Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzysztof Schwartz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzysztof Schwartz. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 marca 2013

Zdrapka (NIE 22/2012)

Jarosław Dyko

Nie jest prawdą, że pan prokurator Jarosław Dyko jest kurwą.
Jarosław Dyko i Stanisław N. znają się od dzieciaka. Obaj mieszkali w Jaworzynie Śląskiej, razem chodzili do szkoły. Potem obaj wstąpili do policji. Dyko był dzielnicowym, potem poszedł do dochodzeniówki. Chciał się kształcić, wystąpił więc do przełożonego o skierowanie go do szkoły oficerskiej.
- Nie widzę cię w tym. Ty sam sobie jesteś wrogiem, nie masz przyjaciół, znajomych, z nikim nie potrafisz współpracować - powiedział mu szef. Na "oficerkę" go nie skierował. Dyko policję znienawidził. Marzył o zawodzie prokuratora. Poszedł na prawo. Niedługo potem był już w prokuraturze rejonowej.

Siedzieć za pięć dych
Poza pracą w jednej komendzie Dyko i N. mieszkali na jednym osiedlu. Gdy Ruscy wynieśli się ze Śląska, pozostało po nich opuszczone osiedle. Ileś mieszkań dostała policja. Dyko i N. także. Mówili sobie "cześć", ich synowie chodzili razem do szkoły, grali na jednym boisku. Pewnego dnia Dyko nie odpowiedział na przywitanie. Niedługo potem kazał do siebie mówić "panie prokuratorze". Synowi zakazał się bawić z synem N., bo to bandyta.
Ruszyło śledztwo na podstawie zeznań świadka koronnego, który oskarżył N., że wziął od niego 50 zł za jakąś policyjną ochronę. Dariusz N., jak wielu innych pomówionych policjantów, został zatrzymany. Przez 16 miesięcy nie wykonano wobec niego żadnej tzw. czynności procesowej. Pierwsze widzenie z żoną dostał po 17 miesiącach. Postępowanie prowadził przyjaciel Jarosława Dyki, prokurator Krzysztof Schwartz.
Poza pomówieniem koronnego, nie było przeciwko N. żadnych dowodów. W pierwszej instancji został uniewinniony. Prokurator złożył zażalenie na decyzję sędziego. Sprawę zwrócono do ponownego rozpatrzenia. Wtamtym postępowaniu też coś się nie podobało prokuratorowi. Zażalenie, apelacja. Skutek: postępowanie przed sądem toczy się 6 lat. Może byłoby to zabawne, gdyby nie fakt, że N. został wyrzucony z pracy, odebrano mu prawo do policyjnej emerytury i kompletnie zrujnowano. No i Dyko go nie lubi ...

Drapać za darmo
Dariusz N. pamięta ten dzień. Może dlatego, że przez rok ciągle musiał opowiadać, co wtedy robił. Poszedł po zakupy do pobliskiego sklepu Biedronka. Chyba nawet pamięta, co kupował. Żeby było szybciej, szedł na skróty obok bloku, w którym mieszkał Dyko. Po miesiącu dostał wezwanie na przesłuchanie. Poszedł. Nieźle się uśmiali z kolegami, gdy zobaczyli, o co prowadzi postępowanie świdnicka prokuratura. Chodziło o zdrapkę nad domofonem w bloku, w którym mieszka Dyko. Ktoś wydrapał napis: Dyko ty kurwo. Poszkodowany twierdził, że zrobił to N. Świadkami prokuratora byli jego syn i żona. Syn widział podejrzanego z żółtą reklamówką koło bloku, żona w zasadzie nic nie widziała, ale Dariuszowi N. źle z oczu patrzy. Sam prokurator wie, że to musiał być on, bo zawsze gdy koło niego przechodzi, to widzi, że N. chce mu coś powiedzieć, ale nie mówi. I dlatego wydrapał.
Prokuratura, w której pracował Dyko, nie tylko wszczęła postępowanie, ale objęła sprawę ściganiem za groźby karalne. Nawet nie zauważono, że w zwrocie Dyko ty kurwo nie ma żadnej groźby.

Badać za tysiące
Prokuratura powołała biegłego do zbadania zdrapki. W tempie ekspresowym. Gdy normalnie na badanie biegłego czeka się 1,5 roku, tak tu już po 3 tygodniach była opinia. Ale powołanie biegłego miało swoje dobre strony - terapeutyczne. N. lewą i prawą ręką, dużymi i małymi literami, legalnie pisał w prokuraturze Dyko ty kurwo! Wielokrotnie powtarzany równoważnik zdania, będący materiałem porównawczym, działał na niego kojąco.
Zaraz po opinii biegłego postawiono Dariuszowi N. zarzuty.
- Biegły stwierdził, że to najprawdopodobniej pan napisał - stwierdził prokurator.
Tymczasem opinia biegłego mówi, że nie sposób dokonać rzetelnej analizy. Tym bardziej że Dyko z rodziną ścierał napis wielokrotnie. Wiadomo, wstyd!
 Stanisław N. ma ogromne doświadczenie jako śledczy policjant. Wiedział, że zakrawa to na paranoję. Nawet gdyby znaleziono drapacza, jest to jedynie wykroczenie, a nie przestępstwo. Zwykły akt wandalizmu, zresztą na niewielką skalę, bo napis był mały, nawet załatanie elewacji kosztowałoby może stówę.

Tymczasem prokuratura robiła kolejne ekspertyzy. Kolejne i kolejne. I w żaden sposób nie można było potwierdzić, że to N. drapie po świdnickich murach.

Prokuratura wydawała tysiące na kolejne badanie zdrapki. Gdy śledztwo umarzano z braku dowodów, Dyko pisał zażalenie, znajomy sędzia kazał prowadzić sprawę dalej i zbierać kolejne dowody. I tak postępowanie trwało rok. Wreszcie Dariusz N. wywalczył przeniesienie postępowania do prokuratury, w której nie pracuje Dyko. Dopiero tam ktoś szeroko otworzył oczy i umorzył nikomu niepotrzebne i kosztowne śledztwo.

czwartek, 7 marca 2013

Sędzio, spójrz mi w oczy (NIE 49/2011)

Sędzio, spójrz mi w oczy

 1. 
Sędzia Tomasz Białek ze świdnickiego sądu okręgowego zarzucił nam, że nie powinniśmy pisać o domniemanym przyjęciu przez sędziego łapówki od gangstera, bo sprawę badano i zeznania świadka koronnego, który o tym mówił, uznano za niewiarygodne. Zaraz potem pan sędzia stwierdził, że zeznania świadka koronnego zeznającego przeciwko "gangowi bokserów" też były badane i nikt ich nie zakwestionował. Otóż pan sędzia zapomniał wyjaśnić, że to był ten sam świadek i zeznawał w związku z tą samą sprawą. Ba, nawet mówił to tego samego dnia. Wygląda na to, że jest niewiarygodny, gdy zeznaniami pogrąża sędziego, a wiarygodny, gdy zeznaje przeciw innym osobom. Sędzia pisze do nas, że zeznań tych nigdy nie podważano. Nie wspomina o tym, że prokuratura w Poznaniu prowadzi postępowanie w sprawie fałszowania tych protokołów (VDs46/11/S prowadzi prokurator Boksińska). Bo są tam powtórzenia i wklejki (co jasno wykazał grafolog w ekspertyzie), a całe postępowanie przed sądem toczyło się jedynie w oparciu o kserokopie protokołów zeznań świadka. Oryginałów zeznań nigdy nie pokazano, choć strony występowały o nie przez lata.

2. 
Sędzia twierdzi, że bezpodstawnie czepiamy się prowadzonego przed sądem postępowania przeciwko bokserom, bo powodem skierowania sprawy do ponownego rozpatrzenia były "wyłącznie" względy proceduralne. Ale nie wspomina o tym, co to za względy. Mianowicie sędzia Jedliński prowadzący rozprawę "nie zauważył", że pełnomocnik świadka koronnego mecenas Bokszczanin był także adwokatem trzech oskarżonych. Bronił Stanisława S., Piotra T. Alberta F. i paru innych podsądnych wtedy, gdy był pełnomocnikiem świadka koronnego Daniela B. i mówił mu, co ma zeznawać przeciwko innym podopiecznym tego adwokata. Zarazem sędzia prowadzący tamto postępowanie nie zwrócił uwagi na to, iż na rozprawie obrońcą oskarżonego był substytut, który nie miał prawa reprezentować nikogo przed sądem. Doprawdy to nie proceduralne drobiazgi spowodowały skierowanie sprawy do ponownego rozpatrzenia.

3. 
Sędzia Białek uważa, że skłamaliśmy, pisząc: sędzia Maciej Jedliński sypał wyrokami. Policjantom zniszczył życie. Według Białka sędzia wcale nie zniszczył im życia, bo w sprawie, w której jako oskarżeni występowali byli policjanci, najsurowsze kary to 6 lat pozbawienia wolności. Czyli to tylko 6 lat! Pryszcz! Wcześniej były areszty, utrata pracy, utrata dobrego imienia itp. A wszystko to na podstawie bardzo wątpliwych dowodów albo zupełnie bez nich.

4. 
Podobno napisaliśmy nieprawdę, że sędzia Jedliński skazał Stanisława S. i Piotra T, bo sędzia Jedliński nigdy nie orzekał w sprawie. No, proszę. A my mamy wyrok, gdzie przewodniczącym składu sędziowskiego był Jedliński. Sędzia Białek "zapomniał? napisać, że sprawę "gangu bokserów" podzielono na wiele wątków. Odbywało się więc parę procesów przed sądem. W zaledwie jednym z nich nie sądził Jedliński, ale sędzia Pędziwiatr. I tę akurat sygnaturę akt przywołuje sędzia Białek. W pozostałych przewodniczącym składu był jak najbardziej Jedliński.

5. 
Podobno nieprawdą jest, że w ponownym procesie są ci sami ławnicy, którzy już raz orzekli winę oskarżonych. Może sędzia Białek nie rozpoznaje ludzi? No to my informujemy, że obok sędziego siedzą znów ławnicy: Józef Kostrzewa, Ryszard Oślizło, Elżbieta Dudziak, którzy siedzieli obok sędziego Jedlińskiego przy sprawie dotyczącej korupcji, jakiej miał się dopuszczać gang wobec policjantów, tak dobrodusznie skazanych tylko na 6 lat.

6. 
Podobno napisaliśmy nieprawdę, że policjanci siedzieli w areszcie 6 lat. Ale my tak nie napisaliśmy! Napisaliśmy, że bokserzy siedzieli tyle. A niektórzy nawet więcej?

