Pokazywanie postów oznaczonych etykietą CBŚ. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą CBŚ. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 sierpnia 2013

Układ bez Gajosa (NIE Nr 21/2013, 2013-05-17, str. 6)


Kilka tysięcy ludzi pozbawiono pracy. Dlaczego? Bo dwóch panów miało kaprys i poleciało do prokuratora. A ten już wiedział, co robić…

Sąd Apelacyjny w Krakowie rozwiązał spółkę Kraków Business Park (KBP)w Zabierzowie. Bo mniejszościowi wspólnicy spółki złoszczą się, że są mniejszościowi. Czyli mniej mogą. Najlepiej więc rozwiązać interes. Mają w ręku prawie 10 tysięcy ludzi. Ich egzystencję.
Tymczasem nie ma żadnych podstaw, by rozwiązać spółkę, która pomimo wieloletniego szykanowania przez cały aparat państwowy (prokuratura, ABW, CBA, Straż Graniczna, Izba Celna, CBŚ, wszystkie oddziały urzędu skarbowego itp.) dobrze prosperuje, nie zalega z płatnościami, reguluje zobowiązania i zatrudnia tysiące ludzi. Firma, która miała paść kilka lat temu, wciąż świetnie sobie radzi. I to chyba boli najbardziej.

Biznes jak marzenie

O historii Kraków Business Park pisaliśmy. Przypomnijmy, co spotkało małopolskiego biznesmena.
Zaczęło się jak zwykle od marzeń. Adam Świech i jego ojciec robili biznes w USA. Ale wciąż myśleli, że powinni pracować na swoim w Polsce. Wpadli na pomysł wielkiego międzynarodowego przedsięwzięcia. Dla tysięcy pracowników.

Niedaleko Krakowa, na starym dzikim wysypisku śmieci, na 15 ha ziemi stanęło wspaniałe biznesowe miasteczko.

Budowali je przez 11 lat. Firma deweloperska. Rosły wielkie oszklone biurowce. Adam Świech wziął 78 mln euro kredytu. Dobrał jeszcze dwóch udziałowców, którzy dorzucili 1/3kasy, resztę dołożył sam. Już w 2008 r. wynajęto 33 tys. m kw. biur, 6 tysięcy ludzi znalazło tu pracę. Wyrosła własna stacja kolejowa Kraków Business Park, aby pracownicy mogli dojeżdżać do pracy.
I wtedy, w 2008 r. Świech usłyszał ultimatum od wspólników – Jana Domanusa i Andrew Kozlowskiego (25proc. udziałów w spółce): albo sprzedajesz interes kontrahentowi, którego ci przedstawimy, albo zrobimy wszystko, żebyś wylądował w więzieniu. Miał też podzielić się z nimi nieco inaczej niż wskazywałyby na to prawo i logika. Czyli nie 25 proc. ich udziałów, tylko znacznie więcej.
Świech w zasadzie zgodził się na sprzedaż. Ale – pomyślał – oszukać się nie da. I to był jego błąd. Domanus i Kozlowski dali mu czas do 30 czerwca do północy. Potem – prokurator. Aże wówczas Świech nie bał się prokuratora, bo uważał, że jest czysty, to trwał przy swoim. Miesiąc później krakowski prokurator Piotr Krupiński wszczął śledztwo (DsIV49/08)i zaraz potem wydał nakaz aresztowania Świecha i jego dwóch kontrahentów – DerekaL. i Mieczysława K. Przy aresztowaniu był uśmiechnięty pełnomocnik Domanusa i Kozlowskiego mec. Rutkowski, który nie tylko zwracał się po imieniu do prokuratora Krupińskiego, ale wydawał mu polecenia. Może fakt, że sam był jeszcze niedawno prokuratorem, ma tu pewne znaczenie?... Rutkowskiego interesował przede wszystkim jeden kwit – postanowienie o zajęciu udziałów Świecha. Kwit, który bez zwłoki otrzymał od Krupińskiego. Posiedzenie w sprawie aresztu trwało 5 minut i odbyło się o 2.00. Decyzję prokuratora… przyklepał asesor sędziowski Majcher. 5-stronicowe uzasadnienie odczytał po 5 minutach posiedzenia.

