poszkodowanego (Pol­komtel nie ma żadnych roszczeń), świadka oskarżenia (Witold J. nie żyje), brak jest samej szkody (rachunek na 326,74 zł został zapłacony) i dowodu rzeczowego (umowy cesji).
Małgorzacie J. po mężu pozostały głównie długi, które spłaca do dziś, bo z trupem nie ma co zadzierać. W razie czego za niego aktu zemsty dokona warszawska prokuratura lub sąd.

środa, 27 lutego 2013

Więzień z pięknym nosem (NIE, 30/2007)

Pieniądze i układy powodują, że za kratkami siedzi się w kratkę. 
 
14 kwietnia 2002 r. Tomasz Cholewiński jechał do Drezdenka. Tuż pod miastem zakończył podróż. Z naprzeciwka jechał pijany Tomasz S. z kolegami. Na liczniku miał przeszło 190 km na godzinę. Nie zapanował nad pojazdem. Cholewiński zginął na miejscu. Niby prosta sprawa – jest sprawca, jest ofiara, jest przestępstwo, powinna być kara. A jednak...
Tomasz S. trafił ranny do szpitala. Dziwnym trafem nikt nie zrobił mu badania krwi na obecność alkoholu, mimo że wiadomo było, że jest sprawcą wypadku, i mimo że wykonywano
badanie na ustalenie grupy krwi. Takie analizy zrobiono dopiero w cztery godziny po przestępstwie i po przetoczeniu 1500 ml krwi i płynów krwiopochodnych. I nawet wtedy Tomasz S. miał 0,4 promila.

