Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyrok. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyrok. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 grudnia 2013

Sfilcowany Prokurator (NIE Nr 43/2013)


Prokurator Marek Wełna, bohater kilkunastu artykułów w „NIE”,chciał nas ukarać i uciszyć. Chciał nas skazać. Przegrał.

– Sąd odrzuca wniosek oskarżyciela posiłkowego Marka Wełny i umarza postępowanie z powodu braku znamion przestępstwa – skonkludował krótko sędzia Jan Kłosowski z Sądu Rejonowego w Łodzi. – Postępowanie przeciwko oskarżonej byłoby naruszeniem zasad etyki i moralności…
W akcie oskarżenia Marek Wełna stwierdził, że dziennikarka tygodnika „NIE”,działając wspólnie i w porozumieniu (z wydawcą i redaktorem naczelnym – przyp. J. S.), za pomocą środków masowego komunikowania (…) pomówili Marka Wełnę – prokuratora Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie o postępowanie i właściwości, które naraziły go na utratę zaufania potrzebnego do wykonywania zawodu prokuratora, iż pełniąc funkcję prokuratora, w ramach prowadzonych i nadzorowanych postępowań przygotowawczych stosował wobec wskazanych podsądnych czynności i metody niezgodne z prawem.
Postanowił ścigać nas z art. 212 kk o pomówienie. Chodzi o artykuł „Ziobro i jego zdrajca”.
Prokurator z Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie Marek Wełna lubi, gdy jego jest na wierzchu. I wszyscy muszą skakać, jak on zagra. System zbierania haków i preparowania dowodów działa u niego bez zarzutu. O ukaranie i uciszenie naszych dziennikarzy walczy od lat.

•••

W tej sprawie zaczął działać ponad rok temu. Złożył doniesienie o przestępstwie popełnionym przez dziennikarza do prokuratury.

O to, aby postępowanie potoczyło się tak, jak on sobie życzy, zatroszczył się prokurator generalny Andrzej Seremet.
Kolega po fachu jeszcze z Krakowa. Postępowanie przeciwko dziennikarce z Warszawy, która zamieszcza publikacje wWarszawie, prowadziła prokuratura w… Dębicy.


– Decyzją Prokuratury Generalnej postępowanie w sprawie zniesławienia prokuratora Marka Wełny tekstem pt. „Ziobroi jego zdrajca” przekazano do naszej jednostki – mówi szef prokuratury rejonowej w Dębicy. – Pewnie dlatego, że jest blisko Krakowa.
Nie dlatego. Wełna dobrze zna większość pracujących w Dębicy prokuratorów.
– Razem pracowali. Wełna pracował w Tarnowie, a to były podległe sobie jednostki – przypomina dębicki prokurator.
Poza tym wielu młodych prokuratorów stamtąd robiło u Wełny aplikację.
Do Dębicy na przesłuchanie dziennikarki Wełna został przywieziony. Do transportu służbowego nie przyznaje się ani krakowska prokuratura, ani policja. Ale kierowca mówił jasno: – Przywiozłem prokuratora Wełnę, mam na niego poczekać.
Z Krakowa do Dębicy jest 140 km.
Wełna się spóźnił. Dużo. Wszyscy na niego czekali jak na boga.
– Musimy poczekać na poszkodowanego – zapewnia prokurator. Nie przystąpił bez Wełny do czynności.
Przesłuchanie prowadzone przez prokuratora z dębickiej prokuratury prowadził… Wełna. Traktował młodego prokuratora jak gdyby go w ogóle nie było.
– Czy to pani numer telefonu?
– Czy to pani wysłała SMS-a do jednego z podejrzanych? Zostanie pani oskarżona o utrudnianie śledztwa – śmiał się.
Nie wyjaśnił, skąd wziął treść SMS-a ani skąd zna treść rozmów dziennikarza. Tymczasem sąd nie wydał nigdy zgody na zastosowanie podsłuchów… Wełna nie panował nad emocjami. Swoje prokuratorskie porażki zamieniał w sukcesy. Kilka godzin przesłuchania jednak niewiele mu dało. Młody prokurator nie wymiękł. Umorzył postępowanie. Z braku znamion czynu zabronionego i braku interesu społecznego w objęciu sprawy ściganiem z urzędu. Zirytował tym Wełnę. W zażaleniu do przełożonych dębickiego prokuratora opisał go tak, że aż miło poczytać, jak prokurator obrzuca błotem innego prokuratora.
Wełna się odwołał. Prokuratura apelacyjna, także bliska Wełnie (był zastępcą jej szefa), zwróciła postępowanie do ponownego rozpatrzenia. Też nic z tego nie wyszło. Umorzono po raz drugi. Znowu się odwołał. Tym razem do sądu i do Prokuratora Generalnego. Tam sprawa utknęła.
A czas leciał. Zbliżało się przedawnienie… Na 4 dni przed terminem złożył zatem subsydiarny akt oskarżenia. Wełna wystąpił jako oskarżyciel posiłkowy. Wsparła go Prokuratura Generalna, ale na rozprawach był sam. Choć w wypadku oskarżyciela subsydiarnego obowiązuje przymus adwokacki, Wełna był sobie sterem i okrętem. Od początku pewny swego.