Zarzuty prokuratorskie: pranie brudnych pieniędzy, grupa przestępcza, działanie na szkodę spółki i wspólników.

I choć ci wspólnicy byli od początku istnienia firmy w jej zarządzie i osobiście podpisywali uchwały, o ich działaniach na szkodę spółki nikt nawet nie wspominał. Drobiazgiem zapewne jest fakt, że w aktach sprawy nie ma żadnych dowodów na potwierdzenie tez prokuratora Krupińskiego. Aresztowania dokonano w dniu, gdy miało się odbyć walne zebranie KBP, na którym Świech miał podać się do dymisji i przedstawić propozycję, kto ma zostać jego następcą. A to bardzo nie podobało się wspólnikom mniejszościowym.

 

Zaangażowany prokurator

Co dzieje się od tamtego czasu? Świech i dwaj kontrahenci oczywiście siedzą. A prokurator Krupiński prowadzi postępowanie. Tyle że dziwnie. Jak gdyby był stroną w sporze. Osobiście biegał do Urzędu Kontroli Skarbowej i Krajowego Rejestru Sądowego, żeby biznesmeni nie mogli prowadzić działalności. Sam pisał do Agencji Rynku Rolnego, aby nie przyznawała dopłat. Rzecznik prokuratury na łamach prasy określał podejrzanych jako groźnych międzynarodowych przestępców, członków mafii. Mówił o 50 mln euro wywiezionych za granicę. O 15 osobach podejrzanych o popełnienie 25 przestępstw, w tym 13 skarbowych. Zgromadzono 800 tomów akt, 160 tys. stron papieru. Rzekomych dowodów, mocnych i porażających – jak mówił krakowski prokurator – dodając już teraz, że wyprowadzano setki milionów za granicę, że pieniądze zamiast do firmy trafiały na prywatne konta zarządu.
Ale niektóre wątki przestały się kleić. Nigdzie nie było wystarczających dowodów na przekręty. Nie znaleziono żadnego świadka (poza wspólnikami Świecha), który potwierdziłby tezy prokuratury. Zatem Krupiński każdemu, kto nie chciał z nim współpracować, stawiał zarzuty. Kuriozalne. Przesłuchał wszystkich pracowników KBP, nawet sprzątaczki. Wielokrotnie wzywał pracowników przed swoje oblicze i przesłuchiwał ich godzinami. Byleby tylko powiedzieli cokolwiek na swojego pracodawcę. Przesłuchał też wszystkich znajomych Świecha, żonę, jej znajomych, szkolnych kumpli i nauczycieli ich dzieci. Same dzieci były przesłuchiwane wielokrotnie. Funkcjonariusze CBŚ wyciągali ich teatralnie z lekcji, prokurator zabrał im komputery, a gdy córka Świecha nagrała telefonem komórkowym Krupińskiego podczas czynności procesowych, zabrał jej komórkę jako dowód w sprawie.
Ryszard Świech to ojciec Adama. Starszy schorowany pan. Gdyby udało się przymknąć tatusia, Adam na pewno by pękł i przyznałby się do wszystkiego. Gdy o 6.00 przyjechali po ojca, akcja zakończyła się wezwaniem pogotowia i oddziałem reanimacyjnym w szpitalu. A tam przy szpitalnym łóżku prokurator postawił funkcjonariusza jak przy najgroźniejszym przestępcy. U ojca Świecha szukał wszystkiego. Nawet lewego oprogramowania komputerowego.
Prokurator powołał około 20 biegłych, na same opinie wydał kilkaset tysięcy złotych, wielokrotnie wyjeżdżał za granicę, aby przesłuchać świadków, przesłuchał ponad 1000 osób, w tym 9-letnie dziecko jednego z zatrzymanych.
Śledztwo zaczęło się rozpadać. Urząd Kontroli Skarbowej nie potwierdził zarzutów prokuratury. Nie znaleziono wskazanych przez prokuraturę uszczupleń podatkowych. Podobnie wypowiedziała się Izba Skarbowa. Prokurator Krupiński napuścił więc na te instytucje CBA. Gdy bank, który dał kredyt na budowę KBP, stwierdził, że wszystkie międzynarodowe transfery pieniężne firmy były kontrolowane i nie ma tam żadnych machlojek, natychmiast na wniosek prokuratora zaczęła się kontrola banku.

