Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marek Wełna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marek Wełna. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 grudnia 2013

Wyszło szydło z Wełny (NIE Nr 44/2013)


Ziobro i Wełna

Dlaczego, pomimo naruszania prawa i niekompetencji, Marek Wełna z krakowskiej prokuratury apelacyjnej wciąż nie ponosi konsekwencji swoich czynów?
Dlaczego nikt go jeszcze nie wyrzucił?


Zniszczył małe firmy paliwowe. Dzięki niemu monopol przejęły wielkie korporacje paliwowe. Potentaci. Przypadek? Działał sam czy na zlecenie? Świadomie czy nie?

Glimar

1. W2004 r. prezes Witold Kuś i dziewięciu jego kontrahentów i współpracowników zostaje zatrzymanych pod zarzutem prania brudnych pieniędzy i działalności na szkodę firmy.
2. Areszty ciągną się latami, bez żadnych czynności procesowych.
3. w 2010 r. powstaje akt oskarżenia oparty na podstawie opinii biegłego Emila Antoniszyna.
4. Sąd nie znajduje w aktach żadnych dowodów winy. Powołuje biegłego na świadka. Ten mówi, że sporządził opinię na podstawie materiału prokuratorskiego. Nigdy nie miał dokumentów finansowych firmy. Sąd powołuje nowych biegłych, którzy stwierdzają, że oskarżeni działali na korzyść firmy, a nie tak jak twierdził poprzedni biegły.
5. Prokurator sam występuje o uniewinnienie oskarżonych z braku dowodów winy. Po ośmiu latach postępowania.
6. Rafineria Glimar padła. Zadomawia się w niej Lotos.

BGM

1. Firma, która miała stać na górze w hierarchii mafijnej, a jej prezesi mieli być hersztami mafii, jest opisywana przez wszystkie polskie media.
2. W 2003 r. Bobrek, Grochulski i Marszałek, twórcy firmy, trafiają do aresztu pod zarzutem oszustw podatkowych i wyłudzeń.
3. Rusza proces w Szczecinie o wyłudzenie podatku VAT. Sąd uniewinnia oskarżonych.
4. Rusza kolejny proces o wyłudzenie dotacji z PFRON. Sąd uniewinnia wszystkich oskarżonych.
5. Prezesi stają przed sądem też w Szczecinie oskarżeni o wręczanie łapówek oficerowi policji gen. Mieczysławowi Klukowi w zamian za opiekę i informacje procesowe. Sąd uniewinnia oskarżonych.
6. Stają przed sądem w Nowym Sączu za współudział w zorganizowanej grupie przestępczej i wręczanie łapówek kontrahentowi. Sąd uniewinnia oskarżonych.
7. Toczy się obecnie sprawa w Krakowie o kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą. 650 tomów akt nie zawiera ani jednego dowodu winy. Świadkowie zeznają na ich korzyść. Sprawa potoczy się jeszcze wiele lat. 8. Firma BGM padła. Jest tam Orlen.

Trzebinia

1. W2006 r. zostaje zatrzymany prezes rafinerii Trzebinia Grzegorz Ślak pod zarzutem uszczupleń podatkowych na prawie 790 mln zł. Sąd przyklepuje areszt. Po sześciu miesiącach Ślak wychodzi za kaucją.
2. Po roku zostaje ponownie zatrzymany i osadzony w areszcie pod zarzutem wyłudzenia kredytów bankowych. Wychodzi po pół roku za milionową kaucją.
3. Prokuratura po roku umarza to postępowanie z braku dowodów winy. Nigdy nie było żadnego wyłudzenia i żaden bank nigdy nie został poszkodowany przez Ślaka.
4. Przed sądem w Krakowie toczy się postępowanie o uszczuplenia podatkowe. Ponad rok czytany jest akt oskarżenia. Sąd w kilkuset tomach akt nie znajduje dowodów winy.
5. Kontrola skarbowa przeprowadzona w rafinerii Trzebinia wykazuje, że żadnych uszczupleń nie było. Proces potoczy się jeszcze długie lata.

Generał

1. W 2005 r. ABW zatrzymuje na wniosek Wełny oficera policji z Częstochowy Mieczysława Kluka pod zarzutem korupcji i ochraniania mafii paliwowej. Miał przekazywać bossom mafii paliwowej informacje ze śledztwa prowadzonego w ich sprawie.
2. Kluk siedzi w areszcie ponad 2 lata.
3. Po sześciu latach postępowania sąd w Szczecinie we wszystkich instancjach uniewinnia go od stawianych zarzutów.

Victoria

1. Prezes firmy paliwowej Konsorcjum Victoria Adam Chmielewski zostaje zatrzymany w 2005 r. pod zarzutem wyłudzeń podatkowych.
2. Po kilku miesiącach zostaje zatrzymana jego matka. Przebywa w areszcie bez żadnej czynności procesowej 21 miesięcy. Jest bardzo chora. 3. Chmielewski siedzi 2 lata.
4. Razem z nimi do aresztu trafiają kontrahenci firmy Victoria pod zarzutem wystawiania lewych faktur.
5. Od ponad trzech lat po sądach krąży akt oskarżenia: 1600 stron. Oprócz tego 750 tomów akt. Sądy przerzucają się dokumentami. W aktach nie ma dowodów winy. Sprawa potoczy się jeszcze wiele lat.
6. Na ławie oskarżonych zasiada 25 osób. Wszystkie były aresztowane.
7. Firma paliwowa padła. Wszedł tam Orlen.
Zatrzymujemy czwarty i trzeci garnitur ludzi zamieszanych w sprawę – mówił Wełna w 2003 r. – Drugi widzimy i obserwujemy.
Po kilku latach zapełnił kilka szaf takimi garniturami. Wszystkie areszty w Polsce miały u siebie kogoś rzekomo powiązanego z mafią paliwową. Według mediów i prokuratury była to największa afera finansowa w III RP, która miała spowodować miliardowe straty skarbu państwa.
Prowadzonych było ponad100 śledztw. Większość albo Wełna prowadził sam, albo jego zaufani ludzie, a on nadzorował te postępowania.
Na czym miała polegać zbrodnia? Najkrócej mówiąc, na sprowadzaniu z zagranicy oleju opałowego z niską akcyzą, po czym sprzedawaniu go jako oleju napędowego, który już akcyzę miał wysoką. Według Wełny olej opałowy, który powinien przejść odpowiednią obróbkę chemiczną, żeby stać się olejem napędowym, tak naprawdę przechodził ją tylko na papierze. Miały to robić firmy-słupy, które wystawiały fikcyjne faktury.
Według prokuratury w nadużycia paliwowe zamieszane są 1263 firmy –mówił Wełna w 2003 r. prasie.
Właśnie tyle ich zniszczono.

Trzystu trzydziestu osobom postawiono zarzuty. Dziś są albo pouniewinniani, albo ich sprawy toczą się od 10 lat i nie mogą się skończyć, bo sądy, aby nie płacić horrendalnych odszkodowań za bezzasadny areszt, szukają czegokolwiek.
Ale nie mogą znaleźć…


Firma BGM nie istnieje. Konsorcjum Victoria padło. Rafineria Glimar padła. Rafineria w Jaśle też. W Czechowicach tak samo. Wszędzie tam Wełna szukał mafii paliwowej. Na polskim rynku rządzą teraz wielcy potentaci paliwowi.
Czy jakikolwiek prokurator zechciałby sprawdzić, na czyje zlecenie działał Marek Wełna? Bo cel, jak widać, osiągnął.

Sfilcowany Prokurator (NIE Nr 43/2013)


Prokurator Marek Wełna, bohater kilkunastu artykułów w „NIE”,chciał nas ukarać i uciszyć. Chciał nas skazać. Przegrał.

– Sąd odrzuca wniosek oskarżyciela posiłkowego Marka Wełny i umarza postępowanie z powodu braku znamion przestępstwa – skonkludował krótko sędzia Jan Kłosowski z Sądu Rejonowego w Łodzi. – Postępowanie przeciwko oskarżonej byłoby naruszeniem zasad etyki i moralności…
W akcie oskarżenia Marek Wełna stwierdził, że dziennikarka tygodnika „NIE”,działając wspólnie i w porozumieniu (z wydawcą i redaktorem naczelnym – przyp. J. S.), za pomocą środków masowego komunikowania (…) pomówili Marka Wełnę – prokuratora Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie o postępowanie i właściwości, które naraziły go na utratę zaufania potrzebnego do wykonywania zawodu prokuratora, iż pełniąc funkcję prokuratora, w ramach prowadzonych i nadzorowanych postępowań przygotowawczych stosował wobec wskazanych podsądnych czynności i metody niezgodne z prawem.
Postanowił ścigać nas z art. 212 kk o pomówienie. Chodzi o artykuł „Ziobro i jego zdrajca”.
Prokurator z Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie Marek Wełna lubi, gdy jego jest na wierzchu. I wszyscy muszą skakać, jak on zagra. System zbierania haków i preparowania dowodów działa u niego bez zarzutu. O ukaranie i uciszenie naszych dziennikarzy walczy od lat.

•••

W tej sprawie zaczął działać ponad rok temu. Złożył doniesienie o przestępstwie popełnionym przez dziennikarza do prokuratury.

O to, aby postępowanie potoczyło się tak, jak on sobie życzy, zatroszczył się prokurator generalny Andrzej Seremet.
Kolega po fachu jeszcze z Krakowa. Postępowanie przeciwko dziennikarce z Warszawy, która zamieszcza publikacje wWarszawie, prowadziła prokuratura w… Dębicy.


– Decyzją Prokuratury Generalnej postępowanie w sprawie zniesławienia prokuratora Marka Wełny tekstem pt. „Ziobroi jego zdrajca” przekazano do naszej jednostki – mówi szef prokuratury rejonowej w Dębicy. – Pewnie dlatego, że jest blisko Krakowa.
Nie dlatego. Wełna dobrze zna większość pracujących w Dębicy prokuratorów.
– Razem pracowali. Wełna pracował w Tarnowie, a to były podległe sobie jednostki – przypomina dębicki prokurator.
Poza tym wielu młodych prokuratorów stamtąd robiło u Wełny aplikację.
Do Dębicy na przesłuchanie dziennikarki Wełna został przywieziony. Do transportu służbowego nie przyznaje się ani krakowska prokuratura, ani policja. Ale kierowca mówił jasno: – Przywiozłem prokuratora Wełnę, mam na niego poczekać.
Z Krakowa do Dębicy jest 140 km.
Wełna się spóźnił. Dużo. Wszyscy na niego czekali jak na boga.
– Musimy poczekać na poszkodowanego – zapewnia prokurator. Nie przystąpił bez Wełny do czynności.
Przesłuchanie prowadzone przez prokuratora z dębickiej prokuratury prowadził… Wełna. Traktował młodego prokuratora jak gdyby go w ogóle nie było.
– Czy to pani numer telefonu?
– Czy to pani wysłała SMS-a do jednego z podejrzanych? Zostanie pani oskarżona o utrudnianie śledztwa – śmiał się.
Nie wyjaśnił, skąd wziął treść SMS-a ani skąd zna treść rozmów dziennikarza. Tymczasem sąd nie wydał nigdy zgody na zastosowanie podsłuchów… Wełna nie panował nad emocjami. Swoje prokuratorskie porażki zamieniał w sukcesy. Kilka godzin przesłuchania jednak niewiele mu dało. Młody prokurator nie wymiękł. Umorzył postępowanie. Z braku znamion czynu zabronionego i braku interesu społecznego w objęciu sprawy ściganiem z urzędu. Zirytował tym Wełnę. W zażaleniu do przełożonych dębickiego prokuratora opisał go tak, że aż miło poczytać, jak prokurator obrzuca błotem innego prokuratora.
Wełna się odwołał. Prokuratura apelacyjna, także bliska Wełnie (był zastępcą jej szefa), zwróciła postępowanie do ponownego rozpatrzenia. Też nic z tego nie wyszło. Umorzono po raz drugi. Znowu się odwołał. Tym razem do sądu i do Prokuratora Generalnego. Tam sprawa utknęła.
A czas leciał. Zbliżało się przedawnienie… Na 4 dni przed terminem złożył zatem subsydiarny akt oskarżenia. Wełna wystąpił jako oskarżyciel posiłkowy. Wsparła go Prokuratura Generalna, ale na rozprawach był sam. Choć w wypadku oskarżyciela subsydiarnego obowiązuje przymus adwokacki, Wełna był sobie sterem i okrętem. Od początku pewny swego.

•••

Postępowanie prowadził Sąd Rejonowy w Łodzi. Gdy został rozpoznany na korytarzu i zobaczył spojrzenia pełne niechęci, zwrócił się po koleżeńsku do sędziego:

– Czy mogę wziąć kluczyk do jakiegoś pokoju, żeby nie być zbyt eksponowanym na korytarzu?
– Nie mamy takich pokoi – odważnie odezwał się sędzia. Wełna się zdziwił.