•••

Postępowanie prowadził Sąd Rejonowy w Łodzi. Gdy został rozpoznany na korytarzu i zobaczył spojrzenia pełne niechęci, zwrócił się po koleżeńsku do sędziego:

– Czy mogę wziąć kluczyk do jakiegoś pokoju, żeby nie być zbyt eksponowanym na korytarzu?
– Nie mamy takich pokoi – odważnie odezwał się sędzia. Wełna się zdziwił.


Na rozprawy się spóźniał. Podczas posiedzeń tracił panowanie nad sobą. Żądał, byśmy nigdy o nim nie pisali.
– Co na to oskarżona? – pytał sędzia.
– Ależ ja mogę napisać o oskarżycielu w samych superlatywach, jeśli zadośćuczyni wszystkim krzywdom, które uczynił swoim ofiarom. Jeśli zwróci za utracone zdrowie, dobre imię i dorobek całego życia. I gdy przestanie naruszać prawo w swojej pracy prokuratorskiej.
– Czy jest pani gotowa przeprosić, sprostować? – kontynuował sędzia.
– Nie. Wszystko, co napisałam, jest prawdą i jestem w stanie udowodnić to na tej sali – zapewniłam.
Wełna zaczął rzucać długopisem.
Na kolejną rozprawę do sędziego wpłynęły grube tomy akt spraw prowadzonych przez Wełnę. Dziesiątki tysięcy stron. Akta prokuratorskie, wielokrotnie uznawane przez sądy za bezużyteczne papierzyska nieświadczące o niczym. Papierzyska, które miały być dowodami, że to, co napisaliśmy, nie jest prawdą.
My natomiast złożyliśmy tylko wyroki uniewinniające tych, których Wełna niewinnie oskarżał, niesłusznie trzymał w aresztach i którym zniszczył życie. Naszych bohaterów. Uniewinnienia i odszkodowania za bezzasadne areszty. Oraz powołaliśmy świadków – ofiary Marka Wełny. Dziś oczyszczone z zarzutów. Chore, pozbawione majątków i godności. Wezwaliśmy Leszka Szlachcica, który stracił wzrok w areszcie, bo odebrano mu prawo do leczenia. Stanisławę Chmielewską, która siedziała w celi 21 miesięcy bez żadnej czynności procesowej. Siedziała, bo Wełna zmiękczał jej syna garującego w sąsiednim pawilonie. Wyszła w stanie agonalnym. Wezwaliśmy Adama Chmielewskiego, którego paraliż kończyn w areszcie miał być powodem, aby się przyznał do niepopełnionych czynów. Wezwaliśmy Wojciecha Lenka i gen. Mieczysława Kluka, oficerów policji, którym odebrano zdrowie, pracę i dobre imię, a wielomiesięczny areszt wydobywczy miał ich zmusić do składania fałszywych zeznań. I wiele innych ofiar prokuratora. Wielu też nie mogliśmy wezwać. Powiesili się lub podcięli sobie żyły.
Co zrobił sędzia? Zobaczył, jak wygląda prawda. Zobaczył, że „postępowaniei właściwości”, które przypisaliśmy Wełnie, są prawdziwe. Że to nie my naraziliśmy go „nautratę zaufania potrzebnego do wykonywania zawodu prokuratora” ale że zrobił to sobie sam, wielokrotnie naruszając prawo.
Sędzia Jan Kosiński umorzył postępowanie i odrzucił wniosek Wełny. Amy niebawem napiszemy o ludziach uniewinnionych kilka dni temu, którzy przez Marka Wełnę i jego metody pracy stracili wszystko. Firmy, dobre imię, majątki, zdrowie, a pośrednio nawet życie…
Czy znowu będziemy za to odpowiadać przed sądem?