7. 
I ostatnia kwestia, w tej sytuacji niezwykle istotna. Podpisany pod listem do "NIE" sędzia Tomasz Białek to przewodniczący składu sędziowskiego, który obecnie orzeka w postępowaniu przeciwko domniemanemu "gangowi bokserów". Na razie nie ma on prawa wypowiadać się w kwestii oceny dowodów! Jak widać, już na początku toczącego się postępowania wie, czy oskarżeni są winni, czy nie. Już dziś wydaje na nich wyrok. A to dyskwalifikuje sędziego.

8. 
Prokuratura Okręgowa w Świdnicy pisze, że zeznania świadka koronnego wcale nie są tajne. Czemu więc oskarżeni otrzymywali od prokuratora referenta odpowiedzi odmowne, gdy chcieli zapoznać się z oryginalnymi zeznaniami świadka? Czemu one są opatrzone klauzulą "tajne"? Prokuratura twierdzi nawet, że świadek koronny musi być znany wszystkim stronom postępowania. To po co otrzymuje nową tożsamość? Do świdnickiego sądu przywożono świadka koronnego na przesłuchanie śmigłowcem i zamaskowanego. Dla zabawy? Prokurator parę zdań dalej zaprzecza sam sobie. Pisze, że dane świadka są jednak tajne i że taki delikwent otrzymuje nowe dane osobowe, żeby go ci, których oskarżał, nie dopadli w ciemnym kącie.

9.
 Podobno nieprawdą jest, że prokuratorzy Schwartz i Rzeczycka-Jarosz prowadzili razem postępowanie przygotowawcze w sprawie gangu bokserów. Prokurator uzasadnia to tym, że referentem postępowania był prokurator Schwartz, a Rzeczycka-Jarosz zajmowała się jednym z wątków postępowania. Czy więc "NIE? kłamie, podając, że prowadzili je razem?

10. 
Ponoć przesłuchiwany przez prokurator Rzeczycką-Jarosz przestępca wcale nie uciekł wtedy, gdy pani prokurator go zostawiła samego w pokoju. Uciekł w jej obecności. I prokuratura nie widziała nic niewłaściwego w czynności procesowej przeprowadzonej przez tę prokurator. Po pierwsze, informacje o ucieczce pochodzą od świadków zdarzenia, którzy jasno mówią, że prokurator Rzeczycka-Jarosz wyszła "na siku" w trakcie przesłuchania. Jest ich wielu i są wiarygodni. Policjanci dowożący gościa na przesłuchanie uprzedzali panią prokurator, że powinni być podczas rozmowy, bo przesłuchiwany będzie chciał uciec. Ba, zrobili nawet stosowną notatkę służbową. Rzeczycka-Jarosz ich odprawiła, a gangster zwiał. Po drugie, jeśli nie znaleziono nieprawidłowości w sytuacji gdy bandyta ucieka w trakcie przesłuchania przez prokuratora, to przestępcy mają słodkie życie. Tylko chodzić na przesłuchania.

11. 
Prokurator twierdzi także, że nieprawdziwe jest nasze twierdzenie, że Daniel B. nie może być świadkiem koronnym. Może być, a my to głupki i się nie znamy na ustawie o statusie świadka koronnego. Informujemy więc, że Daniel B. w swoich zeznaniach obszernie opowiada o tym, jak miał wykonać zlecenie zabójstwa. A każdy choćby podejrzany o naruszenie art. 148 kk nie może mieć statusu świadka koronnego (zgodnie z ustawą). Tymczasem Daniel B. ma. Poza tym zgodnie z ustawą musi zwrócić zagrabioną kasę, a poszkodowanym przez niego delikwentom "wynagrodzić krzywdy". A Daniel B. ani nic nie oddał, ani niczego nie wynagrodził.

12.
Prokuratura odniosła się też do artykułu "Jak wsadza pedofil" o zniszczonych przez nią lekarzach z Wałbrzycha. Najważniejszą kwestią w piśmie prokuratury jest to, że teza, iż stał za tym Ziobro, jest nieprawdziwa. Zapraszamy więc prokuratorów do obejrzenia konferencji prasowej wyemitowanej w telewizji publicznej, na której Ziobro opowiadał o tej sprawie. Mówił o swoim "sztandarowym sukcesie" (10maja 2006 r.).

13. 
Podobno napisaliśmy nieprawdę, że w tym postępowaniu był świadek koronny. Ale my nie napisaliśmy, że taki tam był. Napisaliśmy, że Maciej G. współpracował z prokuraturą.

14. 
 Prokurator twierdzi, że Maciej G. nie obciążał innych. Zapewniamy, że w trakcie 136 przesłuchań, z którymi mieliśmy okazję się zapoznać, mówi zupełnie co innego.

15.
 Podobno nie oskarżano go o załatwianie lewych zaświadczeń lekarskich. To co znaczą zarzuty prokuratorskie, które mu postawiono w tej kwestii? Przed sądem nie stanął jako oskarżony tylko dlatego, że się zabił.

16. 
Prokurator napisał też, że napisaliśmy nieprawdę w kwestii śmierci G. Według niego napisaliśmy w artykule "Jakwsadza pedofil", że Maciej G. się powiesił. Prokurator pouczył nas i napisał: "zmarł w dniu 16.08.2006 r. W wyniku zamachu samobójczego". Szanowna Prokuraturo, otóż nie napisaliśmy, że Maciej G. się powiesił. Napisaliśmy dokładnie: Aż pewnego dnia zabrakło głównego świadka oskarżenia. Gralec popełnił samobójstwo. Wydaje nam się, że to to samo, co śmierć "W wyniku zamachu samobójczego".

17.
 Prokurator stwierdził też, że nieprawdą jest, iż "miejscowi adwokaci trafiali za kratki". Ponieważ zatrzymano TYLKO dwóch miejscowych adwokatów. No to trafiali za kratki czy nie?

18. 
Podobno informacje w artykule "Jak wsadza pedofil" są nieścisłe, bo było wiele dowodów winy lekarzy, a nie, jak napisaliśmy - ŻADNE poza rewelacjami nieżyjącego już bełkoczącego w pijanym widzie, chorego psychicznie świadka. Według prokuratora dowodem były historie choroby pacjentów. Ależ napisaliśmy o tym! To fragment naszej publikacji: "Mam siedemdziesiątkę, jestem po dwóch zawałach. Przesiedziałem prawie miesiąc" - mówi pacjent Gralca. Siedział, bo Schwartz uznał, że wyłudził od ZUS rentę, gdyż wcale nie był chory. On, prokurator, to wie, bo czytał w internecie, że opisane przez lekarza objawy są inne. Poza tym on wcale nie dyszy, czyli nie miał żadnego zawału. EKG, echo serca i inne badania mówiące jasno o przebytych zawałach nic dla prokuratora nie znaczą. Według niego to zwykła ściema. Takich pacjentów jest wielu. Według prokuratora - wyłudzaczy i oszustów. Większość aresztowanych to rocznik 1944-45. Wszyscy z wieloletnią historią choroby wieńcowej. Jeden z zatrzymanych miał w ciągu 8 lat 3 zawały, 5 razy poszerzano mu naczynia wieńcowe, a niedawno miał wszczepione by-passy. Ale według Schwartza jest on zdrowy.

19.
 Podobno Maciej G. nie zostawił listu pożegnalnego, w którym mówi, że kłamał, składając zeznania. Prokuratura napisała, że znalezione przy nim listy "miały charakter osobisty" i były skierowane do bliskich. I to akurat jest prawda! Bo list ten był skierowany do najbliższych, był osobisty i autor przepraszał w nim tych, których skrzywdził. Oraz tych, których kłamliwie pomówił.

Joanna Skibniewska

Jak zjeść policjanta (NIE 40/2011)


Na zamówienie ziobrzystów z uczciwych policjantów zrobiono mafię.
 
Sąd w Świdnicy 
Kiedy los się śmieje? Kiedy złodziej złodzieja okradnie. Albo kiedy prokurator zrobi z policjantów zorganizowaną grupę przestępczą.
Dziękuję panu za wzorową i pełną poświęcenia pracę w zwalczaniu przestępczości zorganizowanej, za sukcesy, osiągnięcia, poniesione ryzyko oraz konsekwencję w realizacji tak trudnej misji. Pielęgnowane przez pana słowa ślubowania, służebność wartościom zapisanym w Konstytucji stały się wzorem dla kolejnych pokoleń policjantów. Tak żegnał odchodzącego na emeryturę podinspektora ze śląskiego CBŚ Jana M. jego przełożony. Bo M. to stara szkoła. Twardy był. Jak mantrę powtarzał, że winny musi ponieść karę. Kimkolwiek by był. Wiele przeszedł, przystawiali mu pistolet do głowy, podmieszkanie podkładali bombę. 

Wzorowy świadek
Podobnie nadkomisarz Jarosław P. Naczelnik Wydziału Kryminalnego. Razem pracowali na najgorszym odcinku. Granice czesko-polska i niemiecko-polska to ciężki kawałek chleba. Jeszcze niedawno ginęło tu rocznie około 20 osób. Liczbę przeszmuglowanych aut i kilogramy kokainy obaj znają na pamięć. Samochodami zajmował się policjant Mariusz K. Przymknął niejednego pasera i przemytnika.
 Dlatego, gdy wezwani przed oblicze prokuratora mieli odpowiedzieć, czy wzięli łapówkę od jednego z bandytów, myśleli, że to żart, że są w ukrytej kamerze. Kiedy zapytali o dowody, usłyszeli, że to nie ich sprawa (!), ale prokuratura ma świadka.
Zaczęli szukać na własną rękę. Okazało się, że świadkiem jest dobrze znany im bandyta, menel i ćpun. Daniel B., gość, który od lat im donosił! Wiedział jednak, że jeśli dokona przestępstwa i kogoś skrzywdzi, wtedy go przymkną. I żadnej ulgowej taryfy nie będzie. Daniel B. wpadł. Więc go posadzili. Winny musi ponieść karę - skwitował jego błagania o wsparcie Jan M. Wtedy usłyszał: Ty będziesz siedział, a bandyci będą ruchać ci żonę. Niedługo potem koledzy policjanci donieśli, że w komendzie ktoś mu szyje buty.

