Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BSW. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BSW. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 sierpnia 2013

ZASZCZUCI (NIE Nr 22/2013, 2013-05-24, str. 10)

Biuro Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej Policji – psy ścigające psy.






Policjanci masowo odchodzą ze służby – co miesiąc około 500 funkcjonariuszy. Co drugi mówi, że boi się nieuczciwej gry Biura Spraw Wewnętrznych (BSW)– że zostanie niewinnie oskarżony dla czyjegoś wyniku. Ze statystyk i ludzkich dramatów wynika, że gliniarze mają powody się bać.
Komendant główny policji nadinspektor Marek Działoszyński często mówi, że zna pracę policjanta od podszewki, bo zaczynał od krawężnika. Mówi o ciężkiej pracy, o misji, poświęceniu i służbie publicznej. Mówi o tym, że policjanta trzeba wspierać i szanować. Rzadko wspomina okres, gdy pracował, a potem szefował BSW. Ale policjanci pamiętają…
– Srogie karanie i pokazywanie ludzkich dramatów działa prewencyjnie – stwierdził kiedyś Działoszyński.
BSW niejednokrotnie szuka czegokolwiek na siłę. Dowody zbierane są w sposób naruszający wszystkie przepisy.

Policjanta z legionowskiej drogówki oskarżono na siłę o przyjęcie łapówki. Policjant miał żonę, która przygadała kiedyś funkcjonariuszce z BSW. Pocięły się baby o jakąś głupotę w drzwiach komisariatu. Niby nic, ale gdy mąż został zatrzymany, gliniara z BSW od razu sobie kłótnię przypomniała.
– Albo się pan przyzna, albo trafi pan do aresztu, a wie pan, co tam robią z policjantami – powiedział glinie prokurator.
Wiedział. Przyznał się do 50-złotowej łapówki. Dziś tego żałuje. Okazuje się, że przez rok BSW zbierało dowody przeciwko niemu. Właśnie ta funkcjonariuszka…
Kamery z radiowozu nie przyniosły spodziewanych efektów. Nagrania z trzech zainstalowanych w samochodzie i przy mundurze policjanta też nic nie dały. Zabrano mu notatniki służbowe i sprawdzano każdą notatkę, która kończyła się pouczeniem lub niewystawieniem mandatu.
– Pouczać możecie w przedszkolu, tu macie karać – powiedział im kiedyś komendant i wlepiał kary za więcej pouczeń niż 3 proc. Pisali więc, że kontrola trzeźwości albo że rutynowa kontrola bez pouczenia.
– Czasami trzeba być po prostu człowiekiem. Nie każdemu trzeba od razu wlepiać mandat – twierdzą policjanci.
Prokuratura przesłuchała 150 osób. BSW przesłuchało ponad 100 z notatnika policjanta. Przesłuchania te wyglądały inaczej, niż mogło się zdawać. Radiowóz przyjeżdżał do domu osoby z notatnika, czasem o 6.00. Zaczynało się straszenie – już w radiowozie. Jeśli się nie przyzna, że dawał policjantowi łapówkę, to on i cała rodzina będzie miała przerąbane.
Przesłuchiwani nie mieli pojęcia, o co chodzi. Jaka kontrola drogowa? Kiedy? Podawano zatem im miejsce, datę i nazwisko policjanta, który niby miał wziąć. Z ponad 100 osób przyznały się 4. Ale nie pamiętają wyglądu policjanta. Wygląd podała im funkcjonariuszka.
Mówią, że byli zastraszani, ale czy się do tego przyznają przed sądem, nie wiadomo.
– Nie chcę mieć na głowie komendy głównej do końca życia – mówi jeden ze świadków. – Apolicjanta nie znam, nie obchodzi mnie…
Policjant jest zawieszony. Już tak długo, że lada chwila zostanie zwolniony ze służby. Nikt nie będzie czekał na prawomocny wyrok. Pracy znaleźć nie może. Zresztą nie wolno mu pracować, bo cały czas jest policjantem, tylko zawieszonym. Nie ma z czego żyć.