Na rozprawy się spóźniał. Podczas posiedzeń tracił panowanie nad sobą. Żądał, byśmy nigdy o nim nie pisali.
– Co na to oskarżona? – pytał sędzia.
– Ależ ja mogę napisać o oskarżycielu w samych superlatywach, jeśli zadośćuczyni wszystkim krzywdom, które uczynił swoim ofiarom. Jeśli zwróci za utracone zdrowie, dobre imię i dorobek całego życia. I gdy przestanie naruszać prawo w swojej pracy prokuratorskiej.
– Czy jest pani gotowa przeprosić, sprostować? – kontynuował sędzia.
– Nie. Wszystko, co napisałam, jest prawdą i jestem w stanie udowodnić to na tej sali – zapewniłam.
Wełna zaczął rzucać długopisem.
Na kolejną rozprawę do sędziego wpłynęły grube tomy akt spraw prowadzonych przez Wełnę. Dziesiątki tysięcy stron. Akta prokuratorskie, wielokrotnie uznawane przez sądy za bezużyteczne papierzyska nieświadczące o niczym. Papierzyska, które miały być dowodami, że to, co napisaliśmy, nie jest prawdą.
My natomiast złożyliśmy tylko wyroki uniewinniające tych, których Wełna niewinnie oskarżał, niesłusznie trzymał w aresztach i którym zniszczył życie. Naszych bohaterów. Uniewinnienia i odszkodowania za bezzasadne areszty. Oraz powołaliśmy świadków – ofiary Marka Wełny. Dziś oczyszczone z zarzutów. Chore, pozbawione majątków i godności. Wezwaliśmy Leszka Szlachcica, który stracił wzrok w areszcie, bo odebrano mu prawo do leczenia. Stanisławę Chmielewską, która siedziała w celi 21 miesięcy bez żadnej czynności procesowej. Siedziała, bo Wełna zmiękczał jej syna garującego w sąsiednim pawilonie. Wyszła w stanie agonalnym. Wezwaliśmy Adama Chmielewskiego, którego paraliż kończyn w areszcie miał być powodem, aby się przyznał do niepopełnionych czynów. Wezwaliśmy Wojciecha Lenka i gen. Mieczysława Kluka, oficerów policji, którym odebrano zdrowie, pracę i dobre imię, a wielomiesięczny areszt wydobywczy miał ich zmusić do składania fałszywych zeznań. I wiele innych ofiar prokuratora. Wielu też nie mogliśmy wezwać. Powiesili się lub podcięli sobie żyły.
Co zrobił sędzia? Zobaczył, jak wygląda prawda. Zobaczył, że „postępowaniei właściwości”, które przypisaliśmy Wełnie, są prawdziwe. Że to nie my naraziliśmy go „nautratę zaufania potrzebnego do wykonywania zawodu prokuratora” ale że zrobił to sobie sam, wielokrotnie naruszając prawo.
Sędzia Jan Kosiński umorzył postępowanie i odrzucił wniosek Wełny. Amy niebawem napiszemy o ludziach uniewinnionych kilka dni temu, którzy przez Marka Wełnę i jego metody pracy stracili wszystko. Firmy, dobre imię, majątki, zdrowie, a pośrednio nawet życie…
Czy znowu będziemy za to odpowiadać przed sądem?

O metodach pracy prokuratora Wełny piszemy od lat. Tekstów były dziesiątki. Nie sposób wymienić wszystkich publikacji, przypomnijmy niektóre z nich: NIE nr 43/2003– „Tylko nie po oczach”: Andrzej Rozenek opisał historię Leszka Szlachcica, który bezzasadnie siedział w areszcie, gdzie stracił wzrok. Dlatego że Wełna i jego podwładni uniemożliwiali mu leczenie. 11/2006– „Prawo Wełny” oraz 30/2010– „Tajnogrzesznicy”: historia Dariusza Przybylskiego, który powiedział prawdę o Wełnie i jego układach z gangsterami; gnił w więzieniu 4 lata. 17/2007– „Zakładniczka”:Rozenek opisał równie tragiczną historię Stanisławy Chmielewskiej. Chmielewska została zatrzymana i przebywała w areszcie 15 miesięcy, po to, aby jej syn przyznał się do tego, czego chciał prokurator. Kobieta wyszła z aresztu w stanie krytycznym. 51/2007– „Zasady działania CHWDP” i 27/2009– „Przestępcy na glinianych nogach”: to dwie publikacje Rozenka o byłym komendancie policji Wojciechu Lenku, zniszczonym, zaszczutym i wykończonym przez Wełnę; dziś Lenk jest uniewinniony, ale co z tego, skoro stracił wszystko. 16/2008– „Katownia w Krakowie”: Joanna Skibniewska opisała historię syna Chmielewskiej, Adama, zatrzymanego w areszcie wydobywczym na wniosek Wełny; to wstrząsająca historia o dręczeniu psychicznym i fizycznym osadzonego. 51/2008– „Generał pudło”: to opowieść o innym policjancie, tym razem generale, którego zniszczył Wełna; też dzisiaj uniewinnionym. 24/2009– „Jaksię robi mafię”, 7/2010– „Amoże deptał trawnik” i 51/2010– „Człowiek do wsadzania”: opisana przez Skibniewską historia człowieka wsadzonego najpierw do aresztu na zlecenie polityczne, a potem wsadzonego po raz kolejny z zemsty, że wniósł przeciwko Wełnie prywatny akt oskarżenia; Wełna i jego podwładni preparowali dowody jego winy. 42/2010– „Proces buffo”: Rozenek napisał o tym, jak Wełna trzymał ludzi w aresztach 3 lata, niszczył ich firmy, pozbawił zdrowia i pieniędzy, po czym wszyscy mogliśmy wysłuchać w sądzie, że ci zniszczeni ludzie nigdy nic złego nie zrobili. 49/2011– „Ziobroi jego zdrajca”: podsumowanie owocnej i okrutnej pracy prokuratora Wełny.

środa, 27 marca 2013

Ba,Wełna (NIE 05/2013, 25.I.2013)


Prokurator Wełna źle śpi. 
My się go boimy, 
na palcach chodzimy, 
jak się zbudzi, 
to nas zje.


Nasz wielokrotny bohater, prokurator Marek Wełna zobaczył w dziennikarzach zorganizowaną grupę przestępczą działającą na jego niekorzyść i chce nam przymknąć usta z pomocą warszawskiego sądu.
Oskarżam o to, że w okresie od 2 do 11 grudnia 2011 roku w Warszawie i w Łodzi, działając wspólnie za pomocą środków masowego komunikowania (...) pomówili Marka Wełnę - prokuratora Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie o postępowanie i właściwości, które naraziły go na utratę zaufania potrzebnego do wykonywania zawodu prokuratora, iż pełniąc funkcję prokuratora, w ramach prowadzonych i nadzorowanych postępowań przygotowawczych stosował wobec wskazanych podsądnych czynności i metody niezgodne z prawem - takie pismo otrzymałam niedawno. Kilka dni przed upływem okresu przedawnienia. Wcześniej Wełna starał się, aby prokuratura wszczęła przeciwko mnie postępowanie. Nie wyszło mu to najlepiej. Nawet wybrana przez niego prokuratura, nawet prokuratorzy, którzy robili u niego aplikację, nie chcieli aż tak naruszać prawa dla Wełny i nie wszczęli przeciwko nam postępowania.
A wszystko przez opisanie bezprawnych działań Wełny w artykule "Ziobro i jego zdrajca" http://skibniewska.blogspot.com/2013/03/ziobro-i-jego-zdrajca-nie-492011.html, który poza naszym tygodnikiem ukazał się także w tygodniku "Angora".

320 km od miejsca przestępstwa
Kim jest prokurator Marek Wełna? Gwiazda krakowskiej prokuratury, specjalista od wymyślonej na potrzeby polityczne mafii paliwowej. Już dziś gwiazda przygasła, bo postępowań sam nie prowadzi, toczy się przeciwko niemu postępowanie dyscyplinarne i w telewizji go nie widać obok ministrów sprawiedliwości, jak to dawniej bywało. Ale wciąż jest przechowywany w krakowskiej prokuraturze apelacyjnej, gdzie ma ciepłą posadkę i przede wszystkim immunitet chroniący go przed odpowiedzialnością za popełnione błędy. A tych jest sporo. Tyle, ile jest krzywdy, którą wyrządził ludziom.
Piszemy o tym od lat. Przedstawiamy ofiary nadgorliwego prokuratora. Najpierw oskarżył naszego kolegę, a dziś posła Andrzeja Rozenka. Nie wyszło mu. Prokuratura nie dostrzegła w pracy Rozenka braku rzetelności dziennikarskiej. Umorzono postępowanie, choć ciągano go na przesłuchania przez kilka lat. Teraz Wełna nie mógł znieść kolejnych artykułów pisanych na temat jego metod pracy.
W przymknięciu nam ust mieli mu pomóc prokuratorzy z Dębicy, gdzie złożył doniesienie o przestępstwie. Koledzy.
- Decyzją Prokuratury Generalnej postępowanie w sprawie zniesławienia prokuratora Marka Wełny tekstem pt. "Ziobro i jego zdrajca" przekazano do naszej jednostki - mówi szef prokuratury rejonowej w Dębicy. - Pewnie dlatego że jest blisko Krakowa.
Czy aby na pewno? Sprawa powinna toczyć się tam, gdzie dokonano przestępstwa lub gdzie mieszka podejrzany, a ja artykuł pisałam w Warszawie. Dębica jest 320 km od mojego domu i od redakcji "NIE". Tymczasem Marek Wełna dobrze zna większość pracujących w Dębicy prokuratorów.
- Razem pracowali. Wełna pracował w Tarnowie, a to były podległe sobie jednostki - przypomina dębicki prokurator.

Prokurator się żali
Okazuje się, że prokuratorzy z Dębicy nie chcieli zacząć mojego przesłuchania... bez Marka Wełny. A ten się spóźniał. Wolno mu. Przywieziony z Krakowa (i odwieziony) przez kierowcę, poszedł najpierw do eleganckiego szefa prokuratury. Ten serdecznie zaprosił go do swojego pokoju.
- Pogadamy - rzucił elegancki prokurator.
Nie pytałam, o czym. Po dłuższej chwili Wełna wrócił, by wziąć udział w przesłuchaniu. Poszkodowany śledczy próbował pokazać, kto tu rządzi. Zwyczajnie mnie przesłuchiwał! Całe szczęście elegancki, młody prokurator nie pękał i poprawnie prowadził przesłuchanie.
Kilka godzin przesłuchania w upał pozwoliło mi poznać z bliska manipulacje Wełny. Wskazywał prokuratorowi, co ma protokołować, manipulował faktami, kłamał, zamieniając swoje porażki prokuratorskie w sukcesy.

Z uniewinnionych ludzi robił skazańców, z niewinnych - gangsterów. I bardzo go interesowała treść SMS-ów z mojego telefonu, które cytował. Na moje pytanie, skąd je ma i który sąd zezwolił na podsłuchiwanie mojego telefonu, nie umiał odpowiedzieć.
Wbrew staraniom i oczekiwaniom Wełny, prokurator z Dębicy umorzył postępowanie z powodu braku znamion czynu zabronionego i braku interesu społecznego w objęciu ściganiem z urzędu. Zirytował tym Wełnę. Wzażaleniu do przełożonych dębickiego prokuratora opisał go tak, że aż miło poczytać, jak prokurator obrzuca błotem prokuratora. Przełożony kazał więc zbadać sprawę jeszcze raz. I co? I nic. Znów postępowanie umorzono. Wełna zażalił się znowu, ale koledzy nawalili po raz kolejny i kolejny, bo nie rozpatrywali skargi na czas i nie skakali jak Wełna kazał. Zdenerwowany złożył więc oskarżenie prywatne, którego fragment przytoczyłam na początku.
Jak w nim widać, dziennikarze są wzorganizowanej grupie przestępczej, która wspólnie działa na szkodę prokuratora z Krakowa. Grupa przestępcza się rozrasta.

Sąd się śmieje
Przed nami rozprawa przed Sądem Rejonowym dla Warszawy-Mokotowa. Ludzie, których opisywaliśmy, a którzy zostali skrzywdzeni przez Wełnę poprzez niesłuszne areszty, odmawianie leczenia, bezpodstawne oskarżenia, chętnie zaświadczą, jakie metody wobec nich stosował krakowski prokurator.
- Z przyjemnością opowiem o metodach Wełny - mówią nasi bohaterowie. - Najlepiej przed kamerami...
w większości są to ludzie uniewinnieni od zarzutów postawionych przez Wełnę, którym często już wypłacono odszkodowania za bezzasadne areszty. Niestety nikt im nie jest w stanie wrócić zdrowia, które odebrało im prokuratorskie postępowanie.
A o tym, jak pracuje prokurator Wełna, najpełniej wypowiedziały się sądy w Szczecinie, okręgowy i apelacyjny. Oto cytat:  
Prokurator Marek Wełna: 
- Stawia zarzuty na poziomie żenującym, rażąco oderwane od wszelkich realiów sprawy, w tym zebranych dowodów i ustaleń.
- Stawia zarzuty nonsensowne, będące efektem zdumiewającego niedbalstwa procesowego.
- Stawia zarzuty pozbawione jakiegokolwiek uzasadnienia dowodowego i rażąco ze sobą sprzeczne.
- Uchybił zasadzie rzetelności i obiektywizmu.
- Stosuje domniemanie winy.
- Zarzuca oskarżonemu określone zachowanie, ale nie zamierza go w ogóle udowadniać.
- Zbędnie nadaje dokumentom zawyżone lub całkowicie niepotrzebne klauzule niejawności, utrudniając w ten sposób czynności w postępowaniu karnym.
- Dyskwalifikuje stawiane oskarżonym zarzuty z uwagi na ich sprzeczność.
- Stawia Sąd w sytuacji niespotykanej, stawiając oskarżonym zarzuty bezpodstawne.
- Cytuje stwierdzenia, które są nieporozumieniem. - Podejmował działania stanowiące jawne zaprzeczenie obowiązującej w polskim procesie karnym zasady kontradyktoryjności.
- Nie zna nawet treści kodeksu karnego, domagając się orzeczenia kary pozbawienia wolności w wymiarze 6 lat, w sytuacji, gdy zarzucane oskarżonemu przestępstwo zagrożone jest karą 3 lat pozbawienia wolności. 

- Popełniał błędy na etapie postępowania przygotowawczego, a ściślej w sposobie przeprowadzania czynności śledczych.
- Prowadził śledztwo bez klarownej koncepcji procesowej.
- W protokołach przesłuchania podejrzanych jest zbyt wiele odniesień do realiów ówczesnych wydarzeń politycznych.

To tylko część sądowych zarzutów wobec prokuratora Wełny. Na pewno będzie ich więcej po procesie, który nam wytoczył.