Adam Świech do dziś dostaje propozycje sprzedaży KBP na warunkach wspólników mniejszościowych. Sprzedaż firmy miał nadzorować… prokurator Krupiński.

Z wielkiej chmury mały deszcz


Ku zdziwieniu wszystkich KBP nadal działa. I daje pracę 6 tysiącom ludzi. Prokurator Piotr Krupiński wciąż przesłuchuje każdego nowego kontrahenta krakowskiej spółki. Co jakiś czas do KBP wpadają funkcjonariusze CBŚ i zabezpieczają dokumenty. Co kilka dni ktoś jest po raz kolejny przesłuchiwany. Adam Świech wciąż nie może pełnić funkcji prezesa, ma zajęty majątek. Zabezpieczono mu 34 mln zł. Na poczet przyszłych kar. Jakich?
Po 3 latach powstał akt oskarżenia. Zamiast 50 mln euro pozostało wyłudzenie przez prezesa rocznego wynagrodzenia w wysokości… 12 tys. zł brutto (1000zł miesięcznie). I wyłudzenie z Agencji Rynku Rolnego dopłaty, która się należała.
Świechowi niewiele można zrobić, najlepszą zabawą byłoby więc zlikwidowanie mu firmy. Tylko na jakiej podstawie? Sąd Okręgowy w Krakowie już stwierdził, że to wierutna bzdura, bo firma pomimo poważnych problemów funkcjonuje znakomicie. Nie zalega z podatkami, nikomu nie zawadza. Jedynie Domanusowi, Kozlowskiemu i prokuratorowi Krupińskiemu.
I gdy wydawać się mogło, że o likwidacji nie ma mowy, znalazł się sędzia, który opierając się na opinii stworzonej na polecenie prokuratora Krupińskiego do postępowania przygotowawczego (zresztą już trzeciej z kolei, bo poprzednie były nie po jego myśli), stwierdził, że konflikt między udziałowcami jest wystarczającym powodem do likwidacji spółki. Sędzia Andrzej Struzik, jąkając się, powiedział po wydaniu wyroku: Sąd Apelacyjny stoi na stanowisku, że w sytuacji konfliktu pomiędzy wspólnikami, który wpływa na realizację uprawnień wspólników w tejże spółce, może stanowić podstawę do rozwiązania tejże spółki. Oczywiście... yyyyy... ten konflikt, który istnieje pomiędzy wspólnikami, nie wpływa na bieżącą działalność... yyyyy... spółki, bo oczywiste jest, że większościowy wspólnik przegłosuje każdą uchwałę... yyyy... Powołał już likwidatora, który zarobi 20 tys. zł miesięcznie, a za każdy jego ruch zapłaci spółka. Straty są nieopisywalne. Tym bardziej że firma ma się dobrze i świetnie utrzymuje się na rynku. Zatrudnia prawie 10 tysięcy ludzi! 6 tysięcy to mieszkańcy Krakowa i okolic. Często całe rodziny. Każdy z prawem do zasiłku dla bezrobotnych. A to będzie kosztowało miasto co miesiąc prawie 4 mln zł. Pozostali to pracownicy międzynarodowych korporacji (Shell,UBS, HSBC), które uznały, że w Polsce można robić biznes. Już tak nie myślą. Zerwą kontrakty. Zwolnią ludzi.

Powstanie nowy film…


Miał być wielki przekręt. Międzynarodowy, na kilkadziesiąt czy kilkaset milionów euro.

Trzej ludzie stracili zdrowie w aresztach. Jednego trzymano w 42-osobowej celi z recydywistami. Innego umieszczono na najcięższym oddziale więziennym.