Hanna Weinzieher była pracownicą Wydziału Kontroli Służb Mundurowych Departamentu Kontroli, Skarg i Wniosków Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji. Mówiąc krócej, była doświadczonym, doskonale przygotowanym kontrolerem. Przy tym policjantką. Do wydziału kontroli i do niej bezpośrednio wpływały skargi na pracę funkcjonariuszy BSW. Mnożyły się odszkodowania wypłacane za przekroczenie uprawnień. Postanowiła to skontrolować. Dołączył do niej cywil, Adam Kamecki, też doświadczony kontroler. Szefem BSW był wówczas Marek Działoszyński. Powołany w 2006 r. – po to, aby pomóc ówczesnej władzy szukać układów mafijnych w policji.
Działoszyński spotkał się z kontrolerką. Postanowił wskazać, co jej wolno kontrolować i gdzie. Ustalił, z kim ma rozmawiać, a kogo omijać. Dorzucił też obszary, których ma nie tykać. I cały czas kontrolował pracę zespołu. Przychodzili do nich funkcjonariusze imówili, co się dzieje. Było o czym opowiadać.
Kontrolującymi wstrząsnęła historia funkcjonariusza, który został oskarżony o pobicie zatrzymanego tylko dlatego, że był podobny do sprawcy. A prawdziwy sprawca był funkcjonariuszem BSW, tak więc zebrano materiał, by to nie on odpowiadał za pobicie. Niewinny glina stracił wszystko, bo BSW preparowało dowody. Winny ma się dobrze i nadal ściga kolegów.
Kontrolerzy znaleźliby jeszcze niejeden taki kwiatek, gdyby nie to, że MSWiA wstrzymało kontrolę, a Hannie Weinzieher i Adamowi Kameckiemu… postawiono zarzuty. Dziś są z nich oczyszczeni. Ale co z tego. MSWiA natychmiast powołało inny zespół kontrolny, który z zebranego wcześniej materiału wyciągnął inne wnioski niż poprzedni zespół kontrolny.
Nie wiadomo jakie, bo raport utajniono.

W Szczytnie powstał inny tajny raport na temat postępowań karnych prowadzonych przeciwko policjantom. Raport jest wygładzony, ale można w nim znaleźć dane, które mówią same za siebie. To, jak zajęto się poszukiwaniem przestępczości wśród funkcjonariuszy, pokazuje fakt, że w 2002 r. zarzuty postawiono 551 policjantom. Ale już w 2006 r. takich funkcjonariuszy było 1566. Za przyjęcie łapówki prowadzono na podstawie pomówienia przedstawicieli świata przestępczego aż 519 spraw, a o pobicie – 12. Aż 79 proc. spraw to zgłoszenia świadków koronnych lub tych przestępców, którzy poszli na współpracę z policją. Tylko 9 proc. spraw to ustalenia własne prokuratury. 23 proc. spraw toczy się dłużej niż rok, co skutkuje utratą pracy przez policjanta (po2 latach zawieszenia wydala się go ze służby), niezależnie od tego, czy zostanie uniewinniony, czy nie. 43 procent funkcjonariuszy zostaje aresztowanych. Aż 60 proc. spraw wszczynanych przez prokuraturę jest potem umarzanych – zwykle po kilku latach, gdy policjant już nie jest policjantem, jest za to wykończony finansowo. Najczęściej okazuje się, że czyn, o który oskarża się policjanta, nie ma znamion czynu zabronionego albo brak jest dowodów, żeby czyn ten popełniono. Z tych spraw, które trafiają do sądu, ogromna większość kończy się uniewinnieniem lub zwrotem do ponownego zebrania dowodów przez prokuraturę.
Funkcjonariusze BSW twierdzą, że działają na korzyść policjantów i policji.
– Dyskrecja w takich sprawach jest w interesie policjantów. Większość takich spraw rozgrywa się po cichu, bo przecież dotyczy bardzo delikatnej materii – mówi dyrektor BSW inspektor Ryszard Walczuk. – Z tego samego powodu nie odnotowujemy tego wstatystykach. I pewnie dlatego ta strona naszej działalności jest zbyt mało znana.
Bardzo znana jest jednak ta druga strona. Szukania na siłę.

Funkcjonariusze BSW są najwyżej wynagradzani w policji. Ich uposażenie jestz najwyższego pułapu, ponieważ są traktowani jako pracownicy Komendy Głównej Policji. Są dodatkowo wynagradzani za wyniki, stąd parcie na oślep, byleby tylko wszcząć postępowanie przeciwko kolegom.
Według szeregowych funkcjonariuszy żaden uczciwy policjant nie pójdzie do pracy do BSW.

poniedziałek, 25 marca 2013

Zabij się GLINO (NIE 50/2012)


O tym, jak łatwo załatwić policjanta.