Joanna Skibniewska

O metodach pracy prokuratora Marka Wełny piszemy od lat. Nie sposób wymienić wszystkich naszych publikacji. Przypomnimy tylko niektóre z nich. 
W nr. 43 z 2003 r. Andrzej Rozenek w publikacji "Tylko nie po oczach" opisał historię Leszka Szlachcica, który niesłusznie przesiedział w areszcie, gdzie stracił wzrok. Dlatego że Wełna i jego podwładni uniemożliwiali mu leczenie. 
Równie tragiczna była historia Stanisławy Chmielewskiej opisana przez red. Rozenka w nr. 17 z 2007 r. w artykule "Zakładniczka". Chmielewska została zatrzymana i przebywała w areszcie 15 miesięcy, po to, by jej syn przyznał się do tego, czego chciał Wełna. Kobieta wyszła z aresztu w stanie krytycznym. 
"Katownia w Krakowie" (16/2008), autorstwa Joanny Skibniewskiej, to historia syna Chmielewskiej, Adama, zatrzymanego w areszcie wydobywczym. Oczywiście na wniosek Wełny. Wstrząsająca historia o dręczeniu psychicznym i fizycznym osadzonego. 
"Zasady działania CHWDP" (51/2007) i "Przestępcy na glinianych nogach" (27/2009)to napisana przez Rozenka historia byłego komendanta policji Wojciecha Lenka, zniszczonego, zaszczutego i wykończonego przez Wełnę. Dziś uniewinnionego. Ale co z tego, gdy stracił wszystko. 
"Generał pudło" (51/2008)to opowieść o innym policjancie, tym razem generale, którego podobnie zniszczył Marek Wełna. Też już uniewinniony. 
"Prawo Wełny" (11 i 12/2006) oraz "Tajnogrzesznicy" (30/2010)to historia Dariusza Przybylskiego, który powiedział prawdę o Wełnie i jego układach z gangsterami. Gnił w więzieniu 4 lata. 
"Jak się robi mafię" Skibniewskiej (24/2009) http://skibniewska.blogspot.com/2013/02/jak-sie-robi-mafie-nie-242009.html, "A może deptał trawnik" (07/2010) http://skibniewska.blogspot.com/2013/02/a-moze-depta-trawnik-nie-072010.html i "Człowiek do wsadzania" (51/2010) http://skibniewska.blogspot.com/2013/03/czowiek-do-wsadzania-nie-512010-nie.html to historia człowieka wsadzonego najpierw do aresztu na zlecenie polityczne, a potem wsadzonego po raz kolejny z zemsty, że wniósł przeciwko Wełnie prywatny akt oskarżenia. Wełna i jego podwładni preparowali jego dowody winy. 
Wreszcie "Ziobro i jego zdrajca" (49/2011) http://skibniewska.blogspot.com/2013/03/ziobro-i-jego-zdrajca-nie-492011.html to podsumowanie owocnej pracy prokuratora Wełny.

sobota, 23 marca 2013

PROKURATOR IV RP (NIE 46/2012)

6 listopada 2012 r w Sejmie odbyło się publiczne wysłuchanie obywatelskie osób skrzywdzonych przez krakowską prokuraturę. Zorganizował je poseł Andrzej Rozenek.

Mówi nadinspektor (generał) policji:
- Nazywam się Mieczysław Kluk. Ilekroć używał będę słowa prokuratura, oznacza to Prokuraturę Apelacyjną w Krakowie, a kiedy mówię prokurator, oznacza to, że mówię o prokuratorze Marku Wełnie. Odmiennie niż moi poprzednicy, nie zamierzam dokonywać oceny prokuratora Marka Wełny. Nie pozwala mi na to godność osobista. Nie będę oceniać człowieka, który nie umie ponumerować akt sprawy. Musiałbym zejść zbyt nisko w tej ocenie i zrównać się z jego poziomem, z umiejętnościami tego pana, a na to mnie po prostu nie stać. Dlatego nie będę dokonywał własnych ocen, posłużę się fragmentami dokumentów, które tutaj zacytuję.
Ziobro i Wełna
Postępowanie w mojej sprawie, akt oskarżenia sporządził, wnosił i popierał Marek Wełna. Kiedy wpłynął akt oskarżenia do Sądu Okręgowego w Szczecinie, 8 lutego 2006, sąd ten zarządził zwrócić akt oskarżenia (...).
     Sąd: Art. 332 kpk stanowi, że w uzasadnieniu aktu oskarżenia należy przytoczyć fakty i dowody, na których oskarżenie się opiera. Uzasadnienie aktu oskarżenia w niniejszej sprawie nie zawiera zaś przytoczenia żadnego dowodu, na którym prokurator się oparł. Powypisywano w nim jedynie cyferki, które nie wiadomo do czego się odnoszą, zwłaszcza z uwagi na sposób ponumerowania akt, praktyka wypisywania cyferek zamiast dowodów nie spełnia wymogu art. 332 kpk, gdyż akt oskarżenia jest doręczany stronom i z jego treści musi wynikać dla osoby niemającej przed sobą akt sprawy, na jakie dowody prokurator się powołuje. Dowody należy powołać jasnym sformułowaniem opisowym, którego elementem będzie wskazanie kart sprawy. Należy też zauważyć, że skoro prokurator winien wskazać w uzasadnieniu fakty i dowody, na których oskarżenie się opiera, to należy przedstawić w nim te fakty, które wiążą się z czynami. Tymczasem uzasadnienie to wymogom tym nie odpowiada. Pierwsze strony uzasadnienia to właściwie relacja z przebiegu śledztwa, wyliczono kolejne czynności śledcze, tymczasem przedmiotem osądu nie ma być przebieg śledztwa, a czyny zarzucane oskarżonym. Dopiero w dalszej części uzasadnienia mowa jest o zdarzeniach będących przedmiotem sprawy. Należy więc stwierdzić, że prokurator winien przedstawić nie przebieg czynności śledczych, ale fakty, na których opiera się oskarżenie. 
 I tak dalej, i tak dalej...
 W dniu 7 stycznia 2007 r. na rozprawie Sąd Okręgowy w Szczecinie postanowił wezwać prokuratora Marka Wełnę do wskazania w terminie do najbliższej rozprawy, na jakie okoliczności i w jakim celu mają być przesłuchani świadkowie wymienieni w akcie oskarżenia. Cytuję za sądem: Prokurator wniósł o przesłuchanie 108 świadków. W akcie oskarżenia jako dowody, na których oskarżenie się opiera, wskazał zeznania tylko świadków wymienionych w wykazie. Zatem aż 71 świadków nie zostało wymienionych w akcie oskarżenia, co prowadzi do wniosku, że albo prokurator na tych dowodach nie opiera żadnych istotnych w sprawie ustaleń i zawnioskował je zbędnie, albo uchybił obowiązkowi określonemu w art. 332 kpk. Powyższy brak aktu oskarżenia powinien skutkować jego kolejnym zwróceniem, od czego jednak odstąpiono, gdyż uczynienie tego po raz kolejny spowodowałoby dalszą zwłokę w rozpoznaniu sprawy.
     Odpowiedzi o znamiennej treści udzielił pan Marek Wełna 12 lutego 2007 r. Marek Wełna przyjął bowiem, że zeznania niżej wymienionych świadków dotyczą okoliczności zarzutów postawionych oskarżonym w tej sprawie oznaczonych numerami w szczególności - i tu napisał "Janek Kowalski", zarzut 1, "Janek Burczymucha", zarzut 48. To są całe dowody. Nie podał oczywiście, jakie fakty i dowody mają wskazani świadkowie potwierdzić. Dalej wniósł o zaniechanie przesłuchania zeznań 14 świadków, cofnął dowód z 4 świadków, a dalej napisał tak, cytuję: Końcowo informuję, iż w związku z brakiem dostępu przez dłuższy okres czasu do protokołów zeznań wymienionych świadków i jednoczesnym brakiem kopii takich zeznań ostateczne oświadczenie co do możliwości procesowego zakwalifikowania takiego materiału dowodowego w toku niniejszego procesu nastąpi niezwłocznie po zapoznaniu się prokuratora z ich treścią. Koniec cytatu. I tutaj Marek Wełna wymienił 26 świadków. Moje pytanie jest proste: Na jakiej podstawie sporządzał i wnosił akt oskarżenia?
   
W dniu 27 czerwca 2007 roku Sąd Okręgowy w Szczecinie postanowił oddalić wnioski dowodowe przesłuchanych 26 świadków, o których pisze pan prokurator. Posłużę się tylko fragmentem uzasadnienia do tegoż postanowienia. Sąd: Od złożenia tego oświadczenia minęło 4,5 miesiąca i prokurator, chociaż akta sprawy są dla niego nadal dostępne, nie znalazł czasu, aby przypomnieć sobie treść zeznań świadków i złożyć oświadczenie, w jakim celu sąd ma 26 świadków przesłuchać. Skoro prokurator nie potrafi lub nie chce wskazać, w jakim celu sąd ma przesłuchiwać aż 26 świadków, co oznacza kilka kolejnych dni rozpraw, nie jest obowiązkiem sądu domyślać się, z jakiej przyczyny prokurator składa taki wniosek dowodowy. I tych świadków oczywiście nie przesłuchano. Zacytuję państwu 2 fragmenty z uzasadnienia wyroku, jaki zapadł w mojej sprawie.
     Cytuję sąd: Nie sposób nie dostrzec, że zbierając dowody co do tego czynu, prokurator uchybił zasadom obiektywizmu i rzetelności. Skupiając się na wykazywaniu wiarygodności Artura Kawalca (świadek koronny), którą przyjął jako podstawowe założenie, nie zainteresował się w ogóle innymi, niezwykle ważnymi dowodami i ich nie przeprowadził. Ich nieprzeprowadzenie musiało doprowadzić do błędnego wniosku. I kolejny cytat z tego samego wyroku: W przypadku zarzutu o przyjęcie przez Mieczysława Kluka korzyści majątkowej za spowodowanie przerwania obserwacji cystern wyjeżdżających z rafinerii Trzebinia wniosek o konieczności uniewinnienia Mieczysława Kluka jest jeszcze mocniejszy niż w przypadku zarzutu poprzedniego. Podobnie jak w przypadku poprzedniego zarzutu, tu również prokurator popełnił rażący błąd. Nie podjął nawet próby sprawdzenia, czy cysterny wyjeżdżające z rafinerii Trzebinia były w ogóle obserwowane. Sprawdzenia tego dokonał dopiero sąd i okazało się, że CBŚ ani wydział techniki operacyjnej KW w Katowicach nie prowadziły obserwacji tychże cystern. Nie było za co zaoferować Mieczysławowi Klukowi łapówki.
     I następny fragment: Reasumując zarzuty postawione oskarżonym, trzeba stwierdzić, że prokurator postawił sąd w sytuacji niespotykanej. Zdarza się uniewinnienie oskarżonych, co do których prokurator jakieś dowody przedstawił, ale są one niedostateczne, wtedy trzeba wykazać, że jednak wątpliwości pozostają. Zdarza się też, że prokurator dowody przedstawia, ale okoliczności wskazują na inny przebieg zdarzeń. W takich przypadkach ustalenie wyroku uniewinniającego sprowadza się do ustalenia stanu faktycznego, ale jest sytuacją niezwykłą, że prokurator zarzuca oskarżonym popełnienie określonego czynu i w ogromnych, przeładowanych zbędnymi dokumentami, aktach nie przedstawia żadnych dowodów na poparcie tezy oskarżenia. Ani wystarczających, ani niewystarczających, ani słusznych, ani chybionych, nawet ich nie próbuje wskazać. Sąd w ogóle nie ma się do czego odnieść.

     Do rana można cytować, a ja, żeby nie zabierać czasu, przedstawię w skrócie, jak sąd ocenił pracę Marka Wełny.
 
Ocena Sądu Okręgowego w Szczecinie (podajemy ze skrótami redakcji):
- Uchybił zasadom obiektywizmu i rzetelności.
- Popełnił rażący błąd w postępowaniu przygotowawczym, gdyż nie przesłuchał kluczowego świadka.
- Przez kategoryczne stwierdzenia zawarte w uzasadnieniu aktu oskarżenia dokonuje osądu nieobiektywnego i chybionego.
- W tej samej sprawie popełnia drugi rażący błąd, rezygnując z przesłuchania innego kluczowego świadka w postępowaniu przygotowawczym.
- Stosuje w akcie oskarżenia zdumiewającą metodę wskazywania jako miejsca popełnienia wszystkich przestępstw wszelkich miejscowości, jakie się w śledztwie przewinęły.
- Stawia zarzuty na poziomie żenującym, rażąco oderwane od wszelkich realiów sprawy, w tym zebranych dowodów i ustaleń.
- Stawia zarzuty pozbawione jakiegokolwiek uzasadnienia dowodowego i rażąco ze sobą sprzeczne.
- Oskarża ludzi o przestępstwa, których im się nie udowadnia i nie próbuje udowodnić.
- Stosuje domniemanie winy.
- Zarzuca oskarżonemu określone zachowanie, ale nie zamierza go w ogóle udowadniać.

- Stawia sąd w sytuacji niespotykanej, stawiając oskarżonym zarzuty bezpodstawne.
- Zarzuca oskarżonym popełnienie określonego czynu i w ogromnych, przeładowanych zbędnymi dokumentami, aktach nie przedstawia kompletnie żadnych dowodów na poparcie tezy aktu oskarżenia.
- W osobliwy sposób przedstawił sądowi wyjaśnienia oskarżonych i zeznania świadków, w znacznej części cenzurował je, włączał skserowane kopie z zasłoniętymi fragmentami wyjaśnień.

- Nie panował nad własnymi aktami i nie znał ich treści.
- Ponad 20 tomów akt śledztwa to zbędne kserokopie wszelkich dokumentów.
- Wnosił o przesłuchanie świadków na okoliczności, które miały charakter uboczny i nie obciążały oskarżonych.
     Ocena Sądu Apelacyjnego w Szczecinie:
- Gołosłowne i niczym nie poparte twierdzenia.
- Nie wykazał należytej sumienności, staranności i dokładności.
- Czynił nielojalne zabiegi w procesie.
- Podejmował działania stanowiące jawne zaprzeczenie obowiązującej w polskim procesie karnym zasady kontradyktoryjności.
- Zapomina, że obowiązuje w polskim procesie karnym domniemanie niewinności.
- Chybione zarzuty i błędy w ustaleniach faktycznych.
- Nieporozumieniem jest podnoszenie przez prokuratora argumentu, że oskarżeni działali w ramach zorganizowanej grupy przestępczej, gdyż brak było jakichkolwiek podstaw, co oznacza, iż nie zna on i nie rozumie pojęcia zorganizowanej grupy przestępczej.
- Bezzasadny, lakoniczny i niczym nie uzasadniony był zarzut apelacji, że sąd I instancji błędnie ocenił zebrane dowody.
- Nie potrafił przesłuchać podejrzanego na etapie postępowania przygotowawczego.
- Nie przywołał w apelacji jakiejkolwiek racjonalnej argumentacji.

- Skargę apelacyjną przygotował w sposób bardzo ogólny i powierzchowny, bez konkretnych odniesień do realiów przedmiotowej sprawy.
- Wtoku śledztwa nawet nie próbowano określić, kto w rzeczywistości zorganizowaną grupę przestępczą miał tworzyć. Nie wytypowano nawet potencjalnych członków zorganizowanej grupy.
- Nie zna nawet treści kodeksu karnego, domagając się orzeczenia kary pozbawienia wolności w wymiarze 6 lat, w sytuacji, gdy zarzucane oskarżonemu przestępstwo zagrożone jest karą 3 lat pozbawienia wolności.
- W protokołach przesłuchania podejrzanych jest zbyt wiele odniesień do realiów ówczesnych wydarzeń politycznych. 

