Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jarosław Dyko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jarosław Dyko. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 września 2013

I ty zostaniesz MORDERCĄ (NIE Nr 18/2013, 2013-04-26, str. 16)

I ty zostaniesz MORDERCĄ



Więzienia pełne są niewinnych. Wśród nich są naprawdę niewinni.

15 marca 2000 r. w centrum Wałbrzycha ok. 15.30, w czasie największego nasilenia ruchu dokonano zabójstwa antykwariusza Henryka Śliwowskiego,


którego lokal znajdował się w odległości kilkudziesięciu metrów od rynku.
W antykwariacie znaleziono otwarty sejf, ale tak naprawdę nic wartościowego nie zginęło. Jedynie notes z rozliczeniami za ostatnie 3 lata. Bandyci użyli samopału zrobionego przez fachowca. Ofiara dostała 6 postrzałów oddanych z dwóch różnych pistoletów, powodujących prawie natychmiastową śmierć.
Przez ponad 2,5 miesiąca policja była bezradna. Media krzyczały, że mord, że zginął człowiek, że ojciec dzieciom… Łaknęły krwi.
– To był znany wówczas paser – dorzuca dziś policjant, który wtedy prowadził śledztwo.
Śledztwo stanęło w martwym punkcie.

Świadek anonimowy

1 czerwca 2000 r. TVP wyemitowała program ze znanego cyklu „997”. Policja prosiła o pomoc. Zaapelowano o przekazywanie wszystkich informacji mogących dotyczyć sprawców zabójstwa. Gwarantowano dyskrecję, wysyłano więc czytelną informację, że ludzie będą traktowani jak źródła informacji poufnej. Program przedstawiał hipotetyczną rekonstrukcję zdarzenia sugerującą rabunkowe tło zabójstwa.
Już po dwóch dniach z miejscową komendą policji nawiązała kontakt kobieta twierdząca, że jej syn widział sprawców zabójstwa.
Świadek twierdził, że 16 marca 2000 r. po południu widział trzech osobników wybiegających z antykwariatu. Jednym z nich był Radosław Krupowicz, którego – jak zeznał – osobiście nie znał. Za te informacje dostał 5 tys. zł i status świadka anonimowego.
w październiku 2000 r. zatrzymano i postawiono zarzut zabójstwa 17-letniemu wówczas Krupowiczowi.
Wbrew temu, co twierdził, świadek jednak znał Krupowicza – i odwrotnie.
– Zakochał się w mojej dziewczynie i od dawna chciał mi ją odbić – mówi dziś o pomawiającym Krupowicz, bo wszyscy wiedzą, kto to jest. – Uprzedzał mnie, że się mnie pozbędzie.

Dzieciom wstęp wzbroniony

Gdy przyszli po niego rano, nie rozumiał, o co chodzi. Pomyślał, że to za fajkę z marychą, którą palili z kolegami na boisku szkolnym.
– Co robiłeś 15 marca? – zapytał prokurator Jarosław Dyko.
Nie pamiętał. To było tyle miesięcy temu.
– Wtedy, gdy zginął antykwariusz – dodał prokurator.
Tak, wie. Sam poleciał zobaczyć, co się wtedy stało. Mama usłyszała od sąsiadki, że niedaleko doszło do morderstwa. Gapił się na policjantów. Było jak w gangsterskim filmie. Wszędzie migające niebieskie światła, policjanci z bronią i biało-czerwona taśma.
Odpowiedział, że był wtedy w domu, z mamą. – Kto to może potwierdzić?
– Każdy. Mama, dziewczyna, sąsiedzi, kolega – wymieniał pewnie.
– Dlaczego zastrzeliłeś antykwariusza? – spytał Dyko.
Chłopak nie wiedział, o co chodzi. Jak to zastrzelił?
– Zaraz przestaniesz się śmiać – warknął Dyko. – Idziesz do więzienia.
Dyko
Wielokrotnie pytał, za co. Powtarzał, że to bzdura: – Znałem pana antykwariusza jedynie dzięki temu, że jak miałem 9 lat, wchodziłem do niego z kolegami i oglądałem stare monety w gablocie. Gapiłem się na znaczki. Ale po jakimś czasie antykwariusz napisał kartkę na drzwiach, że dzieciom wstęp wzbroniony. I skończyło się. Ale wtedy byłem w III klasie podstawówki.
Próbował jeszcze tłumaczyć, że nikogo nie zabił, ale prokurator już bujał się na krześle.
– Oglądałem na Discovery, że są takie maszyny, które wykrywają, czy mówi się prawdę. Chciałbym, żeby mnie zbadano tym aparatem, bo nic złego nie zrobiłem – błagał prokuratora.
– W Polsce nie ma takich aparatów i u nas nie można tego zrobić – odparł Dyko.
Chwilę potem Radka zaprowadzono do celi. Prokurator z matki i z dziewczyny zrobił świadków w sprawie. Żeby nie mogły mieć widzeń z chłopakiem. Tak miał mięknąć. Raz przyszła ciotka, ale rozmawiał z nią przez pleksi. Ojca nie ma.

Jak w telewizji

Świadek 6-krotnie zmieniał zeznania. Pierwsze w ogóle nie pasowały do sprawy. Przedstawiał zdarzenie tak, jak pokazano je w programie telewizyjnym. Tymczasem miało się to nijak do faktów. W „997”miało być filmowo, a nie prawdziwie. Tymczasem świadek, wyraźnie o tym niepoinformowany, mówił o wyglądzie antykwariatu, ale tego z telewizji, a nie prawdziwego… To, co opowiadał, to była Kolej na relacja filmowa. Bezbłędnie rozpoznawał jedynie Krupowicza. Mówił też o dwóch innych sprawcach, ale rysopisu nie potrafił podać.
Prawie rok nic nie działo się w sprawie. Aż pewnego dnia został zatrzymany najbliższy przyjaciel Radka, 16-letni Patryk Rynkiewicz. Chłopak na własną rękę szukał pomawiającego. Prawdopodobieństwo, że nie byłby dla niego miły, gdyby go już znalazł, jest duże. I zrozumiałe. Anonimowy świadek rozpoznał więc drugiego sprawcę – Rynkiewicza. Rozpoznał go z odległości 14 m po… ruchu gałek ocznych.
Rynkiewiczowi przedstawiono zarzut współudziału w zabójstwie antykwariusza – wspólnie z Radosławem Krupowiczem i jeszcze jedną osobą o nieustalonych personaliach. Jedynym dowodem i podstawą postawienia zarzutu był fakt, że od lat utrzymywał koleżeński kontakt z Krupowiczem, w tym też – co jest bardzo istotne – kontakt telefoniczny, jako że obydwoje dysponowali telefonami stacjonarny mi. Obydwaj mieszkali w okolicach rynku, prawie w bezpośrednim sąsiedztwie antykwariatu.
Przez 19 miesięcy działań operacyjnych policjanci nie byli w stanie uzyskać nic poza tym, o czym mówił świadek anonimowy, który zresztą w trakcie przesłuchań w sądzie w sposób istotny zmieniał treść zeznań. Mieli za to inne dowody. Ślady linii papilarnych na sejfie i w antykwariacie. Nie należały do Krupowicza i Rynkiewicza. Ślady butów odciśnięte na krwawych wybroczynach. Nie należały do podejrzanych Krupowicza i Rynkiewicza. Ślady DNA na miejscu zbrodni. Nie należy do Krupowicza i Rynkiewicza.

To nie oni!