Pogromca lekarzy
Prokurator Krzysztof Schwartz to pogromca... policjantów, adwokatów i lekarzy. Tak jak chciał Ziobro. Daniel B. okazał się dla niego skarbem. Zagrożony 20-letnimwyrokiem był gotów iść na każdą współpracę. Prokurator zrobił z niego świadka koronnego, choć Ustawa o świadku koronnym nie dopuszcza do współpracy z bandytą tego pokroju. Drugim świadkiem koronnym był Krzysztof P. Gość, którego M. i P. zamykali. Bandzior zajmujący się produkcją narkotyków, haraczami i kontrolą śląskich burdeli. Idealny w roli koronnego.
 Pomawiającym jest Daniel B. Podobno jego gangsterski pryncypał Stanisław S. dał M. 25 tys. zł. Nie wiadomo za co i nie wiadomo, gdzie ani jak. Policjantowi Jarosławowi P. miał dać używanego laptopa i kamerę, nie wiadomo, kiedy i jakiej marki. Mariuszowi K. zaś ponoć dał telefon komórkowy. Wypasiony. Z czasem kwota pieniędzy zmniejszyła się do 5 tysięcy, kamera zniknęła z zeznań, a telefon K. okazał się służbowym aparatem typu sagem. Ale haki już były. Mariusza K. od razu zawieszono w czynnościach służbowych i wsadzono do aresztu. Starsi funkcjonariusze byli już na emeryturze, więc wystarczyło napiętnować ich jako łapówkarzy. Prokuratura miała więc same sukcesy. W Bielsku-Białej znaleziono wówczas ośmiornicę sędziów (dziś wiadomo, że to kompletna bzdura, ale kilku osobom zniszczono życie), a w okolicach Wrocławia miała się pojawić mafia policjantów. Śląsk miał być oczyszczony z mafii węglowej, czyli Blidy. Mikrofony na konferencjach prasowych Ziobry grzały się do czerwoności. Jan M. był wytykany palcem jako łapówkarz. Pisała o nim lokalna prasa. Prawa ręka nadinspektora Adama Rapackiego, podwładny nadinspektora Henryka Tusińskiego, znakomity policjant, pogromca "grupy zachód", gość, który rozpracował 5 największych przygranicznych gangów zabijających ludzi, był chłopcem do bicia. Jarosław P. przeszedł poważny zawał serca. Mariusz K. gnił w mamrze, nic nie rozumiejąc.
Odwoływali się i pisali wszędzie. O tym, że to skandal, że świadkowie koronni kłamią, że są niewiarygodni. Pisali, kim są świadkowie koronni. Do Prokuratury Krajowej, do ministra Sprawiedliwości Krzysztofa Kwiatkowskiego. Wszyscy pisma przekazywali? prokuratorowi Schwartzowi, żeby odpowiedział. Uznano jednak, iż postępowanie powinno toczyć się poza okręgiem świdnickim. Efektem była zmiana świdnickiego Schwartza na prokurator Karolinę Rzeczycką Jarosz z Prokuratury Okręgowej w Świdnicy.
Ta pani wielokrotnie wykazała się niezwykłą wprost inteligencją. W trybie jawnym przesłuchiwała wieloletniego, zarejestrowanego przez policję agenta. Chłop powiedział w postępowaniu, że od dawna należy do grupy przestępczej, żeby donosić policji. I bierze za to kasę. Jego zeznania poznali bandyci. Skończyło się tym, że koledzy o mało go nie zabili. Cały czas wisi nad nim i trójką jego małych dzieci wyrok bandytów.

Bystra jak woda w stawie
Postanowiła też przesłuchać bandziora, któremu kazała zdjąć kajdanki. Policjanci uprzedzali, że gość jest niebezpieczny i może uciec. Nie zmieniło to decyzji Rzeczyckiej-Jarosz. Kazała policjantom opuścić pokój. Po chwili wyszła, zostawiając przesłuchiwanego w pokoju. W tym czasie bandyta zwiał przez okno. Delikwenta wciąż szukają.
Wykazała się też wyjątkową pracowitością. Po 4 latach od zabezpieczenia kamery i laptopa, które to rzekomo Stanisław S. dał Jarosławowi P., przesłuchała tych, których P. wskazał jako właścicieli sprzętu. Przyznali, że to ich rzeczy. W przypadku Jana M. nie robiła nic. Poza odrzucaniem wszystkich jego wniosków. Specjalnie za to traktowała świadka koronnego Daniela B., przedstawiając mu protokoły z zeznań obu podejrzanych policjantów. Daniel B. przyznał, że to po to, żeby wiedział, co ma zeznawać. Schwartz i Rzeczycka-Jarosz pracowali ręka w rękę. Tylko oni wiedzieli, że zeznania Daniela B. są warte funta kłaków. Według niego funkcjonariusz, któremu Stanisław S. dawał łapówkę, był kędzierzawym 40-latkiem. Tymczasem Jan M. ma ze 20 lat więcej, łysą pałę, a kędzierzawy to był może w dzieciństwie. Dlatego utajnili zeznania B. I robili cyrk. Świdnica była zablokowana, gdy B. miał być przesłuchiwany. Policyjne suki, ochrona, a nawet helikopter przywoziły gościa przed ich oblicze. Bo ważnego świadka trzeba chronić. I tak przez 4 lata. Śledztwo przeciwko Janowi M. zamknięto. Nie znaleziono dowodów jego winy. Przeciwko Jarosławowi P. wciąż się toczy, ale odkąd wiadomo, że ani laptop, ani kamera nie mogły być przedmiotem łapówki, to prokuratorzy zaczęli szukać w komputerze lewych programów. Czegokolwiek, byleby wyjaśnić wiele lat bezsensownego wydawania pieniędzy i gnojenia człowieka. Na razie nic nie znaleźli. Duet Schwartz i Rzeczycka-Jarosz w tym samym czasie prowadził postępowanie przeciwko "gangowi bokserów ze Świdnicy. Na podstawie zeznań tych samych świadków koronnych. Prokuratorzy preparowali dowody winy przeciwko podejrzanym, co stwierdził Sąd Najwyższy. Pisaliśmy o tym w artykule "Szyci bandyci" ("NIE" nr 11/2011).
 Sprawy prowadzone przez tych prokuratorów często sądzi sędzia Maciej Jedliński. Dziwnie sądzi, o czym też pisaliśmy we wspomnianym artykule. Zawsze udowadnia, że świadkowie koronni są wiarygodni. Ciekawe, czy wie o zeznaniu, w którym Krzysztof P. opowiada o przyjmowaniu łapówek przez sędziego Jedlińskiego (protokół przesłuchania świadka z 3.04.2007 r. sygn. Akt Ap II Ds. 5/06)?Ale to temat na osobny artykuł. A na budynku świdnickiego sądu widnieje curantes iura iu vant, czyli prawo sprzyja tym, którzy o nie dbają.

Jak ściemniają organa (NIE 49/2011)


Jak ściemniają organa

Po kilku naszych publikacjach otrzymaliśmy z Sądu Okręgowego i Prokuratury Okręgowej w Świdnicy pisma z żądaniami zamieszczenia sprostowania. Nie spełniają one warunków sprostowania, ponieważ wbrew temu, co twierdzi świdnicka prokuratura i sąd, napisaliśmy prawdę. Zdecydowaliśmy zamieścić je jednak jako teksty polemiczne i odnieść się do nich. Pisma te nie tylko zarzucają "NIE" kłamstwa, ale zawierają rozmaite pokrętne wyjaśnienia, mieszają wątki.
Uważamy, że to celowe. w żadnym z nich nie odniesiono się bowiem do meritum sprawy. A jest ono takie:
otrzymaliśmy znalezione na wrocławskim śmietniku kopie zeznań świadka koronnego. Materiały tajne. Napisaliśmy o tym. Przesłuchano autorkę artykułu. Wysłano do redakcji policję po znalezione dokumenty z żądaniem ich wydania. Odmówiliśmy oddania kompromitujących prokuraturę i sąd w Świdnicy dowodów, bojąc się, że trafią do tej samej prokuratury, a ta sprawę zamiecie pod dywan. Wystąpiliśmy do Prokuratora Generalnego, aby wskazał inną prokuraturę w kraju, której moglibyśmy oddać materiały. Przez kilka tygodni nikt nie zainteresował się tą sprawą. W pismach, które przytaczamy, nikt nie zająknął się na temat, jak to się właściwie stało, że protokoły zeznań świadka koronnego znalazły się na dostępnym z ulicy śmietniku.

 Redakcja 

PS Kolorem czerwonym wyróżniliśmy ewidentne nieprawdy, kolorem zielonym zdania nie mające związku z naszymi tekstami.