***






Tak oceniony przez 2 sądy Marek Wełna kształci teraz przyszłych prokuratorów.
     Na dramatycznym spotkaniu w Sejmie jeden z oskarżanych i uniewinnionych wysokich oficerów policji rzucił order, którym odznaczył go prezydent, i zapowiedział rezygnację z polskiego obywatelstwa.
     Przedstawiciel związku policjantów mówił o niektórych prokuratorskich oskarżeniach wobec swoich kolegów: Przyjął korzyść majątkową nieokreślonej wartości od nieokreślonej osoby; Zrezygnował z ukarania mandatem w zamian za korzyść niepieniężną w postaci modlitwy.

Joanna Skibniewska
askibniewska@redakcja.nie.com.pl

Córka Ziobry i jej psy (NIE 45/2012)


Jak zwykle, od prawie 30 lat, przyszli rano do pracy. Był 6 czerwca 2006 r. We wszystkich komendach wiał wiatr Zbigniewa Ziobry, ale oni starali się omijać schizofreniczne zalecenia ścigania każdego, kto mógłby się przydać do ministerialnego sukcesu, czyli do rozbicia fikcyjnej mafii. Myśleli, że jeśli sami przez tyle lat wykonywali robotę rzetelnie i trzymali się prawa, to ich jednostka, czyli Komenda Powiatowa Policji w Bełchatowie, nie popędzi za tym wiatrem. Mylili się.
Na biurku Jacka Kowalczyka zadzwonił telefon.
- Jest Janek? - zapytał komendant. - To wpadnijcie do mnie.
Kowalczyk poszedł po Jana Handrysiaka. Gdy wchodzili do komendanta, zdziwiło ich, że jest tam tyle ludzi. I u niego, i w sekretariacie. "Jakaś akcja" - pomyśleli.
- Panowie są z BSW, chcieliby z wami porozmawiać - zaczął komendant. Ale panowie nie rozmawiali.
- Jesteście zatrzymani - usłyszeli.
I tyle. Nie dowiedzieli się dlaczego ani o co chodzi. Funkcjonariusze Biura Spraw Wewnętrznych przeszli do ich pokoi. Przeszukali, choć widać, że to wszystko pro forma. Nawet nie wiedzieli, czego szukają. Podobnie przeszukali ich mieszkania. Weszli, popatrzyli. Widać, że dowody już gdzieś były i nie ma czego szukać. Potem przesłuchanie. Też bez ładu i składu. Tylko pod drzwiami któryś powiedział "mają już załatwione po 3 miechy". Wciąż nie wiedzieli za co.

Nieodrodne dzieci pana ministra

Gdy po wielu godzinach trafili przed oblicze prokurator Bogumiły Tarkowskiej z Prokuratury Apelacyjnej w Łodzi, też nie dowiedzieli się o co chodzi.
Słyszeli o niej.

Każdy w terenie o niej słyszał. Córunia Ziobry - taką miała ksywę.
Podejmowała wszystkie postępowania na zlecenie ministra i partii. Śmiano się, że ze sprzątaczki i jej mopa umiałaby zrobić zorganizowaną grupę przestępczą.


Zaczęła jeszcze od Rywina, przez ministra zdrowia, po adwokata Andrzeja Leppera. Teraz takie samo zadanie miała do wykonania z dwoma funkcyjnymi policjantami - Jackiem Kowalczykiem i Janem Handrysiakiem. Udało się jej.
     To było najkrótsze przesłuchanie, jakie kiedykolwiek widzieli. Tarkowska miała już wszystko przygotowane. Była zdziwiona, że chcą składać wyjaśnienia. Tylko zajęli jej cenny czas. Uprzedziła ich więc, że to i tak niczego nie zmieni. Pójdą siedzieć.
Tarkowska
Niedługo potem odbyło się posiedzenie sądu w związku z tymczasowym aresztowaniem. Gdy zobaczyli sędzię Joannę Tomczak, już wiedzieli, jaki będzie wynik. Ta też miała swoją Ziobrową ksywę - Dyżurna.
Posiedzenie trwało może 3 minuty. Tarkowska, swoim utartym zwyczajem, przyniosła 26 tomów akt sprawy. Bo niby taka poważna i tak znakomicie przygotowana. Ale tak naprawdę były to kserówki ze sprawy zupełnie niezwiązanej z nimi. Nie miało to jednak znaczenia dla "Dyżurnej". Po 3 minutach już miała gotowe postanowienie o tymczasowym aresztowaniu. 2 strony. Szybko Tomczak pisze.
     Materiał dowodowy w postaci zeznań Jarosława Kurzydlaka w wysokim stopniu uprawdopodobnią fakt popełnienia zarzucanego czynu. Stwierdziła też na piśmie, że podejrzanemu zostanie wymierzona surowa kara. I każdy dostał od razu takie postanowienie. I w zasadzie to już był wyrok.

Zgredzik nie dynda
Siedzieli rok i 2 tygodnie. Handrysiak w Sieradzu w izolatce. Ciemnej, porośniętej grzybem. Rano, gdy klawisze przynosili żarcie, otwierali lipo i mówili ze zdziwieniem: - Zgredzik jeszcze nie dynda.
Czasami dorzucali, że w takiej sytuacji sznurówki rozwiązują problem.
Handrysiak na spacery wychodził... w klatce. Ze względów bezpieczeństwa. Funkcjonariusz policji z prawie 30-letnim stażem był ważnym łupem dla więźniów z sieradzkiego więzienia.
Do celi trafił tak, jak przyszedł wtedy do pracy. I tak pozostał jeszcze przez ponad miesiąc. Bo w prokuraturze zatrzymano paczkę z ubraniem, którą przysłała mu żona. Przez cały areszt nigdy nie był leczony. Ale w jego karcie chorobowej znajdują się wpisy o konsultacjach lekarskich.
Bo Handrysiak to chory człowiek. Dyskopatia, nadciśnienie, serce. W celi doszła jeszcze depresja. Tym bardziej że prokurator nie wydawała zgody na widzenia z najbliższymi. A gdy już wydała, obok stało dwóch funkcjonariuszy BSW i nie pozwalali żonie nawet się przytulić. Gdy żona Handrysiaka napisała skargę, Tarkowska cofnęła jej widzenia, a po interwencji rzecznika praw obywatelskich przywróciła je, ale przez pleksi.

On nie musi siedzieć
Ale poza więzieniem funkcjonariusze BSW podchodzili do Alicji Handrysiak.
- Niech powie coś na swojego komendanta albo na jakiegoś sędziego - powiedzieli żonie przed sklepem. - Przecież on się wykończy w więzieniu. A jak powie, to wyjdzie. Nie zależy pani na mężu?
To samo robili z żoną Kowalczyka. Tam było łatwiej, bo najmłodsze dziecko było jeszcze małe. Dziewczynka bardzo źle znosiła rozłąkę z tatą. Żona Kowalczyka wpadła w depresję. Nauczycielka, bez grosza przy duszy, wytykana palcami na ulicy. I dzieciaki szykanowane w szkole. Do niej funkcjonariusze BSW przyszli do domu.
- Jeśli chce go mieć pani w domu, to niech powie coś na komendanta. Cokolwiek.
A gdy była twarda, zaczęli ją straszyć. Straci dzieci. Czeka na nich dom dziecka, a na nią szpital psychiatryczny. Kowalczyk siedział w Piotrkowie Trybunalskim.
- Jebać psa, jebać psa, jebać psa! - słyszał pod swoją celą od szóstej rano.
- Oooo, wyprowadzili pieska na spacer - słyszał na spacerniaku. Przestano więc go wyprowadzać.
Kopanie w drzwi, walenie w sufit, wyrywanie anteny od telewizora to zwyczajna codzienność Kowalczyka przez ponad rok. I strach o żonę i dzieci.
- Powiedz chociaż troszkę na komendanta albo jakiegoś sędziego, albo lekarza, to wyjdziesz. Przecież wiemy, ty nie musisz siedzieć. Wystarczy, że coś powiesz. Wrócisz do domu, ogarniesz. Inaczej kobita ci się przekręci. Dzieci ci nie szkoda? - ponawiali co jakiś czas propozycję funkcjonariusze BSW.
Tarkowska pytała jedynie, czy już są gotowi powiedzieć coś na innych. A gdy nie byli gotowi, pokazywała kolejny wniosek o areszt. Kolejny i kolejny. Przychodziły do niej wytyczne z Krakowa, z prokuratury, wówczas krajowej, obecnie apelacyjnej. "Nie wykonywać czynności, iść na czas" - zapisała w podręcznych aktach po rozmowie z prokuratorem apelacyjnym z Krakowa. Cały czas była też w bezpośrednim kontakcie telefonicznym z "czterdziestoma zaufanymi" Ziobry. Prokuratorami z Krakowa, Białegostoku, Lublina i Łodzi.
I nie wykonywała czynności. Jako czynność służbową zaliczono notatkę: Ustaliłem nr pesel Jana Handrysiaka.
"Posiedzą,to skruszeją" - rzucił ponoć Marek Wełna, apelacyjny z Krakowa. A Tarkowska przy każdym wniosku o areszt powoływała się na konieczność wykonania czynności.
- Miała być konfrontacja z Kurzydlakiem - powiedział jej kiedyś Handrysiak. - Kiedy będzie?
- Nie będzie - odpowiedziała Tarkowska.Chce mi pan sprawę rozwalić?

Bandzior
Jarosław Kurzydlak to bandzior i miejscowy gangster. Wielokrotnie karany. Za nielegalny handel bronią i amunicją, za wielokrotne rozboje, za bezprawne pozbawienie wolności (porwanie,gdyby ktoś nie wiedział), za nielegalny handel lewym alkoholem, za podpalenia "konkurencji", za podłożenie bomby pod dom nielubianego kumpla i dwukrotnie za składanie fałszywych zeznań. Warto dodać, że łapali go właśnie ci dwaj aresztowani policjanci.
Sprawy Kurzydlaka prowadziła Tarkowska. W zamian za współpracę, czyli oskarżenie policjantów, wypuściła go z aresztu i obiecała niską karę. Dotrzymała słowa. Za to wszystko dostał wyrok łączny... 11 miesięcy odsiadki. Tyle, żeby wliczyć pobyt w areszcie.
     Poza tym Jarosław Kurzydlak to wieloletni "uchal"obu policjantów. Donosił im na kolegów przez długie lata. Teraz powiedział, że Kowalczyk i Handrysiak brali od niego kasę za nietykalność. W ciągu 3 lat dał obu ok. 30 tys. zł. Dokładnie nie pamięta ile. Nikt nie zauważył, że Kurzydlak ani przez moment nie był nietykalny. Wręcz przeciwnie. Gliniarze gnębili go na każdym kroku.
Za prawdomówność Kurzydlaka ręczą jego dwaj koledzy, którzy ponoć słyszeli, jak opowiadał o swojej nietykalności. Notabene będąc w celi. Ci dwaj też regularni przestępcy. Bandyci ścigani przez policję. Za policjantów ręczą ich przełożeni, ich koledzy, Niezależny Samorządny Związek Zawodowy Policjantów. Mówią, że cała trójka kryminalistów była wielokrotnie skazywana właśnie dzięki pracy tych dwóch funkcjonariuszy.
- To typowa zemsta - powiedział mediom Jerzy Wojtczak, przewodniczący NSZZP w Bełchatowie.
Tarkowska momentalnie po tym wystąpieniu Wojtczaka... postawiła mu zarzuty molestowania na komendzie. I wnioskowała o areszt! (Wojtczaka właśnie uniewinniono). Zęby pokazać, że Wojtczak i Handrysiak to zorganizowana grupa, do molestowania dorzuciła jeszcze Handrysiaka. A kogo niby mieli molestować? Laskę, która została zatrzymana przez Handrysiaka na włamaniu do banku z bronią w ręku (iskazana za ten czyn). Twierdziła, że wkładali jej ręce pod bluzeczkę. Ponieważ nie znała Wojtczaka, to prokurator zrobił swoiste okazanie. Obu panów postawił między kobietami. Panienka zaczęła się motać, ale to i tak nie przeszkodziło w postawieniu zarzutów.
I tak wiarygodni byli tylko przestępcy.

Kruszeli

Bogumiła Tarkowska dosyć szybko napisała akt oskarżenia, ale dostała wytyczne, że oni muszą posiedzieć jeszcze trochę. Zaczęli mocno chorować, była więc szansa, że zmiękną i zaczną coś mówić na miejscowe szychy. I choć akt oskarżenia trafił do sądu w Bełchatowie w grudniu 2006 r., to do lipca nie wyznaczono terminu rozprawy. Bo Tarkowska oznaczyła postępowanie klauzulą tajności i trzeba było szukać ławników, którzy mają uprawnienia do brania udziału w takiej rozprawie. Gdy 7 lipca udało się wreszcie zebrać skład sędziowski i wysłuchać Kurzydlaka, ten nie stawił się na wezwanie sądu. Dlaczego? Bo go Tarkowska wezwała do prokuratury na tę samą godzinę... Kowalczyk i Handrysiak nadal gnili więc w celi. A Kurzydlak od dawna cieszył się wolnością.
Niedługo potem policjanci wyszli. Zniszczeni, chorzy, przegrani. Co z tego, że sędzia nie zostawił suchej nitki na prokuraturze. Co z tego, że zostali uniewinnieni. Wskutek odwołań prokuratury odbyły się już 3 postępowania przed sądem. Dziś są już uniewinnieni prawomocnie. Poza zeznaniem Kurzydlaka, który zresztą przed sądem nagle zachorował na amnezję i nic już nie pamiętał, nigdy nie znaleziono żadnych dowodów ich winy. Sędzia Rychter w trakcie procesu prowadził postępowanie przygotowawcze, które powinna zrobić Tarkowska. I nic nie znalazł, a 26 tomów kserówek, które miały być niezbitymi dowodami ich winy, kazał wyrzucić do kosza. Świadkowie, dowożeni z cel, przyznali w sądzie, że byli pouczani przez panią prokurator, co mają mówić przed sądem. Tarkowska w kolejnych instancjach już nie przychodziła na rozprawy. Zniknęła. Ciekawe, czy awansowała za tak dobrą pracę, czy uciekła do adwokatury, żeby uniknąć odpowiedzialności ?
Obaj funkcjonariusze po wyjściu z aresztu otrzymali grupy inwalidzkie.