Jeszcze innego zgnojono tak, że próbował odebrać sobie życie. Zaszczuto im żony i dzieci. Teraz jedną decyzją ograbiono skarb państwa z wielu milionów wypłacanych na zasiłki, wyprodukowano kilka tysięcy bezrobotnych. Z całej tej historii powstanie jeszcze jeden film o układzie zamkniętym, a państwo wypłaci horrendalne odszkodowania za zniszczenie znakomicie prosperującej firmy. Rzesza nowych bezrobotnych stanie w kolejce po zasiłek. Może ktoś sięgnie po alkohol albo po stryczek…

askibniewska@redakcja.nie.com.pl

czwartek, 7 marca 2013

Jak wsadza pedofil (NIE 43/2011)


Sztuczna hodowla ośmiornic. Patent PiS-owski.
 
- Róbcie coś. Powiedziałem, że zamknęliśmy już 100 osób, a siedzi raptem 29 - powiedział prokurator Krzysztof Schwartz do funkcjonariuszy Centralnego Biura Śledczego po konferencji prasowej. 
Stał wtedy zadowolony przy ramieniu Zbigniewa Ziobry. Obaj chwalili się znalezieniem wałbrzyskiej ośmiornicy. Mafii prawników i lekarzy.
- Zatrzymaliśmy już 100 osób, a aresztowanych będzie jeszcze około 200 - mówił pewny siebie Schwartz do kamery. Niebawem pojawiły się kolejne areszty. Starzy, chorzy, czasami stojący nad grobem pacjenci trafiali za kratki. Bo Krzysztof Schwartz uznał, że są zdrowi, a wieloletnie leczenie, karty chorobowe, leki, badania, to jedna wielka ściema, żeby dostać rentę z ZUS. Mieli im w tym pomagać leczący ich lekarze.

Strach i goły tyłek
Zaczęło się od gołej dupy Macieja Gralca. Lekarza kardiologa, biegłego sądowego i orzecznika ZUS. Obnażał się przed dziećmi w jakimś parku i zatrzymano go pod zarzutem pedofilii. Wiedział, że będzie miał przesrane, jeśli trafi do aresztu. Tym bardziej że już pół roku tam był za wyłudzanie kasy od pacjentów, wiedział więc, co robią z tymi, którzy molestują dzieci.
Opowiem wszystko, co wiem na temat korupcji wałbrzyskich lekarzy - oświadczył prokuratorowi, który tylko na to czekał. Był to czas "bielskiej ośmiornicy", a prokurator Schwartz marzył o swojej własnej. I tak zaczęła się ośmiornica wałbrzyska. Doktor Gralec miał obsesję. Wszystkich nagrywał.
Miał zamontowaną kamerę przy komputerze i nagrywał nawet rozbierające się pacjentki - zeznaje przed sądem pielęgniarka z kliniki Gralca.
- Był też uzależniony od leków psychotropowych. Często wypisywał sobie receptę i kazał mi ją wykupić. Opowiada o tym, jak lekarz zasypiał podczas badania pacjenta, jak mylił na recepcie dawki leków.
- Łykał garściami leki i popijał je whisky - mówi jeden z jego pacjentów, miejscowy biznesmen. Ale mimo wszystko, był uroczy. Umiał jednać sobie ludzi.
- Przejeżdżałem obok, to przy okazji posłucham twojego serduszka - mawiał do pacjentów, gdy znienacka wpadał do ich domów. Najbardziej lubił bogatych pacjentów. Bo pożyczał od nich pieniądze. I tych bardzo chorych. Im był kto bardziej chory, tym więcej od niego pożyczał. Zorganizował sobie też dodatkowe dochody. Mówił pacjentom po zawale lub tuż przed nim, że konieczne jest wykonanie specjalistycznego badania. W Warszawie. Ale to badanie kosztuje. Ceny były różne. Biznesmen miał zapłacić 8 tys. zł za koronografię. Ale już sklepowa z sąsiedztwa 3,5 tys.
Ludzki był. Teoretycznie za badanie miał zapłacić on sam w warszawskim szpitalu. Tymczasem za pacjentów płacił NFZ, a nie żaden Gralec. Ale pacjenci tego nie wiedzieli. Było ich wielu. Poza tym był orzecznikiem ZUS i zapewniał ludzi, że może załatwić im rentę.