Postępowanie pod osobistym nadzorem ministra Zbigniewa Ziobry - taką notatkę można znaleźć w podręcznych aktach prokuratorskich prowadzonych przeciwko policjantom w całym kraju.
Ziobro wydał polecenie, żeby ścigać polityków (oczywiście lewicy), lekarzy i policjantów. Najlepiej, gdyby można połączyć ich wszystkich w jedną mafię. W wielu prokuraturach to się udało. Białostocka ośmiornica, wałbrzyska ośmiornica, potem łódzka ośmiorniczka, grupa zorganizowana z Bielska-Białej czy świdnicki gang... Ale tam, gdzie nie udało się stworzyć grupy przestępczej, wyłapywano pojedynczych policjantów. Oczywiście najlepiej, gdy to byli komendanci, ale i aspirantem też można było się zadowolić. Za to były awanse w prokuraturze i nagrody w Biurze Spraw Wewnętrznych (BSW). Liczył się wynik.

Łapówka w postaci modlitwy
Najłatwiej zawsze jestz funkcjonariuszami drogówki. Tam można znaleźć próbę przyjęcia korzyści majątkowej. A jak nie można, to się coś wymyśli.
     Marcin lubił swoją pracę. Może dlatego, że chciał pracować z ludźmi. Tamtego deszczowego dnia nie pamięta. Zimny i mokry jak wszystkie tamtej jesieni. Nie pamięta też dokładnie tej starszej kobiety, która wtedy jechała. Wie tylko, że było mu jej żal. Przeraziła się kontroli drogowej, aż jej się ręce trzęsły. Nie wie, czy miała niezapięte pasy, czy niesprawne światło, ale to była jakaś głupota. Pouczył ją. Zapisał to w notatniku.
     Po kilku miesiącach notatniki zaczęli sprawdzać funkcjonariusze BSW. Szukali. Znaleźli wpisy o pouczaniu, a nie zastosowaniu kary. Spisali dane pouczanych i zaczęli ich szukać. Tę panią też znaleźli.
- Czy policjant żądał od pani pieniędzy za to, że nie dał pani mandatu?
- Skąd! Był bardzo miły!
- To co chciał w zamian?
- Nic.
- A co mu pani powiedziała, jak powiedział, że tylko panią poucza?
- Że będę się za niego modlić.
Funkcjonariusze BSW skontaktowali się jeszcze z innymi, których policjant tylko pouczył, ale oni też zapewnili, że był bardzo miły i niczego od nich nie żądał. Wydawać by się mogło, że funkcjonariusze BSW i prokuratura, która zleciła im takie działania, zostali z ręką w nocniku. Nic bardziej mylnego. Na podstawie zebranego przez BSW materiału prokurator z Łodzi postawił policjantowi zarzut przyjęcia korzyści duchowej w postaci modli twy. Chłopak jako oskarżony o korupcję (?!) został zawieszony w czynnościach służbowych. Zabrano mu połowę pensji i ciągano na przesłuchania. Cudem uniknął wniosku o areszt tymczasowy! Oczywiście nie został skazany. Sąd nie znał czegoś takiego, jak korzyść duchowa. A prokurator owszem?
     W tej samej łódzkiej prokuraturze toczyło się postępowanie przeciwko funkcjonariuszowi ze Zgierza. Oskarżył go przewoźnik z pomocy drogowej, którego policjant zatrzymał, gdy tamten jechał po pijaku. Przewoźnik zeznał, że policjant przyjął od niego prezent za to, że go nie ukarał mandatem. Prokurator postawił glinie zarzut przyjęcia w latach 2002/2005 korzyści majątkowej w postaci kurczaka z rożna. Co prawda pomawiający był już dwukrotnie skazany za składanie fałszywych zeznań i był leczony psychiatrycznie, ale dla prokuratury nie miało to znaczenia. Wtedy na podstawie takich właśnie zeznań rozwalono całą zgierską drogówkę. Każdemu postawiono podobne zarzuty. Dziś najstarszy stażem z tamtejszego wydziału ruchu drogowego ma 5 lat służby.

Bramkarze z mafii
Grzegorz K. pracował w wydziale kryminalnym, prowadził pracę operacyjną. Do jego obowiązków należało zdobywanie informacji bezpośrednio od przestępców i pozyskiwanie informatorów. On też nie uniknął kłopotów. Prokuratura w Pabianicach oskarżyło go o... utrzymywanie kontaktów ze światem przestępczym. Od stycznia 2007 do czerwca 2008 r. na terenie Łodzi kontaktował się z nieustalonymi osobami z zorganizowanej grupy przestępczej. Co oznacza, że też należał do tej grupy. Prokurator pojechał dalej - zaczął ścigać jego kolegów z komendy, którzy bezumownie dorabiali sobie, ochraniając lokal rozrywkowy w Łodzi. A że do lokalu wpadali nieustaleni z nazwiska członkowie grupy przestępczej, to policjanci też zostali członkami tej grupy. Wspomniany funkcjonariusz został od razu zawieszony w czynnościach, miał dozór policyjny i zakaz opuszczania kraju. Prośby o przywrócenie do służby nic nie dały. Po dwóch latach zawieszenia zgodnie z przepisami został usunięty z policji. Facet wciąż broni się przed sądem, gdzie sędzia co jakiś czas szeroko otwiera oczy, widząc pseudodowody zebrane przez prokuratora.