Policjanci z Wałbrzycha, prowadzący wówczas sprawę, dziś są na emeryturze. Ale od początku mówili prokuratorowi Dyce, że coś tu śmierdzi. Wskazywali na innych sprawców. Mówili, że chłopcy tego nie zrobili.
Maciej Jedliński
– Dostaliśmy zjebę od Dyki – mówi anonimowo policjant. – Kazał nam zbierać dowody na małolatów. Jak nie, to przestaniemy przy tym pracować.
Gdy poszli z tym do przełożonego, powiedział, żeby na razie dali spokój, bo przecież na chłopców nie ma żadnych dowodów, na pewno więc zostaną uniewinnieni. Zdziwili się, gdy Krupowicz i Rynkiewicz stanęli przed Sądem Okręgowym w Świdnicy. Sądził ich Maciej Jedliński.
– Wszystkie nasze wnioski procesowe odrzucał. Krzyczał na nas. Od razu było widać, że my mamy być winni – mówią skazani.
Byli pewni, że skoro świadkowie potwierdzili, iż w dniu zabójstwa byli zupełnie gdzie indziej, to wystarczy. Dla sędziego Jedlińskiego wiarygodny był tylko świadek anonimowy.
Mama niewiarygodna, bo jest matką. Dziewczyna niewiarygodna, bo jest zakochana. Pani z kiosku niewiarygodna, bo zna oskarżonego od dziec ka. Kolega niewiarygodny, bo jest kolegą i go kryje. Sąsiad niewiarygodny, bo mu nie wypadało zeznawać i na czej. Na rozprawie zeznawał też policjant prowadzący postępowanie, który stwierdził, że świadek anonimowy jest niewiarygodny, a chłopcy nie mogli tego zrobić.

Jedliński przerwał przesłuchanie i powiedział, że nie ma do niego żadnych pytań. Gdy obrońcy chłopaków chcieli wykorzystać te zeznania w apelacji, okazało się, że sędzia w ogóle tego nie zaprotokołował.
Biegły sądowy stwierdził, że chłopcy w tym wieku niemający kontaktu ze światem przestępczym nie mieli możliwości zdobycia broni. Powiedział, że aby ją przerobić, trzeba ogromnego doświadczenia. Mówił jasno, że zrobili to profesjonaliści, a nie nastoletnie szczawie. Sędzia Jedliński nie wziął tej opinii pod uwagę. Gdy wreszcie zbadano Krupowicza wariografem i ocena była korzystna dla oskarżonego, sędzia stwierdził, że skoro chłopak reaguje emocjonalnie na słowa zabójstwo antykwariu sza, to już jest wystarczający dowód, że miał z tym zabójstwem coś wspólnego. Gdy biegły przeprowadzający badanie stwierdził, że reakcja chłopca jest normalna, bo stał w tłumie gapiów, gdy ofiarę wynoszono z antykwariatu, Jedliński stwierdził, że ocena biegłego jest nieobiektywna.

Bez motywu i bez sensu

W śledztwie przesłuchano 156 świadków, z których 32 zostało przesłuchanych na rozprawie przed sądem. w przypadku pozostałych prokuratura wniosła o zaniechanie wezwania na rozprawę, albowiem nie mieli oni nic istotnego do powiedzenia i według Dyki wystarczy to, co zeznali podczas przesłuchań prowadzonych w śledztwie. Sędzia Jedliński się do tego przychylił.
Spośród 156 świadków przesłuchanych na różnych etapach śledztwa i procesu, tylko świadek anonimowy twierdził, że widział oskarżonych, gdy wchodzili i wychodzili z antykwariatu. Sąd opierał się jedynie na poszlakach, które w ogóle nie trzymały się kupy. Za przesłankę pozytywną, wskazującą na sprawstwo obu oskarżonych sąd uznał to, że obydwaj kategorycznie zaprzeczali związkom z zabójstwem. Sędzia w żaden sposób nie odniósł się do faktu, że do dnia wyroku nie ustalono tożsamości trzeciego rzekomego sprawcy, którego pozycji, znaczenia i roli w zabójstwie absolutnie nie określono. Sprawca ten nie został znaleziony do dziś!
Sędzia ani prokurator nie określili motywu zbrodni. Po co dwóm nastolatkom notes antykwariusza z jego osobistymi bazgrołami?
Maciej Jedliński dyktował do protokołu co innego, niż mówili świadkowie i oskarżeni. Wielokrotnie oskarżeni prosili o korektę protokołu, bo był inny niż to, co działo się na rozprawie.
Sędzia Jedliński uznał Krupowicza i Rynkiewicza winnych zabójstwa antykwariusza i skazał ich na 25 lat więzienia.

Sztangista z Wałbrzycha

– Od początku prowadzenia śledztwa wiedziałem, że oni tego nie zrobili – mówi dziś podinspektor Janusz Bartkiewicz, prowadzący wówczas postępowanie w komendzie wojewódzkiej. – Nie mogłem spać przez tę sprawę. Po uprawomocnieniu się wyroku wskazałem rodzinie Krupowicza dowody na to, że świadek anonimowy składał fałszywe zeznania. Udowodnienie takiego przestępstwa dawało szanse wznowienia postępowania i wykazania niewinności skazanych.
Obrońca Krupowicza w jego imieniu złożył zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa, wskazując na istniejące dowody i środki dowodowe. Prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania. Krupowicz i Rynkiewicz wystąpili do ministra Ziobry z prośbą o zapoznanie się z zasadnością argumentacji prokuratury okręgowej odmawiającej wszczęcia postępowania przygotowawczego. Ministerstwo pisma te skierowało do wyjaśnienia przez właściwą prokuraturę apelacyjną, a ta odesłała je do prokuratury okręgowej, która – czego było można się spodziewać – odpowiedziała odmownie.
– Prawdziwych sprawców ustaliliśmy już w trakcie trwania procesu. Dwóch personalnie, trzeciego dopiero sprawdzaliśmy – mówi podinspektor Bartkiewicz. – To były porachunki mafijne z grupą Marka D., pseudonim Dąbek. Żołnierze „Dąbka”dostali zlecenie na antykwariusza, bo był im winien dużą kasę. Zabójstwa dokonał najprawdopodobniej pewien sztangista z Wałbrzycha.
Potwierdza to Janusz Mikosz, emerytowany szef śląskiego Centralnego Biura Śledczego: – Grupa „Dąbka”zlecała zabójstwa. Sam ich zamykałem.
Sąd nie wziął tego pod uwagę.
Po 12 latach Sąd Najwyższy zwrócił sprawę do ponownego rozpatrzenia. Tak sprawnie Jedliński sądził, że nie zauważył poważnych różnic w zeznaniach świadka. Tyle że chłopcy mieli już odsiedziane 12 lat.

I choć sąd uznał, że faktycznie to nie oni strzelali, że nie byliby w stanie zrobić broni oraz że prokuratorski świadek jest zdecydowanie niewiarygodny, to jednak nie uniewinnił ich, ale obniżył wyrok z 25 do 15 lat.

Widać zdawał sobie sprawę, że odszkodowanie za bezzasadny pobyt w więzieniu byłoby ogromne.
– Pani szuka sprawców od tego antykwariusza? – pyta mnie więzień z Aresztu Śledczego we Wrocławiu. – W Strzelinie siedzi gość, mówią na niego „Jezus”. On wie, kto to zrobił. I podobno chce o tym mówić.
„Jezus”to Jacek B. Faktycznie siedzi w Strzelinie. Należał do grupy „Dąbka”.
I mówi: – Kiedyś kumpel do mnie zadzwonił. Mówi, że umiera i ma do mnie prośbę. Pojechałem. On miał zawał. I mi powiedział, że on już umiera i chce przed śmiercią powiedzieć, że to on zabił antykwariusza. To taki sztangista zWałbrzycha.