O metodach pracy prokuratora Wełny piszemy od lat. Tekstów były dziesiątki. Nie sposób wymienić wszystkich publikacji, przypomnijmy niektóre z nich: NIE nr 43/2003– „Tylko nie po oczach”: Andrzej Rozenek opisał historię Leszka Szlachcica, który bezzasadnie siedział w areszcie, gdzie stracił wzrok. Dlatego że Wełna i jego podwładni uniemożliwiali mu leczenie. 11/2006– „Prawo Wełny” oraz 30/2010– „Tajnogrzesznicy”: historia Dariusza Przybylskiego, który powiedział prawdę o Wełnie i jego układach z gangsterami; gnił w więzieniu 4 lata. 17/2007– „Zakładniczka”:Rozenek opisał równie tragiczną historię Stanisławy Chmielewskiej. Chmielewska została zatrzymana i przebywała w areszcie 15 miesięcy, po to, aby jej syn przyznał się do tego, czego chciał prokurator. Kobieta wyszła z aresztu w stanie krytycznym. 51/2007– „Zasady działania CHWDP” i 27/2009– „Przestępcy na glinianych nogach”: to dwie publikacje Rozenka o byłym komendancie policji Wojciechu Lenku, zniszczonym, zaszczutym i wykończonym przez Wełnę; dziś Lenk jest uniewinniony, ale co z tego, skoro stracił wszystko. 16/2008– „Katownia w Krakowie”: Joanna Skibniewska opisała historię syna Chmielewskiej, Adama, zatrzymanego w areszcie wydobywczym na wniosek Wełny; to wstrząsająca historia o dręczeniu psychicznym i fizycznym osadzonego. 51/2008– „Generał pudło”: to opowieść o innym policjancie, tym razem generale, którego zniszczył Wełna; też dzisiaj uniewinnionym. 24/2009– „Jaksię robi mafię”, 7/2010– „Amoże deptał trawnik” i 51/2010– „Człowiek do wsadzania”: opisana przez Skibniewską historia człowieka wsadzonego najpierw do aresztu na zlecenie polityczne, a potem wsadzonego po raz kolejny z zemsty, że wniósł przeciwko Wełnie prywatny akt oskarżenia; Wełna i jego podwładni preparowali dowody jego winy. 42/2010– „Proces buffo”: Rozenek napisał o tym, jak Wełna trzymał ludzi w aresztach 3 lata, niszczył ich firmy, pozbawił zdrowia i pieniędzy, po czym wszyscy mogliśmy wysłuchać w sądzie, że ci zniszczeni ludzie nigdy nic złego nie zrobili. 49/2011– „Ziobroi jego zdrajca”: podsumowanie owocnej i okrutnej pracy prokuratora Wełny.

środa, 25 września 2013

Być jak Katarzyna W. (NIE Nr 38/2013, 2013-09-13, str. 3)

Każda matka w Polsce może dostać 25 lat odsiadki.



Jeśli kiedykolwiek czułaś, że nie dasz rady wstać w nocy do płaczącego dziecka – jesteś Katarzyną W.
Jeśli nie lubiłaś swojego nabrzmiałego ciążowego brzucha, porannych nudności i bolących piersi – jesteś Katarzyną W.
Jeśli czułaś się bezradna, pozostawiona sama sobie, porzucona i poniżana – jesteś Katarzyną W.