Mała wódka z gangsterem

Ta sama pabianicka prokuratura postawiła zarzuty innemu funkcjonariuszowi policji, że przyjął korzyść majątkową w postaci kwia tów. Po prostu pewnego dnia przyszedł do niego wdzięczny starszy człowiek, któremu policjant uratował życie, sprowadzając lekarza. Człowiek ten przyniósł bukiet gerber. W tym wypadku sukces pabianickiego prokuratora był większy, niż się spodziewał, bo ów funkcjonariusz od kwiatów był wówczas komendantem powiatowym.
     Trochę mniej ważny komendant (komisariatu w Łodzi) też stracił robotę przez pracowitych prokuratorów. Oskarżono go o przyjęcie korzyści majątkowej w postaci tekstyliów. Chodziło o podkoszulki, których jego znajomy od dawna nie mógł sprzedać i przyniósł mu na szmaty. Sąsiad likwidował właśnie sklep i nie miał co zrobić z towarem. I tak nieświadomie udupił komendanta, który nie tylko nie jest już komendantem, ale nawet policjantem.
     Równie ważny był inny kolega tego funkcjonariusza, bo miał długi staż pracy i naprawdę duże osiągnięcia w robocie. On na podstawie pomówienia miał przyjąć korzyść majątkową w postaci alkoholu. Pomówił go gość, którego tamten zatrzymał. Podobno powiedział: - To masz u mnie pół litra - gdy gadali na dołku. Policjanta trzymano 2 lata w areszcie. Zrobiono z niego członka zorganizowanej grupy przestępczej. Po roku zaproponowano mu, żeby się przyznał przynajmniej do kieliszka wódki, że przyjął od gangstera, bo ten, który go wcześniej pomawiał, wycofał oskarżenia. Powiedziano mu, że wyjdzie do domu, jak się przyzna. Nie przyznał się. Umarł na zawał w wieku 44 lat.

Ofiara własnej kozy
Ciekawy jest też przypadek funkcjonariusza z Sieradza, którego zatrzymano za kłusownictwo. O szóstej rano 17 funkcjonariuszy wpadło do niego do domu, gdzie smacznie spał nie tylko on, ale także jego małe dzieciaki. Zgarnęli go, zabierając z podłogi koło łóżka kawałek owłosionej skóry. Zapisano, że zabezpieczają skórę z dzika. Policjant od pierwszej chwili mówił, że to skóra z kozy, ale oni wiedzieli lepiej. Prokurator kazał zabrać. O tym, że jest to skóra z kozy, wypowiedzieli się biegli. Policjant wykonał ekspertyzy. Wszystkie mówiły jasno, że jeszcze kilka lat temu to coś biegało w zagrodzie i meczało. Prokurator w to nie uwierzył! Wypowiedziało się nawet koło łowieckie: to koza, a nie dzik.
     Gdy ekspertyz było już tak dużo, że nie dało się ich podważyć, znowu policjanci wpadli do niego do domu i zdjęli mu ze ściany pustą łuskę z pistoletu, która wisiała w ramce za szybką jako ozdoba. Został oskarżony o nielegalne posiadanie amunicji.