Miałem wielkie plany…

– Chciałem skończyć szkołę i iść na studia. Marzyłem o domu i dzieciach. Widziałem już siebie stojącego nad dziecięcym łóżeczkiem obok mojej ukochanej dziewczyny – niby się śmieje z tych młodzieńczych marzeń. Nic z nich nie wyszło.
Radosław Krupowicz miał wtedy 17 lat. Chodził do miejscowego technikum. Na kanale Discovery oglądał „Pogromcówmitów”. Pierwszy raz był zakochany. Był pewien, że to już tak do końca życia. No bo jak inaczej, skoro tak ją kocha? I ona jego.
Dziś jest starszy o prawie 13 lat. Dziewczyna już dawno jest żoną innego. Zielony więzienny uniform wisi na chudym ciele.
– Jestem jak dzikus. Boję się ludzi z wolności. Radosław Krupowicz niedługo stanie w sądzie. Chce wyjść na zwolnienie warunkowe. Czy prokurator dopilnuje, by mu się to nie udało?

Joanna Skibniewska

czwartek, 21 marca 2013

Paraprokurator (NIE 38/2012)

Dyko

Czy prokurator Jarosław Dyko i funkcjonariusze policji wykonujący jego polecenia nie przekroczyli uprawnień?


Prokuratura Okręgowa w Świdnicy i jej prokuratorzy to wielokrotni negatywni bohaterowie naszych artykułów. Najbardziej negatywny to prokurator Dyko, który wbrew prawu i ludzkim odruchom aresztował Marka Lisowskiego - ciężko chorego, całkowicie sparaliżowanego człowieka. Człowieka, który omal nie umarł w celi. Prokurator uczynił to dla swojego wątpliwego sukcesu.

Dyko śmiał się nam w twarz, gdy pisaliśmy o jego poczynaniach. Czyżby przyszła pora, że wreszcie ktoś go rozliczy? Jego i wszystkich, którzy doprowadzili do aresztowania Marka Lisowskiego? Poznańska prokuratura właśnie prowadzi postępowanie przeciwko funkcjonariuszom publicznym, którzy doprowadzili do aresztowania niepełnosprawnego Lisowskiego, narażając go tym na utratę życia. Po burzy medialnej na temat nieludzkiego traktowania Lisowskiego Prokuratura Generalna zdecydowała o wszczęciu postępowania w sprawie przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy publicznych, w tym głównie przez prokuratora Dykę.

Prokurator Dyko, który za wszelką cenę, naruszając przepisy i etykę, chciał aresztować kalekę, sędzia, który wydał zgodę na jego osadzenie oraz funkcjonariusze i służba medyczna z więzienia w Czarnem, która poza poniżaniem o mało nie doprowadziła chorego do śmierci, będą się tłumaczyć przed prokuratorem Jadwigą Datą z Prokuratury Okręgowej w Poznaniu. Dyce zarzuca się przekroczenie uprawnień i nakaz aresztowania wbrew opinii lekarskiej. Choć Data jest koleżanką po fachu Dyki, to mamy nadzieję, że wykaże się znajomością prawa. I postawi sprawców przed sądem.
     Lisowskiego zatrzymano natychmiast po wyjściu ze szpitala w Niemczech, zapewniając, że zaraz zbada go lekarz. Funkcjonariuszy wysłał po niego prokurator Dyko, choć miał oświadczenia lekarskie, że Lisowski nie może przebywać w więzieniu, bo po prostu tam umrze. Przywieziono go do pudła karetką bagażową, do której wrzucono go bez ceregieli.

Dyko kłamał. Lisowski trafił prosto do więzienia w Czarnem. Nie oglądał go żaden lekarz. I choć zapewnia, że u sparaliżowanego w celi był biegły, który stwierdził, że Lisowski może zostać w więzieniu, to ani sam osadzony, ani jego współwięźniowie nie potwierdzają tego.

Tymczasem Dyko przedstawia świstek papieru mówiący o badaniu lekarskim. Czyżby ktoś poświadczył nieprawdę? Prokuratorowi bardzo zależało na osadzeniu Lisowskiego, który spędził wiele miesięcy w celi nr 11. Zarażono go paciorkowcem, gronkowcem, miał grzybicę, a z ran odleżynowych lała się krew. Wpachwinach było widać kości, krocze było jedną wielką krwawą raną. 2 tygodnie się nie wypróżniał, dostał zapalenia układu moczowego ("Siedzieć na leżąco", "NIE? nr 11/2012) http://skibniewska.blogspot.com/2013/03/siedziec-na-lezaco-nie-72012.html . Właśnie czeka na operację niesprawnej przez to nerki.
     Poniżano go, straszono, odmawiano leczenia i pomocy. Do celi raz przyszedł prokurator Dyko. Do dziś Lisowski nie może o tym mówić.
     - Powiedział, że jeśli się nie przyznam, to tu zdechnę - stwierdza.
   
Gdy Lisowski opuszczał areszt, był w stanie niemal agonalnym. Pojechał prosto do szpitala. Przeżył, choć lekarze nie rozumieją, jakim cudem.


Joanna Skibniewska

niedziela, 17 marca 2013

Zdrapka (NIE 22/2012)

Jarosław Dyko

Nie jest prawdą, że pan prokurator Jarosław Dyko jest kurwą.
Jarosław Dyko i Stanisław N. znają się od dzieciaka. Obaj mieszkali w Jaworzynie Śląskiej, razem chodzili do szkoły. Potem obaj wstąpili do policji. Dyko był dzielnicowym, potem poszedł do dochodzeniówki. Chciał się kształcić, wystąpił więc do przełożonego o skierowanie go do szkoły oficerskiej.
- Nie widzę cię w tym. Ty sam sobie jesteś wrogiem, nie masz przyjaciół, znajomych, z nikim nie potrafisz współpracować - powiedział mu szef. Na "oficerkę" go nie skierował. Dyko policję znienawidził. Marzył o zawodzie prokuratora. Poszedł na prawo. Niedługo potem był już w prokuraturze rejonowej.

Siedzieć za pięć dych
Poza pracą w jednej komendzie Dyko i N. mieszkali na jednym osiedlu. Gdy Ruscy wynieśli się ze Śląska, pozostało po nich opuszczone osiedle. Ileś mieszkań dostała policja. Dyko i N. także. Mówili sobie "cześć", ich synowie chodzili razem do szkoły, grali na jednym boisku. Pewnego dnia Dyko nie odpowiedział na przywitanie. Niedługo potem kazał do siebie mówić "panie prokuratorze". Synowi zakazał się bawić z synem N., bo to bandyta.
Ruszyło śledztwo na podstawie zeznań świadka koronnego, który oskarżył N., że wziął od niego 50 zł za jakąś policyjną ochronę. Dariusz N., jak wielu innych pomówionych policjantów, został zatrzymany. Przez 16 miesięcy nie wykonano wobec niego żadnej tzw. czynności procesowej. Pierwsze widzenie z żoną dostał po 17 miesiącach. Postępowanie prowadził przyjaciel Jarosława Dyki, prokurator Krzysztof Schwartz.
Poza pomówieniem koronnego, nie było przeciwko N. żadnych dowodów. W pierwszej instancji został uniewinniony. Prokurator złożył zażalenie na decyzję sędziego. Sprawę zwrócono do ponownego rozpatrzenia. Wtamtym postępowaniu też coś się nie podobało prokuratorowi. Zażalenie, apelacja. Skutek: postępowanie przed sądem toczy się 6 lat. Może byłoby to zabawne, gdyby nie fakt, że N. został wyrzucony z pracy, odebrano mu prawo do policyjnej emerytury i kompletnie zrujnowano. No i Dyko go nie lubi ...

