Pokazywanie postów oznaczonych etykietą raport. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą raport. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 sierpnia 2013

ZASZCZUCI (NIE Nr 22/2013, 2013-05-24, str. 10)

Biuro Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej Policji – psy ścigające psy.






Policjanci masowo odchodzą ze służby – co miesiąc około 500 funkcjonariuszy. Co drugi mówi, że boi się nieuczciwej gry Biura Spraw Wewnętrznych (BSW)– że zostanie niewinnie oskarżony dla czyjegoś wyniku. Ze statystyk i ludzkich dramatów wynika, że gliniarze mają powody się bać.
Komendant główny policji nadinspektor Marek Działoszyński często mówi, że zna pracę policjanta od podszewki, bo zaczynał od krawężnika. Mówi o ciężkiej pracy, o misji, poświęceniu i służbie publicznej. Mówi o tym, że policjanta trzeba wspierać i szanować. Rzadko wspomina okres, gdy pracował, a potem szefował BSW. Ale policjanci pamiętają…
– Srogie karanie i pokazywanie ludzkich dramatów działa prewencyjnie – stwierdził kiedyś Działoszyński.
BSW niejednokrotnie szuka czegokolwiek na siłę. Dowody zbierane są w sposób naruszający wszystkie przepisy.

Policjanta z legionowskiej drogówki oskarżono na siłę o przyjęcie łapówki. Policjant miał żonę, która przygadała kiedyś funkcjonariuszce z BSW. Pocięły się baby o jakąś głupotę w drzwiach komisariatu. Niby nic, ale gdy mąż został zatrzymany, gliniara z BSW od razu sobie kłótnię przypomniała.
– Albo się pan przyzna, albo trafi pan do aresztu, a wie pan, co tam robią z policjantami – powiedział glinie prokurator.
Wiedział. Przyznał się do 50-złotowej łapówki. Dziś tego żałuje. Okazuje się, że przez rok BSW zbierało dowody przeciwko niemu. Właśnie ta funkcjonariuszka…
Kamery z radiowozu nie przyniosły spodziewanych efektów. Nagrania z trzech zainstalowanych w samochodzie i przy mundurze policjanta też nic nie dały. Zabrano mu notatniki służbowe i sprawdzano każdą notatkę, która kończyła się pouczeniem lub niewystawieniem mandatu.
– Pouczać możecie w przedszkolu, tu macie karać – powiedział im kiedyś komendant i wlepiał kary za więcej pouczeń niż 3 proc. Pisali więc, że kontrola trzeźwości albo że rutynowa kontrola bez pouczenia.
– Czasami trzeba być po prostu człowiekiem. Nie każdemu trzeba od razu wlepiać mandat – twierdzą policjanci.
Prokuratura przesłuchała 150 osób. BSW przesłuchało ponad 100 z notatnika policjanta. Przesłuchania te wyglądały inaczej, niż mogło się zdawać. Radiowóz przyjeżdżał do domu osoby z notatnika, czasem o 6.00. Zaczynało się straszenie – już w radiowozie. Jeśli się nie przyzna, że dawał policjantowi łapówkę, to on i cała rodzina będzie miała przerąbane.
Przesłuchiwani nie mieli pojęcia, o co chodzi. Jaka kontrola drogowa? Kiedy? Podawano zatem im miejsce, datę i nazwisko policjanta, który niby miał wziąć. Z ponad 100 osób przyznały się 4. Ale nie pamiętają wyglądu policjanta. Wygląd podała im funkcjonariuszka.
Mówią, że byli zastraszani, ale czy się do tego przyznają przed sądem, nie wiadomo.
– Nie chcę mieć na głowie komendy głównej do końca życia – mówi jeden ze świadków. – Apolicjanta nie znam, nie obchodzi mnie…
Policjant jest zawieszony. Już tak długo, że lada chwila zostanie zwolniony ze służby. Nikt nie będzie czekał na prawomocny wyrok. Pracy znaleźć nie może. Zresztą nie wolno mu pracować, bo cały czas jest policjantem, tylko zawieszonym. Nie ma z czego żyć.