Kult Boga i śmierci

Mamo, nie martw się, poradzimy sobie z tym. Nie jest mi tu tak źle – mówi Katarzyna W. do swojej matki, gdy ta przychodzi co tydzień do aresztu.
I płacze, że taki wstyd, że taka niesprawiedliwość, że cały czas się modli…
Katarzyna jest córką dewotki i alkoholika. Ojciec jeździ tirami. Gdy wraca, należy mu się odpoczynek i flaszka. Potem bije. Matka znosi to spokojnie. Nie broni ani Katarzyny, ani jej brata. Taki krzyż. Chodzi do kościoła i oddaje swój ból Bogu. Gdy Katarzyna jeszcze jako dziecko próbuje się zabić, matka każe jej się pomodlić, aby przeprosić Stwórcę. Albo iść na pielgrzymkę do Częstochowy.
Ona już jako dzieciak była nieludzka – mówi Anna H. przed sądem. Przyjaciółka jeszcze z lat dziecięcych. – Kiedyś chciałyśmy się bawić w dom, ale Kaśka chciała się bawić w pogrzeb. Wzięła lalkę, rzuciła nią o podłogę i udawała, że teraz trzeba ją pochować.
Katarzyna miała wtedy może 7 lat. Matka brała ją na pogrzeby. Albo do domu, w którym leżał nieboszczyk z różańcem w ręku. Matka zawodziła żałośnie, a dziewczynka patrzyła, czy przypadkiem trup się nie ruszy. I dotykała, czy jest zimny. Był twardy. Jak drewniany.
Dziewuszysko zawsze było cwane – mówi ojciec Honorat W. ze zgromadzenia Tebah w Czeladzi, gdzie W. udzielała się długie lata. – Od początku polowała na męża. Polowała tymi częściami ciała. Tym upolowała Bartka. Rozpustna i zła.
Zakonnik w sądzie zmieszał Katarzynę z błotem. Podobnie jak Anna H., dziewczyna, której ten sam zakonnik niedawno zrobił dzieciaka. Na spotkaniach we wspólnocie.

Randka w kościele

Bartka poznała we wspólnocie. On pierwszy zaproponował jej randkę. Ale nie zabrał jej do kina. Poszli na rekolekcje. Na następną randkę zabrał ją do zabytkowego kościoła. Potem poszli na mszę. Gdy Katarzyna zaszła w ciążę, nie wiedziała, czy się cieszyć, czy płakać. Na pewno się bała. Niepotrzebne mi to dziecko – pisała w pamiętniku, czym oburzyła prokuratora. – Nie umiem być matką nie umiem kochać tego dziecka.
To przemówiło za tym, że jest bardzo zła. Zastanawiała się w pamiętniku, czy da radę. Przecież nie mają mieszkania. Nie mają nic. Będą musieli być na garnuszku rodziców. To poniżające.
Podobnie w tym czasie myślał Bartek. On też się bał. Nie wiedział, co to znaczy być ojcem. Poza tym bał się, jak powie o tym swojej matce.
Matka Bartka nie chciała Katarzyny. Nie była warta jej syna. Syn był wspaniały, ona dziadówka. Z dziadowskiej rodziny. Ale skoro ma urodzić się dziecko, trzeba się dla niego poświęcić. Bóg tak każe.
Ciąża była ciężka. Kaśka zawsze była chorowita i krucha. W ciąży miała anemię i wszystko, co tylko może się przytrafić ciężarnej dziewczynie. Rzygała, mdlała, miała problemy gastryczne, puchła. Aż wreszcie okazało się, że ciąża była zagrożona. Katarzyna położyła się do łóżka i długi czas leżała, żeby nie stracić dziecka. Potem cesarka. W. była za słaba, aby rodzić sama. Dziecko urodziło się przedwcześnie i z zamartwicą.

Życie rodzinne

Bartek nigdy nie przestał być synem mamusi. Katarzyna nie mogła na niego liczyć. Albo był z kolegami, albo z matką. Dzwonił do niej po kilkanaście razy dziennie i o wszystko pytał. Katarzyna głównie o tym pisze w pamiętniku. Nie o Madzi. Znowu w ogóle mi nie pomaga. Ze wszystkim muszę radzić sobie sama. Starała się schodzić teściowej z oczu. Zamykała się w ich pokoju i nie wychodziła. Nawet siku wstrzymywała.
Konflikty były normalne, jak w każdej rodzinie – zapewnia teściowa Katarzyny W.
To było we wrześniu 2011 r. Około dziewiętnastej Bartek wrócił z pracy i od razu położył się spać. Trzeba było wykąpać małą. Katarzyna chciała, żeby jej pomógł; bała się robić to sama.

Do rozmowy wtrąciła się siostra Bartka. Zwróciła Kaśce uwagę, że jej brat jest zmęczony i niech sobie radzi sama.
W chwilę potem z krzykiem do pokoju wpadła teściowa.
Katarzyna usłyszała, że jest dziwką, leniem i że nie jest odpowiednią kandydatką dla Bartka.
Poleciały kurwy.