Drapać za darmo
Dariusz N. pamięta ten dzień. Może dlatego, że przez rok ciągle musiał opowiadać, co wtedy robił. Poszedł po zakupy do pobliskiego sklepu Biedronka. Chyba nawet pamięta, co kupował. Żeby było szybciej, szedł na skróty obok bloku, w którym mieszkał Dyko. Po miesiącu dostał wezwanie na przesłuchanie. Poszedł. Nieźle się uśmiali z kolegami, gdy zobaczyli, o co prowadzi postępowanie świdnicka prokuratura. Chodziło o zdrapkę nad domofonem w bloku, w którym mieszka Dyko. Ktoś wydrapał napis: Dyko ty kurwo. Poszkodowany twierdził, że zrobił to N. Świadkami prokuratora byli jego syn i żona. Syn widział podejrzanego z żółtą reklamówką koło bloku, żona w zasadzie nic nie widziała, ale Dariuszowi N. źle z oczu patrzy. Sam prokurator wie, że to musiał być on, bo zawsze gdy koło niego przechodzi, to widzi, że N. chce mu coś powiedzieć, ale nie mówi. I dlatego wydrapał.
Prokuratura, w której pracował Dyko, nie tylko wszczęła postępowanie, ale objęła sprawę ściganiem za groźby karalne. Nawet nie zauważono, że w zwrocie Dyko ty kurwo nie ma żadnej groźby.

Badać za tysiące
Prokuratura powołała biegłego do zbadania zdrapki. W tempie ekspresowym. Gdy normalnie na badanie biegłego czeka się 1,5 roku, tak tu już po 3 tygodniach była opinia. Ale powołanie biegłego miało swoje dobre strony - terapeutyczne. N. lewą i prawą ręką, dużymi i małymi literami, legalnie pisał w prokuraturze Dyko ty kurwo! Wielokrotnie powtarzany równoważnik zdania, będący materiałem porównawczym, działał na niego kojąco.
Zaraz po opinii biegłego postawiono Dariuszowi N. zarzuty.
- Biegły stwierdził, że to najprawdopodobniej pan napisał - stwierdził prokurator.
Tymczasem opinia biegłego mówi, że nie sposób dokonać rzetelnej analizy. Tym bardziej że Dyko z rodziną ścierał napis wielokrotnie. Wiadomo, wstyd!
 Stanisław N. ma ogromne doświadczenie jako śledczy policjant. Wiedział, że zakrawa to na paranoję. Nawet gdyby znaleziono drapacza, jest to jedynie wykroczenie, a nie przestępstwo. Zwykły akt wandalizmu, zresztą na niewielką skalę, bo napis był mały, nawet załatanie elewacji kosztowałoby może stówę.

Tymczasem prokuratura robiła kolejne ekspertyzy. Kolejne i kolejne. I w żaden sposób nie można było potwierdzić, że to N. drapie po świdnickich murach.

Prokuratura wydawała tysiące na kolejne badanie zdrapki. Gdy śledztwo umarzano z braku dowodów, Dyko pisał zażalenie, znajomy sędzia kazał prowadzić sprawę dalej i zbierać kolejne dowody. I tak postępowanie trwało rok. Wreszcie Dariusz N. wywalczył przeniesienie postępowania do prokuratury, w której nie pracuje Dyko. Dopiero tam ktoś szeroko otworzył oczy i umorzył nikomu niepotrzebne i kosztowne śledztwo.

piątek, 15 marca 2013

GOWINIZM (NIE 18/2012)

To wydarzyło się naprawdę. Nie na Białorusi, ale u nas, w Świdnicy w kwietniu 2012 r., kiedy prezydentem jest Komorowski, oberprokuratorem Seremet, ministrem zaś tej sprawiedliwości - Gowin. Bohaterami są strażnicy prawa - sędzia i prokurator. Bezczelnie i bezkarnie naruszający lub łamiący prawo. Nie po raz pierwszy. 
 
Niewładający obiema rękami i nogami Marek Lisowski jest sądzony jak groźny przestępca. Sparaliżowany od 22 lat człowiek jest oskarżony przez wrocławskiego prokuratora Jarosława Dykę o kierowanie grupą przestępczą. Pomówiony został przez świadka koronnego: złodzieja, handlarza narkotyków, oprycha wykonującego zlecenia zabójstw, który po to, by uchronić się przed karą, zaspokaja oczekiwania prowadzących śledztwo. Innych dowodów winy poza pomówieniem nie ma.
Dyko
Kaleka poruszający jedynie głową trafił do aresztu wydobywczego do Zakładu Karnego w Czarnem. Przebywał tam3 miesiące właściwie bez opieki medycznej. Zaszczuty, źle traktowany, poniżany i doprowadzony prawie do śmierci, miał przyznać się do winy. Nie przyznał się. Prokuratura skierowała akt oskarżenia. Lisowski właśnie stanął przed Sądem Okręgowym w Świdnicy. To znaczy wwieziono go na salę rozpraw wózkiem inwalidzkim. 16 kwietnia rozpoczął się proces przeciwko niemu. Ma odpowiadać za handel narkotykami, fałszywymi dolarami oraz przewóz dragów i uranu (w nogawce spodni!) przez granicę. Miał to robić kilkanaście lat temu aż do 2005 r., choć praktycznie był wtedy (i nadal jest) rośliną.
Ponoć dokonywał tych przestępstw także w czasie gdy leżał w śpiączce. 16 maja Lisowski ma usłyszeć wyrok.

Zwierzęta z klatki
Środa, 18 kwietnia 2012 r., godz. 9.30, Sąd Okręgowy w Świdnicy. Przed salą rozpraw na wózku czeka Lisowski z ojcem i bratem. Tata podaje mu wodę, wyciera pot z twarzy. w sądzie robi się zamieszanie. Ktoś zobaczył dziennikarzy i kamerę. Szybko przychodzi więc kilku policjantów. Robią prowizoryczną blokadę z ławek przed wejściem do sali rozpraw. Zaczyna się przeszukanie dziennikarzy. Mamy zdjąć kurtki, wyjąć wszystko, co posiadamy, moja torebka zostaje przetrząśnięta.
Po wejściu do sali szokujący widok. Za kratami, w klatce zamkniętej na kłódkę, siedzą jak groźne zwierzęta trzej oskarżeni dowiezieni z aresztu. Siedzą, bo znają oskarżonego Lisowskiego. Jeden przywoził mu pizzę i czasami go karmił, drugi był jego kolegą. Trzeci jest dorzucony jak wisienka na torcie. Wskazany przez świadka koronnego jako żołnierz Lisowskiego, zupełnie nieznany mu człowiek.
Wraz z pierwszym świadkiem wchodzi czterech rosłych facetów w kominiarkach i z bronią przy boku. Obstawiają drzwi, jeden staje w rozkroku przy wózku sparaliżowanego człowieka. Śmiać się czy płakać?
- Jak świadek poznał Marka Lisowskiego? - zadaje pytanie sędzia Maciej Jedliński. Zaczyna się szopka.