Hanna Weinzieher była pracownicą Wydziału Kontroli Służb Mundurowych Departamentu Kontroli, Skarg i Wniosków Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji. Mówiąc krócej, była doświadczonym, doskonale przygotowanym kontrolerem. Przy tym policjantką. Do wydziału kontroli i do niej bezpośrednio wpływały skargi na pracę funkcjonariuszy BSW. Mnożyły się odszkodowania wypłacane za przekroczenie uprawnień. Postanowiła to skontrolować. Dołączył do niej cywil, Adam Kamecki, też doświadczony kontroler. Szefem BSW był wówczas Marek Działoszyński. Powołany w 2006 r. – po to, aby pomóc ówczesnej władzy szukać układów mafijnych w policji.
Działoszyński spotkał się z kontrolerką. Postanowił wskazać, co jej wolno kontrolować i gdzie. Ustalił, z kim ma rozmawiać, a kogo omijać. Dorzucił też obszary, których ma nie tykać. I cały czas kontrolował pracę zespołu. Przychodzili do nich funkcjonariusze imówili, co się dzieje. Było o czym opowiadać.
Kontrolującymi wstrząsnęła historia funkcjonariusza, który został oskarżony o pobicie zatrzymanego tylko dlatego, że był podobny do sprawcy. A prawdziwy sprawca był funkcjonariuszem BSW, tak więc zebrano materiał, by to nie on odpowiadał za pobicie. Niewinny glina stracił wszystko, bo BSW preparowało dowody. Winny ma się dobrze i nadal ściga kolegów.
Kontrolerzy znaleźliby jeszcze niejeden taki kwiatek, gdyby nie to, że MSWiA wstrzymało kontrolę, a Hannie Weinzieher i Adamowi Kameckiemu… postawiono zarzuty. Dziś są z nich oczyszczeni. Ale co z tego. MSWiA natychmiast powołało inny zespół kontrolny, który z zebranego wcześniej materiału wyciągnął inne wnioski niż poprzedni zespół kontrolny.
Nie wiadomo jakie, bo raport utajniono.

W Szczytnie powstał inny tajny raport na temat postępowań karnych prowadzonych przeciwko policjantom. Raport jest wygładzony, ale można w nim znaleźć dane, które mówią same za siebie. To, jak zajęto się poszukiwaniem przestępczości wśród funkcjonariuszy, pokazuje fakt, że w 2002 r. zarzuty postawiono 551 policjantom. Ale już w 2006 r. takich funkcjonariuszy było 1566. Za przyjęcie łapówki prowadzono na podstawie pomówienia przedstawicieli świata przestępczego aż 519 spraw, a o pobicie – 12. Aż 79 proc. spraw to zgłoszenia świadków koronnych lub tych przestępców, którzy poszli na współpracę z policją. Tylko 9 proc. spraw to ustalenia własne prokuratury. 23 proc. spraw toczy się dłużej niż rok, co skutkuje utratą pracy przez policjanta (po2 latach zawieszenia wydala się go ze służby), niezależnie od tego, czy zostanie uniewinniony, czy nie. 43 procent funkcjonariuszy zostaje aresztowanych. Aż 60 proc. spraw wszczynanych przez prokuraturę jest potem umarzanych – zwykle po kilku latach, gdy policjant już nie jest policjantem, jest za to wykończony finansowo. Najczęściej okazuje się, że czyn, o który oskarża się policjanta, nie ma znamion czynu zabronionego albo brak jest dowodów, żeby czyn ten popełniono. Z tych spraw, które trafiają do sądu, ogromna większość kończy się uniewinnieniem lub zwrotem do ponownego zebrania dowodów przez prokuraturę.
Funkcjonariusze BSW twierdzą, że działają na korzyść policjantów i policji.
– Dyskrecja w takich sprawach jest w interesie policjantów. Większość takich spraw rozgrywa się po cichu, bo przecież dotyczy bardzo delikatnej materii – mówi dyrektor BSW inspektor Ryszard Walczuk. – Z tego samego powodu nie odnotowujemy tego wstatystykach. I pewnie dlatego ta strona naszej działalności jest zbyt mało znana.
Bardzo znana jest jednak ta druga strona. Szukania na siłę.