Zawsze traktowaliście mnie jak ostatnią kurwę – powiedziała wtedy Katarzyna W. – Muszę się przejść, nie wytrzymam tego dłużej.
Jeśli teraz wyjdziesz, możesz już tu nigdy nie wracać. A dziecka też nie weźmiesz, możesz po nie przyjść dopiero z policją – ostrzegła teściowa.
Katarzyna przybiegła do swojej matki z płaczem. Szlochała, że dłużej tego nie wytrzyma, że nie może tam wrócić. Bartek do niej nie zadzwonił. Matka mu nie pozwoliła. Dopiero matka Katarzyny próbowała to załagodzić.
Młodzi zdecydowali, że wynajmą mieszkanie i od razu wzięli się za remont. Żeby dostosować lokal do potrzeb Madzi.
Po dwóch tygodniach się przeprowadzili. Bartek dzwonił do matki coraz częściej. Wpisy w pamiętniku Katarzyny się nie zmieniają. Na nikogo nie może liczyć. Nie daje rady fizycznie i psychicznie.

Świadkowie zbrodni

Zwyrodniała matka, wszystko zaplanowała i zamordowała Madzię – mówi Beata C. z Cieszyna. Współwięźniarka. Ta sama, która bestialsko skatowała swoje dziecko. Jej 5-letni Szymon konał 3 dni. Z bólu przegryzł sobie język. Oskarżona o zabójstwo z wyjątkowym okrucieństwem. – Opowiadała mi, jak udusiła dzieciątko.
Według jej zeznań Katarzyna miała udusić Madzię na jakiejś imprezie alkoholowej. Powiedziała jej, że tylko pstryknie i będzie miała trzech świadków, jakich sobie zażyczy.
Beata C. zapewnia, że prokurator wcale jej nie nakłaniał do składania takich zeznań, że nie jest to handel wymienny. Przecież nie wyszła z aresztu. Według wiarygodnych źródeł obiecano jej zmianę kwalifikacji czynu z zabójstwa na nieudzielenie pomocy, ostatecznie na pobicie ze skutkiem śmiertelnym.
Małgorzata S. też wyciągała z Katarzyny zwierzenia, gdy były razem pod celą. I je usłyszała. Mówiła, że podobno Katarzyna sprawdzała, jak uderzyć, żeby nie narobić śladów.
Kaśka zaplanowała morderstwo dziecka – zapewnia S., oszustka finansowa.
Współosadzona była też wstrząśnięta tym, że Katarzyna myślała w celi o seksie z Bartkiem, że za nim tęskni: – Bardzo się bała, żeby jej Bartek nie zostawił. Gdy był pogrzeb Magdy, ona miała mieć uchylenie aresztu. Od samego rana była pobudzona. Ubrała się na biało, wymalowała i siedziała na górnym łóżku z uśmiechem, co nas doprowadzało do szału. Gdy chowano dziecko, była bez emocji.
Ona też ponoć nie handlowała z prokuraturą. Już nie siedzi. Zaraz po złożeniu zeznań opuściła więzienie. Apelacja uchyliła jej wyrok.
Podobnie zeznawała Małgorzata G. Były razem w celi przez tydzień.
Mówiła, że dziecko jej wypadło, nie mówiła szczegółowo o przebiegu wydarzeń, po prostu wspomniała o tym. I że wchodziła na stronę internetową i dowiadywała się, jak to wygląda, jak takie małe dziecko upadnie z wysokości. Tęskniła za mężem, nie tęskniła za Madzią – mówi oburzona G. – Bardziej chciała zobaczyć Bartka niż Madzię.
Katarzyna W. z Madzią nie mogła się już zobaczyć. Dziewczynka przecież nie żyła.
G. też już wyszła z aresztu.