"Jak wsadza pedofil"("NIE" nr 43/2011)
http://skibniewska.blogspot.com/2013/03/jak-wsadza-pedofil-nie-432011.html
(...) "Prokuratura Okręgowa w Świdnicy na podstawie ustaleń operacyjnych Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu od 2000 roku prowadziła śledztwo w sprawie wyłudzania świadczeń rentowych i innych z ZUS Oddział w Wałbrzychu na podstawie fałszywych lub poświadczających nieprawdę  dokumentów wystawianych przez lekarzy, a także wręczenia i przyjmowania W tym celu korzyści majątkowych przez osoby pełniące funkcje publiczne, fałszowania dokumentacji medycznych oraz poświadczania w nich nieprawdy. Śledztwo to przez media zostało określone jako sprawa "wałbrzyskiej ośmiornicy". Czynności w tym śledztwie od początku powierzono do wykonania Komendzie Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu Wydziałowi ds. Walki z Korupcją. Nieprawdziwa jest zatem przedstawiana przez J. Skibniewską teza, że śledztwo to zostało zainicjowane w czasie, gdy Ministrem Sprawiedliwości i Prokuratorem Generalnym był Zbigniew Ziobro. (...)Od września 2007 roku śledztwo dotyczące wyłudzania świadczeń z ZUS i popełnianych w tym celu innych przestępstw, kontynuowane jest w Prokuraturze Okręgowej w Świdnicy. Nieprawdziwa jest informacja, że w śledztwie tym był ustanowiony świadek koronny. Na żadnym etapie omawianej sprawy świadek taki nie występował, nigdy nie był nawet w tej kwestii kierowany wniosek do sądu (zgodnie z ustawą z dnia 25 czerwca 1997 r. o świadku koronnym o nadaniu statusu świadka koronnego decyduje sąd okręgowy, po rozpoznaniu wniosku prokuratora). Jednym z istotnych dowodów we wskazanym śledztwie były natomiast wyjaśnienia jednego z lekarzy, który pełnił także funkcję lekarza orzecznika ZUS Oddział w Wałbrzychu - Macieja G. Maciej G. został zatrzymany 25.10.2004 r., a następnie tymczasowo aresztowany do 21.03.2005 r. Nieprawdziwa jest natomiast sugerowana przez autorkę artykułów informacja, jakoby Maciej G. zdecydował się na składanie wyjaśnień, w których obciążył tak siebie, jak i inne osoby o udział w przestępstwach, w celu uniknięcia odpowiedzialności za czyn o charakterze pedofilskim. Ani Prokuratura Okręgowa w Świdnicy, ani żadna z podległych jej jednostek nie prowadziła przeciwko Maciejowi G. śledztwa o tego typu przestępstwa. w czasie gdy sprawa "wałbrzyskiej ośmiornicy" prowadzona była w Prokuraturze Apelacyjnej we Wrocławiu, Maciej G. zmarł w dniu 16.08.2006 r. na skutek zamachu samobójczego. Nieprawdziwa jest natomiast informacja, że do zgonu doszło na skutek powieszenia się. Nieprawdziwa jest także informacja, jakoby Maciej G. pozostawił list czy też jakikolwiek inny dokument, w którym odwołałby swoje wyjaśnienia składane w toku śledztwa, z którego wynikałoby, że bezpodstawnie obciążył swoimi wyjaśnieniami inne osoby czy też kogokolwiek za takie zachowania przepraszał. Żaden tego typu dokument nie został także ujawniony podczas śledztwa prowadzonego przez Prokuraturę Rejonową w Wałbrzychu w sprawie nagłego zgonu Macieja G. Listy, które zostały sporządzone przez zmarłego i przy nim ujawnione, miały charakter wyłącznie osobisty i skierowane były do osób z kręgu jego najbliższych.  
W śledztwie ustalono, że zamach samobójczy miał związek z problemami rodzinnymi. Nieprawdziwa jest również kolejna forsowana przez J. Skibniewską teza, jakoby w kierowanych przez prokuratora aktach oskarżenia wyjaśnienia Macieja G. były jedynym dowodem obciążającym osoby występujące w śledztwie w charakterze podejrzanych, w szczególności innych lekarzy. w sprawach tych wyjaśnienia Macieja G. stanowią jeden z wielu dowodów, obok dokumentacji medycznej, rentowej, zeznań świadków oraz wyjaśnień innych podejrzanych, zarówno lekarzy, jak i osób, które uzyskały i pobierały nienależne świadczenia z ZUS, w wielu przypadkach przyznających się do popełnienia zarzucanych im przestępstw i potwierdzających wyjaśnienia Macieja G. O wartości zgromadzonego materiału dowodowego świadczy najdobitniej fakt, że w okresie prowadzenia sprawy "wałbrzyskiej ośmiornicy? w Prokuraturze Okręgowej w Świdnicy, w latach 2002-2005 oraz 2008-2011 skierowano do różnych sądów 18 aktów oskarżenia, obejmujących 367 osób oskarżonych. Do chwili obecnej prawomocnie zostało skazanych 277 osób, w tym11 lekarzy różnych specjalizacji. (...) Nie jest zatem prawdziwe, a co najmniej jest nieścisłe stwierdzenie, że sprawy przeciwko aresztowanym lekarzom są dziś umorzone. Nie polega także na prawdzie stwierdzenie J. Skibniewskiej, że "gdy w sprawie pojawiał się jakiś adwokat próbujący bronić lekarza, natychmiast G. był dodatkowo dosłuchiwany i przypominał sobie, że mecenas przekazywał mu łapówkę od jakiegoś pacjenta. Tak miejscowi adwokaci też trafili za kratki". Takie sformułowanie wypowiedzi wręcz narzuca wnioskowanie, że osób takich było wiele. Tymczasem wtoku omawianego śledztwa w maju 2006 roku istotnie zatrzymano pod zarzutem popełnienia przestępstw o charakterze m.in.korupcyjnym dwóch wałbrzyskich adwokatów, co do których prokurator wnioskował do sądu o zastosowanie tymczasowego aresztowania. Wątek śledztwa dotyczący obu adwokatów, decyzją Prokuratora Apelacyjnego we Wrocławiu, został w lutym 2008 roku przekazany do dalszego prowadzenia Prokuraturze Okręgowej w Jeleniej Górze. Wobec jednego z adwokatów śledztwo zostało umorzone w listopadzie 2009 roku. Wobec drugiego adwokata śledztwo zakończono skierowaniem w grudniu 2009 roku aktu oskarżenia o trzy czyny, co do istoty takie same, jak te pod zarzutem których był zatrzymany w 2006 roku. Sprawa przeciwko temu oskarżonemu toczy się przed Sądem Rejonowym w Dzierżoniowie.
Prokurator Prokuratury Okręgowej Ewa Ścierzyńska Rzecznik Prasowy 

"Jak zabija prokurator" ("NIE"nr. 40/2011 i 42/2011)
 http://skibniewska.blogspot.com/2013/03/jak-zabija-prokurator-nie-402011.html
(...) "Nieprawdziwa jest teza postawiona w tytułach artykułów Joanny Skibniewskiej opublikowanych w nr. 40 i 42 tygodnika - "Jak zabija prokurator", że świadek koronny nie jest znany uczestnikom postępowania z imienia i nazwiska. Pisząca, zapewne bez fachowej weryfikacji prawniczej, myli dwie instytucje procesowe polskiego prawa karnego tj. świadka koronnego, o którym stanowi ustawa z dnia 25 czerwca 1997 r. o świadku koronnym ze świadkiem anonimowym, o którym mowa w art. 184 kodeksu postępowania karnego. Świadek koronny jest osobą, która jako przestępca i członek zorganizowanej grupy, na określonych w ustawie warunkach może uniknąć odpowiedzialności karnej za popełnione przez siebie przestępstwa, w zamian za przekazanie organowi prowadzącemu postępowanie informacji, które mogą przyczynić się do ujawnienia okoliczności przestępstwa, wykrycia pozostałych sprawców, ujawnienia dalszych przestępstw lub zapobieżenia im. Zatem jest on osobą doskonale znaną swoim "kolegom", a w związku z tym jego ochrona polega na zapewnieniu mu i jego najbliższym ? przez właściwą jednostkę Komendy Głównej Policji ? bezpieczeństwa fizycznego. W związku z tym z chwilą nadania mu tego statusu nie przebywa ona w miejscu swojego dotychczasowego zamieszkania. J. Skibniewska nie zadała sobie trudu, by ustalić, że protokoły przesłuchań świadka koronnego mogą być udostępniane stronom i ich obrońcom, jak również mogą być sporządzane ich kopie bądź odpisy (za zgodą prokuratora lub sądu). Kolejna zatem nieprawdziwa informacja podawana w artykule to ta, że doszło w ten sposób do ujawnienia tajemnicy państwowej oraz insynuowanie, że odpowiedzialna za to jest prokuratura. Po nadaniu osobie statusu świadka koronnego, o czym decyduje sąd na wniosek prokuratora, jej dane osobowe nie są objęte tajemnicą państwową i są znane wszystkim stronom postępowania, a w przypadku prowadzenia rozprawy bez wyłączenia jawności ? także publiczności. Dane osobowe świadka koronnego są objęte tajemnicą państwową, ale tylko do czasu wydania postanowienia o dopuszczeniu dowodu z jego zeznań (art.23 pkt 1 ustawy z dnia 25 czerwca 1997 r. o świadku koronnym), a następnie dopiero po udzieleniu mu pomocy, gdyby wyposażono świadka w nowe dane osobowe (art.23 pkt 2 w zw. z art. 14). (...) Nieprawdziwe jest także stwierdzenie J. Skibniewskiej, że Daniel B. nie mógł być ustanowiony świadkiem koronnym, gdyż kwestię tę z urzędu badał Sąd Okręgowy w Świdnicy rozpoznający wniosek prokuratora w tym zakresie, w trybie art. 3 ustawy z dnia 25 czerwca 1997 r. o świadku koronnym. Nieprawdziwa jest informacja, że prokuratorzy Krzysztof Schwartz i Karolina Rzeczycka-Jarosz prowadzili wspólnie śledztwo w sprawie tzw. gangu bokserów, jak sprawę tę określały media. Postępowanie w tej sprawie zostało bowiem wszczęte w Prokuraturze Okręgowej w Świdnicy w 2004 roku, a następnie przejęte w2006 roku, do dalszego prowadzenia w prokuraturze Apelacyjnej we Wrocławiu oraz Wydziale Zamiejscowym we Wrocławiu Biura ds. Przestępczości Zorganizowanej ówczesnej Prokuratury Krajowej. Cały czas referentem tego śledztwa był prokurator Krzysztof Schwartz. Natomiast w tutejszej Prokuraturze prowadzone były postępowania w zakresie wątków wyłączonych z głównej sprawy dot. "gangu bokserów", które nadzorowała prokurator Karolina Rzeczycka-Jarosz oraz inni prokuratorzy świdnickiej prokuratury. Nieprawdziwa jest również informacja, że zbiegły z budynku tutejszej Prokuratury podejrzany Mariusz R. był pozostawiony przez prokuratora sam w pokoju przesłuchań. W rzeczywistości uciekł on w trakcie przesłuchania, wyskakując przez okno na tzw. wysokim parterze, a następnie sforsował ogrodzenie wokół budynku. Postępowanie służbowe w tej sprawie nie wykazało nieprawidłowości w postępowaniu prokuratora wykonującego czynność procesową z udziałem Mariusza R. (...) Nie są w końcu prawdziwe zniesławiające prokuratorów relacje J. Skibniewskiej, iż Sąd Najwyższy rozpoznając kasację od jednego z wyroków wydanych w sprawie "gangu bokserów" stwierdził, iż w toku śledztwa preparowano dowody winy przeciwko podejrzanym. W rzeczywistości Sąd Najwyższy wskazał na uchybienia natury proceduralnej mające miejsce wtoku rozprawy, a skutkujące uchyleniem wyroku jedynie wobec Stanisława S. i Piotra T. i 5 innych osób, spośród 41 oskarżonych w tej sprawie. Wymienieni oskarżeni nie byli bowiem należycie reprezentowani na kilku rozprawach, gdyż w zastępstwie głównego obrońcy stawił się na rozprawie nieuprawniony do występowania przed sądem okręgowym aplikant adwokacki.
Prokurator Prokuratury Okręgowej Ewa Ścierzyńska Rzecznik Prasowy 