Funkcjonariusze BSW są najwyżej wynagradzani w policji. Ich uposażenie jestz najwyższego pułapu, ponieważ są traktowani jako pracownicy Komendy Głównej Policji. Są dodatkowo wynagradzani za wyniki, stąd parcie na oślep, byleby tylko wszcząć postępowanie przeciwko kolegom.
Według szeregowych funkcjonariuszy żaden uczciwy policjant nie pójdzie do pracy do BSW.

poniedziałek, 25 marca 2013

Zabij się GLINO (NIE 50/2012)


O tym, jak łatwo załatwić policjanta.

Postępowanie pod osobistym nadzorem ministra Zbigniewa Ziobry - taką notatkę można znaleźć w podręcznych aktach prokuratorskich prowadzonych przeciwko policjantom w całym kraju.
Ziobro wydał polecenie, żeby ścigać polityków (oczywiście lewicy), lekarzy i policjantów. Najlepiej, gdyby można połączyć ich wszystkich w jedną mafię. W wielu prokuraturach to się udało. Białostocka ośmiornica, wałbrzyska ośmiornica, potem łódzka ośmiorniczka, grupa zorganizowana z Bielska-Białej czy świdnicki gang... Ale tam, gdzie nie udało się stworzyć grupy przestępczej, wyłapywano pojedynczych policjantów. Oczywiście najlepiej, gdy to byli komendanci, ale i aspirantem też można było się zadowolić. Za to były awanse w prokuraturze i nagrody w Biurze Spraw Wewnętrznych (BSW). Liczył się wynik.

Łapówka w postaci modlitwy
Najłatwiej zawsze jestz funkcjonariuszami drogówki. Tam można znaleźć próbę przyjęcia korzyści majątkowej. A jak nie można, to się coś wymyśli.
     Marcin lubił swoją pracę. Może dlatego, że chciał pracować z ludźmi. Tamtego deszczowego dnia nie pamięta. Zimny i mokry jak wszystkie tamtej jesieni. Nie pamięta też dokładnie tej starszej kobiety, która wtedy jechała. Wie tylko, że było mu jej żal. Przeraziła się kontroli drogowej, aż jej się ręce trzęsły. Nie wie, czy miała niezapięte pasy, czy niesprawne światło, ale to była jakaś głupota. Pouczył ją. Zapisał to w notatniku.
     Po kilku miesiącach notatniki zaczęli sprawdzać funkcjonariusze BSW. Szukali. Znaleźli wpisy o pouczaniu, a nie zastosowaniu kary. Spisali dane pouczanych i zaczęli ich szukać. Tę panią też znaleźli.
- Czy policjant żądał od pani pieniędzy za to, że nie dał pani mandatu?
- Skąd! Był bardzo miły!
- To co chciał w zamian?
- Nic.
- A co mu pani powiedziała, jak powiedział, że tylko panią poucza?
- Że będę się za niego modlić.
Funkcjonariusze BSW skontaktowali się jeszcze z innymi, których policjant tylko pouczył, ale oni też zapewnili, że był bardzo miły i niczego od nich nie żądał. Wydawać by się mogło, że funkcjonariusze BSW i prokuratura, która zleciła im takie działania, zostali z ręką w nocniku. Nic bardziej mylnego. Na podstawie zebranego przez BSW materiału prokurator z Łodzi postawił policjantowi zarzut przyjęcia korzyści duchowej w postaci modli twy. Chłopak jako oskarżony o korupcję (?!) został zawieszony w czynnościach służbowych. Zabrano mu połowę pensji i ciągano na przesłuchania. Cudem uniknął wniosku o areszt tymczasowy! Oczywiście nie został skazany. Sąd nie znał czegoś takiego, jak korzyść duchowa. A prokurator owszem?
     W tej samej łódzkiej prokuraturze toczyło się postępowanie przeciwko funkcjonariuszowi ze Zgierza. Oskarżył go przewoźnik z pomocy drogowej, którego policjant zatrzymał, gdy tamten jechał po pijaku. Przewoźnik zeznał, że policjant przyjął od niego prezent za to, że go nie ukarał mandatem. Prokurator postawił glinie zarzut przyjęcia w latach 2002/2005 korzyści majątkowej w postaci kurczaka z rożna. Co prawda pomawiający był już dwukrotnie skazany za składanie fałszywych zeznań i był leczony psychiatrycznie, ale dla prokuratury nie miało to znaczenia. Wtedy na podstawie takich właśnie zeznań rozwalono całą zgierską drogówkę. Każdemu postawiono podobne zarzuty. Dziś najstarszy stażem z tamtejszego wydziału ruchu drogowego ma 5 lat służby.