Sparaliżowany chodził
Jedliński
Świadek z wyrazem twarzy śpiącego pawiana i na poziomie intelektualnym muszki owocówki mówi, że dobrze zna oskarżonego Lisowskiego. Kupował od niego amfetaminę. Spotykali się w lesie, Lisowski przyjeżdżał samochodem. Zawsze przyjeżdżał sam. Wysiadał z samochodu, podchodził, brał amfę, płacił i odjeżdżał. Według świadka Lisowski to bardzo wysoki mężczyzna. Tymczasem obecni na sali zerkają na skurczone, zdeformowane od 22 lat ciało Lisowskiego, które drży na wózku. Prokurator z dezaprobatą kręci głową. Nie tak miało być! Sędzia zaś łapie się za głowę. Prosi świadka, żeby rozejrzał się po sali i wskazał Lisowskiego. Ten go jednak nie rozpoznaje. Innych oskarżonych też nie zna. Sędzia pomaga więc świadkowi.
- Czy poznał pan kiedyś osobę niepełnosprawną? - pyta sędzia Jedliński i uporczywie patrzy w stronę wózka.
- Może jednak ktoś taki kupował od pana narkotyki? I może był to Marek Lisowski?
Prokurator Dyko kiwa głową. Świadek pod nosem duka, że może i tak. Sędzia dyktuje do protokołu: Znam niepełnosprawnego, który kupował ode mnie narkotyki, to był Marek Lisowski, choć świadek wcale tak nie powiedział. Świadek dorzucił nawet, że ten niepełnosprawny nigdy od niego dragów nie brał. Ot, poznali się przypadkowo, towarzysko. Sędzia dobrodusznie pyta, czy może dlatego nie pamięta nazwiska, że ten niepełnosprawny miał jakąś ksywę. Świadek bąka: - Może.
Jedliński dyktuje do protokołu: Nie pamiętam dokładnie nazwiska tego niepełnosprawnego, bo miał on pseudonim.
- Jaki? Świadek zerka na prokuratora i odpowiada: - "Paralita".
zdjęcie z rozprawy
Sędzia Jedliński po raz kolejny każe spojrzeć na salę i rozpoznać Lisowskiego. Świadek nadal go nie rozpoznaje, choć Lisowski jest 1,5 metra od niego. Sędzia każe popatrzeć w lewo, gdzie siedzi inwalida, ale świadek nadal nikogo nie rozpoznaje.
Wreszcie Jedliński pyta: - Czy zauważył świadek osobę niepełnosprawną na sali? Na wózku inwalidzkim. Czy świadek ją rozpoznaje?
Prokurator z aprobatą kiwa głową. Świadek mówi więc, że go wcześniej widział.
Sędzia Jedliński każe ojcu Lisowskiego podwieźć go wózkiem pod nos świadka i zwraca się do chorego: - Panie Marku Lisowski, czy pan jest "Paralita"?
Świadek doznaje olśnienia. Tak, teraz jest pewny, to jest Marek Lisowski, tylko wtedy był chudszy. Prokurator jest zadowolony. Uśmiecha się do świadka. I sędzia też z uśmiechem dyktuje do protokołu zgrabne zdania świadka, których wcale nie wypowiedział.

Dwupiętrowy parter
Przyszła pora na odczytanie zeznań świadka złożonych przed prokuratorem. Kolej na szopka. Bo choć świadek czterokrotnie nie rozpoznał oskarżonych siedzących w klatce, to w zeznaniach przed prokuratorem twierdził, że zna ich wszystkich bardzo dobrze. Ba, pił z nimi, handlował narkotykami, bronią, jeździł na panienki. Poza tym to oni przywozili do niego "Paralitę". Ci sami, którzy dziś siedzą w sali, a świadek nie wie, kto to. Rozpoznaje tylko tego, który z Lisowskim w żaden sposób nie jest związany. Zna go dobrze, spał w jego domu. Gdy ów rozpoznany pyta, skąd niby on miałby go znać i jak wygląda dom, w którym on spał, świadek zaczyna opowiadać. Zapamiętał kort tenisowy, to, że był tam straszny bałagan i że ten dom to była parterówka.
- Wysoki Sądzie, mój dom jest dwupiętrowy i ma jeszcze bardzo wysoki spadzisty dach. Mogę pokazać zdjęcia. Ani na podwórku, ani nigdzie w okolicy nie ma kortu tenisowego. Nie wiem, gdzie miałby się zmieścić, skoro mam tylko 7 arów działki. Poza tym mieszkam z mamą, która jest strasznie pedantyczna i nigdy w życiu bałaganu w swoim domu nie widziałem - odpowiedział dobry znajomy świadka.
Dodał, że on świadka pierwszy raz widzi na oczy. To samo stwierdzili pozostali oskarżeni. Ten, który miał przywozić samochodem Lisowskiego po narkotyki, dodał, że nie mógł tego robić, bo z powodu jakiegoś schorzenia nawet nie ma prawa jazdy.
Świadek rozbieżności nie wyjaśnił, a sędzia o nie się nie dopytywał. Miał rozpoznanie Lisowskiego, zgrabnie stworzoną w protokole wypowiedź i więcej nie potrzebował.
- Widzi pan rozbieżności w swoich zeznaniach? Przecież zeznawał pan 4 miesiące temu... - rzucił Jedliński do świadka.
- Widzę - roztropnie odpowiedział świadek.
- Wie pan, skąd się one wzięły?
- Nie.
Widzę pewne rozbieżności w moich zeznaniach, ale dziś nie wiem, skąd one się wzięły, mogłem mniej pamiętać - podyktował protokolantce sędzia.
Pozostali świadkowie byli zgodni. Nigdy nie widzieli, żeby Lisowski miał nadmiar pieniędzy, a już na pewno nie fałszywych. Nie sprzedawał im narkotyków. Ci, którzy siedzą za kratkami to ludzie, którzy czasem się nim opiekowali, pomagali mu zjeść lub usiąść. Trzeciego nigdy z Lisowskim nie widzieli. Owszem, Lisowski przejeżdżał przez granicę, bo ma obywatelstwo niemieckie, a w Niemczech lepszą opiekę medyczną. O Lisowskim mówią dobrze. Podziwiają go za pogodę ducha pomimo kalectwa.
Tych świadków sędzia załatwiał szybko i o nic więcej nie pytał.

Prokurator bez uczuć
Marek Lisowski miał pozwolenie od lekarza na branie udziału w rozprawie, ale sąd musiał mu zapewnić bardzo częste przerwy, miał być w pozycji leżącej i przesłuchania nie mogły trwać dłużej niż 2,5 godziny. Rozprawa trwała od 9.30 do 14.00, Lisowski nie miał żadnej przerwy i był trzymany w pozycji siedzącej. Siedział przy nim cały czas ojciec, który podtrzymywał go, gdy tracił siły. Co chwila ocierał mu twarz, podawał wodę i próbował ogrzać, gdy Lisowski drżał.
- Czy nie boi się pan, że oskarża pan niewinnego człowieka? - zadaliśmy pytanie prokuratorowi Jarosławowi Dyce. - Czy nie żal go panu? Przecież więzienie to dla niego kara śmierci.
- Ja nie kieruję się uczuciami, nie czuję żadnego żalu. Mnie interesują dowody - burknął.
- Dowody czy pomówienia?
- Zeznania - rzucił przez zęby, po czym zapytał, czy przypadkiem nie jest nagrywany. - Zresztą on pójdzie do więzienia w Niemczech, nie w Polsce - dodał. Aja to zrozumiałam tak: będzie mu lepiej niż w polskim mamrze. Cała rozprawa została nagrana. Słowo i obraz.
- To, co zobaczyłem i usłyszałem, nie wymaga komentarza - powiedział Kazimierz Pawelec, doktor prawa, autor książek prawniczych i podręczników prawa. - Nie sposób komentować protokołu, który nie odzwierciedla faktycznego przebiegu rozprawy. Zgodnie z ustawą świadkowi należy zagwarantować swobodę wypowiedzi, a nad rzetelnością procesu ma czuwać przewodniczący. Pytania, które tu padały, powinny być natychmiast uchylane. Protokół musi być tworzony bez stylizacji zeznań. O tym wielokrotnie wypowiadał się Sąd Najwyższy. Ma być przekazany wiernie i dosłownie.
Nawet wulgaryzmy mają być ujęte, jeśli świadkowi się wyrwało. A już sugerowanie bądź zadawanie świadkowi sugerujących wypowiedzi jest nie tylko niedopuszczalne, ale jest naruszeniem prawa. Nie wspominam już o niedopuszczalnym czterokrotnym okazywaniu oskarżonego. Przecież to jest oczywiste. Mówi o tym ustawa, mówią też autorytety prawnicze, że wystarczy wspomnieć profesorów Kalinowskiego, Cieślaka, Skrętowicza. To jest osobny przedmiot zajęć ze studentami prawa.
Być może cała ta farsa przed świdnickim sądem byłaby śmieszna, gdyby w grę nie wchodziło ludzkie życie. Sparaliżowany Lisowski umrze w więzieniu, do którego na siłę chcą go wsadzić prokurator Dyko i sędzia Jedliński.