Żeglarz na kredyt
Aldoną K. z Brzezin na początku się zachłyśnięto. Pierwsza kobieta komendant. Baba z cycem. Postawiła komendę na nogi. Z 17. miejsca wyszła na prowadzenie w wykrywalności. Ale szybko się zorientowano, że pani komendant ma też mózg, którego często używa - a to nie podobało się okolicznym prokuratorom ani zwierzchnikom.
     Najpierw oskarżono ją o to, że ukradła swój własny samochód. Gdy okazało się, że to bzdura, stwierdzono, że zatuszowała wypadek radnego w celu zdobycia przychylności rady miasta. Prokurator nie dostrzegł, że dokumenty mówią zupełnie co innego ani że ów radny był jako jedyny w opozycji, zatem o przychylności raczej nie ma mowy. Wniosek o areszt leżał od razu na biurku prokuratora. Tylko dlatego uniknęła aresztu, że była w fatalnym stanie zdrowia. Oczywiście nie jest już policjantką.
     Wisienką na torcie miał być oficer Centralnego Biura Śledczego Karol P. Nim zajęła się prokuratura w Piotrkowie Trybunalskim. Dlatego, że wraz z kolegą kupili sobie na spółkę jacht. Co prawda używany i w złym stanie technicznym, a sam policjant musiał wziąć na niego kredyt, niemniej zabolało to znajomych. I przede wszystkim prokuratora. Bo to, że gość jest od 30 lat żeglarzem, nie znaczy, że ma mieć na jacht. Na pewno miał lewe dochody. I znaleziono mu szumnie nazwaną grupę przestępczą, która rozlewała alkohol. Znaczy tylko szef firmy rozlewał, a reszta mafii to Bogu ducha winni pracownicy, którzy o rozlewaniu nic nie wiedzieli, ale gang jak na zamówienie. To do tej grupy miał należeć oficer i stamtąd miał wziąć na jacht. Prokurator nie zauważył tylko jednej rzeczy:
facet kupił jacht w 2000 r., a grupa przestępcza zaczęła działalność w październiku 2002 r. Dopiero sąd dostrzegł, że chyba raczej nie mógł należeć do grupy, która nie istniała.

Jego sprawa toczy się już 7 lat. Kilkukrotnie go uniewinniano, ale prokuratura ciągle apeluje. A może jednak za coś go sąd skaże? Przywrócono go do służby, ale zesłano do odległej komendy.

Lipa z gliny
Takie przykłady można mnożyć. Nie wspominamy tu setek spraw, w których policjantom stawiano poważne zarzuty, ludzie tracili zdrowie w aresztach, pieniądze i dobre imię, a potem ich uniewinniano. Te przypadki opisujemy szczegółowo prawie co tydzień. Dziś pokazujemy kuriozalność zarzucanych czynów, tylko po to by załatwić policjanta.
     W Szczytnie powstał tajny raport na temat postępowań karnych prowadzonych przeciwko policjantom. Raport jest wygładzony, ale można w nim znaleźć to, że w 2002 r. zarzuty postawiono 551 policjantom. Ale już w 2006 r. takich funkcjonariuszy było 1566. Za przyjęcie łapówki prowadzono na podstawie pomówienia przedstawicieli świata przestępczego aż 519 spraw, a o pobicie - tylko 12. Aż 79 proc. spraw to zgłoszenia świadków koronnych lub tych przestępców, którzy poszli na współpracę z policją. Tylko 9 proc. takich spraw to ustalenia własne prokuratury. Aż 23 proc. spraw toczy się dłużej niż rok, co skutkuje utratą pracy przez policjanta (po2 latach zawieszenia w czynnościach usuwa się go ze służby), niezależnie od tego, czy gość zostanie uniewinniony, czy nie. Aż 43 procent funkcjonariuszy zostaje aresztowanych. 60 proc. spraw wszczynanych przez prokuraturę jest potem umarzanych, tyle że zwykle po kilku latach, gdy policjant już nie jest policjantem i jest wykończony finansowo. Najczęściej okazuje się, że czyn, o który oskarża się policjanta, nie ma znamion czynu zabronionego albo brak jest dowodów na jego popełnienie. Z tych spraw, które trafiają do sądu, ogromna większość kończy się uniewinnieniem lub zwrotem do ponownego zebrania dowodów przez prokuraturę. 70 procent osób uniewinnionych wcześniej siedziało w areszcie lub stosowano wobec nich inne środki zapobiegawcze. Raport zwraca uwagę, jak z uporem maniaka prokuratorzy odwołują się od uniewinnień, choć dobrze wiedzą, że druga instancja utrzyma wyrok w mocy. Najczęściej z powodu braku dowodów. A to są kolejne lata procesu. Kolejne lata dręczenia niewinnych gliniarzy.
     Raport opisuje też (co prawda delikatnie) nielegalne działania BSW i zakazane metody zdobywania dowodów. O tym i o metodach pracy komendanta głównego policji napiszemy niebawem. Zupełnie niedelikatnie.