Bramkarze z mafii
Grzegorz K. pracował w wydziale kryminalnym, prowadził pracę operacyjną. Do jego obowiązków należało zdobywanie informacji bezpośrednio od przestępców i pozyskiwanie informatorów. On też nie uniknął kłopotów. Prokuratura w Pabianicach oskarżyło go o... utrzymywanie kontaktów ze światem przestępczym. Od stycznia 2007 do czerwca 2008 r. na terenie Łodzi kontaktował się z nieustalonymi osobami z zorganizowanej grupy przestępczej. Co oznacza, że też należał do tej grupy. Prokurator pojechał dalej - zaczął ścigać jego kolegów z komendy, którzy bezumownie dorabiali sobie, ochraniając lokal rozrywkowy w Łodzi. A że do lokalu wpadali nieustaleni z nazwiska członkowie grupy przestępczej, to policjanci też zostali członkami tej grupy. Wspomniany funkcjonariusz został od razu zawieszony w czynnościach, miał dozór policyjny i zakaz opuszczania kraju. Prośby o przywrócenie do służby nic nie dały. Po dwóch latach zawieszenia zgodnie z przepisami został usunięty z policji. Facet wciąż broni się przed sądem, gdzie sędzia co jakiś czas szeroko otwiera oczy, widząc pseudodowody zebrane przez prokuratora.

Mała wódka z gangsterem

Ta sama pabianicka prokuratura postawiła zarzuty innemu funkcjonariuszowi policji, że przyjął korzyść majątkową w postaci kwia tów. Po prostu pewnego dnia przyszedł do niego wdzięczny starszy człowiek, któremu policjant uratował życie, sprowadzając lekarza. Człowiek ten przyniósł bukiet gerber. W tym wypadku sukces pabianickiego prokuratora był większy, niż się spodziewał, bo ów funkcjonariusz od kwiatów był wówczas komendantem powiatowym.
     Trochę mniej ważny komendant (komisariatu w Łodzi) też stracił robotę przez pracowitych prokuratorów. Oskarżono go o przyjęcie korzyści majątkowej w postaci tekstyliów. Chodziło o podkoszulki, których jego znajomy od dawna nie mógł sprzedać i przyniósł mu na szmaty. Sąsiad likwidował właśnie sklep i nie miał co zrobić z towarem. I tak nieświadomie udupił komendanta, który nie tylko nie jest już komendantem, ale nawet policjantem.
     Równie ważny był inny kolega tego funkcjonariusza, bo miał długi staż pracy i naprawdę duże osiągnięcia w robocie. On na podstawie pomówienia miał przyjąć korzyść majątkową w postaci alkoholu. Pomówił go gość, którego tamten zatrzymał. Podobno powiedział: - To masz u mnie pół litra - gdy gadali na dołku. Policjanta trzymano 2 lata w areszcie. Zrobiono z niego członka zorganizowanej grupy przestępczej. Po roku zaproponowano mu, żeby się przyznał przynajmniej do kieliszka wódki, że przyjął od gangstera, bo ten, który go wcześniej pomawiał, wycofał oskarżenia. Powiedziano mu, że wyjdzie do domu, jak się przyzna. Nie przyznał się. Umarł na zawał w wieku 44 lat.

Ofiara własnej kozy
Ciekawy jest też przypadek funkcjonariusza z Sieradza, którego zatrzymano za kłusownictwo. O szóstej rano 17 funkcjonariuszy wpadło do niego do domu, gdzie smacznie spał nie tylko on, ale także jego małe dzieciaki. Zgarnęli go, zabierając z podłogi koło łóżka kawałek owłosionej skóry. Zapisano, że zabezpieczają skórę z dzika. Policjant od pierwszej chwili mówił, że to skóra z kozy, ale oni wiedzieli lepiej. Prokurator kazał zabrać. O tym, że jest to skóra z kozy, wypowiedzieli się biegli. Policjant wykonał ekspertyzy. Wszystkie mówiły jasno, że jeszcze kilka lat temu to coś biegało w zagrodzie i meczało. Prokurator w to nie uwierzył! Wypowiedziało się nawet koło łowieckie: to koza, a nie dzik.
     Gdy ekspertyz było już tak dużo, że nie dało się ich podważyć, znowu policjanci wpadli do niego do domu i zdjęli mu ze ściany pustą łuskę z pistoletu, która wisiała w ramce za szybką jako ozdoba. Został oskarżony o nielegalne posiadanie amunicji.