Sędzia podejrzanym
Sędzia Jedliński kilkakrotnie próbował usunąć mnie z sali. Pewnie dlatego, że pisałam o nim i o jego sposobie prowadzenia rozpraw. Pisał do redakcji, żądając sprostowania i strasząc.
Tym razem sędzia Jedliński nie będzie mógł powiedzieć, że nie powiedział tego, co powiedział lub że nie zrobił tego, co zrobił.
Cechujące prokuratorów i sędziów poczucie bezkarności sprawiło, że tym razem cała rozprawa była nagrywana, zresztą za zgodą sądu. Teraz kopia trafido prokuratury, która musi z urzędu wszcząć postępowanie przeciwko sędziemu, rozpoczynając od wniosku o uchylenie immunitetu. Ciekawe, czy prokurator to zrobi i dlaczego nie?

Joanna Skibniewska

czwartek, 14 marca 2013

Siedzieć na leżąco (NIE 11/2012)

Siedzieć na leżąco cz. I:  http://skibniewska.blogspot.com/2013/03/siedziec-na-lezaco-nie-72012.html

 Sparaliżowanego od 22 lat człowieka zamknięto w Zakładzie Karnym w Czarnem. Przeżył gehennę. 

Przyszli po niego przed siódmą rano. Mówili, że zabierają go do lekarza. Wiedział, że jest w kiepskim stanie. Dopiero opuścił niemiecką klinikę. Wiedział, że lekarz - tak jak poprzednio - nie zgodzi się na tak długą podróż. Tymczasem wbrew przepisom nie zbadano go, tylko wrzucono na nosze i wpakowano do samochodu, który pojechał do Polski. Do więzienia w Czarnem. Zastosowano areszt tymczasowy.
Jechał 14 godzin bez jedzenia, picia, ciepłego ubrania w mróz. Gdy na granicy polsko-niemieckiej odbierali go polscy policjanci i przenosili do drugiej karetki, jeden powiedział do drugiego:
- Chyba tu kogoś popierdoliło.
Marek Lisowski to więzień od 22 lat. Więzień własnego ciała. Po wypadku samochodowym jest całkowicie sparaliżowany. Ma porażenie czterokończynowe. Tylko stabilizator, czyli metalowa płytka w karku, utrzymuje mu głowę w pionie. Ma ubytki w kręgosłupie. Po 22 latach leżenia przykurcze w rękach i nogach oraz zanik nieużywanych od lat mięśni powodują, że jego ciało jest zdeformowane.
- Jeszcze wszyscy pójdziemy za niego za kraty - powiedział na granicy policjant do policjanta.
W drodze do kogoś dzwonił. Prawdopodobnie do prokuratury. Mówił, że to miał być gangster, a nie roślina, że w karetce powinien być lekarz, że boi się jechać z nim bez fachowej opieki. Lekarza nie dostał.

Żeby było regulaminowo
Gdy Lisowskiego wniesiono do Zakładu Karnego w Czarnem, przyjmujący go powiedział:
- Ja takiego nawet w telewizji nie widziałem.
Ktoś rzucił mu więzienny mundurek. Wyszeptał, że nie może założyć. Podano mu piżamę, żeby się ubrał.
- Ma być regulaminowo.
Potem wezwano więźniów pracujących w ambulatorium. Kazano go ubrać i zanieść do celi.
- Nie umiem go wziąć. Boję się. Połamiemy go - mówili przerażeni, ale nikt ich nie słuchał. Chwycili go jak worek, rzucili na łóżko, w którym Lisowski spędził następne 3 miesiące.

Żeby wiedział, kto tu rządzi
Lisowski nie jest w stanie sam zrobić siku. Trzeba go parę razy dziennie cewnikować. Podobnie nie ma perystaltyki jelit. Brak odruchu parcia moczu i kału to normalne zjawisko u pacjentów z porażeniem. Ale wystarczy pobudzić pewne miejsce w okolicy odbytu, żeby chory się wypróżnił. Zawsze robił to ojciec albo brat. Oni także od lat go cewnikowali. Lisowski prosił o opróżnienie pęcherza. Nikt jednak nie umiał go cewnikować.
- Rżnij w łóżko. Nie rozumieli, że nawet tego Lisowski nie zrobi sam. Musiał poczekać do rana. Gdy wył z bólu i czuł, że zaraz pęknie mu pęcherz, więzienny lekarz założył mu cewnik. Do połowy. I tak fachowo, że siknęła krew. Próbował parę razy. Po kilku dniach Lisowski sygnalizował, że musi zrobić kupę.
- No to sraj. Lekarz nie rozumiał, że chory nie ma odruchu parcia.
- Zjedz na noc jabłuszko - doradził chirurg Roman Potaż.
Nawet cały sad nie przywróciłby Lisowskiemu perystaltyki jelit, ale żaden więzienny medyk nie mógł tego pojąć. Przez 10 dni Lisowski prosił o pomoc. Powiedział, że wystarczy pobudzić mu odbyt, ale usłyszał, że nikt mu tu nie będzie robił dobrze. Jedenastego dnia, gdy chory był już spuchnięty i wciąż nie mógł się wypróżnić, pielęgniarka postanowiła pokazać kto tu rządzi.
- Pani Kasia. Nie chcieli podawać nazwisk. Nie zapomnę tego do końca życia... - mówi dziś Lisowski. Wezwała pracujących więźniów i kazała go zanieść do łaźni. Prawie zupełnie nagiego, gdy wszyscy wokół nosili kurtki. Było wtedy tak zimno, że wodę mineralną trzeba było stawiać na kaloryfer, żeby nie zamarzła.
- Możesz tu siedzieć nawet do czwartku, mam czas - powiedziała pani Kasia. Był poniedziałek.
Po czym wezwała innych więźniów żeby stali obok, bo... boi się, że on jej coś zrobi.
Lisowski nie wie, ile czasu był tam goły, poniżony i sponiewierany. A pani Kasia siedziała w kurtce, opatulona kocem, machając nogą.
- Czy wiecie, że dla mnie zapalenie płuc to śmierć - zapytał, dygocząc z zimna.
- Wiemy - odpowiedziała pielęgniarka. Po kilku godzinach bezowocnej próby zmuszenia go do wypróżnienia Lisowski zemdlał. Wtedy wrzucono go z powrotem do celi. Kupę zrobił po 14 dniach.
 - Po tym to nawet nieboszczyk by się w trumnie zesrał - rzucił lekarz, gdy podawał mu jakiś lek.
I faktycznie - chory myślał, że umrze. Długo leżał w odchodach, zanim ktoś mu pomógł.
- Będę miał odleżyny - powiedział do lekarza.
- Pawiany też mają czerwone dupy i im wesoło - usłyszał.