Joanna Skibniewska

sobota, 23 marca 2013

Córka Ziobry i jej psy (NIE 45/2012)


Jak zwykle, od prawie 30 lat, przyszli rano do pracy. Był 6 czerwca 2006 r. We wszystkich komendach wiał wiatr Zbigniewa Ziobry, ale oni starali się omijać schizofreniczne zalecenia ścigania każdego, kto mógłby się przydać do ministerialnego sukcesu, czyli do rozbicia fikcyjnej mafii. Myśleli, że jeśli sami przez tyle lat wykonywali robotę rzetelnie i trzymali się prawa, to ich jednostka, czyli Komenda Powiatowa Policji w Bełchatowie, nie popędzi za tym wiatrem. Mylili się.
Na biurku Jacka Kowalczyka zadzwonił telefon.
- Jest Janek? - zapytał komendant. - To wpadnijcie do mnie.
Kowalczyk poszedł po Jana Handrysiaka. Gdy wchodzili do komendanta, zdziwiło ich, że jest tam tyle ludzi. I u niego, i w sekretariacie. "Jakaś akcja" - pomyśleli.
- Panowie są z BSW, chcieliby z wami porozmawiać - zaczął komendant. Ale panowie nie rozmawiali.
- Jesteście zatrzymani - usłyszeli.
I tyle. Nie dowiedzieli się dlaczego ani o co chodzi. Funkcjonariusze Biura Spraw Wewnętrznych przeszli do ich pokoi. Przeszukali, choć widać, że to wszystko pro forma. Nawet nie wiedzieli, czego szukają. Podobnie przeszukali ich mieszkania. Weszli, popatrzyli. Widać, że dowody już gdzieś były i nie ma czego szukać. Potem przesłuchanie. Też bez ładu i składu. Tylko pod drzwiami któryś powiedział "mają już załatwione po 3 miechy". Wciąż nie wiedzieli za co.

Nieodrodne dzieci pana ministra

Gdy po wielu godzinach trafili przed oblicze prokurator Bogumiły Tarkowskiej z Prokuratury Apelacyjnej w Łodzi, też nie dowiedzieli się o co chodzi.
Słyszeli o niej.

Każdy w terenie o niej słyszał. Córunia Ziobry - taką miała ksywę.
Podejmowała wszystkie postępowania na zlecenie ministra i partii. Śmiano się, że ze sprzątaczki i jej mopa umiałaby zrobić zorganizowaną grupę przestępczą.


Zaczęła jeszcze od Rywina, przez ministra zdrowia, po adwokata Andrzeja Leppera. Teraz takie samo zadanie miała do wykonania z dwoma funkcyjnymi policjantami - Jackiem Kowalczykiem i Janem Handrysiakiem. Udało się jej.
     To było najkrótsze przesłuchanie, jakie kiedykolwiek widzieli. Tarkowska miała już wszystko przygotowane. Była zdziwiona, że chcą składać wyjaśnienia. Tylko zajęli jej cenny czas. Uprzedziła ich więc, że to i tak niczego nie zmieni. Pójdą siedzieć.
Tarkowska
Niedługo potem odbyło się posiedzenie sądu w związku z tymczasowym aresztowaniem. Gdy zobaczyli sędzię Joannę Tomczak, już wiedzieli, jaki będzie wynik. Ta też miała swoją Ziobrową ksywę - Dyżurna.
Posiedzenie trwało może 3 minuty. Tarkowska, swoim utartym zwyczajem, przyniosła 26 tomów akt sprawy. Bo niby taka poważna i tak znakomicie przygotowana. Ale tak naprawdę były to kserówki ze sprawy zupełnie niezwiązanej z nimi. Nie miało to jednak znaczenia dla "Dyżurnej". Po 3 minutach już miała gotowe postanowienie o tymczasowym aresztowaniu. 2 strony. Szybko Tomczak pisze.
     Materiał dowodowy w postaci zeznań Jarosława Kurzydlaka w wysokim stopniu uprawdopodobnią fakt popełnienia zarzucanego czynu. Stwierdziła też na piśmie, że podejrzanemu zostanie wymierzona surowa kara. I każdy dostał od razu takie postanowienie. I w zasadzie to już był wyrok.

Zgredzik nie dynda
Siedzieli rok i 2 tygodnie. Handrysiak w Sieradzu w izolatce. Ciemnej, porośniętej grzybem. Rano, gdy klawisze przynosili żarcie, otwierali lipo i mówili ze zdziwieniem: - Zgredzik jeszcze nie dynda.
Czasami dorzucali, że w takiej sytuacji sznurówki rozwiązują problem.
Handrysiak na spacery wychodził... w klatce. Ze względów bezpieczeństwa. Funkcjonariusz policji z prawie 30-letnim stażem był ważnym łupem dla więźniów z sieradzkiego więzienia.
Do celi trafił tak, jak przyszedł wtedy do pracy. I tak pozostał jeszcze przez ponad miesiąc. Bo w prokuraturze zatrzymano paczkę z ubraniem, którą przysłała mu żona. Przez cały areszt nigdy nie był leczony. Ale w jego karcie chorobowej znajdują się wpisy o konsultacjach lekarskich.
Bo Handrysiak to chory człowiek. Dyskopatia, nadciśnienie, serce. W celi doszła jeszcze depresja. Tym bardziej że prokurator nie wydawała zgody na widzenia z najbliższymi. A gdy już wydała, obok stało dwóch funkcjonariuszy BSW i nie pozwalali żonie nawet się przytulić. Gdy żona Handrysiaka napisała skargę, Tarkowska cofnęła jej widzenia, a po interwencji rzecznika praw obywatelskich przywróciła je, ale przez pleksi.