Teraz to my, podatnicy, zapłacimy odszkodowania za bezpodstawny areszt, utratę pracy, zdrowia i dobrego imienia dwóch dobrych funkcjonariuszy policji.


Joanna Skibniewska

poniedziałek, 11 marca 2013

Zamotani (NIE 2/2012)


Prokuratura: BGM to gniazdo mafii paliwowej. 
Sąd: To prężna firma uczciwie zarabiająca miliardy.

Marek Wełna
Siedzieli w najgorszych warunkach. Zdzisław Marszałek miał status szczególnie niebezpiecznego. Gdy był wyprowadzany z celi, usuwano innych osadzonych. Po powrocie był rozbierany do naga w obawie, czy czegoś nie ukrył. Przez rok nie miał prawa do widzeń. Potem widywał się z córką, ale albo przez pleksi, albo w obecności funkcjonariusza. W areszcie przesiedział 2 lata.

Arkadiusz Grochulski został okrzyknięty najgroźniejszym przestępcą 10-lecia. Prokuratura twierdziła, że ukrywa się przed wymiarem sprawiedliwości, bo należy do ruskiej mafii. Potem był kolegą Putina. A on tymczasem wyjechał na narty do Austrii. Sam zgłosił się do prokuratury, gdzie natychmiast został zatrzymany. Przesiedział 3 lata. W strasznych warunkach, w odosobnieniu i bez widzeń z bliskimi.
Podobnie Jan Bobrek - nie miał prawa do widzeń z najbliższymi. Siedział w wyjątkowo małej celi. Dlaczego? Bo ma zdiagnozowaną klaustrofobię. Po prawie 2 latach męczarni zaczął opowiadać wszystko, co chciał prokurator. O łapówkach dla najważniejszych, o koncie Mega Aleksander - wiadomo czyim. Rzucał nazwiskami, które podobno podawał mu prokurator. W zamian za to wyszedł.
Dwaj pozostali nie chcieli gadać bzdur ani obciążać nikogo. Siedzieli więc dalej. Wszyscy trzej to wspólnicy firmy paliwowej BGM. Dawniej bogaci ludzie. Prokurator Marek Wełna zrobił z nich przestępców. Nie tylko zamknął ich w aresztach wydobywczych, ale też nazywał baronami paliwowymi. Opowiadał w mediach, że ograbili kraj z miliardów, że dawali łapówki, że opłacali polityków, że wyłudzali VAT i pieniądze, które potem przeznaczali na działalność mafii paliwowej. I takie zarzuty postawił im w akcie oskarżenia. Wszyscy stracili firmy, pieniądze, zdrowie i dobre imię. 800 osób straciło pracę.

Śledztwo podzielono na kilka wątków. Przed sądami rozpoczęło się kilka spraw. Wszystkie, które zakończyły się wyrokami, całkowicie oczyszczają biznesmenów. Parę dni temu odwołanie prokuratury od wyroku uniewinniającego również zostało odrzucone. Sędzia nie zostawił na Wełnie suchej nitki.
Zapytał, czy prokuratorowi się coś nie pomyliło, czy nie zapomniał o tym, że niewinnych nie kieruje się do aresztu, po to żeby udowadniali swoją niewinność. Zgromadzenie dowodów winy to jego robota, a on jej nie wykonał nie tylko należycie, ale nie wykonał jej wcale. Sędzia zwrócił uwagę, że prokurator ma brać pod uwagę wszystkie zeznania, także te, które świadczą o niewinności podejrzanego. Tymczasem Wełna zbierał tylko zeznania tego świadka, który obciążał innych. Nie raczył nawet zwrócić uwagi na to, że ów świadek ze wszystkiego się wycofał i stwierdził, że kłamał, bo prokurator go szantażował. Sąd wyśmiał prokuratora, że z właścicieli BGM zrobił zorganizowaną grupę przestępczą, a potem zapomniał o tym wspomnieć w akcie oskarżenia. I wskazał, że Wełna nie zna przepisów prawa. Żądanie kary 6 lat więzienia za czyn, który nie przewiduje w kodeksie tak wysokiej kary, uznał za co najmniej żenujące.
Sędzia postanowił nauczyć Marka Wełnę, co to jest tajemnica służbowa, a czym jest tajemnica państwowa, czego Wełna zdaje się nie rozróżniać. Jak krowie na rowie wyłuszczył więc przepisy prawne, które prokurator, nawet nie tak doświadczony jak Marek Wełna, znać powinien.
Biznesmenom została jeszcze jedna sprawa przed sądem w Krakowie, skąd pochodzi oskarżyciel Marek Wełna, która toczy się już 7 lat. Ale nie spodziewamy się, że rozstrzygnie się szybko i sprawiedliwie. Sprawę tę prowadzi znana nam i naszym Czytelnikom sędzia Barbara Pankiewicz. Dobra znajoma Marka Wełny, która bardzo często osądza w sprawach, w których przez niego zostały skierowane akty oskarżenia. Nie wiadomo, dlaczego. W aktach sprawy biznesmenów z BGM znajdują się notatki pani sędzi do prokuratora Wełny, którego informuje o wizytach adwokata tego czy tamtego podsądnego, o złożonych przez niego wnioskach, o tym, o co pytali pełnomocnicy oskarżonych.  Takie prawie prywatne liściki?

Barbara Pankiewicz, podobnie jak inni sędziowie, nie może jednak znaleźć dowodów winy biznesmenów. Marek Wełna po prostu ich nie przedstawił - poza zeznaniami wymuszonymi na Bobrku.
I zaraz potem odwołanymi przed sądem. Więc sama, na własną rękę ich szuka?
Podsądni twierdzą, że pokrzykuje na oskarżonych i każe protokołować tylko to, co sama sobie życzy. Już trzy razy prosili o pozwolenie nagrywania rozpraw, ale oczywiście Pankiewicz się nie zgodziła. Wierzymy oskarżonym, że sędzia Pankiewicz tak się zachowuje. Po pierwsze trafiło nam się widzieć i słyszeć to osobiście na rozprawie przeciwko podobnie wydumanej mafii kantorowców z Krakowa. Po drugie to samo opowiadali nam oskarżeni w tamtej sprawie. Tam Pankiewicz nie tylko trzymała 3 lata w areszcie ciężko chorego człowieka ("NIE?nr 21/2009),ale gdy wył z bólu na rozprawie, zwyczajnie się z niego śmiała. I znowu Marek Wełna skrzywdził niewinnych ludzi. Znowu setki pozbawił pracy. Znowu pokazał, na czym polega powszechnie znane w Krakowie prawo Wełny.

czwartek, 7 marca 2013

ZIOBRO i jego zdrajca (NIE 49/2011)


Prawo Wełny: wszyscy jesteście podejrzani.

Skruszony prokurator Marek Wełna z Krakowa przyznaje, że Zbigniew Ziobro i Bogdan Święczkowski naciskali na niego, żeby zdobył dowody na przestępstwa popełnione przez przedstawicieli lewicy. To zapewne prawda. Tyle że na Wełnę nikt nie musiał naciskać. Nie sposób wymienić wszystkich ofiar prokuratora Wełny. Nie da się nawet wymienić ich większości ani powiedzieć, które przypadki są najbardziej drastyczne. 




Leszek S.: oślepł w areszcie
Leszka Szlachcica, człowieka starego, schorowanego, inwalidę I grupy, przetrzymywano w areszcie za rzekome wyłudzenie leasingu (swoją drogą, jak można wyłudzić leasing?). Tam prokurator Wełna w bezpośredniej rozmowie 14 sierpnia 2001 r. miał powiedzieć: ? Dobrze, że chce pan zeznawać (Szlachcic oświadczył, że będzie zeznawać, gdyż czuje się niewinny i nie ma nic do ukrycia), bo tak zaaresztowalibyśmy bardzo wielu niewinnych ludzi, w tym połowę pana rodziny. Gdy jednak Szlachcic nie przyznał się do winy, Wełna wziął się za jego najbliższych. Głównie synów. Zajęcie majątku, szykany, zarzuty wyssane z palca. Wreszcie zatrzymania i wielogodzinne przesłuchania. Sam Leszek Szlachcic został skrzywdzony najbardziej. Oślepł w więzieniu. Gdy trafił do aresztu, był po operacji oczu. Miał zaświadczenie od lekarza, że musi być pod stałą kontrolą okulisty. Miał też takie, w których okuliści pisali, że nie może przebywać w areszcie. Wełna nie tylko wnioskował o areszt i co 3 miesiące go przedłużał, ale nie zgadzał się też na leczenie aresztanta. A jak się już zgodził, to po wielu miesiącach od chwili, gdy Szlachcic o to błagał. Było już za późno. Szlachcic stracił wzrok. On sam nie ma najmniejszych wątpliwości, że przez Wełnę. Po 27 miesiącach bezsensownego aresztu został kaleką do końca życia.

Stanisława C.: była zakładniczką
Stanisława Chmielewska została aresztowana przez Wełnę, żeby "zmiękczyć?jej syna aresztowanego wcześniej. Miała być zakładniczką. Zresztą dosłownie tak nazywał ją Marek Wełna w rozmowie z jej synem. Chłopak nie chciał mówić tego, co chciał prokurator, Wełna przymknął więc matkę, stawiając jej absurdalne zarzuty. Chmielewska była w areszcie 15 miesięcy. Wyszła w stanie agonalnym w pierwszej fazie udaru mózgu. Badający Chmielewską lekarz z krakowskiego pogotowia po badaniu przed aresztowaniem napisał, że wyjątkowo wyraża zgodę na jeden dzień jej pobytu w izbie zatrzymań. Ona będąc już w pudle, błagała o badanie lekarskie. Wełna się nie zgadzał. Przeprowadzono takie badanie 15 miesięcy od złożenia wniosku! Chmielewska jest wrakiem człowieka. Sześć guzów tarczycy, guz piersi, osteoporoza, cukrzyca, dyskopatia, pierwsza faza udaru mózgu z postępującym paraliżem kończyn dolnych i mimicznymi zmianami na twarzy. Gdy z powodu konwulsji wreszcie zbadał ją więzienny lekarz i zrobił EKG, wyrwał z aparatu wydruk i darł go na strzępy. Znowu robił pomiar i znowu darł, a pielęgniarka tylko pytała: "Wołamy pogotowie?!". Nie zawołali.

Adam C.: ledwo przeżył
Jej syn Adam do aresztu przy ul. Montelupich trafił zdrowy. Wielkie, silne chłopisko. Po dwóch miesiącach zaczęły się zawroty głowy, silne bóle, utraty przytomności. Prosił o konsultację lekarską. Wełna napisał, że symuluje. Raz zmierzono mu ciśnienie: 200/120. Lekarz się uśmiał i wysłał go do celi. Niedługo potem Chmielewskiego sparaliżowało. Służbę więzienną zaalarmowali współwięźniowie. Gdy przyszedł lekarz, pociął mu nogę, żeby udowodnić, że aresztant ma czucie w nogach. Adam do dziś ma blizny. Lekarz stwierdził, że "cośjest nie tak" i zostawili go w celi. Na rok. W międzyczasie wysiadło mu serce. Gdyby nie więźniowie, Chmielewski umarłby z głodu, bo nie miał siły utrzymać łyżki. Wełna jednak nie wyrażał zgody na wizytę lekarza. Kiedyś w drodze na przesłuchanie Chmielewski zaczął umierać. Służba więzienna zatrzymała się przy pierwszym w mieście szpitalu. Ledwo przeżył. Lekarz więzienny chwilę przedtem napisał, że więzień jest zdrowy i może brać udział w przesłuchaniu.

Wojciech L.: rok w piekle
Wojciecha Lenka, zasłużonego policjanta, dopadnięto w krótkich spodenkach na lotnisku 21 lipca 2002 r. Wracał z rodziną z urlopu. Zatrzymała go grupa uzbrojonych po zęby funkcjonariuszy CBŚ z Krakowa. Jego zawieźli do Krakowa, rodzinę do Radomska.
- "O,Książę przyjechał", powitał mnie prokurator Marek Wełna - wspomina Lenk. Sześciu potężnych funkcjonariuszy 45 mkw. mieszkania przeszukali w 3 godziny. W nakazie wpisane mieli przeszukać domy, posiadłości itp. Bo przecież Książę nie może mieszkać w bloku. Nic nie znaleźli. Ale Lenk przesiedział w areszcie rok. Głównymi świadkami byli dwaj bandyci, którym miesiąc po złożeniu zeznań obciążających policjanta Wełna uchylił areszty tymczasowe. Jednym z nich jest płatny agent, ksywa Komandos, z którym Lenk nie chciał współpracować. Kartoteka Komandosa zawiera wachlarz przestępstw - od gwałtów przez wymuszenia po rozboje. Drugi świadek też bardzo nie lubił Lenka, bo nie chciał z nim wchodzić w układy. Poza zeznaniami przestępców dowodem przestępstw Lenka była kaseta magnetofonowa - jak ustalili biegli - kasowana i manipulowana. Aby uzyskać przedłużenie aresztu, prokurator Wełna za każdym razem informował sąd o konieczności przesłuchania kolejnych świadków, przeprowadzenia rewizji mających ujawnić materiały wybuchowe, broń i pojazdy, powoływał się na udział policjanta w zorganizowanej grupie przestępczej itp. Większość z tych czynności nigdy nie nastąpiła. A Lenk siedział 356 dni w więzieniu w Wadowicach. Schudł 30 kilo.
 - Prokurator Wełna złożył mi propozycję - mówi Lenk.
- Chciał, żebym obciążył zeznaniami prokuratora Włodzimierza Wiaderka z Radomska lub inną ważną osobę. W zamian obiecał, że natychmiast opuszczę areszt. Wojciecha Lenka oczyszczono z zarzutów. Ale przez rok przeżył piekło.