"Tajemnice ze śmietnika" ("NIE"nr 44/2011)
http://skibniewska.blogspot.com/2013/03/tajemnice-ze-smietnika-nie-442011.html 
(...) Autorka artykułu pisze: "Sędzia Maciej Jedliński uznaje jednak zeznania Daniela B. za wiarygodne. Nie każe mu zeznawać, bo wie, że B. nie wydukałby nawet połowy tego, co jest w zeznaniach sporządzonych przez prokuratora.? To informacja nieprawdziwa. W sprawie o sygn. akt IIIK232/09,w której oskarżeni byli m.in.byli policjanci i w której rzeczywiście orzekał sędzia Maciej Jedliński, świadek koronny Daniel B., przed przystąpieniem do odczytywania mu zeznań złożonych przez niego w śledztwie, zeznaje sam na dwóch terminach rozpraw, co łącznie zajmuje 33 strony protokołów. Podobnie ma się rzecz w sprawie o sygn. akt IIIK154/06, w której oskarżeni byli m.in. Stanisław S. i Piotr T. w tej jednak sprawie sędzia Maciej Jedliński nigdy nie był członkiem składu orzekającego. Autorka dalej pisze: "Sędzia Maciej Jedliński sypał wyrokami. Policjantom zniszczył życie, uznając ich winnymi zarzucanych przez prokuratora czynów". I dalej: "Rzekomi gangsterzy dostali po kilkanaście lat. Ale musieli tyle dostać, bo jak tu wytłumaczyć 6 lat aresztu. Sędzia Jedliński sądził tak sumiennie, że nie zauważył, iż trzech oskarżonych reprezentuje ten sam pełnomocnik co świadka koronnego". To również informacje nieprawdziwe. W sprawie, w której jako oskarżeni występowali byli policjanci, najsurowsze kary to 6 lat pozbawienia wolności. Nikt w tej sprawie nie był tymczasowo aresztowany przez okres 6 lat. Natomiast jak już powiedziano wyżej, w sprawie o sygn. akt IIIK154/06,w której rzeczywiście Stanisław S. i Piotr T. skazani zostali na kary przekraczające 10 lat pozbawienia wolności i w której wyrok został następnie uchylony w wyniku kasacji przez Sąd Najwyższy, nigdy nie orzekał sędzia Maciej Jedliński. Nie orzekał on tak samo nigdy w jeszcze innej sprawie, chodzi tu o sprawę o sygn. akt IIIK16/08,w której doszło do sprzeczności interesów z powodu występowania tego samego obrońcy. Autorka pisze również, jakoby Sąd Najwyższy "niektórych skazanych w ogóle uniewinnił z braku dowodów. Resztę wątków skierował do ponownego rozpatrzenia. Na 20 stronach uzasadnienia decyzji nie zostawił suchej nitki na prokuraturze zbierającej dowody i na sądzie, który bezkrytycznie dowody te przyjął jako wystarczające?. To informacje nieprawdziwe. Wyrokiem z dnia 19 maja 2010 r. Sąd Najwyższy, rozpoznając kasację, tylko oskarżoną Beatę O. uniewinnił od jednego ze stawianych jej zarzutów. Uchylił natomiast wyrok Sądu Okręgowego w Świdnicy co do 8 oskarżonych. W uzasadnieniu swojego wyroku Sąd Najwyższy odnosił się zaś wyłącznie do kwestii procesowych, za wyjątkiem jedynie tej części, która dotyczyła uniewinnienia Beaty O. od jednego z zarzucanych jej przestępstw, jednak nawet i w tym zakresie nie odnosił się do zeznań świadków, w tym świadków koronnych oraz ustaleń Sądu Okręgowego w Świdnicy dotyczących takich dowodów. Na zakończenie Autorka pisze: "Gang bokserów" jak pisały o nich lokalne media - znowu stoi przed sądem. Oskarżeni mają innego sędziego, ale ławnicy są ci sami co w poprzednim procesie". To informacja nieprawdziwa. Przy ponownym rozpoznaniu sprawy nie występują ci sami ławnicy, którzy występowali poprzednio, przed częściowym uchyleniem wyroku W wyniku kasacji przez Sąd Najwyższy. Natomiast faktycznie występuje w niej dwoje ławników, którzy orzekali we wspomnianej sprawie o sygn. akt III K 232/09,w której oskarżeni byli m.in. Stanisław S. i Piotr T., nie ma jednak ku temu żadnych przeszkód procesowych. (...)
Rzecznik Prasowy Sądu Okręgowego w Świdnicy Tomasz Białek

"Jak zjeść policjanta? ("NIE" nr 40/2011)
http://skibniewska.blogspot.com/2013/03/jak-zjesc-policjanta-nie-402011.html 
(...) Pragnę poinformować, że w sprawie domniemanego przyjęcia korzyści majątkowej przez sędziego Sądu Okręgowego w Świdnicy Prokuratura Apelacyjna we Wrocławiu prowadziła śledztwo, które w dniu 29 grudnia 2009 r. zostało prawomocnie umorzone. Natomiast zeznania świadków koronnych, które m.in.stanowiły jedne z kluczowych dowodów, będących podstawą wyroków skazujących w prowadzonych przez Sąd Okręgowy sprawach, były poddawane kontroli instancyjnej przez Sąd Apelacyjny we Wrocławiu, jak również przez Sąd Najwyższy, rozpoznający kasację w sprawie o sygn. akt III K 154/06. Zeznania te nigdy nie były kwestionowane, a powodem częściowego uchylenia wyroku w tej ostatniej sprawie i skierowania jej do ponownego rozpoznania były wyłącznie względy proceduralne.
 Rzecznik Prasowy Sądu Okręgowego w Świdnicy Tomasz Białek

TAJEMNICE ze śmietnika (NIE 44/2011)


Jedliński
Ambitny prokurator wymyśli wszystko, co chce usłyszeć od świadka.
- Co świadek wie o przestępczej działalności oskarżonych - pyta sędzia Jedliński. Młody człowiek zerka na kilkadziesiąt osób siedzących na ławie oskarżonych.
- Eeeeeee, yyyyyy, ja nieeeeee bardzo... - odpowiada.
- A może słyszał pan jakieś plotki? - dorzuca sędzia.
I na tym polega postępowanie przed sądem.

Koronny
Daniel B. został zatrzymany na gorącym uczynku. Zamknięto go. Od pierwszego dnia prokurator zaczął nad nim pracować. Danielowi B. groziło 20 lat odsiadki. Ale jeśli powie wszystko, co wie i pomoże prokuraturze, zostanie świadkiem koronnym, będzie miał ochronę i pensyjkę do końca życia. Długo nie trzeba było go namawiać. Sam B. niewiele rozumiał z całej tej gadki prokuratora.
- To tłumok - mówi jego dawny kolega, dziś jeden z wielu wrogów. Daniel B. skończył 6 klas szkoły specjalnej. Mówi prostymi zdaniami. W protokołach zeznań tego nie widać. Jego opowieść o działalności przestępczej znajomych płynie jak rwąca rzeka.
- Eeeeeee, yyyyyyy, czy mógłby sędzia przeczytać moje zeznania, co to ja dla prokuratora mówiłem, to ja to potwierdzę. Bo ja, eeeeeee, nie wiem teraz... - odpowiada, gdy sędzia chce, by złożył tak obszerne wyjaśnienia, jakie składał przed prokuratorem. I sędzia czyta. Godzinami. B. kiwa głową:
- Potwierdzam. Gorzej jest, gdy trzeba wskazać, którego z oskarżonych zna. Mówi, że dobrze zna jednego młodego policjanta. Wymienia go z nazwiska, rzuca nawet jakąś ksywę. Opowiada o tym, jak pił z nim wódkę. Jak o dupach gadali. Ale na sali tego gościa nie widzi. Nie ma go tu. Tymczasem siedzi pół metra od niego.
- Eeeeeeee, yyyyyyy, aaaaaa, no tak go sobie wyobrażałem - mówi, gdy policjant się przedstawia. Ma też problemy z datami. Podobno główny oskarżony wiózł jakiegoś gościa po narkotyki. Razem je potem przywieźli. Jest pewny daty. Pamięta szczegóły i jaka była wtedy pogoda. Zdziwiony jest, gdy okazuje się, że ten drugi w tym czasie odbywał karę w więzieniu.
Może więc było to pół roku później? Tak, na pewno pół roku. Jednak pogoda była inna. I znowu się zdziwił, bo tamten wciąż był wtedy w więzieniu. Kolory też mu się mylą. Opowiada, że pewna laska wielokrotnie wiozła amfetaminę granatowym maluchem. A ona miała czerwonego fiata. Albo bywał 16 razy w ciągu dnia w domu u oskarżone go. Nie pamięta, po co chodził tam tak często, ale widział w tym domu walające się na wersalkach narkotyki. Kilogramami. Dużo ich było, bo i dom duży. 4 piętra, kilkanaście pokoi. Tymczasem ten dom jest dwupiętrowy i pokoi w nim jak na lekarstwo, bo projekt był do dupy. Nie widział w tym domu nikogo poza babą oskarżonego. Szeroko otwierał oczy na wieść, że oskarżony ma dwoje małych dzieci, wtedy malutkich, które musiały być w domu. Szczególnie jeśli bywał tam 16 razy w ciągu dnia. Jedno pewnie raczkowało między paczkami narkotyków? Podaje, że oskarżony dał mu za narkotyki srebrne audi. Cacko. Dziwi się, gdy okazuje się, że oskarżony rok wcześniej sprzedał to cacko, na co ma stosowne kwity.

Celebryci
Tymczasem zeznania Daniela B. mają ogromny ciężar gatunkowy. Opowiedział na 300 stronach przesłuchań o swojej znajomości z gwiazdami Świdnicy. Piotrem Treczyńskim, wielokrotnym mistrzem Polski w boksie, i Stanisławem Staszukiem, też znanym polskim bokserem. Znał ich każdy świdniczanin. Chłopcy uczyli się u nich boksu. Treczyński od lat organizował wmieście międzynarodowe gale bokserskie. Miejscowi celebryci. Na takich PiS miał wtedy chrapkę. Daniel B. opowiadał o tym, jak Staszuk handlował narkotykami. Przeszukano 6 związanych ze Staszukiem adresów. Kilkunastu funkcjonariuszy z psem do wykrywania narkotyków. Nigdy nic nie znaleziono. Nawet fifki, wagi albo torebek foliowych do pakowania marychy. Przeszukali dom, firmę, klub, byłą żonę, obecną konkubinę, rodziców byłej żony, wszystkich bliskich i dalszych znajomych. Wygrzebano jednemu z kolegów 0,005 g marihuany z kieszeni. Nawet do fifki za mało. Ale zarzut postawiono. B. powiedział, że Staszuk przemycał narkotyki za granicę. Był 8 razy sprawdzany na granicy. Raz wybebeszono mu samochód. Nigdy nic nie znaleziono. Powiedział, że robił dla Staszuka lewe kolizje drogowe, żeby dostał odszkodowanie z PZU. Tymczasem Staszuk nigdy nie miał żadnej kolizji. Nigdy też nie występował o odszkodowanie do jakiegokolwiek ubezpieczyciela. Powiedział, że Treczyński i Staszuk ściągali haracze. Ale nie ma nikogo, kto by mówił, że im płacił. Podobno czerpali zyski z nierządu z klubu Ranczo. Tymczasem burdelmama nie wygląda na taką, która chciałaby się z kimkolwiek dzielić kasą. I mówi, że chłopcom, owszem, czasem płaciła, ale za ochronę panienek.
Sędzia Maciej Jedliński uznaje jednak zeznania Daniela B. za wiarygodne. Nie każe mu zeznawać, bo wie, że B. nie wydukałby nawet połowy tego, co jest w zeznaniach sporządzonych przez prokuratora.
Odczytuje je na sali sądowej. Raz tylko szybko przerzucił dwie strony protokołu.
- A, to nieistotne dla sprawy - rzucił szybko. Były to te fragmenty zeznań, w których Daniel B. mówił o tym, że sędzia Jedliński bierze 100 tys. zł za załatwioną sprawę. Ciekawe, czy w tej kwestii świadek też jest wiarygodny? Najciekawsza jest jednak praca prokuratorów - Krzysztofa Schwartza i Karoliny Rzeczyckiej-Jarosz. Tak bardzo zależało im na posadzeniu bokserów, że najprawdopodobniej sfałszowali przesłuchania świadka koronnego. Protokół przesłuchania świadka Daniela B. "zawiera znamiona dokumentu niejednorodnego " napisał grafolog powołany przez jednego z oskarżonych. Biegły stwierdził, że protokoły na stronach od 1 do 18 zostały podpisane przez świadka, ale już od strony 19 do 46 podpisy najprawdopodobniej sfałszowano. Tego nie podpisywał koronny. A w tej właśnie części zeznań znalazły się opowieści o największym ciężarze gatunkowym.
- Ja w tym czasie trenowałem swój podpis, bo ja nigdy nie podpisywałem nic tak dużo, jak teraz, to sobie trenowałem - tłumaczył w sądzie B. Ale i on powiedział, że na zeznaniach są nie jego podpisy. Według grafologa podrobione podpisy to jeszcze nie wszystko. Zwrócił on uwagę, że zeznania Daniela B. zostały zeskanowane i dołączone do różnych protokołów. Do stwierdzenia tego faktu niepotrzebny jest naukowiec. Te same zdania, te same błędy interpunkcyjne - przecinek w przecinek. Dokładnie to samo świadek miał mówić co jakiś czas przez kilka lat, odnosząc to do przeróżnych okoliczności. Raz brał udział w tym napadaniu i widział, jak jeden z oskarżonych bił, uderzał i straszył klamką. Parę lat później identyczne zdanie zostało wklejone do protokołu z zeznań dotyczące innego oskarżonego. Potem jeszcze innego. Takich kwiatków jest kilkadziesiąt. Widać to gołym okiem.