Żeglarz na kredyt
Aldoną K. z Brzezin na początku się zachłyśnięto. Pierwsza kobieta komendant. Baba z cycem. Postawiła komendę na nogi. Z 17. miejsca wyszła na prowadzenie w wykrywalności. Ale szybko się zorientowano, że pani komendant ma też mózg, którego często używa - a to nie podobało się okolicznym prokuratorom ani zwierzchnikom.
     Najpierw oskarżono ją o to, że ukradła swój własny samochód. Gdy okazało się, że to bzdura, stwierdzono, że zatuszowała wypadek radnego w celu zdobycia przychylności rady miasta. Prokurator nie dostrzegł, że dokumenty mówią zupełnie co innego ani że ów radny był jako jedyny w opozycji, zatem o przychylności raczej nie ma mowy. Wniosek o areszt leżał od razu na biurku prokuratora. Tylko dlatego uniknęła aresztu, że była w fatalnym stanie zdrowia. Oczywiście nie jest już policjantką.
     Wisienką na torcie miał być oficer Centralnego Biura Śledczego Karol P. Nim zajęła się prokuratura w Piotrkowie Trybunalskim. Dlatego, że wraz z kolegą kupili sobie na spółkę jacht. Co prawda używany i w złym stanie technicznym, a sam policjant musiał wziąć na niego kredyt, niemniej zabolało to znajomych. I przede wszystkim prokuratora. Bo to, że gość jest od 30 lat żeglarzem, nie znaczy, że ma mieć na jacht. Na pewno miał lewe dochody. I znaleziono mu szumnie nazwaną grupę przestępczą, która rozlewała alkohol. Znaczy tylko szef firmy rozlewał, a reszta mafii to Bogu ducha winni pracownicy, którzy o rozlewaniu nic nie wiedzieli, ale gang jak na zamówienie. To do tej grupy miał należeć oficer i stamtąd miał wziąć na jacht. Prokurator nie zauważył tylko jednej rzeczy:
facet kupił jacht w 2000 r., a grupa przestępcza zaczęła działalność w październiku 2002 r. Dopiero sąd dostrzegł, że chyba raczej nie mógł należeć do grupy, która nie istniała.

Jego sprawa toczy się już 7 lat. Kilkukrotnie go uniewinniano, ale prokuratura ciągle apeluje. A może jednak za coś go sąd skaże? Przywrócono go do służby, ale zesłano do odległej komendy.

Lipa z gliny
Takie przykłady można mnożyć. Nie wspominamy tu setek spraw, w których policjantom stawiano poważne zarzuty, ludzie tracili zdrowie w aresztach, pieniądze i dobre imię, a potem ich uniewinniano. Te przypadki opisujemy szczegółowo prawie co tydzień. Dziś pokazujemy kuriozalność zarzucanych czynów, tylko po to by załatwić policjanta.
     W Szczytnie powstał tajny raport na temat postępowań karnych prowadzonych przeciwko policjantom. Raport jest wygładzony, ale można w nim znaleźć to, że w 2002 r. zarzuty postawiono 551 policjantom. Ale już w 2006 r. takich funkcjonariuszy było 1566. Za przyjęcie łapówki prowadzono na podstawie pomówienia przedstawicieli świata przestępczego aż 519 spraw, a o pobicie - tylko 12. Aż 79 proc. spraw to zgłoszenia świadków koronnych lub tych przestępców, którzy poszli na współpracę z policją. Tylko 9 proc. takich spraw to ustalenia własne prokuratury. Aż 23 proc. spraw toczy się dłużej niż rok, co skutkuje utratą pracy przez policjanta (po2 latach zawieszenia w czynnościach usuwa się go ze służby), niezależnie od tego, czy gość zostanie uniewinniony, czy nie. Aż 43 procent funkcjonariuszy zostaje aresztowanych. 60 proc. spraw wszczynanych przez prokuraturę jest potem umarzanych, tyle że zwykle po kilku latach, gdy policjant już nie jest policjantem i jest wykończony finansowo. Najczęściej okazuje się, że czyn, o który oskarża się policjanta, nie ma znamion czynu zabronionego albo brak jest dowodów na jego popełnienie. Z tych spraw, które trafiają do sądu, ogromna większość kończy się uniewinnieniem lub zwrotem do ponownego zebrania dowodów przez prokuraturę. 70 procent osób uniewinnionych wcześniej siedziało w areszcie lub stosowano wobec nich inne środki zapobiegawcze. Raport zwraca uwagę, jak z uporem maniaka prokuratorzy odwołują się od uniewinnień, choć dobrze wiedzą, że druga instancja utrzyma wyrok w mocy. Najczęściej z powodu braku dowodów. A to są kolejne lata procesu. Kolejne lata dręczenia niewinnych gliniarzy.
     Raport opisuje też (co prawda delikatnie) nielegalne działania BSW i zakazane metody zdobywania dowodów. O tym i o metodach pracy komendanta głównego policji napiszemy niebawem. Zupełnie niedelikatnie.