Żeby nie robił herbatki
Jego cela miała nad drzwiami czerwoną lampkę, bo było to w więziennym szpitalu. Gdy chory potrzebował pomocy, mógł wcisnąć guzik i żarówka się świeciła.
- Masz możliwości jak panisko - poinformowali go pracownicy więzienia. Ale Lisowski nie miał czym przycisnąć. Jego ręce leżały bezwładnie wzdłuż ciała. W celi było jeszcze dwóch chorych. Jeden też sparaliżowany, ale ze sprawnymi rękami. To on wzywał lekarza, gdy Lisowskiego trzeba było cewnikować. Zwykle długo czekali. Raz w ogóle nikt nie przyszedł.
- Ups, zepsuło się światełko - powiedziała pielęgniarka. - Popatrzcie, jakie badziewie.
Ktoś wykręcił żarówkę.
Drugi niepełnosprawny czasem podawał mu ciepłą herbatę, karmił, przykrywał, gdy w celi było prawie tak samo zimno jak na dworze. I pisał Lisowskiemu listy. "Ja tutaj umrę" - dyktował Lisowski. Na wniosek wychowawcy przeniesiono tamtego do innej celi. Gdy Lisowski prosił dyrektora, żeby kolega wrócił, ten stwierdził, że nie może ingerować w decyzje wychowawcy.
- Wiesio tu panu herbatki robił nie będzie - uzasadniła wychowawczyni. Podobno Lisowski raz nie powiedział jej dzień dobry. A chamów ona tępi...
"Wnioskuję o ukaranie osadzonego Marka Lisowskiego za złe odnoszenie się do personelu" - tak napisał ordynator szpitala więziennego, bo Lisowski powiedział mu, że nie zna się na porażeniu czterokończynowym.
- Nigdy do nikogo nie odnosiłem się źle - zapewnia Lisowski. Za złe odnoszenie się odebrano mu prawo do paczek. Potem karano go jeszcze parę razy. Bo ich pouczał i sam nie chciał srać. Zabrano telewizor, radio i krople przeciwbólowe, bo podobno zawierały narkotyk.
Oblewano mu członek spirytusem przed cewnikowaniem, żeby wysterylizować. Ale nie wszyscy byli tacy.
- Klawisze mieli resztki litości. Dwóch pielęgniarzy miało serce. Pani Irenka była człowiekiem. Ale lekarze dyżurni umywali ręce. Kiedyś jeden powiedział: "Ty nas w to nie mieszaj. Mamy tylko dopilnować, żebyś nie umarł w Czarnem. W razie czego mamy cię skierować do cywilnego szpitala. Góra kazała".

Żeby góra była zadowolona
Góra to prokurator Jarosław Dyko z Wrocławia.
Dyko
- Wy się nad nim nie litujcie. On dostanie 12 lat. To zbrodniarz, seryjny morderca - tak powiedział Dyko do jednego z lekarzy, gdy ten powiedział, że to nie jest miejsce dla takiego człowieka (sąś wiadkowie tej rozmowy). Prokurator powiedział, że Lisowski ma kulę w kręgosłupie, bo strzelał do ludzi. Ot, mafijne porachunki. Dlatego jest sparaliżowany.
Lisowski siedział z pomówienia. Świadek koronny ze Świdnicy w zamian za wolność powiedział, że Lisowski to herszt gangu, szmuglujący narkotyki, wymuszający haracze, handlujący fałszywymi dolarami. Miało się to dziać wtedy, gdy Lisowski był już sparaliżowany, gdy go wielokrotnie operowano, gdy przebywał w szpitalu, a nawet gdy był w śpiączce. Prokurator powiedział, że jeśli się przyzna, wróci do domu rodziców, do normalnej całodobowej opieki. W celi personel miał go zmiękczyć.
Lisowski ma podwójne obywatelstwo - polskie i niemieckie. w klinice w Ingolstadt jest stałym gościem. Gdy prokurator Dyko występował o jego deportację, zapewnił rząd niemiecki, że Lisowski będzie miał całodobową opiekę lekarską, że stworzy mu najlepsze warunki.

Żeby już nikogo nie dręczyć
Marek Lisowski jest obecnie w klinice w Niemczech.
- To nienormalne - powiedzieli niemieccy lekarze z kliniki w Ingolstadt o jego gehennie w polskim więzieniu. - Niech pani to opisze. Nikogo nie wolno tak dręczyć.
Nie trzeba być lekarzem, żeby stwierdzić, że Lisowskiego traktowano gorzej niż zwierzę.
Mężczyzna jest jedną wielką odleżyną. Z pośladków i pachwin leci mu krew. Pod pachami ma rany. Sika krwią. Według dokumentacji medycznej wykonanej zarówno w polskim, jak i niemieckim "wolnościowym"szpitalu, chory przyszedł z więzienia w Czarnem zakażony paciorkowcem, gronkowcem i grzybicą.
Przez 3 miesiące miał stan zapalny dróg moczowych. Ma powiększone obie nerki, znacznie powiększoną wątrobę. Krocze poranione, zwichnięte oba barki, stabilizator w karku najprawdopodobniej uszkodzony. Zupełnie co innego jest w dokumentacji medycznej z więzienia. Tam lekarz Marek Szuba napisał, że w więzieniu "wdrożono zabiegi pielęgnacyjne i rehabilitacyjne". Napisał też, że chory "odmawiał opieki i leków".
- To bzdura - mówi Lisowski.
- Marek Lisowski miał zapewnioną opiekę na wyższym poziomie niż inni osadzeni - zapewnił rzecznik zakładu karnego Ryszard Włodyka. Nie chciał podać nazwisk ordynatora szpitala ani dyrektora. Stwierdził, że to tajemnica. Podobnie powiedziała pielęgniarka.
Rzecznik prasowy Centralnej Służby Więziennej Barbara Prus zapewnia, że zgłoszone przez nas zajścia w zakładzie karnym w Czarnem zostaną sprawdzone. Po przeprowadzeniu kontroli zostaniemy poinformowani o jej wynikach.

Żeby o tym opowiedzieć
Lisowski
Lekarze mówią, że kryzys najprawdopodobniej minął i Lisowski będzie żył.
- Jestem gotów na każdą konfrontację z tamtejszym personelem, bo to nie tylko o mnie chodzi, ale o wszystkich, którzy tam przebywają.
O sytuacji Marka Lisowskiego napisałam w "NIE" nr 7/2012. Artykuł "Siedzieć na leżąco" ukazał się 10 lutego. Tego samego dnia dyrektor więzienia wysłał pismo do sądu, że nie jest w stanie zapewnić Lisowskiemu należytej opieki w więzieniu. Zaraz potem sąd zwolnił za kaucją Lisowskiego z aresztu. Lisowski wyszedł z więzienia w Czarnem w stanie krytycznym. Został przewieziony do kliniki w Ingolstadt w Niemczech.

Joanna Skibniewska

SIEDZIEĆ na leżąco (NIE 7/2012)


Gdzie jest granica dla wszechwładzy prokuratora i sędziego? 
 