Sfora
Dobremu gangowi potrzebni są skorumpowani policjanci. Wiedział o tym prokurator. Daniel B. opowiada więc o policjantach. Jeden miał w 2001 r. wozić z nim narkotyki swoim nissanem. Tymczasem policjant kupił tego nissana pod koniec 2002 r. Miał też wziąć od niego 50 zł za przekazanie informacji o blokadzie. Prokurator postawił mu zarzuty mimo wszystko. Drugi miał bzykać za darmo prostytutki w zamian za donoszenie o tym, co wiedzą o nich policjanci. Gdy okazało się, że policjant nie przeleciał żadnej z panienek, prokurator musiał zmienić zarzut czerpania korzyści seksualnych na niedopełnienie obowiązku społeczne go, czyli niepowiadomienia organów ścigania, że tam jest burdel. Choć wszyscy w mieście wiedzieli, że tam dziewczynki nie grają w domino. Zarzucono mu także, że często bywał w kantorze u Treczyńskiego. I szeptał mu do ucha, za co Treczyński płacił. Nie zauważono, że z każdej wizyty jest raport i setki służbowych telegramów. Trzeci funkcjonariusz miał przekazać Danielowi B. paczkę od żony w zamian zamożliwość napicia się wódeczki z B. Funkcjonariusz faktycznie dał mu wtedy paczkę. Bo był dyżurnym i takie były jego obowiązki. Może i Daniel B. powiedział, że ma u niego kielicha, nie pamięta, ale z nim nie pił. Prokurator postawił mu zarzut korupcyjny za przyjęcie nieustalonej ilości alkoholu. Wszyscy pomówieni przez Daniela B. policjanci zostali natychmiast aresztowani. Niektórzy przesiedzieli nawet rok w aresztach. Bo mogli mataczyć.

Szantaż
Beata O. to konkubina Stanisława Staszuka. Trafiła do aresztu, gdzie była 2,5 roku. Gdy ją zatrzymano, młodsza córka miała 9 miesięcy, była jeszcze przy piersi. Druga córka szykowała się właśnie do komunii.
- Nie szkoda pani dzieci? Jak pani coś powie na męża, to wróci pani do córek, a jak nie, pójdą do domu dziecka - przekonywał prokurator Schwartz.
Gdy nie chciała nic powiedzieć o przestępczej działalności męża, skończyło się "paniowanie"?.
- Albo coś, kurwa, powiesz, albo cię zamknę! - skoczył do niej prokurator.
- Wybieraj: albo Staszuk, albo dzieci.
Prowadzono ją przez Wrocław w kajdankach, bez sznurówek, pod eskortą policji z ostrą bronią. Wyjęto jej nawet fiszbiny z biustonosza, bo to niebezpieczne. Dzieci nie trafiły do domu dziecka tylko dlatego, że policjant na przesłuchaniu powiedział jej, aby szybko napisała oświadczenie, że dziećmi ma zająć się babcia. Należy uznać ją winną z tego względu, że pozostaje w związku konkubenckim ze Stanisławem Staszukiem - napisał Schwartz we wniosku o zastosowanie aresztu, a potem w akcie oskarżenia. Stanisław Staszuk przesiedział w areszcie ponad 6 lat. Piotr Treczyński też 6. Obaj albo nie mieli w ogóle widzeń, albo mieli "przez pleksę". Podobnie Beata O. nie mogła zobaczyć dzieci. Policjanci też nie mogli widzieć nikogo. Żeby nie mataczyli.

Czyściciel
Sędzia Maciej Jedliński sypał wyrokami. Policjantom zniszczył życie, uznając ich winnymi zarzucanych przez prokuratora czynów. Czyli niedopełnienia obowiązku społecznego, przyjmowania kasy za szeptanie do ucha, wożenia narkotyków nieistniejącym samochodem i przekazywania paczki "na dołku?. Rzekomi gangsterzy dostali po kilkanaście lat. Ale musieli tyle dostać, bo jak tu wytłumaczyć 6 lat aresztu?
Sędzia Jedliński sądził tak sumiennie, że nie zauważył, iż trzech oskarżonych reprezentuje ten sam pełnomocnik co świadka koronnego. Nie widział sprzeczności interesów.
- Schwartz wyczyści Świdnicę, tylko nie zapomnij mówić na Treczyńskiego - mecenas Tomasz Bokszczanin mówił do świadka koronnego. Wtedy, gdy był też pełnomocnikiem Treczyńskiego. Dopiero Sąd Najwyższy w kasacji dopatrzył się, że w Świdnicy jest wolnoamerykanka.

Niektórych skazanych w ogóle uniewinnił z braku dowodów. Resztę wątków skierował do ponownego rozpatrzenia. Na 20 stronach uzasadnienia decyzji sędziowie nie pozostawili suchej nitki na prokuraturze zbierającej dowody i na sądzie, który bezkrytycznie dowody te przyjął jako wystarczające.
Gang bokserów - jak pisały o nich lokalne media ...znowu stoi przed sądem. Oskarżani mają innego sędziego, ale ławnicy są ci sami co w poprzednim procesie. Policjanci czekają na wyrok sądu apelacyjnego.

PS Zeznania świadka koronnego Daniela B. walały się przy śmietniku we Wrocławiu. Opisaliśmy to w dwóch publikacjach z cyklu "Jak zabija prokurator" (nr 40 i 42/2011).

"Jak zabija prokurator"

Jak wsadza pedofil (NIE 43/2011)


Sztuczna hodowla ośmiornic. Patent PiS-owski.
 
- Róbcie coś. Powiedziałem, że zamknęliśmy już 100 osób, a siedzi raptem 29 - powiedział prokurator Krzysztof Schwartz do funkcjonariuszy Centralnego Biura Śledczego po konferencji prasowej. 
Stał wtedy zadowolony przy ramieniu Zbigniewa Ziobry. Obaj chwalili się znalezieniem wałbrzyskiej ośmiornicy. Mafii prawników i lekarzy.
- Zatrzymaliśmy już 100 osób, a aresztowanych będzie jeszcze około 200 - mówił pewny siebie Schwartz do kamery. Niebawem pojawiły się kolejne areszty. Starzy, chorzy, czasami stojący nad grobem pacjenci trafiali za kratki. Bo Krzysztof Schwartz uznał, że są zdrowi, a wieloletnie leczenie, karty chorobowe, leki, badania, to jedna wielka ściema, żeby dostać rentę z ZUS. Mieli im w tym pomagać leczący ich lekarze.

Strach i goły tyłek
Zaczęło się od gołej dupy Macieja Gralca. Lekarza kardiologa, biegłego sądowego i orzecznika ZUS. Obnażał się przed dziećmi w jakimś parku i zatrzymano go pod zarzutem pedofilii. Wiedział, że będzie miał przesrane, jeśli trafi do aresztu. Tym bardziej że już pół roku tam był za wyłudzanie kasy od pacjentów, wiedział więc, co robią z tymi, którzy molestują dzieci.
Opowiem wszystko, co wiem na temat korupcji wałbrzyskich lekarzy - oświadczył prokuratorowi, który tylko na to czekał. Był to czas "bielskiej ośmiornicy", a prokurator Schwartz marzył o swojej własnej. I tak zaczęła się ośmiornica wałbrzyska. Doktor Gralec miał obsesję. Wszystkich nagrywał.
Miał zamontowaną kamerę przy komputerze i nagrywał nawet rozbierające się pacjentki - zeznaje przed sądem pielęgniarka z kliniki Gralca.
- Był też uzależniony od leków psychotropowych. Często wypisywał sobie receptę i kazał mi ją wykupić. Opowiada o tym, jak lekarz zasypiał podczas badania pacjenta, jak mylił na recepcie dawki leków.
- Łykał garściami leki i popijał je whisky - mówi jeden z jego pacjentów, miejscowy biznesmen. Ale mimo wszystko, był uroczy. Umiał jednać sobie ludzi.
- Przejeżdżałem obok, to przy okazji posłucham twojego serduszka - mawiał do pacjentów, gdy znienacka wpadał do ich domów. Najbardziej lubił bogatych pacjentów. Bo pożyczał od nich pieniądze. I tych bardzo chorych. Im był kto bardziej chory, tym więcej od niego pożyczał. Zorganizował sobie też dodatkowe dochody. Mówił pacjentom po zawale lub tuż przed nim, że konieczne jest wykonanie specjalistycznego badania. W Warszawie. Ale to badanie kosztuje. Ceny były różne. Biznesmen miał zapłacić 8 tys. zł za koronografię. Ale już sklepowa z sąsiedztwa 3,5 tys.
Ludzki był. Teoretycznie za badanie miał zapłacić on sam w warszawskim szpitalu. Tymczasem za pacjentów płacił NFZ, a nie żaden Gralec. Ale pacjenci tego nie wiedzieli. Było ich wielu. Poza tym był orzecznikiem ZUS i zapewniał ludzi, że może załatwić im rentę.