Grzegorz Ś.: wystąpił przeciw
Grzegorz Ślak to podobno wielki sukces Wełny. Zamknął go spektakularnie, wtedy gdy Ślak był prezesem rafinerii w Trzebini. Dobrym prezesem; wydźwignął rafinerię z zapaści, ale był potrzebny Wełnie do sukcesu. w czerwcu 2006 r. miał postawione zarzuty największego w powojennej historii Polski uszczuplenia podatkowego w wysokości 764 415 185,05 zł. Jak Wełna tak precyzyjnie ustalił kwotę uszczuplenia? Wpadł na prosty sposób - zażądał, by Urząd Kontroli Skarbowej w Krakowie przeprowadził symulację: co by było, gdyby nieakcyzowe produkty sprzedawane przez rafinerię były opodatkowane podatkiem akcyzowym, takim jak olej napędowy lub benzyna. UKS taką teoretyczną symulację przeprowadził, wyliczył, że gdyby babcia miała wąsy, to państwu należałoby się nieco ponad 790 mln zł. Na tej podstawie Ślak trafił do aresztu. Po miesiącu wyszedł, ale gdy zaczął walczyć o swoje dobre imię i wystąpił przeciwko Wełnie na drogę sądową, ten podobno powiedział, że chłop pożałuje. Niedługo potem Ślak znowu trafił do aresztu. Krakowska prokuratura apelacyjna zarzuciła mu finansowanie firm, które rzekomo zajmowały się nielegalnym obrotem paliwem. Według prokuratury w latach 1999?2000, będąc pracownikiem banku, udzielał kredytów, z których korzystała mafia paliwowa. Podobno był tego świadomy i miał z tego korzyść. W ciągu kilku miesięcy rzekomo przyjął przeszło milion złotych łapówek. Tak twierdził świadek. Świadek dobrze nam znany. Jeden z ulubionych świadków Marka Wełny. Biznesmen, którego kilka lat wcześniej oskarżono o oszustwa podatkowe, a który po wyjściu na wolność zaczął mówić wszystko, czego zażądał prokurator. Ślak siedział więc, choć wszyscy wiedzieli, że siedzi za to, że wystąpił przeciwko Wełnie. Po roku sprawę o wyłudzenie umorzono z braku dowodów. Ale Ślak karę poniósł.

Król Sztumu: fajny gość
Prokurator Wełna miał jeszcze jednego ulubionego świadka - Piotra Komorowskiego ze Sztumu, ksywa Komor. Żył z działalności przestępczej. Ale akurat jego Wełna potraktował delikatnie. Bo mówił, co chciał prokurator... A może nie tylko dlatego? Komor dosłownie nie wiedział, co robić z kasą. Kupował ziemię, domy, a nawet bloki, samolot, helikopter, mercedesy i jaguary. Za ogromne pieniądze sprowadził do Sztumu reprezentację Polski, która odbyła mecz towarzyski z drużyną Digger Sztum (Diggerto jedna z firm Komora). W końcu o Sztumie zaczęto mówić Komorowo, a jego samego miejscowa prasa nazwała "królem Sztumu". Komor miał kumpla i kierowcę, Dariusza P., który nie chciał brać udziału w przekrętach Komorowskiego. Ale dużo wiedział. P. zgłosił się do prokuratury w Białymstoku i w Łodzi, gdzie szczegółowo opowiedział o przestępczej działalności Komorowskiego. Poza omówieniem jego interesów w obydwu zeznaniach znalazła się relacja z wynurzeń Komora na temat prokuratora Marka Wełny. Marek Wełna to fajny gość - miał powiedzieć przy świadkach Komor. Następnie podobno zdumionym kumplom prezentował wszystkie numery telefonów do krakowskiego prokuratora, z komórką włącznie, wpisane pod hasłem Marek. Jak na te rewelacje zareagowała krakowska prokuratura pod wodzą Wełny? Kazała zatrzymać i wniosła o aresztowanie Dariusza P. Świadka, który, z własnej inicjatywy złożył zeznania. Świadka, który nigdy nie był karany, nie miał żadnych konfliktów z prawem. Dariusz P. jest w więzieniu.
Są jeszcze inne ofiary. Wiele ofiar. Jest pomówiony przez Komora policjant Stanisław Rakowski. Oskarżony o korupcję, skopany medialnie, nie doczekał wyroku. Powiesił się w łazience.

Marek Wełna od pewnego czasu sam nie prowadzi już postępowań. Ma od tego swoich "uczniów". w Krakowie mówi się o nich "grupa Wełny". Wytyczne przekazuje podczas spotkań lub na karteczkach z zaleceniami czynności procesowych. Metody pracy nie są inne niż te, o których Wełna teraz opowiada przed sądem, twierdząc, że to nie on jest zły.

IPN wznawia Auschwitz (NIE 49/2011)


IPN powstał, żeby mścić się na komunistach. Nudzi się tak bardzo, że dręczy apolitycznych staruszków. 
 
Byli więźniowie Auschwitz otrzymali wezwania na przesłuchania do Instytutu Pamięci Narodowej. Jeśli nie przyjdą, prokuratura nałoży na nich karę pieniężną do 10 tys. zł albo zarządzi przymusowe doprowadzenie przez policję i zatrzymanie. Zgodnie z art. 285 § 1 i 2 kpk.
Do pana Tadeusza B. przyjeżdża córka z USA, żeby go zawieźć do IPN. Niedawno przeszedł udar mózgu. Do pana Bronisława A. przyjeżdża syn z Kalisza, żeby zaprowadzić go na przesłuchanie. Po wylewie ma niewładną prawą stronę ciała. Ale na przesłuchanie idzie. Bo boi się nie iść.
Większość ma po 95 lat. Tylko nieliczni są w stanie samodzielnie stawić się na wezwanie. Część z tych osób jest w domach opieki, niektórzy nie wstają z łóżek. Jeszcze inni już nic nie pamiętają albo nie chcą pamiętać.

Wszy i chleb
Jedni pamiętają przede wszystkim twarze. Głównie sprawców. Ofiary były takie same. Ogolone, wychudzone, brudne. Z tym samym przerażeniem w oczach. Sprawcy się różnili. Jeden z byłych więźniów do dziś pamięta ton głosu strażnika. Raz usłyszał podobny w tramwaju przy Marszałkowskiej. O mało nie zemdlał. Inni pamiętają głównie dzień aresztowania. I to, że godzinami leżeli twarzą w trocinach i końskich odchodach. Wtedy myśleli, że są dorośli. Dziś, gdy patrzą na swoje 17-letnie prawnuki, są zdumieni. Przecież byli tylko dziećmi. I przeszli piekło. Po co do tego wracać?
- Wiele razy tam, w Auschwitz, uciekłem przed śmiercią. Teraz uciekam w świat, w którym nie ma pamięci - mówi pan Kazimierz N. Ma 92 lata.
- U nas w domu pobyt ojca w obozie to był temat tabu - mówi pani Ewa, córka 94-letniegoTadeusza B.
- Wiedzieliśmy, że był, ale on nigdy o tym nie opowiadał. Czasem mama coś nam wspomniała. o tym, jak na jego oczach zabijali mu matkę. Jak z wycieńczenia konał jego ojciec. Tam za murami. Ojciec nie chciał tego pamiętać. Na własną rękę pojechała do Oświęcimia. Znalazła ojca na zdjęciach. I dziadka. Nigdy jednak nie powiedziała ojcu o swojej wyprawie. Nie chce rozdrapywać ran. Pan Bronisław był harcerzem. Zatrzymano go w 1940 r. Miał 17 lat. Przyszli rano do domu. Nawet nie zdążył przytulić mamy. A ona wtedy, gdy go wyprowadzano, w sierpniu, w upały, wrzuciła mu jesionkę na plecy. Skąd wiedziała?
Ta jesionka zimą ratowała mu życie. Co pan Bronisław pamięta? Głód. I to, że lepiej było pracować w głębokim śniegu niż na siarczystym mrozie. Bywało, że śnieg grzał. Pan Eugeniusz K. ma w pamięci zapisany film. Jedzie przez plac Wilsona na ulicę Słowackiego. Patrzy w okna kamienic i zastanawia się, którego z jego kolegów jeszcze wzięli. I czy Tadek bardzo się bał. Klasowy maminsynek. Nieraz się z niego śmieli. Potem film ma powyrywane kadry. Pani Janka, po której chodzą wszy. Kawałek czarnego chleba. I wreszcie Tadek, który do dziś jest dla niego największym bohaterem Auschwitz. Odebrał poród. I nie powiedział matce, że maleństwo umarło, tylko że jakaś bezdzietna Niemka je wzięła na wychowanie. I sam pochował tę kruszynę za pawilonem. On, maminsynek i kujon. 16-latek w okrągłych okularkach. Nie żyje. Zatłukli go.

Pamiątki z wakacji
- Kiedy trafił pan do obozu pracy w Auschwitz? - pyta pana Ignacego G. młoda prokuratorka z warszawskiego IPN. Mogłaby być jego wnuczką. A może nawet prawnuczką? Pan Ignacy stara się opowiadać beznamiętnie. Podaje tylko datę. Trzęsą mu się dłonie.
- Kto pana aresztował? - pada pytanie. Pan Ignacy patrzy zdziwiony. No przecież nie Czesi!. Nazwisk nie zna. Gorzały z nimi nie pił.
- Kogo pan pamięta z obozu? - pyta druga kobieta. Jeszcze młodsza od pierwszej. I pan Ignacy czuje, że ma tego dość. Już o tym opowiadał. 40 lat temu. I zeznawał w procesie we Frankfurcie. Ale musi mówić. Prokurator każe. Tylko o kim? O Basi, co oswoiła szczura? A może o pani Zeni, nauczycielce polskiego, co na pamięć znała fragmenty z "Lalki" Prusa. Szczególnie z pamiętnika starego subiekta. A może o Gienku, co grał na grzebieniu? Bo o ich śmierci mówił nie będzie. Taka, jak wszystkie tam. Bez godności.
- Czy był z panem ktoś z rodziny? - zadaje pytanie prokuratorka. Przed oczami staje mama. Jaka ona była piękna, gdy ich zatrzymywali. I miała takie lśniące włosy. Pamięta, że płukała je naparem z herbaty, żeby miały miedziany odcień. Taką chce ją pamiętać. W kolczykach i bransoletce. Nie w brudnym pasiaku.
- Czy ma pan jakieś pamiątki z obozu? ? znowu pyta ta druga. A Ignacy chce krzyknąć, że to przecież nie były pamiątki z wakacji. Ale owszem, ma. Numer na przegubie ręki. Bliznę na klatce piersiowej. I strach. Ale one chcą zdjęć. Dlaczego nie wiedzą, że wszystkie jego zdjęcia z obozu są w muzeum w Oświęcimiu? I chcą jego listu do siostry. Tego osobistego: o mamie i tym ukradzionym chlebie.
- Nie dam - rzuca ostro pan Ignacy. To może da chociaż skopiować?
- Nie dam. Przesłuchanie trwało 1,5 godziny. Po wyjściu na ulicę Ignacy mocno opiera się o laskę. Przy placu Unii Lubelskiej staje tramwaj 18. Wtedy też tu był tramwaj. Pierwszą randkę miał w tramwaju. I pierwszy raz całował się w tramwaju. Tuż przez aresztowaniem ...
- Boże, wyrzuć to z mojej pamięci - szepcze pan Ignacy.

Prokurator - orkiestra
Wezwanie na przesłuchanie podpisała Barbara Brzeska Zbieć, prokurator Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Instytucie Pamięci Narodowej. Na pytanie, po co prokuratorzy wzywają tych ludzi, co chcą nowego ustalić i dlaczego ich straszą karą pieniężną lub zatrzymaniem czy doprowadzeniem, odpowiedziała, że nic nie wie. To robi IPN w Krakowie, a ona służy tylko pomocą prawną. Jej naczelnik wie. Tymczasem on nie chce nam na te pytania odpowiedzieć. Niech odpowie krakowski IPN. Rzecznik tamtejszego oddziału też nic nie wie. To nie jego śledztwo. Postępowanie prowadzi prokurator Łukasz Gramza. Niech coś powie.
- To nie jest wyważanie otwartych drzwi, chodzi o stan zastany. Postępowania są pozawieszane. Sprawcy są za żelazną kurtyną. Na przykład w sprawie dr. Mengele nawet nie postawiono zarzutów - argumentuje prowadzone postępowanie prokurator Gramza.
- Dotychczas przesłuchano około tysiąca osób, a to nie wszyscy. Jeszcze kilkaset żyje. A może żyje jeszcze jakiś sprawca albo członek załogi? Tego nie można tak zostawić.
Prokurator Gramza twierdzi, że byli więźniowie są zapraszani do IPN. Grzecznie. Jeśli za grzeczne uznać kategoryczne pisma o stawiennictwie na wyznaczoną godzinę zawierające klauzulę o karach za brak przyjęcia "zaproszenia?.
Podczas przesłuchania zadawane są "pytania proste, ale treściwe". Podobno pojawiają się nowe fakty, nowe nazwiska.
Przedstawiciel muzeum w Auschwitz nie chciał komentować postępowania prowadzonego przez IPN. Uśmiał się jedynie, że prokurator szuka wśród przesłuchiwanych sprawców lub członków załogi obozu.
- Tu w Polsce? A przecież polska dyplomacja grozi niemal wojną za nazywanie Oświęcimia polskim obozem. Łukasz Gramza jest nam znany. I naszym Czytelnikom. To on był prawą ręką prokuratora Marka Wełny z krakowskiej prokuratury, wówczas krajowej. Miał swój znaczący udział w śledztwach, które opisywaliśmy (sprawa Stanisławy Chmielewskiej, "NIE" nr 16/2008, policjanta Wojciecha Lenka, "NIE" nr 27/2009,Grzegorza Ślaka - prezesa rafinerii w Trzebinie, "NIE" nr 19/2011). Teraz Łukasz Gramza jest w IPN. Najpierw specjalista od zbrodni Stalina, teraz Hitlera. I wzywa przed oblicze prokuratora świadków tamtych wydarzeń. Schorowanych, starych ludzi, których średnia wieku to 93 lata. Pod groźbą kary. ? Muszą się spieszyć, bo z każdym tygodniem jest nas coraz mniej - mówi pan Ignacy. O obozie w Oświęcimiu wydano setki książek naukowych i wspomnień. Historią tego miejsca od 65 lat zajmują się historycy z państwowego muzeum, którym dziś jest były lagier. Jeśli ktokolwiek żyje z dawnej załogi, jest nie do rozpoznania albo z racji wieku i zdrowia poza zasięgiem sprawiedliwości. Prokuratorzy z IPN z nudów wymyślają sobie zajęcia. Chamieją też z nudów. Kto wreszcie się odważy zlikwidować kosztowny próżniaczy i szkodliwy IPN?
Bohaterowie tekstu, dawni więźniowie Auschwitz, prosili o nie podawanie swoich pełnych nazwisk. Boją się. 

 askibniewska@redakcja.nie.com.pl

Wydatki IPN w 2010 r. wyniosły 213 846 000 zł. Budżet na 2011 rok IPN otrzymał w wysokości 240 mln zł. IPN zatrudnia 2 056 pracowników. Średnia pensja to 5 132 zł. Zatrudnionych jest 136 prokuratorów. Każdy zarabia ok. 12 tys. zł. Na same wynagrodzenia z kieszeni podatnika idzie kilkanaście milionów. Dla prokuratorów będących w stanie spoczynku, czyli takich, którzy ostatnie dni przed bardzo wczesną emeryturą spędzili w IPN, poszło w 2010 roku 1 625 000 zł. Prawie każdy pracownik dostaje nagrody. W 2010 na nagrody wydano 444 700 zł. Ponad 10 mln zł kosztują opłaty za utrzymanie majątku (wynajem i inne powinności). Poza tym w IPN pieniądze wydawane są na drukowanie dodatku do "Gościa Niedzielnego", na wykłady o zbrodni katyńskiej, na opracowania wydawane przez wydawnictwa katolickie itd. Teraz doszły lekcje w szkołach. Tematy to zbrodnia na księdzu Popiełuszce, historia walki z komunizmem Jana Pawła II, o tym jak Karol Wojtyła był Lolkiem itp. IPN wymyśla też gry komputerowe. O tym np., jak w komunie stało się w kolejkach. Miliony idą na postępowania sądowe i prokuratorskie. Jak np. sprawa "kłamcy lustracyjnego", który został oskarżony o przyjęcie łapówki od oficera SB w postaci paczki papierosów marki Klubowe, czy "zbrodniarza",który na Podkarpaciu współpracował z SB, bo przyjął korzyść majątkową od funkcjonariusza w postaci kieliszka wódki w barze Kaprys, toruńskie pierniki w polewie czekoladowej i papierosa marki Carmen.

niedziela, 3 marca 2013

Piękna nasza MAFIA cała (NIE 36/2011)


Przez 3 lata krakowska prokuratura niszczyła firmę i więziła ludzi. 
 