On nie musi siedzieć
Ale poza więzieniem funkcjonariusze BSW podchodzili do Alicji Handrysiak.
- Niech powie coś na swojego komendanta albo na jakiegoś sędziego - powiedzieli żonie przed sklepem. - Przecież on się wykończy w więzieniu. A jak powie, to wyjdzie. Nie zależy pani na mężu?
To samo robili z żoną Kowalczyka. Tam było łatwiej, bo najmłodsze dziecko było jeszcze małe. Dziewczynka bardzo źle znosiła rozłąkę z tatą. Żona Kowalczyka wpadła w depresję. Nauczycielka, bez grosza przy duszy, wytykana palcami na ulicy. I dzieciaki szykanowane w szkole. Do niej funkcjonariusze BSW przyszli do domu.
- Jeśli chce go mieć pani w domu, to niech powie coś na komendanta. Cokolwiek.
A gdy była twarda, zaczęli ją straszyć. Straci dzieci. Czeka na nich dom dziecka, a na nią szpital psychiatryczny. Kowalczyk siedział w Piotrkowie Trybunalskim.
- Jebać psa, jebać psa, jebać psa! - słyszał pod swoją celą od szóstej rano.
- Oooo, wyprowadzili pieska na spacer - słyszał na spacerniaku. Przestano więc go wyprowadzać.
Kopanie w drzwi, walenie w sufit, wyrywanie anteny od telewizora to zwyczajna codzienność Kowalczyka przez ponad rok. I strach o żonę i dzieci.
- Powiedz chociaż troszkę na komendanta albo jakiegoś sędziego, albo lekarza, to wyjdziesz. Przecież wiemy, ty nie musisz siedzieć. Wystarczy, że coś powiesz. Wrócisz do domu, ogarniesz. Inaczej kobita ci się przekręci. Dzieci ci nie szkoda? - ponawiali co jakiś czas propozycję funkcjonariusze BSW.
Tarkowska pytała jedynie, czy już są gotowi powiedzieć coś na innych. A gdy nie byli gotowi, pokazywała kolejny wniosek o areszt. Kolejny i kolejny. Przychodziły do niej wytyczne z Krakowa, z prokuratury, wówczas krajowej, obecnie apelacyjnej. "Nie wykonywać czynności, iść na czas" - zapisała w podręcznych aktach po rozmowie z prokuratorem apelacyjnym z Krakowa. Cały czas była też w bezpośrednim kontakcie telefonicznym z "czterdziestoma zaufanymi" Ziobry. Prokuratorami z Krakowa, Białegostoku, Lublina i Łodzi.
I nie wykonywała czynności. Jako czynność służbową zaliczono notatkę: Ustaliłem nr pesel Jana Handrysiaka.
"Posiedzą,to skruszeją" - rzucił ponoć Marek Wełna, apelacyjny z Krakowa. A Tarkowska przy każdym wniosku o areszt powoływała się na konieczność wykonania czynności.
- Miała być konfrontacja z Kurzydlakiem - powiedział jej kiedyś Handrysiak. - Kiedy będzie?
- Nie będzie - odpowiedziała Tarkowska.Chce mi pan sprawę rozwalić?