Albo mówisz, albo będziesz cwel
Gdy wszystko wyszło na jaw po zatrzymaniu w parku, prokurator rzekł jasno: albo mówisz to, co będę chciał, albo trafisz do pudła, gdzie pokażą ci, jak tam żyją pedofile. Gralec poszedł na współpracę, skorzystał z wyjątkowego złagodzenia kary. I pomówił każdego, kogo znał. Nawet żonę i teściową. A zaczął od tych, których nienawidził. Pierwszy był jego były szef. Bo go zwolnił. Potem jego kolejny szef, bo też go zwolnił. Potem jego kolega lekarz, bo mu zwrócił uwagę. Potem koleżanka, bo jej nie lubił. Potem mąż koleżanki, bo na pewno jest tak samo wredny jak ona. Potem sąsiad, bo go podglądał przez żywopłot. Gdy pomówił już wszystkich pacjentów i lekarzy z Wałbrzycha i okolic oraz wszystkich, których znał, pozostała mu najbliższa rodzina. Też jej nie oszczędził. Prokurator przesłuchał go-136 razy. Niektóre przesłuchania trwały prawie 20 godzin. Wyniki były znakomite. Zatrzymania i areszty. Co prawda, sąd nie przyklepał wszystkich proponowanych aresztów i zamiast ponad 100 wnioskowanych, na początku zaakceptował 29, ale prokurator Schwartz był obrotnym śledczym i szybko zapełnił wiele więziennych cel. Tym bardziej że obiecał to Ziobrze. I oczywiście widzom śledzącym konferencję prasową ówczesnego ministra sprawiedliwości. Gdy w sprawie pojawiał się jakiś adwokat próbujący bronić lekarza, natychmiast Gralec był dodatkowo "dosłuchiwany" i przypominał sobie, że mecenas przekazywał mu łapówkę od jakiegoś pacjenta. Tak miejscowi adwokaci też trafili za kratki.

Chory znaczy zdrowy
Ośmiornicy z każdym dniem rosły nowe macki.
- Mam siedemdziesiątkę, jestem po dwóch zawałach. Przesiedziałem prawie miesiąc - mówi pacjent Gralca. Siedział, bo Schwartz uznał, że wyłudził od ZUS rentę, gdyż wcale nie był chory. On, prokurator, to wie, bo czytał w internecie, że opisane przez lekarza objawy są inne. Poza tym on wcale nie dyszy, czyli nie miał żadnego zawału. EKG, echo serca i inne badania mówiące jasno o przebytych zawałach nic dla prokuratora nie znaczą. Według niego, to zwykła ściema. Takich pacjentów jest wielu. Według prokuratora - wyłudzaczy i oszustów.
Większość aresztowanych to rocznik 1944-45. Wszyscy z wieloletnią historią choroby wieńcowej. Jeden z zatrzymanych miał w ciągu 8 lat 3 zawały, 5 razy poszerzano mu naczynia wieńcowe, a niedawno miał wszczepione by-passy. Ale według Schwartza, jest on zdrowy. I powinien przebywać w areszcie za wyłudzenie renty. Do pomocy prokuratorowi rzuciły się media lokalne. I do gardeł miejscowych lekarzy. Zwrot "wałbrzyska ośmiornica" obiegł każdą miejscową gazetę. Znani i cenieni lekarze byli wymieniani z nazwiska. Pisano o tym, że przyjmowali łapówki w zamian za wystawianie lewych zaświadczeń. W mediach wypowiadał się Schwartz. Mówił, że ma na to dowody. A to gówno prawda! Poza zeznaniami chorego, uzależnionego i zastraszonego lekarza, prokuratura nie znalazła innych dowodów winy pomówionych lekarzy. Aż wreszcie sędzia Aleksander Ostrowski powypuszczał ludzi z aresztu. Ocenił, że dowody w tej sprawie są słabe, a prokuratura powinna znaleźć coś, co potwierdza rewelacje doktora Macieja G.
- Mamy inne dowody - wciąż przekonywał w mediach prokurator Schwartz. I szukał. Znalazł drugiego lekarza. Tym razem uzależnionego od alkoholu. Nie wiadomo, czym Schwartz przestraszył tego świadka, ale szybko znalazł się on na zamkniętym oddziale psychiatrycznym. Podobno próbował popełnić samobójstwo. Potem trafił na zamknięty oddział odwykowy. Nie powtórzył tego, co powiedział Gralec, ale pokiwał głową i potwierdził jego zeznania. Dziś już nie wychodzi z domu. Głównie leży. Ma guza na kręgosłupie. Prokurator z policjantem przyjeżdżali więc do jego domu na przesłuchanie. Świadek zwykle nie wiedział, z kim rozmawia, a przesłuchującego policjanta traktował jak kumpla od flaszki.
- Fajnie było, chłopaki, wpadniecie jeszcze? - pytał na koniec przesłuchania. Nikogo to nie dziwiło, tym bardziej że w trakcie przesłuchania świadek pił wódkę (są na to świadkowie).

Zaszczuty. Przez kogo?
Aż pewnego dnia zabrakło głównego świadka oskarżenia. Gralec popełnił samobójstwo.
- Nie wiem, co skłoniło go do tego kroku, wiem, że czuł się zaszczuty przez kolegów lekarzy. Cały czas o tym opowiadał - mówił gazecie Schwartz.
Nie wspomniał jednak o tym, że Gralec zostawił list. Przeprosił w nim wszystkich, których pomówił. Napisał też, że cofa wszystko, co powiedział. Schwartz nic o żadnym liście nie wie. Tymczasem są świadkowie. W Wałbrzychu toczy się wiele procesów przeciwko tamtejszym lekarzom. O poświadczenie nieprawdy w dokumentach. Dowody są takie, jakie przedstawiliśmy powyżej. Większość lekarzy nie ma zarzutów korupcyjnych. Podobno poświadczali nieprawdę, żeby pomóc pacjentom dostać rentę. Tak za nic. Wałbrzyska ośmiornica wciąż się rozrasta. Bo każdy podejrzany chory był leczony przez wielu lekarzy. Mnóstwo z nich jest więc w gronie oszustów. Do każdego wchodzi policja, zabezpiecza karty pacjentów. Wszyscy są wzywani przed oblicze prokuratora. To trwa już prawie 8 lat. Nie ma tygodnia, żeby lekarze nie byli wzywani na jakieś przesłuchanie. Z tego śledztwa w Wałbrzychu żyje niejeden policjant i prokurator. Tymczasem ośmiornica już dawno zdechła i zaczyna cuchnąć.

askibniewska@redakcja.nie.com.pl

wtorek, 5 marca 2013

Jak zabija PROKURATOR (NIE 40/2011) (NIE 42/2011)

Jak zabija prokurator cz. 1

Świadek koronny wydany bandytom. 
  
We Wrocławiu przy ulicy Świętego Antoniego trwa przebudowa budynku. Wszędzie syf. Robotnicy pracujący przy remoncie wraz z gruzem wynosili do śmieci walające się papierzyska. Ciągle więcej i więcej. Wkurwieni zaczęli sprawdzać, kto dokłada im roboty. I oniemieli. 
Było to kilka tysięcy stron przesłuchań - świadka koronnego. Różne sygnatury akt. Większość V Ds. 19/04. Sp. Świadka pouczono o tym, że składa zeznania w trybie Ustawy z dnia 25.06.1997 roku o świadku koronnym. Wszędzie są dane świadka, jego adres, obecne miejsce pobytu (!), imiona rodziców i miejsce ich zamieszkania. 

Ochrona w teorii
Świadek koronny z założenia ma nadawać na swoich kumpli - bandziorów. W zamian za umorzenie postępowania, odstąpienie od wymierzenia kary bądź jej złagodzenia czy opuszczenia aresztu, a bywa, że nawet więzienia, mówi o planowanych i popełnionych morderstwach, haraczach, narkobiznesie i całym tym bagnie, z jakim miał do czynienia. Rzuca nazwiskami i ksywami najbardziej niebezpiecznych przestępców. Ci zaś szybko trafiają za kraty na długie lata. W zamian za spokój ze strony wymiaru sprawiedliwości naraża się na brak spokoju ze strony bandytów. Dlatego podczas przesłuchań muszą być zachowane szczególne procedury. Świadek koronny powinien być przesłuchiwany przez sędziego, a jeśli nie, to w wyjątkowych sytuacjach osobiście przez prokuratora. Nie wolno umożliwić jego rozpoznania. Trzeba mu zapewnić pełną ochronę. Stąd często koronny dowożony jest na przesłuchania opancerzonymi samochodami z przyciemnionymi szybami. Chroni go specjalna grupa policyjna. Nikt nie zna jego nazwiska, nikt nie wie, skąd pochodzi. Po złożeniu obciążających zeznań i wpakowaniu kumpli do mamra też musi być chroniony. Dostaje nowe dokumenty, co miesiąc ma wypłacaną kasę, daje mu się mieszkanie i chroni go oraz jego najbliższych. Zgodnie z założeniami Ustawy o świadku koronnym delikwent ma szansę na rozpoczęcie nowego życia i uniknięcie przestrzelenia kolan czy kastracji ze strony swoich niedawnych przyjaciół. Taka przynajmniej jest teoria.

Śmietnik pełen nazwisk
Robotnicy z ul. Świętego Antoniego, tego od "poratuj",czytali: W dniu dzisiejszym, po nadaniu mi statusu świadka koronnego chciałbym złożyć zeznania dotyczące faktów, jakie wcześniej opisywałem jako podejrzany. Zeznania te będą dotyczyły osób i zdarzeń najważniejszych osób z grupy przestępczej. Zaczyna się od sprzedaży pistoletu kaliber 6,35 mm w 1996 r. i kontaktów przestępczych ze "Stanlejem" i ważną szychą z Niemiec. Potem jest handel kokainą i narkobiznes polsko-niemiecki. Są nazwiska celników i funkcjonariuszy, którzy "nie widzieli" towaru. Jest historia fabryczki amfetaminy i ściągania z Rosji BMK potrzebnego do produkcji amfy, we flakonie perfum Armani. Jest o handlu bronią na szeroką skalę. O zakładaniu i ochronie śląskich burdeli. O pobiciach na zamówienie lub za nieposłuszeństwo. O kurierach między Świdnicą a Holandią i specjalistach od zdobywania ecstasy. O producentach bomb i o tych, którzy je podkładali.
 Nazwiska i ksywy. "Fitek","Czarny","Czester", "Krasnal","Rudzik","Kleszczu","Bobo","Ansej", "Pisanka","Micia","Jaguar","Kornaś","Struna","Batman","Faszysta","Kajtek","Ostry","Pako","Sznurek","Jura","Brajan" itd. Każdy po nazwisku, adresie i wykonywanej profesji.