Joanna Skibniewska

środa, 27 lutego 2013

Nędznicy (NIE, 29/2008)

W ubiegłym tygodniu posłowie wysłuchali rządowego raportu na temat biedy w Polsce. Byli w szoku. Dlaczego reprezentanci społeczeństwa nie wiedzą tego, co wie przeciętny Polak?


W skrajnym ubóstwie żyje w Polsce ok. 2,5 mln osób. Skrajne ubóstwo to brak pieniędzy na śniadanie, obiad i kolację, to suchy chleb dla dzieci, to brak ciepłych butów zimą. Skrajna bieda dotyka przede wszystkim rodziny wielodzietne, także niektóre niepełne, a także osoby bezrobotne, niepełnosprawne, słabo wykształcone. Z raportu Komisji Europejskiej wynika, że największe ubóstwo wśród państw UE jest właśnie w Polsce.

Nieroby i grzeszniceNo i kogo to obchodzi? Od ładnych paru lat słyszymy o szybkim wzroście gospodarczym, o wzroście wynagrodzeń. A tymczasem okazuje się, że praca nie chroni przed biedą, gdyż zwiększa się zróżnicowanie w dochodach ludności. Wśród pracujących Polaków aż co piąty żyje w skrajnym ubóstwie, a emeryci i renciści otrzymują często świadczenia poniżej minimum socjalnego, a nawet biologicznego.
Mało, że państwo nie spełnia swojej podstawowej funkcji, jaką jest zabezpieczenie społeczne, to jego władze dowiadując się o skali niedostatku łapią się za głowę i krzyczą „szok”. To żenada. Bo w Polsce, szczycącej się gospodarczym wzrostem i mocną walutą, nie trzeba być nierobem, żeby żyć w biedzie. Wystarczy mieć słabsze zdrowie, wystarczy mieszkać w okolicy nieprzemysłowej, wystarczy być samotną matką albo narodzić wiele dzieci nie kalkulując materialnych możliwości ich utrzymania.
Zasiłek rodzinny nad Wisłą wynosi zaledwie 48–68 zł miesięcznie. Żeby go otrzymać, musisz przedstawić masę kwitków, nachodzić się do urzędu skarbowego, do szkoły dziecka, do zakładu pracy, do sądu, jeśli nie daj Boże jesteś po rozwodzie, a i tak możesz pieniędzy nie dostać. Jeśli masz dochód większy niż 504 zł na osobę, już jesteś zbyt bogaty, żeby dostać 48 zł zasiłku! Spróbujcie za to przeżyć. W Europie wysokość miesięcznego zasiłku na pierwsze dziecko to znacznie ponad sto euro. W Irlandii w ciągu roku rodzice dostaną na dziecko ponad 6700 zł, a samotne matki trzy razy tyle.
U nas najpierw zlikwidowano fundusz alimentacyjny, potem zasiłek dla samotnych matek. Tylko wdowy mogą liczyć na dodatkowe pieniądze z opieki społecznej. Nie uchodzą za grzeszne, tak jak rodzące panny albo rozwódki.