Bandzior
Jarosław Kurzydlak to bandzior i miejscowy gangster. Wielokrotnie karany. Za nielegalny handel bronią i amunicją, za wielokrotne rozboje, za bezprawne pozbawienie wolności (porwanie,gdyby ktoś nie wiedział), za nielegalny handel lewym alkoholem, za podpalenia "konkurencji", za podłożenie bomby pod dom nielubianego kumpla i dwukrotnie za składanie fałszywych zeznań. Warto dodać, że łapali go właśnie ci dwaj aresztowani policjanci.
Sprawy Kurzydlaka prowadziła Tarkowska. W zamian za współpracę, czyli oskarżenie policjantów, wypuściła go z aresztu i obiecała niską karę. Dotrzymała słowa. Za to wszystko dostał wyrok łączny... 11 miesięcy odsiadki. Tyle, żeby wliczyć pobyt w areszcie.
     Poza tym Jarosław Kurzydlak to wieloletni "uchal"obu policjantów. Donosił im na kolegów przez długie lata. Teraz powiedział, że Kowalczyk i Handrysiak brali od niego kasę za nietykalność. W ciągu 3 lat dał obu ok. 30 tys. zł. Dokładnie nie pamięta ile. Nikt nie zauważył, że Kurzydlak ani przez moment nie był nietykalny. Wręcz przeciwnie. Gliniarze gnębili go na każdym kroku.
Za prawdomówność Kurzydlaka ręczą jego dwaj koledzy, którzy ponoć słyszeli, jak opowiadał o swojej nietykalności. Notabene będąc w celi. Ci dwaj też regularni przestępcy. Bandyci ścigani przez policję. Za policjantów ręczą ich przełożeni, ich koledzy, Niezależny Samorządny Związek Zawodowy Policjantów. Mówią, że cała trójka kryminalistów była wielokrotnie skazywana właśnie dzięki pracy tych dwóch funkcjonariuszy.
- To typowa zemsta - powiedział mediom Jerzy Wojtczak, przewodniczący NSZZP w Bełchatowie.
Tarkowska momentalnie po tym wystąpieniu Wojtczaka... postawiła mu zarzuty molestowania na komendzie. I wnioskowała o areszt! (Wojtczaka właśnie uniewinniono). Zęby pokazać, że Wojtczak i Handrysiak to zorganizowana grupa, do molestowania dorzuciła jeszcze Handrysiaka. A kogo niby mieli molestować? Laskę, która została zatrzymana przez Handrysiaka na włamaniu do banku z bronią w ręku (iskazana za ten czyn). Twierdziła, że wkładali jej ręce pod bluzeczkę. Ponieważ nie znała Wojtczaka, to prokurator zrobił swoiste okazanie. Obu panów postawił między kobietami. Panienka zaczęła się motać, ale to i tak nie przeszkodziło w postawieniu zarzutów.
I tak wiarygodni byli tylko przestępcy.

Kruszeli

Bogumiła Tarkowska dosyć szybko napisała akt oskarżenia, ale dostała wytyczne, że oni muszą posiedzieć jeszcze trochę. Zaczęli mocno chorować, była więc szansa, że zmiękną i zaczną coś mówić na miejscowe szychy. I choć akt oskarżenia trafił do sądu w Bełchatowie w grudniu 2006 r., to do lipca nie wyznaczono terminu rozprawy. Bo Tarkowska oznaczyła postępowanie klauzulą tajności i trzeba było szukać ławników, którzy mają uprawnienia do brania udziału w takiej rozprawie. Gdy 7 lipca udało się wreszcie zebrać skład sędziowski i wysłuchać Kurzydlaka, ten nie stawił się na wezwanie sądu. Dlaczego? Bo go Tarkowska wezwała do prokuratury na tę samą godzinę... Kowalczyk i Handrysiak nadal gnili więc w celi. A Kurzydlak od dawna cieszył się wolnością.
Niedługo potem policjanci wyszli. Zniszczeni, chorzy, przegrani. Co z tego, że sędzia nie zostawił suchej nitki na prokuraturze. Co z tego, że zostali uniewinnieni. Wskutek odwołań prokuratury odbyły się już 3 postępowania przed sądem. Dziś są już uniewinnieni prawomocnie. Poza zeznaniem Kurzydlaka, który zresztą przed sądem nagle zachorował na amnezję i nic już nie pamiętał, nigdy nie znaleziono żadnych dowodów ich winy. Sędzia Rychter w trakcie procesu prowadził postępowanie przygotowawcze, które powinna zrobić Tarkowska. I nic nie znalazł, a 26 tomów kserówek, które miały być niezbitymi dowodami ich winy, kazał wyrzucić do kosza. Świadkowie, dowożeni z cel, przyznali w sądzie, że byli pouczani przez panią prokurator, co mają mówić przed sądem. Tarkowska w kolejnych instancjach już nie przychodziła na rozprawy. Zniknęła. Ciekawe, czy awansowała za tak dobrą pracę, czy uciekła do adwokatury, żeby uniknąć odpowiedzialności ?
Obaj funkcjonariusze po wyjściu z aresztu otrzymali grupy inwalidzkie.

Teraz to my, podatnicy, zapłacimy odszkodowania za bezpodstawny areszt, utratę pracy, zdrowia i dobrego imienia dwóch dobrych funkcjonariuszy policji.


Joanna Skibniewska