Szychy na dłoni
Świadek opowiada nie tylko o gangsterach, ale też o pracownikach sądu, świdnickich sędziach i policjantach kupionych przez grupę. Wszędzie padają nazwiska i wydane na ten cel przez grupę kwoty. Pani o śmiesznym imieniu, protokolantka w świdnickim sądzie, konkubina jednego z bandytów, nadal pracuje w tym sądzie. Sędzia wielokrotnie wymieniany przez świadka nadal sądzi. Jest specjalistą od zorganizowanych grup przestępczych? Według świadka "ugranie sprawy" u tego sędziego kosztuje 100 tys. zł. Policjanci  utrzymywali kontakty z grupą i udzielali pomocy w przypadku jakichś problemów z prawem. Grupa miała cały czas informację na temat planowanych działań policyjnych. Zawsze te informacje były na bieżąco pozyskiwane i były aktualne, co robi policja. Kiedy będą jakieś akcje, czy zjeżdża policja z Wrocławia. W zeznaniach świadka pojawiają się też osoby publiczne. Wysocy urzędnicy ze Świdnicy, którym Agnieszka ps. Koza dowoziła panienki ze swojego burdelu. Koronny opisuje imprezy świdnickich polityków, które były ochraniane przez niego i jego kolegów. Panienki dowozili zaufani taksówkarze z miasta. Wszyscy wymienieni z nazwiska. Podaje nazwiska i adresy polityków, którzy lubili dobrze się zabawić w towarzystwie ich dziewczynek. Mówi, kto źle traktował panienki i musiał zapłacić więcej. I kto lubi nieletnie?
Sędziowie, politycy, celnicy, policjanci obok najgorszych bandytów to jeszcze nie wszystko. W zeznaniach pojawia się znany poseł. I to taki, który znowu startuje w wyborach, tym razem do Senatu.
Chodzi o układy z KGHM i firmami chemicznymi na Śląsku.

Wszędobylski prokurator
Przesłuchania prowadził prokurator Krzysztof Schwartz. Wówczas z Prokuratury Okręgowej w Świdnicy. Obecnie z Apelacyjnej we Wrocławiu. Awansował dzięki zeznaniom świadków koronnych i medialnym zatrzymaniom bandytów i policjantów. Lansował go Zbigniew Ziobro, który dzięki niemu miał nowe tematy na konferencjach prasowych. Przesłuchania koronnego zaczęły się 3 marca 2005 r. Często zaczynano o godz. 9 rano, kończono o 19,30. Ciągnęły się przeszło rok. Bywało, że Schwartz nie przesłuchiwał osobiście świadka. Zostawiał to policjantom. Często delikwenta słuchał komisarz Artur Rodak z KWP we Wrocławiu.
Świadek koronny zeznawał także przed sądem. Dowożony był helikopterem, w kominiarce i wysokim kołnierzu. Podczas jego zeznań obstawiano sąd i całą okolicę. Miasto było dosłownie zablokowane.
A dziś każdy we Wrocławiu może sobie poczytać, co mówił, kim jest, gdzie przebywa, gdzie mieszkają jego bliscy. Ogrom tajnych dokumentów trafił po prostu na śmietnik. Kartki z jego danymi walały się po ulicy Świętego Antoniego we Wrocławiu. Niedaleko znajdują się wrocławski sąd i prokuratura. Ten świadek koronny zaprowadził za kraty kilkadziesiąt osób. Większość dostała dwucyfrowe wyroki. My dziś wiemy, że był on niejednokrotnie wykorzystywany przez prokuraturę do załatwiania niewygodnych polityków i policjantów. Plótł, co mu ślina na język przyniosła. I co prokurator kazał. Ma więc wielu poważnych wrogów. Teraz już każdy z nich może wiedzieć, gdzie go znaleźć. Kto dopuścił do ujawnienia tajemnicy państwowej? Ciekawe, czy ktoś to sprawdzi?

Joanna Skibniewska

PS Oryginały dokumentów zostały zabezpieczone w redakcyjnym sejfie.


Jak zabija prokurator cz. 2

(NIE 42/2011)
Mamy znalezione na śmietniku protokoły zeznań. Jest tam nazwisko i adres świadka koronnego sypiącego nazwiskami dziesiątków osób, w tym polityków. I co? I nic.

- Nie chcemy pracować z ludźmi skorumpowanymi - anonimowo mówią pracownicy Sądu Okręgowego w Świdnicy. Chcą poprosić ministra sprawiedliwości, żeby wyjaśnił sprawę znalezionych na śmietniku zeznań świadka koronnego, który mówi o łapówkach branych przez sędziów, protokolantki, sekretarki. Tymczasem sąd i prokuratura chcą wyciszyć sprawę i zamieść ją pod dywan.

Tajne kwity
Wreszcie ktoś pokazał, co się we wrocławskim "wymiarze sprawiedliwości dzieje" to fragment jednego z wielu listów, które dostaliśmy po publikacji "Jak zabija prokurator? ("NIE?, nr 40/2011). Napisaliśmy o tym, że przy śmietniku w okolicach wrocławskiej prokuratury i sądu walały się tajne zeznania świadka koronnego. Ze wszystkimi danymi, adresem jego i najbliższych, z miejscem pobytu. I z całą zawartością jego rewelacji. Mówił o handlu bronią i narkotykami, o burdelach i haraczach, o politykach bawiących się z prostytutkami i o pracownikach sądu oraz policji biorących w łapę od przestępców. Wymienia nazwiska, sprawowane funkcje i ksywy. Te dokumenty mógł przeczytać każdy, kto przechodził obok śmietnika przy ul. św. Antoniego we Wrocławiu. Teraz te dokumenty mamy my.

Niewinne ofiary
W redakcji natychmiast pojawiła się policja, żeby w imieniu prokuratury z Wrocławia odebrać znalezione kwity. Ale ich nie wydaliśmy.
- To jakbyśmy złodziejowi oddali skradzione fanty - stwierdził Urban. Natychmiast też przesłuchano autorkę. Teraz zapadła cisza.
- Chodzi o to, żeby nikt o tym nie pisał, żeby to nie wyciekło dalej. Przecież to skandal - mówią pracownicy świdnickiego sądu. Pierwsze e-maile dotyczące artykułu dostaliśmy już w parę godzin po ukazaniu się gazety: Jestem ofiarą tej prokuratury. Ja i moi najbliżsi. Albo: Domyślam się, co to za świadek koronny. Jestem jedną z jego ofiar. Po paru dniach to już była lawina. Napisali i zadzwonili do nas bohaterowie zeznań świadka koronnego. Osoby, które na podstawie tego, co opowiadał świadek, były przetrzymywane w areszcie tymczasowym nawet 6 lat. Niektórzy są już uniewinnieni, wiele postępowań umorzono z powodu braku dowodów winy podejrzanych. Co do samych zeznań świadka (tych,które były porozrzucane przy śmietniku), pomówieni i przetrzymywani przez lata w aresztach nigdy nie mogli się z nimi zapoznać! Prokurator Krzysztof Schwartz odpowiadał lakonicznie, że zeznania są utajnione. A oni do dziś nie wiedzą, przed czym mają się bronić, bo nigdy nie poznali treści zeznań. Obecnie znają je lepiej robotnicy budowlani, którzy te papiery znaleźli. Wraz z pomówionymi przez świadka podejrzanymi w aresztach siedziały ich żony, matki, nawet dzieci. Po to, by mężowie, synowie i ojcowie przyznali się do winy. Żona Stanisława Staszuka garowała 2,5 roku, a zamknięto ją w okresie, gdy najmłodsze dziecko było jeszcze przy piersi. Miała opowiedzieć o przestępczej działalności męża. Wtedy wróci do dzieciaków. W razie gdyby nie miała nic do powiedzenia, wystarczy, że podpisze przygotowany przez prokuratora protokół. Tam już wszystko jest powiedziane. Oprócz więzienia Staszuka spotkała jeszcze dodatkowa kara - stracił majątek. Sąd na wniosek prokuratury zarządził w postępowaniu niejawnym przepadek jego domu i ziemi na rzecz skarbu państwa. Nie jest to zabezpieczenie majątku na poczet ewentualnych kar, lecz konfiskata dóbr osoby nieosądzonej. Osadzeni w celach ludzie nie wytrzymywali. Próby samobójcze były na porządku dziennym. Piotr Treczyński, utalentowany bokser, wielokrotny mistrz Polski, a potem organizator międzynarodowych gal boksu zawodowego, nigdy nie przyznał się do winy. W sali sądowej długo mówił o tym, że jest niewinny, przedstawiał dowody. Sędzia nie chciał nawet tego słuchać.
Treczyński twierdził, że został oskarżony na podstawie spreparowanych dowodów i nigdy z działalnością przestępczą nie miał do czynienia. Gdy skończył mówić, wyciągnął nóż i podciął sobie gardło.
Kobieta, która według zeznań świadka była burdelmamą i organizowała panienki dla polityków i policjantów, uciekła przed aresztowaniem do Niemiec. Tam popełniła samobójstwo.

Zimny strach
Napisali do nas adwokaci z Dolnego Śląska. Od 12 lat chodzę po korytarzach tego sądu i nie chcę, żeby mnie prokuratura wykończyła. Dlatego papuga zrezygnował z obrony pomawianych ludzi. Trzech innych mecenasów, którzy przy oskarżonych zostali, trafiło do aresztu. Podobno prokurator miał dowody na to, że próbowali przekupić lekarzy i biegłych. Świadek koronny im powiedział. Automatycznie przestali bronić oskarżonych. Sprawy przeciwko nim już poumarzano.
Tu na Śląsku nikt nie pokaże prawdy, co dzieje się w tej prokuraturze i sądzie, bo inaczej go zniszczą - napisał jeden z dolnośląskich adwokatów. Napisał do nas także sędzia proszący o anonimowość. Opowiedział nam o spektakularnym zatrzymaniu prawie setki ludzi. Lekarzy, orzeczników ZUS. I głośnej rzekomej mafii lekarzy. Opowiadał o tym później Zbigniew Ziobro na specjalnie zwołanej konferencji prasowej. Sędzia napisał też o tym, jak świadek koronny pomawiający tych ludzi popełnił samobójstwo. Zostawił list, którego prokuratura szuka od dawna. w nim przeprasza wszystkich, których pomówił i opowiada, jak był zmuszany do składania fałszywych zeznań przez prokuratora. Potem się powiesił. Dziś sprawy przeciwko aresztowanym lekarzom umorzono. W Trybunale Praw Człowieka toczą się postępowania przeciwko skarbowi państwa o zastosowanie bezzasadnych aresztów. Część wielomilionowych odszkodowań już zasądzono. Sędzia podał nam też sygnatury akt spraw, które były robione na zlecenie Zbigniewa Ziobry. Opisał powiązania z Prokuraturą Apelacyjną w Krakowie i napisał o wytycznych idących stamtąd. I o ludziach nie tylko niewinnie osadzonych, ale także o ich najbliższych wykończonych psychicznie przez prokuraturę.
Tu od lat nic się nie zmienia - napisał sędzia.
Głucha cisza

Joanna Skibniewska