Trzeba było trzymać się chłopa
 
W rodzinach urządzonych według bożych przykazań niekoniecznie egzystencja jest lepsza.
Mąż 34-letniej Joanny z Białegostoku za dotkliwe pobicie żony i 7-letniego dziecka, dostał rok w zawieszeniu na 2 lata. Wrócił z rozprawy i na przywitanie po raz kolejny złamał swojej żonie nos. Już nie zgłosiła na policję, bo po co. Joanna będzie kaleką do końca życia. Ma bezwładną prawą rękę, wskutek doznanych urazów. Poza tym ma problemy z pamięcią po wielokrotnym wstrząśnieniu mózgu. Gdyby tak jak ją, jej mąż pobił kogoś nieznajomego na ulicy, na pewno dostałby odsiadkę. Ale to przecież tylko żona, więc przestępstwo łatwo da się wytłumaczyć. Joanna nie może wrócić do poprzedniej pracy, bo musi nauczyć się używać tylko lewej ręki. Ma wyż-sze wykształcenie. Skończyła politechnikę. Chałupniczo zgrzewa torebki. Ma na utrzymaniu dwoje dzieci. Gdyby nie one, odebrałaby sobie życie – twierdzi – więc żyje, podnosi wskaźnik biedoty.
Tak mają się wszystkie ofiary przemocy domowej w tym katolickim kraju. Za znęcanie się nad żoną i dziećmi sądy nie eksmitują oprawców. Wręcz przeciwnie, to ofiary uciekają z dziećmi z własnych domów. Ile kobiet jest w stanie utrzymać siebie, dzieci i wynająć mieszkanie? Pracują dzień i noc pogłębiając utratę zdrowia. Kogo to obchodzi? Głupia baba, trzeba było trzymać się chłopa, jak Bóg przykazał.
Dzieci z rozbitej rodziny nie mają wakacji. Także te z pełnych, ale biednych rodzin nie odpoczywają w wakacje. I nie są to dzieci pijaków. W Zakopanem i okolicach 10- 13-letnie dzieci pracują w pensjonatach sprzątając pokoje i zmywając naczynia. Ich wynagrodzenie to 3,50 zł na godzinę, talerz zupy, czasami mała pizza. W Beskidach przy drogach stoją dzieci z tabliczkami zapraszającymi na noclegi. Zdarzały się przypadki, że dziewczynki były ofiarami pedofili, gdy zapraszane do samochodu miały wskazać drogę do domu. Na Mazowszu stoją przy drodze dzieci ze słoikami jagód i z grzybami. Czasem giną pod kołami samochodów.

Autorytet mocno wali 
Polityka prorodzinna to sztandarowe hasło polskich polityków. Posłowie każą rodzić dzieci. Jak pokazały ostatnie wydarzenia, katolicy chcą, żeby rodziły 14-latki. Co państwo robi, żeby było mniej takich przypadków?
Zapis o edukacji seksualnej w szkołach nie jest realizowany. Obecnie przedmiot ten wymaga zgody rodziców i nosi nazwę „wychowanie do życia w rodzinie”, co już samo w sobie ma wydźwięk ideologiczny, a oznacza umoralniające ględzenie. Na tych lekcjach mówi się młodzieży tylko o tzw. naturalnych metodach antykoncepcyjnych. Broń Boże nie o tych prawdziwych. Rozdziela się role kobiety i mężczyzny, czyli żona pierze, sprząta, gotuje, rodzi i chowa dzieci i buduje ognisko domowe. Mąż ma być autorytetem dla... syna. W jednej z podwarszawskich szkół tego przedmiotu uczy pani Maryla. Mówi o bitych żonach, że taki jest ich krzyż. A jak jeden tatuś tak pobił syna, że ten zapadł w śpiączkę, powiedziała matce, że Bóg tak chciał. Jej własne dzieci (czwórka) chodzą do szkół katolickich.
Prawie trzy tysiące dzieci w ubiegłym roku zostało pobitych przez swoich opiekunów. To tylko te przypadki, w których stwierdzono uszczerbek na zdrowiu i były zarejestrowane, bo zakończyły się postępowaniem prokuratorskim. Wielokrotnie więcej tragedii najmłodszych nigdy nie wychodzi na światło dzienne. Według przedstawicieli Niebieskiej Linii co najmniej trzy razy tyle. A politycy wciąż dyskutują, czy klaps dany dziecku to metoda wychowawcza. A może początek gehenny rozgrywającej się w czterech ścianach?