Miał być wielki przekręt. Międzynarodowy, na kilkadziesiąt milionów euro. Trzej ludzie stracili zdrowie w aresztach. Jednego trzymano w 42-osobowejceli z recydywistami. Innego umieszczono na najcięższym oddziale więziennym. Jeszcze innego zgnojono tak, że próbował odebrać sobie życie. Zaszczuto im żony i dzieci. Prokurator powołał około 20 biegłych, przesłuchał przeszło 1000 osób, w tym 9-letniedziecko jednego z zatrzymanych.
Osobiście biegał do Urzędu Kontroli Skarbowej i Krajowego Rejestru Sądowego, żeby biznesmeni nie mogli prowadzić działalności. Sam pisał do Agencji Rynku Rolnego, aby nie przyznawała dopłat. Rzecznik prokuratury na łamach prasy określał podejrzanych jako groźnych międzynarodowych przestępców, członków mafii. Mówił o 50 mln euro wywiezionych za granicę kraju. 15 osób podejrzanych jest o popełnienie 25 przestępstw, w tym 13 skarbowych. Zgromadzono 800 tomów akt, 160 tysięcy stron papieru. Rzekomych dowodów, mocnych i porażających - jak mówiła krakowska prokuratura - na to, że wyprowadzano setki milionów za granicę, że pieniądze trafiały zamiast do firmy na prywatne konta zarządu. Po 3 latach powstał akt oskarżenia. Zamiast 50 mln euro pozostało wyłudzenie przez prezesa rocznego wynagrodzenia w wysokości? 12 tys. zł brutto. I wyłudzenie dopłaty z Agencji Rynku Rolnego. Zresztą dopłaty, która się należała jak psu micha.

Rozpoznanie
To miał być ogromny biznes. Z rozmachem. Kraków Business Park (KBP) w Zabierzowie pod Krakowem. Nowoczesne, warte setki milionów złotych przeszklone biurowce z oddziałami największych w świecie koncernów, parkingi, restauracje, własny dworzec kolejowy, mieszkania dla pracowników. Adam Świech wziął 78 mln euro kredytu. Dobrał jeszcze dwóch udziałowców, którzy dorzucili 1/3kasy, resztę dołożył sam. Wspólnicy ? udziałowcy mniejszościowi ? chcieli, żeby sprzedał biznes i wypłacił im ich udziały. Napisali do niego jasno (mamy to pismo), że jeśli nie zgodzi się na sprzedaż, pożałuje. Nie zgodził się. I natychmiast zajął się nim krakowski prokurator Piotr Krupiński z ówczesnej Prokuratury Krajowej. Prokuratura oskarżyła Świecha o to, że jako prezes KBP poświadczył nieprawdę. W marcu 2008 r. odbyło się Walne Zgromadzenie Wspólników. Z protokołów wynika, że wszyscy udziałowcy jednogłośnie przyjęli sprawozdanie zarządu KBP za rok 2007. Tymczasem udziałowcy, którzy mieli zasiadać w tym zgromadzeniu, pobiegli do prokuratora z informacją, że przebywali wtedy w zupełnie innych miejscach; Andrew Kozłowski - pod Warszawą, Jan Domanus - w USA. Zgromadzenie nie mogło zatem jednogłośnie podjąć żadnych uchwał. Świech poświadczył więc nieprawdę w protokołach. Dla prokuratora Krupińskiego był to wystarczający powód, by Świecha aresztować. Tym bardziej że "poszkodowani? udziałowcy opowiadali o tym, jak Świech ich okrada, oszukuje, przelewa ich pieniądze na swoje szwajcarskie konta. Wraz ze Świechem do aresztu trafili dwaj kolejni prezesi KBP, którzy dla Krupińskiego byli żołnierzami Świecha. Na pięciominutowym posiedzeniu sądu w sprawie zastosowania aresztu, które odbyło się o drugiej w nocy, prokurator powiedział, że to niezwykle groźna banda wyłudzająca kasę, oszukująca kraj i podatników. Sędzia Szymon Majcher, który był wtedy tylko asesorem i nie miał prawa rozstrzygać takich kwestii, przeczytał 5-stronicoweuzasadnienie, dlaczego herszt i jego żołnierze muszą trafić za kraty. I oczywiście ich przymknął. Przez 2 lata systematycznie przedłużano areszt, bo Krupiński wciąż jeszcze miał kogoś do przesłuchania. A że jako członkowie zorganizowanej grupy przestępczej nie mogą się ze sobą kontaktować, to muszą siedzieć. Zwłaszcza że udział w takiej grupie tworzy więź między jej uczestnika mi, jak uzasadniał asesor Majcher. Lokalne gazety rozpisywały się o 50 mln euro wyprowadzonych za granicę. Świech stał się lokalnym odpowiednikiem Ala Capone.

Zaangażowanie
Niektóre wątki przestały się kleić. Nigdzie nie było wystarczających dowodów na przekręty. Nie znaleziono żadnego świadka (poza wspólnikami Świecha), który potwierdziłby tezy prokuratury. Zatem Krupiński każdemu, kto nie chciał z nim współpracować, stawiał zarzuty. Pierwszą ofiarą stał się obecny starosta krakowski, a dawniej wójt Zabierzowa Józef  Krzyworzeka. Nie chciał powiedzieć, że za czasów jego wójtowania Świech chciał go przekupić. Nie potwierdził też, że Świech oszukiwał na zakupie gruntów czy w ogóle na czymkolwiek. Krzyworzeka wysłuchał więc absurdalnych zarzutów korupcyjnych. Dawno się już z tego wytłumaczył, ale lokalne media zrobiły z niego łapówkarza, stracił stanowisko, wyrzucono go z Platformy Obywatelskiej, zaszczuto mu rodzinę. (Krupiński nadal ściga Krzyworzekę, ale to temat na osobny artykuł). Krupiński przesłuchał wszystkich pracowników KBP, nawet sprzątaczki. Wielokrotnie wzywał pracowników przed swoje oblicze i przesłuchiwał ich godzinami. Byleby tylko powiedzieli cokolwiek na swojego pracodawcę. Przesłuchał też wszystkich znajomych Świecha, żonę Alicję, jej znajomych, szkolnych kumpli i nauczycieli ich dzieci. Same dzieci były przesłuchiwane wielokrotnie. Funkcjonariusze CBŚ wyciągali ich teatralnie z lekcji, prokurator zabrał im komputery, a gdy córka Świecha nagrała telefonem komórkowym Krupińskiego podczas czynności procesowych, zabrał jej komórkę jako dowód w sprawie. I choć sąd kazał mu oddać ją w stanie nienaruszonym, wciąż nie można odzyskać danych. Nieoficjalnie przypuszcza się, że Krupiński kazał skasować kompromitujące go nagranie.

Utrudnianie
Rolnik, który dla Świecha uprawiał kukurydzę na jego ziemi, został oskarżony przez Krupińskiego o poświadczenie nieprawdy. Bo nie współpracował i nie chciał powiedzieć, że jego pracodawca wyłudza kasę z Agencji Rynku Rolnego. Prokurator uruchomił więc szare komórki, jak udupić rolnika. Gdy podczas kolejnego przesłuchania, które znowu nic nie dało, rolnikowi zaczął dzwonić telefon, a on parę razy go nie odebrał, prokurator spytał: Kto dzwoni? Rolnik zgodnie z prawdą podał imię i nazwisko telefonującego. Wtedy Krupiński wziął jego telefon, zajrzał w połączenia i powiedział, że to nieprawda, bo tu jest napisane co innego. Nic nie pomogło tłumaczenie, że to ksywa dzwoniącego. Wyjaśnienie, że rolnik tak ma go wpisanego w pamięci telefonu, zdało się na nic. Zadowolony prokurator postawił mu zarzut poświadczenia nieprawdy w celu utrudnienia śledztwa. Rolnik nadal nie powie złego słowa o Świechu, ale ziemi już mu nie uprawia. Ma dosyć prokuratorskiego nękania. Ziemia leży odłogiem. Rosną chwasty.

Prześladowanie
Ryszard Świech to ojciec Adama. Starszy schorowany pan. I nic nie można mu zarzucić. A prokurator próbował. Gdyby udało się przymknąć tatusia, Adam na pewno by pękł i przyznałby się nawet do kradzieży Księżyca. Gdy o 6.00 przyjechali po ojca, akcja zakończyła się wezwaniem pogotowia i oddziałem reanimacyjnym w szpitalu. Chore od lat serce odmówiło posłuszeństwa. Prokurator kazał posadzić policjantów przy łóżku chorego, jak to się robi z najgorszymi gangsterami. Gdy lekarz prowadzący Ryszarda Świecha zaczął interweniować, prokurator oskarżył go o próbę utrudniania śledztwa i kazał złożyć w prokuraturze kartę leczenia starszego człowieka, opatrzoną klauzulą "tajne". Papiery te miały być dowodem mataczenia zarówno chorego, jak i lekarza. Dom Ryszarda Świecha przeszukiwało około 30 policjantów. Przerzucili wszystko do góry nogami. Szukali czegokolwiek. Gdy prokurator zobaczył obrazy, postawił mu zarzut handlu nimi, i to w zorganizowanej grupie przestępczej. Tymczasem Ryszard Świech to kolekcjoner sztuki, który kupował obrazy, na co ma rachunki. Nie wyszło z obrazami, to zaczęto szukać? pirackiego oprogramowania w komputerze.

Mataczenie
Tymczasem śledztwo zaczęło się rozpadać. Urząd Kontroli Skarbowej nie potwierdził zarzutów prokuratury. Nie znaleziono wskazanych przez prokuraturę uszczupleń podatkowych. Podobnie wypowiedziała się Izba Skarbowa. W parę dni potem CBA weszło do obu tych instytucji i na polecenie prokuratora zatrzymano dokumenty w tej sprawie. Władze obu jednostek zostały poinformowane o toczącym się postępowaniu i o tym, że trzeba będzie sprawdzić, dlaczego wydano taką opinię. Zasugerowano, że w grę może wchodzić korupcja. Gdy bank, który dał kredyt na budowę KBP, stwierdził, że wszystkie międzynarodowe transfery pieniężne firmy były kontrolowane i nie ma tam żadnych machlojek, natychmiast na wniosek prokuratora zaczęła się kontrola banku. Też przebąkiwano o korupcji. Dowody w sprawie zaczęły się robić cienkie. Po ponad 2 latach nie było już podstaw do przedłużania aresztu. Prokurator Krupiński nie rezygnował jednak z gry. Do jego przełożonego, wówczas prokuratora Marka Wełny, wpływała skarga za skargą na postępowanie Krupińskiego. Efekt był albo żaden, albo na papierze Wełny podpisywał się Krupiński. I pisał, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Zaczęły też wychodzić na jaw dziwne interesy jednego z udziałowców, Domanusa, rzekomo pokrzywdzonego przez Świecha. Obecnie toczą się przeciwko niemu 2 procesy o wyłudzenie. W grę wchodzą miliony. Jest prawomocnie skazany za pomówienie. Do dziś nie zapłacił nałożonej na niego grzywny. WUSA ma wyroki za niespłacone czeki. Nie chodzi o kilka dolarów? Ku zdziwieniu wszystkich KBP nadal działa. I daje pracę prawie 4 tysiącom ludzi. Piotr Krupiński wciąż przesłuchuje każdego nowego kontrahenta biznesparku. Ale większość ma to gdzieś i robi interesy ze spółką. Co jakiś czas do KBP wpadają funkcjonariusze CBŚ i zabezpieczają dokumenty. Co parę dni ktoś jest po raz kolejny przesłuchiwany. Adam Świech wciąż nie może pełnić funkcji prezesa, ma zajęty majątek. Na poczet przyszłych kar. Jakich?