Totalna oszustka

Utajniono zeznania Katarzyny i badających ją psychologów.
Jej matka nie powiedziała nic nowego. Mówiła dobrze o córce. Zawsze posłuszna. Bardzo religijna. Chodziła do kościoła. Dużo się modliła. Należała do zgromadzeń kościelnych. Uczyła się dobrze. Dopiero w liceum pojawiły się kłopoty z nauką. Tylko te próby samobójcze były problematyczne, ale ona tak naprawdę nie chciała się zabić. Sfingowała podcinanie żył. Ale potem się modliła i dobrze było. Modlitwa bardzo jej pomagała. I łazienka. Gdy już nie miała dłużej siły, gdy działo się coś złego, uciekała do łazienki, zamykała się tam i myślała. A potem już miała jakieś rozwiązanie.
Brat Katarzyny odmówił składania zeznań. Miał zresztą niewiele do powiedzenia, bo z dzieciństwa pamięta głównie przemoc i to, że trzeba było pilnować, żeby ojciec nie zabił matki.
Ojciec Katarzyny też odmówił. Nie miał nic do powiedzenia.
Bartek nie mówił źle o żonie. Była dobrą matką i żoną. Nie utrzymuje z nią żadnych kontaktów. Mama mu zabroniła.
Teściowa starała się być obiektywna. Nie widziała agresji wobec dziecka ze strony synowej. Nie była właściwą partnerką dla Bartka, a opiekę nad dzieckiem sprawowała, ale jakoś tak automatycznie. Ciągle mówiła, że jest zmęczona.
Partner matki też nie widział złego traktowania Madzi przez jej matkę. On się w te relacje nie wtrącał. Matkę Bartka trudno było przegadać. Wolał być z boku.
Ta kurwa nas oszukała. Mówiła, że Madzię porwali. To znaczy, że we wszystkim kłamie – powiedziała jej koleżanka z dzieciństwa.
Kaśka często do niej przychodziła. Choć wcale tam nie pasowała. Rodzice koleżanki byli bogaci. I normalni. A Kaśka była patologiczna. Była nimi zafascynowana. Tym, że tata jest tam miły dla mamy. Rodzice zawsze podawali Kasię za przykład, że taka grzeczna i cichutka.
Czy ktokolwiek powiedział, że Katarzyna nie zabiła dziecka? Tylko jej obrońca.

Życie jak dawniej

Dzięki zeznaniom świadków i pamiętnikowi Katarzyny W. sędzia był pewien jej winy: Rekonstrukcja procesów motywacyjnych oskarżonej jest możliwa tylko po części na podstawie zeznań świadków oraz na podstawie zeszytu oskarżonej, gdzie dzieliła się swoimi przemyśleniami.
Dla sądu było miarodajne, że po narodzeniu dziecka nie nawiązała oskarżona więzi ze swoim dzieckiem. Złe prognozy z czasu ciąży się potwierdziły. (…) wszystkie te czynniki, nawarstwiające się w czasie, w ocenie sądu powodowały kumulację złych emocji u oskarżonej.
Motywem zabójstwa dziecka nie była – jak przyjęła prokuratura – chęć ukarania męża Katarzyny W., ale pozbycia się niechcianego dziecka, które w ocenie Katarzyny W. rujnowało jej przyszłość. Sąd nie miał wątpliwości, że Katarzyna W. nie chciała dziecka. Motywem dokonania tego czynu była chęć zmiany przez oskarżoną jej własnego życia i powrócenia do sposobu funkcjonowania, który był jej znany, zanim zaszła w ciążę i urodziła dziecko.
Przypadek Katarzyny W. jest wyjątkowym ze względu na wielkie zaangażowanie społeczeństwa w poszukiwanie jej dziecka. Zaufanie społeczne zostało zawiedzione. Jeśli kiedyś faktycznie zostanie porwane dziecko, społeczeństwo może nie pomóc tak ochoczo jak teraz.

Jeśli kiedykolwiek czułaś się niekochana, jeśli traktowano cię jak przedmiot, jeśli bałaś się być matką, jeśli nie lubiłaś karmić piersią, jeśli tęskniłaś za seksem po porodzie – to też jesteś Katarzyną W. 

Joanna Skibniewska

wtorek, 26 marca 2013

Dymanie w samoobronie (NIE 1/2013)

Tym pikantnym a dętym procesem żyła cała Polska.
Niebawem będzie wznowiony.
Na ławie oskarżonych - duchy.