Nóżki krzywe, bo połamaneRodzice zamordowali czworo dzieci i ich zwłoki trzymali w beczkach. Głośna sprawa. Wtedy politycy też kręcili z niedowierzaniem głowami. Nikt nie zauważył, że o tym, iż w tej rodzinie dzieci są ofiarami przemocy domowej wiedziano od dawna. Sąd już wcześniej zajmował się tą rodziną. Nie ukarał jednak sprawcy (ojca, który znęcał się nad całą rodziną), tylko wyznaczył kuratora i dał przestępcy wyrok w zawiasach. Ani ośrodek pomocy społecznej, ani policja nie widzieli nic dziwnego w niegodziwym traktowaniu dzieci. Rodzina „była normalna”.
W Skierniewicach sąd skazał rodziców na odsiadkę dopiero wówczas, kiedy 3,5-letnia dziewczynka została tak pobita, że nigdy nie będzie ani chodzić, ani mówić. O tym, że nad dzieckiem znęcają się rodzice wiedziano od dawna. Prokuratura już wcześniej prowadziła postępowanie przeciwko ojcu dziecka o pobicie – wtedy kilkumiesięcznej – dziewczynki. Umorzyła je, ponieważ nie zebrano wystarczających dowodów winy ojca. Prokuratura wystąpiła wówczas do sądu o podjęcie działań opiekuńczo-wychowawczych; sąd spełnił swoją powinność – ograniczył rodzicom władzę rodzicielską i ustanowił kuratora. Nikogo nie niepokoi, że te zgodne z prawem, rutynowe poczynania są działaniami pozornymi, a nie realną akcją ratunkową.
Panuje katolicki pogląd, że rodzina jest autonomiczna, państwo nie powinno się wtrącać do życia rodzinnego, rodzice o wszystkim mają decydować, a dzieci są ich własnością jak psy i koty.
W krakowskim Prokocimiu znaleziono czteromiesięczne dziecko z połamanymi nóżkami. Nikt nie wspomniał o tym, że było to szóste dziecko w tej rodzinie, gdzie pięcioro z powodu znęcania się nad nimi, umieszczono w placówce opiekuńczej. Rodzice nie tylko nigdy nie ponieśli kary, ale nikt ich nie zniechęcił do wydawania na świat szóstej ofiary. Czym więcej dzieci, tym lepiej.
To tylko przykłady, jak prawo w tym kraju reaguje na przestępstwa znęcania się nad rodziną. Tylko w zeszłym roku odnotowanych pobić dzieci było przeszło 2700, z czego znacząca część ze skutkiem śmiertelnym. Z danych policji wynika, że liczba ofiar przemocy domowej w ciągu 7 lat wzrosła prawie dwukrotnie. W 2006 r. było ich 157 tys. Według danych fundacji Mederi w 70 proc. przypadków sprawcami wszelkiej przemocy wobec dzieci są ich rodzice.
Sprawy maltretowania dzieci powinny się kończyć wyrokami. Niestety, prokuratorzy często uznają, że rodzic bijąc zgodnie z zasadami ukarał nieposłuszne dziecko i umarza sprawę. Od 1998 roku do grudnia 2005 roku skazano dziesięć osób za naruszenie nietykalności cielesnej małoletnich – mówi Ewa Piotrowska z Prokuratury Krajowej. Dla porównania, za pobicia osób dorosłych było 2100 wyroków skazujących.
– Jak mi syn będzie wyjadał rodzynki z ciasta przed Wigilią, to na pewno dostanie szmatą w łeb – mówił Tadeusz Cymański (PiS).
Cymański też był zszokowany raportem.
* * *
Posłowie są w szoku, że kilka milionów ludzi żyje w skrajnej nędzy. Zapowiadają, że będą walczyć z bezrobociem, że przeanalizują rynki pracy.
Są zdziwieni polską biedą, spadli z księżyca. A może zwyczajnie mają gdzieś biedaków. Tych nierobów, pijaków. Bo przecież tylko tacy mogą być biedni. A biedni wiadomo, katują się wzajemnie i za swój los odpłacają dzieciom. Takie jest życie i Sejm nie sprawi, żeby było inne.