Z zeznań świadków ze stacji benzynowej wynika, że Tomasz S. opróżnił tam flaszkę wódki 10 minut przed wypadkiem. Inni widzieli go niecałą godzinę wcześniej na dyskotece – zalanego w trupa. Tymczasem nikt w szpitalu nie czuł od niego alkoholu. Ba – w pierwszym przesłuchaniu pielęgniarka stwierdziła, że przed ukłuciem igłą zdezynfekowała ranę wodą utlenioną, jak zwykle to robi, ale niedługo potem zmieniła zeznania i przypomniała sobie, że tym razem użyła spirytusu. Te 0,4 promila to jedynie wacik nasączony spirytusem... Gdy sprawca był już w stanie złożyć zeznania, to albo nie chciał tego zrobić, albo nie umiał podpisać protokołu, bo... zapomniał, jaki ma podpis. Gdy chciano mu zatrzymać prawo jazdy – nie mógł go znaleźć. Tomasza S. skierowano na oddział psychiatryczny.
Manipulacje Tomasza S. na niewiele się zdały. Sąd Rejonowy w Strzelcach Krajeńskich 13 września 2002 r. wydał nakaz jego aresztowania. Tomasz S. odwołał się od tej decyzji do Sądu Okręgowego w Gorzowie Wielkopolskim. 25 września sędzia Ryszard Rutkowski areszt ten uchylił.
– To, co się działo w Gorzowie Wielkopolskim, było mówiąc delikatnie wielką manipulacją – mówi Janusz Popiel ze stowarzyszenia Alter Ego, który uczestniczył w postępowaniu.
* * *
W czerwcu 2004 r. w Sądzie Rejonowym w Strzelcach Krajeńskich zapadł wyrok. 7 lat pozbawienia wolności. Tomasz S. wyroku nie słyszał. W przerwie rozprawy wyszedł i ślad po nim zaginął. Na salę sądową przyszli po niego policjanci, ale gościa nie zastali. Obrońcy, Jerzy Synowiec i Jacek Sobusiak, mieli zdziwione miny.
– Był widywany na mieście, na swoim podwórku. Wszyscy wiedzieli, gdzie on jest – mówi Roman Cholewiński, ojciec zabitego chłopaka. Potwierdza to dziennikarz lokalnej gazety.
– Każdy wiedział, że S. jest w domu. Nawet zbytnio się nie chował – mówi Krzysztof Bąk z redakcji „Ziemi Gorzowskiej”.
Sąd w Strzelcach wydał list gończy. Dziwnym trafem list ów został przepisany z błędem (literówka) i obrońca podważył jego ważność. Nakaz uchylono. Znowu sędzia Ryszard Rutkowski z gorzowskiego sądu.
Tymczasem Tomasz S. ani myślał zmienić swoje upodobania. Pił, bawił się, robił burdy. W trakcie prowadzonego postępowania spowodował kolejny wypadek. Miał prawie 2 promile. Uciekał przed policją. W areszcie wytrzeźwiał, a rano poszedł do domu.
– Nie mieliśmy podstaw do aresztowania – stwierdził prokurator rejonowy Robert Augustyn. Stwierdził też, że nie warto było zakazywać Tomaszowi S. prowadzenia pojazdów, bo postępowanie Tomasza S. wskazuje, że nie odniosłoby to skutku. Nie wiadomo, czy pijany kierowca miał przy sobie prawo jazdy. To, którego nie mógł wcześniej znaleźć.
Odrzucając wniosek o areszt sędzia Rutkowski wyjaśniał to tak: okoliczności, na które wskazał Sąd w postaci stawiania oporu policjantom i poruszania się pojazdem mimo orzeczonego zakazu w żaden sposób nie utrudniają postępowania. Tomasz S. czuł się więc bezkarny. Postanowił apelować. Sprawa trafiła do Gorzowa.
Apelację w sądzie gorzowskim rozpatrywała prezes Alina Czubieniak (znana czytelnikom „NIE” negatywna bohaterka serii publikacji „Układ gorzowski”). To właśnie na rozprawie apelacyjnej jeden z sędziów powiedział pamiętne zdanie, że 7 lat za zabicie człowieka to za dużo. Czubieniak zbiła wyrok do piątki. To, że sprawca się ukrywał, nie miało dla wymiaru kary żadnego znaczenia.
* * *
– Wyrok został wydany, a Tomasza S. nadal widywano w różnych miejscach – mówi ojciec ofiary.
Gdy do policji wpłynęła oficjalna informacja, że Tomasz S. przebywa w domu, policja zareagowała. Peleton radiowozów jechał kilkanaście kilometrów... na sygnale. Oczywiście zanim gliniarze dojechali, ścigany już zniknął.
Wreszcie jednak trafił za kraty. Na chwilę. Niebawem wyszedł na pierwszą przepustkę. Dla poratowania zdrowia. W trakcie przerwy w odsiadywaniu spowodował kolejny wypadek i próbował zwiać. W chwilę potem kolejna przepustka. Wtedy wpadł na wyłudzeniu ubezpieczenia od PZU. Ale to nie wpłynęło na to, że w trzy tygodnie później dostał kolejną przepustkę na komunię syna. Po powrocie z imprezy komunijnej nie zabawił długo w więzieniu, bo w parę dni potem (!) z wydziału penitencjarnego dostał miesiąc przerwy w odbywaniu kary, którą mu w sądzie apelacyjnym... przedłużono o kolejne dwa miesiące. Znów dla poratowania zdrowia: tym razem Tomasz S. prostował sobie nos. Gdy chłopina wypiękniał, wrócił do więzienia na krótką chwilę, po czym znowu dostał miesiąc przepustki, którą sąd apelacyjny przedłużył o kolejne cztery miechy.
Jak myślicie, gdzie jest teraz Tomasz S.? Ma kolejną przerwę w odbywaniu kary.
* * *
O urlopach Tomasza S. nic nie wie Roman Cholewiński, ojciec zabitego chłopaka, oskarżyciel posiłkowy przeciwko Tomaszowi S. Gdy zwrócił uwagę sądowi, że powinien zgodnie z prawem być o tym informowany, dowiedział się, że nie jest stroną w postępowaniu karnym. Stroną jest jego nieżyjący syn. Z tego samego pisma dowiedział się też, że skazany prawidłowo realizuje obowiązek poddania się leczeniu szpitalnemu.
– Jest w domu – potwierdzają wszyscy sąsiedzi i ci, którzy przejeżdżają w pobliżu domu S.
– Sprowadza samochody – dodają znajomi Tomasza S.
* * *
Tomasz S. mieszka z rodzicami w Starym Kurowie niedaleko Drezdenka. Jego rodzina uchodzi za majętną. Posiada liczne nieruchomości.
Czują się bezkarni.
– Pisałem o sprawie tego wypadku – mówi Krzysztof Bąk, dziennikarz z „Ziemi Gorzowskiej”.
– Gdy pojechałem za policjantami na próbę zatrzymania Tomasza S., rzucił się na mnie jego ojciec, złapał mnie za klapy (przy policjantach) i powiedział: ja cię, kurwa, jeszcze zniszczę, dopadnę i pokażę, kto tu rządzi.
Dziennikarz złożył doniesienie o przestępstwie.Dziwnym trafem policjant stojący tuż przy nim nic nie słyszał. W Gorzowie umorzono postępowanie z powodu braku znamion przestępstwa. Sędzia wytłumaczył, że to były tylko słowa, a przecież nie musiały znaczyć, że S. to zrobi.
Dziennikarz TVP Tadeusz Litowczenko robił dla programu pierwszego reportaż o gangach samochodowych z Lubuskiego. Trafił do państwa S., rodziców Tomasza, którzy mieli sklep z częściami samochodowymi.
– Weszliśmy do sklepu we trójkę: ja, operator i dźwiękowiec. Mieliśmy kamerę. Oni byli już gotowi. Na nasz widok Danuta S. (matka) zawołała: „Szybko, zamykać sklep! Zniszczyć kamerę” – mówił dziennikarz.
Ekipie udało się wyjść ze sklepu, ale kamerę zniszczono.
* * *
W Gorzowie Wielkopolskim wielu żyje z przemytu. Granica pod nosem kusi. W 2005 r. ojca Tomasza S. oskarżono o przynależność do gangu złodziei samochodów. Zasiadł na ławie oskarżonych. Choruje.
Tymczasem Tomasz S. ma urlop do końca sierpnia. Niekoniecznie wróci do pudła, bo planuje na jesieni wyjechać na badania do Polanicy Zdroju.
Dobry wybór. Piękna okolica.