Aneta Krawczyk
Aneta Krawczyk była dyrektorką biura poselskiego posła Samoobrony Stanisława Łyżwińskiego, radną Sejmiku Województwa Łódzkiego i zasiadała w radzie nadzorczej oczyszczalni ścieków w Tomaszowie Mazowieckim. Zarabiała w pewnym okresie ok. 9 tys. zł na rękę.
Gdy zaczęło dziać się gorzej, bo praca w sejmiku się skończyła, a Łyżwiński zarzucił jej podbieranie partyjnej kasy, postanowiła opowiedzieć o tych, którzy ją zatrudniali. O Łyżwińskim, który miał dać jej pracę w zamian za usługi seksualne. Opowiadała o tym w mediach, a potem w łódzkiej prokuraturze. Z każdym kolejnym zeznaniem Krawczykowa rozkręcała się i Łyżwiński był coraz gorszy, a szef szefów Andrzej Lepper zaczynał mu dorównywać rozpasaniem seksualnym. Poza zwykłym dawaniem dupy pojawił się gwałt i nakłanianie do aborcji.

Łyżwińskiego aresztowano w gdańskim szpitalu. Leppera wypuszczono za kaucją. Wyroki, które zapadły w tej sprawie, uznające ich winnymi, dziś są nieważne, bowiem Sąd Najwyższy uchylił je i przekazał do ponownego rozpatrzenia jako wydane z rażącym naruszeniem prawa. Sąd uznał, że nie wzięto pod uwagę dowodów obrony, z góry zakładając, że oskarżeni są winni. Andrzej Lepper nie doczekał ani tego werdyktu, ani ponownego procesu. Powiesił się. Łyżwiński jeszcze żyje.
Gdy zaczynała się sprawa, Łyżwiński właśnie czekał na operację raka prostaty. Zrezygnował z zabiegu, żeby media nie zarzuciły mu, że ucieka w chorobę. Nie myślał, że go zamkną. A już na pewno, że na tak długo.
W więzieniu rak dał o sobie znać. Pojawiły się przerzuty. Łyżwińskiego sparaliżowało. On i jego bliscy zaczęli błagać o leczenie w areszcie. Na wniosek prokuratora zbadał go anatomopatolog, lekarz od trupów, i orzekł, że Łyżwiński większych problemów ze zdrowiem nie ma. Na pożegnanie poklepał go po plecach i zapowiedział, że z pewnością jeszcze się spotkają.

Łyzwiński
Po kilku miesiącach Łyżwińskiego zbadał więzienny neurolog i skierował go na badania. Pierwsze zostały wykonane po 1,5 roku od aresztowania. Wynik? Postępujące zmiany nowotworowe. Wtedy pierwszy raz obrona wystąpiła o zwolnienie z aresztu w celu wykonania operacji. Nic z tego. Łyżwińskiego zbadał
więzienny lekarz, stomatolog. Stwierdził, że przesadza z narzekaniem. Wyniki badań laboratoryjnych były nieistotne. 2 tygodnie później Łyżwiński z powodu paraliżu przesiadł się na stałe na wózek inwalidzki, którym przyjechał na kolejną rozprawę. Kilka rozpraw trzeba było odwołać, bo policjanci odmawiali konwojowania trupa. Sędzia zaczął więc przyjeżdżać do celi. Łyżwiński z powodu zwyrodnień kręgosłupa stawał się warzywem, z wózka przeniósł się na parter piętrowego łóżka w szpitalnej celi.
Zgodę na uczestnictwo w rozprawach w areszcie najczęściej wystawiał Łyżwińskiemu dentysta. Pisał w karcie zdolny, kazał założyć pampersa i wpuszczał do celi Wysoki Sąd. Każda rozprawa trwała od 9.30 do 14.00 albo 15.00. Żaden z klawiszy w życiu nie widział takiego procesu. Łyżwiński, nafaszerowany zastrzykami przeciwbólowymi, po godzinie był w innym świecie. Z rozpraw w celi nic nie pamięta.
Po kolejnych badaniach Łyżwiński dostał wreszcie skierowanie na operację. Ale lekarze z łódzkiej Wojskowej Akademii Medycznej po telefonie z sądu odmówili wykonania operacji. Sąd nie wyraził zgody na operację bez konwoju. A operacji z konwojem przeprowadzić się nie da, bo trwa minimum 8 godzin, później trzeba przeleżeć do dwóch tygodni w szpitalu i pilnować rehabilitacji. Nie da się tego zrobić, kursując między szpitalem i aresztem. Zawieziono go do szpitala w Gdańsku, ale poza tym, że lekarz stwierdził, iż stan jest prawie agonalny, operacji z konwojem zrobić nie chciał. O życie Łyżwińskiego zaczęli walczyć sami lekarze. Napisali do sądu, żeby powołał biegłego, który potwierdzi, że operacja jest Łyżwińskiemu niezbędna, bo inaczej umrze. Sąd nie wyraził zgody.
Łyżwińskiego skazano. Tak, żeby można było wliczyć na poczet zasądzonej kary pobyt w areszcie. Wyszedł, a raczej wyjechał z aresztu na wózku.