Uwieńczenie
Po 3 latach tak dziarsko prowadzonego postępowania do sądu wpłynęły 2 oskarżenia. Pierwsze o wyłudzenie z KBP 12 tys. zł. Chodzi o to, że Świech jako prezes zarządu brał co miesiąc 1000 zł pensji. Według prokuratora Krupińskiego to było wyłudzenie i działanie na szkodę firmy. Drugie oskarżenie ? o dopłatę z Agencji Rynku Rolnego. Dlatego, że nie uprawiał roli osobiście, tylko zlecił osobom trze cim. Prokurator nie zauważył, że Świechowi wolno na swojej ziemi zatrudnić kogo tylko chce i agencja nie ma z tym nic wspólnego. Na dodatek Krupiński z oskarżeniem trochę przedobrzył ? stwierdził, że te 12 tys. zł Świech wyłudził, kierując zorganizowaną grupą przestępczą, a to automatycznie kieruje sprawę do sądu okręgowego. Tymczasem Krupińskiemu bardzo zależy, żeby sprawę rozstrzygał sąd rejonowy. Zorientowane wiewiórki powiedziały nam, że chodzi mu o to, by instancją odwoławczą był sąd okręgowy, a nie apelacyjny. Bo podobno w apelacyjnym sędziowie niekoniecznie przykrywają prokuratorskie błędy. Krupiński postanowił więc zmodyfikować akt oskarżenia już po złożeniu go do sądu (cojest rażącym naruszeniem prawa), usuwając z opisu czynów treści dotyczące działań oskarżonego w ramach zorganizowanej grupy przestępczej i pełnienia w tej grupie kierowniczej ro li. Nie udało się. Sąd uznał zachowanie prokuratora za niedopuszczalne. Krupiński się odwoływał, ale przegrał. Sprawa trafido sądu okręgowego.
 A gdzie jest 50 mln euro, podobno wywiezionych za granicę? Gdzie te wielomilionowe przekręty, niespłacone podatki? Gdzie zorganizowana grupa przestępcza? Gdzie wywalone w toczące się latami postępowanie pieniądze podatników? I przede wszystkim: gdzie dowody pozwalające na długoletnie trzymanie ludzi w aresztach?

piątek, 1 marca 2013

Człowiek do wsadzania (NIE 51/2010) (NIE 02/2011)


Chcesz chodzić wolno - nie szukaj sprawiedliwości. 
 
Marek Wełna
Pisaliśmy, że Grzegorz Ślak jest niewinny. Przesiedział parę miesięcy w areszcie. Pisaliśmy, że tam, gdzie prokurator na siłę szukał przestępstwa, wszystko jest w jak najlepszym porządku. Szukano haka. Pisaliśmy, że świadek zeznający przeciwko Ślakowi ściemnia. Na podstawie jego zeznań postawiono zarzuty. Pisaliśmy, że nie ma w tej sprawie poszkodowanego. Do mediów poszedł przeciek o kolosalnych stratach, jakie poniósł bank. Minął rok od tamtych wydarzeń. Postępowanie umorzono. Bo podejrzany jest niewinny, nie dopatrzono się znamion przestępstwa, główny świadek okazał się niewiarygodny i w ogóle nie znaleziono szkody ani poszkodowanego.

Herszt
Od czego się zaczęło? Chyba od tego, że krakowski prokurator Marek Wełna drogą dedukcji doszedł do tego, że prezes rafinerii musi kierować zorganizowaną grupą przestępczą, która nie tylko ograbia ten wynędzniały kraj, ale i łupi po kieszeniach biednych kierowców. Tym potworem miał być Grzegorz Siak, prezes Rafinerii Trzebinia. Tyle że nie można było nic na niego znaleźć. Wełna wpadł więc na pomysł, że dowodem będzie symulacja - co by było, gdyby jednak kradł. Zażądał, by Urząd Kontroli Skarbowej w Krakowie przeprowadził tę symulację: co by było, gdyby nieakcyzowe produkty (NKON, flonaft, FL, N-15, metalchron, naftochron, antyutleniający preparat do benzyn motorowych oraz antykor) były obłożone podatkiem akcyzowym takim jak olej napędowy lub benzyna. UKS wyliczył, że państwu należałoby się ponad 790 min zł. W 2006 r. Ślak trafił do aresztu pod zarzutem ograbienia państwa. Krzyczały o tym wszystkie media. Prokurator pokazywał się w telewizji i wypowiadał się w gazetach. Mówił o przekrętach i złodziejstwie prezesa Siaka. Tymczasem wszystkie kontrole skarbowe i badania wykazały jasno, że nigdy żadnego uszczuplenia podatkowego nie było. Mimo to prokuratura w czerwcu zeszłego roku skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko Ślakowi. Do dziś nie odbyła się żadna rozprawa.

Dobra osobiste
Tymczasem sam Ślak postanowił szukać sprawiedliwości. W Sądzie Okręgowym w Krakowie złożył pozew o ochronę dóbr osobistych. Pozwał prokuratora Wełnę, zarzucając mu rozpowszechnianie nieprawdziwych i szkalujących go informacji. Zażądał zapłaty 50 tys. zł na cel charytatywny oraz przeprosin w głównym wydaniu telewizyjnych "Wiadomości", na trzeciej stronie "Gazety Wyborczej", "Dziennika Polskiego" i "Pulsu Biznesu", a także na licznych portalach internetowych. W odpowiedzi na pozew Wełna wniósł o jego oddalenie. Stwierdził, że za ewentualne szkody wyrządzone przez prokuratora podczas wykonywania czynności służbowych odpowiedzialność ponosi skarb państwa. Nawet jeśli prokurator publicznie nazywa uczciwego człowieka złodziejem. Wniosek Siaka został oddalony. Sędzia Dariusz Pawłyszcze stwierdził, że prokurator, nazywając prezesa hersztem zorganizowanej grupy przestępczej, użył potocznego określenia. Siak złożył apelację. Wynik zapewne Czytelnicy znają. Prokurator wychodził z sali z szerokim uśmiechem.

Kara
Zaraz po rozprawie apelacyjnej do domu Ślaka o 6.00 przyszli funkqonariusze. Wcześniej przez dłuższy czas za nim jeździli. Prezes znowu trafił do aresztu. Krakowska prokuratura apelacyjna zarzuciła mu finansowanie firm, które rzekomo zajmowały się nielegalnym obrotem paliwem. Według prokuratury w latach 1999-2000, będąc pracownikiem banku, udzielał kredytów, z których korzystała mafia paliwowa. Podobno był tego świadomy i miał z tego korzyść. W ciągu kilku miesięcy rzekomo przyjął przeszło 1 min zł łapówek. Tak twierdził świadek. Świadek dobrze nam znany. Znany też Markowi Wełnie. Biznesmen, którego parę lat wcześniej oskarżono o ogromne oszustwa podatkowe, a który po wyjściu na wolność zaczął mówić wszystko, czego tylko prokurator zażądał. Według prokuratury bank stracił przez Siaka przeszło 4 min zł. Tyle że bank nie złożył doniesienia o przestępstwie, a większość pożyczkobiorców dowodzi, że kredyty zostały spłacone. Prokuratura wszczęła śledztwo po ponad 10 latach od popełnienia rzekomego czynu. Prokurator miał chyba sen, bo nikt nie zgłosił szkody, którą on jednak znalazł... Postępowanie prowadził prokurator Rafał Babiński, podwładny prokuratora Marka Wełny. Jego pracę kontrolował i wspierał go wiedzą oraz doświadczeniem śledczym zastępca prokuratora apelacyjnego Marek Wełna.

Dowód
Ślak trafił więc do aresztu w grudniu zeszłego roku. O sprawie pisaliśmy kilka tygodni później. Zdobyliśmy dowody, że kredyty, za które trafił do aresztu, były udzielane prawidłowo. Ustaliliśmy też bez problemu, że zostały one spłacone w 2001 r. Napisaliśmy to. A Ślak siedział. Gdy minęły 2 miesiące sankcji nałożonej przez sąd, prokurator Babiński wystąpił o przedłużenie aresztu. Wiedział, że nie znalazł żadnych dowodów winy Ślaka, sąd może więc chcieć go wypuścić na wolność. Tym bardziej że nie wykonał z nim dotąd żadnej czynności procesowej. Podczas rozprawy o przedłużenie aresztu pokazał więc inny dowód: billingi z telefonu biznesmena. Znalazły się tam dwa SMS-y wysłane 8 stycznia. Miały świadczyć o tym, że Ślak kontaktuje się z osobami związanymi ze sprawą kredytów, a więc mataczy. Sąd wniosek o areszt klepnął właśnie ze względu na możliwość mataczenia. Nawet nie słuchał protestów. Nie zwrócił też uwagi, że ów telefon został Ślakowi zabrany 7 grudnia podczas zatrzymania, czyli miesiąc przed wysłaniem SMS-ów! 8 stycznia biznesmen nie mógł ich napisać, bo siedział od dawna w areszcie, a jego telefon miał... prokurator Babiński. Po paru kolejnych miesiącach Ślak wyszedł z aresztu za kaucją. Babiński zażądał miliona złotych. Bo według niego przestępstwo, jakie popełnił, jest bardzo prawdopodobne i zagrożone wysoką karą. Milion to minimalne zabezpieczenie.

Brak przestępstwa
Minął rok. Właśnie dowiedzieliśmy się, że sprawa prowadzona przez prokuratora Babińskiego została umorzona. Z braku znamion przestępstwa. Prokuratura dowiedziała się wreszcie, że wszystkie kredyty udzielone przez Ślaka zostały spłacone w 2001 r. Ustaliła też, że w wyniku działalności podejrzanego bank nie poniósł żadnych strat, lecz wręcz przeciwnie - miał duże zyski. Oraz że osoby biorące wówczas kredyty nie miały nic wspólnego z mafią. Okazało się też, że świadek, który zeznał, że Ślak wziął od niego milion łapówki, kłamie. Prokurator Babiński na pytanie, dlaczego więc trzymano biznesmena tyle czasu w areszcie, powiedział, że wtedy tego wszystkiego nie zauważył. Grzegorz Ślak znowu będzie szukał sprawiedliwości. Niewinnie przesiedział parę miesięcy. Czy znowu zostanie za to dotkliwie ukarany?

Joanna Skibniewska
  
NIE  02/2011

Do redakcji przyszedł list:
W związku z opublikowanym w nr 5l tygodnika, datowanym 16 grudnia 2010 r. artykułem autorstwa Joanny Skibniewskiej zatytułowanym "Człowiek do wsadzenia", na podstawie art. 31 pkt l ustawy z dnia 26 stycznia 1984 r. - Prawo prasowe (Dz. U. nr 5 poz. 24 z późn. zm.), proszę o zamieszczenie sprostowania o następującej treści: "Prokurator Rafał Babiński nie udzielał żadnych informacji na temat postępowania przeciwko Grzegorzowi Ś. autorowi artykułu, ani innej osobie z redakcji Tygodnika NIE, bowiem nikt z tego grona do niego w tej kwestii zapytań nie kierował".
  Nie podejmując polemiki z meritum artykułu uważam, że zamieszczenie powyższego sprostowania jest niezbędne bowiem Redakcja Tygodnika, gromadząc dane o postępowaniu przeciwko Grzegorzowi Ś. nie zwracała się do prokuratury o zweryfikowanie tych danych, a tym samym naruszyła zasadę rzetelności nie dokładając staranności w przygotowanie materiału. Posługując się prostowanym fragmentem tekstu autorka artykułu zasugerowała, że prokurator odniósł się do tezy prezentowanej w publikacji, tym samym dokonała - w sposób nieuprawniony legitymizacji prezentowanej wersji. Rzecznik Prasowy Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie Józef Radzięta prokurator Prokuratury Apelacyjnej Od redakcji: Na podstawie prawa prasowego nie uznajemy za sprostowanie tekstu, którego druku w tym charakterze domaga się Prokuratura Apelacyjna w Krakowie. Prostowane jest bowiem twierdzenie, którego w artykule red. Joanny Skibniewskiej nie było. Przy tym zawiera nieprawdę: autorka zwracała się do Prokuratury Apelacyjnej z prośbą o wyjaśnienia w opisanej sprawie. Drukujemy natomiast całe pismo prokuratury dowodzące formalistycznego i bezdusznego reagowania przez nią na krytykę.
Od autorki: W numerze 51. tygodnika opisałam, jak Rafał Babiński, prokurator Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie, wnioskował o umieszczenie w areszcie człowieka, nie mając przeciwko niemu ŻADNYCH dowodów winy. Tym niewinnie osadzonym na wiele miesięcy był Grzegorz Siak, biznesmen z Rybnika. Człowiek, który naraził się przełożonemu Babińskiego, byłemu zastępcy Prokuratora Apelacyjnego w Krakowie Markowi Wełnie. Udowodniłam, że prokurator Babiński preparował dowody winy Ślaka po to, by wprowadzając w błąd niezawisły sąd, doprowadzić do aresztowania biznesmena. Prokurator, nie mając żadnych dowodów winy podejrzanego, przedstawił w sądzie SMS-y wysłane na nieznany numer z telefonu biznesmena, twierdząc, że jest to dowód na próbę mataczenia biznesmena. Mam dowody na to, że w dniu wysłania tych SMS-ów Siak przebywał w celi, a jego telefon posiadał... prokurator Babiński. Przedstawiłam, jak Rafał Babiński WYMYŚLIŁ sobie poszkodowanego oraz szkodę (z sufitu wyliczył, że Ślak okradł bank na 3,2 min zł, mimo że nigdzie nie istniała taka szkoda) oraz jak wykreował świadka rzekomo zeznającego przeciwko Slakowi. Takiego świadka nigdy nie było. Udowodniłam, że od początku toczącego się postępowania prokurator Babiński wiedział, że Grzegorz Ślak jest niewinny. Postępowanie przeciwko Ślakowi umorzono po roku - z braku znamion przestępstwa. Człowiek niewinnie przesiedział w pudle tylko dlatego, że odważył się sprzeciwić zastępcy prokuratora apelacyjnego. Teraz dostaję żądanie sprostowania z Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie. I cóż kazano mi prostować? Nie to, że napisałam 0 naruszeniu prawa przez tego, który na straży tego prawa miał stać. Okazuje się, że prokuratura nie może polemizować z dowodami, które przedstawiłam. Co zatem nie podoba się prokuraturze? Otóż zauważono, że prokurator Babiński ze mną nie rozmawiał. Tymczasem napisałam: Prokurator Babiński na pytanie, dlaczego więc trzymano biznesmena tyle czasu w areszcie, powiedział, że wtedy tego wszystkiego nie zauważył.
Nie napisałam, że powiedział to mi, autorce artykułu, ani innej osobie z tygodnika "NIE". Przytoczone słowa wypowiedział do co najmniej dwóch osób. Jedną jest adwokat Grzegorza Ślaka, drugą świadek rozmowy, który prosi o anonimowość. Nieprawdą też jest, że nie pytałam rzecznika o sprawę prowadzoną przeciwko Ślakowi. Kontaktowałam się z rzecznikiem w tej sprawie wielokrotnie. Zarówno wtedy, gdy Ślak grzał więzienną pryczę, jak 1 po wpłaceniu przez niego milionowej kaucji. Zdumiewa mnie zdanie z listu prokuratury mówiące o tym, że prokuratura nie polemizuje z meritum artykułu. Czyżby preparowanie dowodów winy, świadome oszukiwanie sądu i wsadzanie do aresztu niewinnych ludzi było normą w tej prokuraturze i nie ma się czym zajmować?