Jarosław Dyko
Marek robi pod siebie jak zwierzę. Od listopada nie był na powietrzu, bo nie ma kto go ubrać. Nie ma komu go umyć, a gdy biorą go pod prysznic, to rzucają nim jak workiem. Tylko czekać kiedy go upuszczą. Taki gryps z aresztu w Czarnem doszedł do Ryszarda Lisowskiego, brata Marka. Pisał współwięzień Marka. Marek umiera w celi.
Zakład Karny Czarne jest jednym z najcięższych więzień w Polsce. Jest tu też oddział aresztu śledczego. Bo "zwykłe"areszty są przepełnione.
- On jest szary z brudu, cuchnie, ma odleżyny. Ma wysoką gorączkę. 2 tygodnie nie robił kupy, sika krwią. Od trzech dni nic nie jadł. Litości. Mnie już brak łez - mówi ojciec Marka.
Widział go parę dni temu. Płacze.
- Tato, jeśli jeszcze tydzień przeżyję, to będzie dobrze, tak mi powiedział - dorzuca. W rozmowie z nami dyrektor więzienia ppłk Janusz Damrat zapewnia, że Lisowski dostał szpitalne łóżko, materac, ma opiekę lekarza i pielęgniarki. Relacje rodziny i współwięźniów są inne. Prokurator Jarosław Dyko z Prokuratury Apelacyjnej we Wrocławiu we wniosku o areszt Marka Lisowskiego argumentował, że to jedyny możliwy środek zapobiegawczy. Bo podejrzany mężczyzna na pewno ucieknie. Według niego to niebezpieczny przestępca.
 Ucieknie? Marek Lisowski jest całkowicie sparaliżowany od 22 lat. Rusza jedynie głową. Jest skazany na całodobową pomoc innych.

***
Przeciwko Lisowskiemu zeznawali świadkowie koronni. I to na podstawie ich zeznań człowiek trafił do aresztu. Świadkowie ci znani są naszym Czytelnikom. Krzysztof P. i Daniel B. - rzezimieszki ze Świdnicy, którzy uciekając przed odpowiedzialnością, poszli na współpracę z prokuraturą. W zamian za ułaskawienie powiedzą wszystko. Na zeznaniach tych dwóch gangsterów świdniccy i wrocławscy prokuratorzy robią wyniki i dostają awanse. To, że obaj świadkowie kłamią, wielokrotnie już udowodniły pomówione przez nich osoby. W Jeleniej Górze toczy się przeciwko nim postępowanie o składanie fałszywych zeznań. Dla prokuratora Dyki nie ma to jednak żadnego znaczenia. Krzysztof P. i Daniel B. mówią, że Lisowski w 2000 r. przewoził narkotyki z Holandii. "Co najmniej 100 gram marihuany" i amfetaminę. Twierdzą też, że zapłacił swojemu koledze za remont domu rodziców fałszywymi dolarami. Rzekomo oszukany kolega tego nie potwierdza, ale prokurator wierzy koronnym. Zarzuca Markowi kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą handlującą narkotykami i rozprowadzającą fałszywe banknoty dolarowe.

 ***
Prokurator wysłał za Markiem Lisowskim list gończy, bo Lisowski mieszka w Niemczech. Ma podwójne obywatelstwo. Pierwszy wniosek o ekstradycję nie przyniósł efektu. Lekarz sądowy z Niemiec nie pozwolił na transport Lisowskiego do Polski ze względu na jego fatalny stan zdrowia. Napisał jasno, że transport w takim stanie zagraża jego życiu. Ale Dyko nadal słał wnioski. Pisał, że podejrzany będzie miał w Polsce należytą opiekę medyczną, że będzie pod opieką pielęgniarki przez całą dobę, że będzie miał zapewnione leczenie i rehabilitację. Lisowski przebywał w stanie ciężkim w szpitalu i nie zdążył odwołać się od wniosku wrocławskiego prokuratora. Tydzień potem przyjechali po niego policjanci i prokurator. Powiedzieli mu, że najpierw jadą do lekarza na badanie. Lisowskiego wrzucili na nosze i pojechali. Prosto do Polski na dołek. Gdy pytał, czemu nie jadą do lekarza, kazali mu się zamknąć.
Co Lisowski robił w roku 2000? ? Głównie leżał - mówi ojciec. Miał wtedy sporo zabiegów. Był trochę w Polsce, trochę w Niemczech. Do Holandii nie jeździł. Rodzina pamięta, że kiedyś pojechał do Holandii, bo szukał samochodu, który mógłby przewozić niepełnosprawnych. Ale nie wiedzą kiedy. Twierdzą, że na pewno nie było to 12 lat temu.
Z Krzysztofem P. i Danielem B. znali się jeszcze ze szkoły. Nawet pożyczył B. sporą kwotę pieniędzy. Ale tamten nie chciał oddać. Gdy Lisowski postraszył go sądem, B. powiedział: - Jeszcze o mnie usłyszysz. Krzysztof P. jest znany świdnickiej policji od wielu lat. To on organizował fabryki amfetaminy na tym terenie. W Pszennie znaleziono przy nim 14 kg amfetaminy. Zakładał też fabrykę w Cierniach koło Świebodzic.
To nie są ciepłe misie. Opowiadali o pobiciach, haraczach i zleceniach morderstwa, w których mieli brać udział. I od 4 lat wsadzają ludzi do aresztów.
Brat Marka, Ryszard, dostał od niego list z aresztu. Cały pokreślony przez prokuratora i z pieczątką "ocenzurowano". Ale niektóre zamazane zdania da się odczytać. To, co zapewniano ze strony polskiej, jest fikcją; Mówią, że im tu zawadzam, że dla takich nie ma tu miejsca; Powiedzieli mi, żebym srał pod siebie; Nie wymieniają mi cewnika. Jakie rewelacje były napisane w tych fragmentach zamazanych całkowicie, nie zdołaliśmy odczytać.
Po tym liście brat zaczął interweniować w prokuraturze. Dostał drugi list przekazany przez innego więźnia. Nieocenzurowany. Wstrząsający: Po twojej interwencji mam przejebane. (...) mówią, że nie są tu po to, żeby mi robić dobrze. (...) nawet do zwierząt bym ich nie dopuścił. (...) plują na mnie. Prokurator powinien wysłać do osadzonego biegłego lekarza. Tymczasem u niego nikogo nie było i nikt go nie badał.
 W ramach nagrody dostał nowego współwięźnia. Gwałciciela recydywistę.
- Ciekawe, czy jak ci zatkam nos i usta poduszką, to wtedy ruszysz łapami i nogami? - zapytał po wejściu do celi.
*** 
Marek Lisowski jest obywatelem Niemiec. Co robi konsul w jego sprawie? Nic. Z nami panienka z konsulatu w Gdańsku nawet nie chciała rozmawiać. Znudzonym głosem powtarzała, żebyśmy przysłali pytania faksem. Sam konsul nie może nic zdziałać, dopóki Marek Lisowski... nie podpisze się osobiście pod prośbą o interwencję.
 Prokurator chce mnie zmusić, żebym przyznał się do tego, o czym nie mam pojęcia. Wtedy mnie wypuści. Jak nie, to zdechnę - napisał w grypsie współwięzień za Lisowskiego. Śmierć Lisowskiego byłaby na rękę prokuraturze. Zeznania świadków koronnych, na podstawie których świdniccy prokuratorzy opierają dziesiątki aktów oskarżenia, to kolos na glinianych nogach. Lada chwila się zawali i wszystkie te prokuratorskie awanse i niesłuszne areszty szlag trafi. Martwy podejrzany to więcej niż tylko podejrzany. Z takiego można zawsze zrobić herszta gangu. A tego potrzebuje prokurator Dyko.
Czy sąd w Świdnicy da się po raz kolejny nabrać prokuraturze na naciągany wniosek o przedłużenie aresztu dla Lisowskiego., dowiemy się już w poniedziałek. Bo wtedy odbędzie się posiedzenie sądu w tej sprawie. Sedzia albo da szanse człowiekowi, albo skaże go na smierć.

Joanna Skibniewska