Dziś niewiele się zmieniło. Poza tym, że dostaje w domu lepsze leki przeciwbólowe. Na operację kręgosłupa jest już za późno. Dotknięcie tego grozi paraliżem całego ciała, a tak to chociaż porusza rękoma. Jest pod stałą opieką psychiatry. Pobyt w areszcie pozostawił ślady.
Przed wstąpieniem do partii uprawiałam działalność gospodarczą w postaci baru - powiedziała Krawczyk w sądzie. Gdy Lepper i Łyżwiński ją poznali, wyglądała zwyczajnie. Dwoje małych dzieci. Stateczna. Potrzebowała pracy i pieniędzy. Do biura wciągnęła ją inna partyjna pracownica. Bo jej szef (Łyżwiński) chciał dziwki, prostytutki na wieczór. Chciał, aby znalazła cichą, dyskretną dziewczynę, która jest w potrzebie. Znalazła.
Krawczykowa wiedziała, w jaki układ wchodzi. I korzystała z niego. Awansowała, trafiła do rad nadzorczych, do rady sejmiku wojewódzkiego. Odbiła się od dna. Obracała partyjnymi pieniędzmi, jak chciała. Aż wreszcie partia upomniała się o rozliczenie. Musiała atakować.
Podczas rozprawy mówiła dużo. O impotencji i brutalności szefów. Mówiła głównie o Lepperze, bo to jego umieszczano na pierwszych stronach gazet. Dokładnie pamiętała daty zdarzeń nawet sprzed 5 lat. Opisywała jego zachowania seksualne. Według niej miał jakieś dewiacje dosłownie seksualne. Pamiętała każdy kontakt. Co i jak robił. Nie wiedziała tylko, czy jeśli trzymała w ręku jego członek, to był to seks oral
ny. Ale wiedziała, jak należy traktować przełożonych. Bo dla niej określenie "bądź miła" było jednoznaczne. Była więc najmilszą z pracownic. Także dla przyjaciół szefa, z których jeden miał zakrzywioną końców kę.
Tym czasem przed sądem zeznawały inne pracownice biura i działaczki partii. Opowiadały, jak ona bez obrzydzenia uprawiała seks z szefem. Nie tylko z nim. Nigdy nie wyglądała na przymuszaną. I o tym, jak podstępem ściągała młode dziewczyny do jego pokoju. Namawiała je do współżycia z szefem, wcześniej celowo je upijając. Przed sądem stwierdziła, że nakłaniała je do uległości. Dlaczego? Bo chciała im pomóc w trudnej sytuacji życiowej. Dwie członkinie partyjnej młodzieżówki zamknęła w pokoju hotelowym, gdzie posadziła je na brzegu łóżka, na którym ona i szef uprawiali seks. Gdy dziewczęta płakały - nie rozumiała, dlaczego nie chciały wejść do gry.

Krawczyk i Kalińska -Moc (pełnomocnik Krawczyk)
- Staję przed obliczem sądu z podniesionym czołem, bowiem jestem niewinny - powiedział przed sądem Lepper. I krok po kroku udowadniał, że do żadnego z opisanych kontaktów nie mogło dojść. W każdym przypadku miał niezbity dowód, że Krawczyk kłamie. Świadkowie potwierdzili niezbite dowody. Wszystkie z opisanych przez pokrzywdzoną dat zostały dokładnie zweryfikowane. I przedstawione alibi na każdą z nich. Ale sędzia ich nie przyjęła.
Podobnie dowody niewinności i tego, że nigdy nie musiał Krawczykowej nakłaniać do seksu, przedstawiał Łyżwiński. Wnioski o przesłuchanie kolejnych świadków sąd konsekwentnie odrzucał.
W styczniu 2013 r. od nowa ruszy proces Stanisława Łyżwińskiego. Jeden oskarżony nie żyje, drugi nie ma zdrowia, aby wziąć udział w rozprawach. Aneta Krawczyk ma się dobrze.

Joanna Skibniewska