Albo mówisz, albo będziesz cwel
Gdy wszystko wyszło na jaw po zatrzymaniu w parku, prokurator rzekł jasno: albo mówisz to, co będę chciał, albo trafisz do pudła, gdzie pokażą ci, jak tam żyją pedofile. Gralec poszedł na współpracę, skorzystał z wyjątkowego złagodzenia kary. I pomówił każdego, kogo znał. Nawet żonę i teściową. A zaczął od tych, których nienawidził. Pierwszy był jego były szef. Bo go zwolnił. Potem jego kolejny szef, bo też go zwolnił. Potem jego kolega lekarz, bo mu zwrócił uwagę. Potem koleżanka, bo jej nie lubił. Potem mąż koleżanki, bo na pewno jest tak samo wredny jak ona. Potem sąsiad, bo go podglądał przez żywopłot. Gdy pomówił już wszystkich pacjentów i lekarzy z Wałbrzycha i okolic oraz wszystkich, których znał, pozostała mu najbliższa rodzina. Też jej nie oszczędził. Prokurator przesłuchał go-136 razy. Niektóre przesłuchania trwały prawie 20 godzin. Wyniki były znakomite. Zatrzymania i areszty. Co prawda, sąd nie przyklepał wszystkich proponowanych aresztów i zamiast ponad 100 wnioskowanych, na początku zaakceptował 29, ale prokurator Schwartz był obrotnym śledczym i szybko zapełnił wiele więziennych cel. Tym bardziej że obiecał to Ziobrze. I oczywiście widzom śledzącym konferencję prasową ówczesnego ministra sprawiedliwości. Gdy w sprawie pojawiał się jakiś adwokat próbujący bronić lekarza, natychmiast Gralec był dodatkowo "dosłuchiwany" i przypominał sobie, że mecenas przekazywał mu łapówkę od jakiegoś pacjenta. Tak miejscowi adwokaci też trafili za kratki.

Chory znaczy zdrowy
Ośmiornicy z każdym dniem rosły nowe macki.
- Mam siedemdziesiątkę, jestem po dwóch zawałach. Przesiedziałem prawie miesiąc - mówi pacjent Gralca. Siedział, bo Schwartz uznał, że wyłudził od ZUS rentę, gdyż wcale nie był chory. On, prokurator, to wie, bo czytał w internecie, że opisane przez lekarza objawy są inne. Poza tym on wcale nie dyszy, czyli nie miał żadnego zawału. EKG, echo serca i inne badania mówiące jasno o przebytych zawałach nic dla prokuratora nie znaczą. Według niego, to zwykła ściema. Takich pacjentów jest wielu. Według prokuratora - wyłudzaczy i oszustów.
Większość aresztowanych to rocznik 1944-45. Wszyscy z wieloletnią historią choroby wieńcowej. Jeden z zatrzymanych miał w ciągu 8 lat 3 zawały, 5 razy poszerzano mu naczynia wieńcowe, a niedawno miał wszczepione by-passy. Ale według Schwartza, jest on zdrowy. I powinien przebywać w areszcie za wyłudzenie renty. Do pomocy prokuratorowi rzuciły się media lokalne. I do gardeł miejscowych lekarzy. Zwrot "wałbrzyska ośmiornica" obiegł każdą miejscową gazetę. Znani i cenieni lekarze byli wymieniani z nazwiska. Pisano o tym, że przyjmowali łapówki w zamian za wystawianie lewych zaświadczeń. W mediach wypowiadał się Schwartz. Mówił, że ma na to dowody. A to gówno prawda! Poza zeznaniami chorego, uzależnionego i zastraszonego lekarza, prokuratura nie znalazła innych dowodów winy pomówionych lekarzy. Aż wreszcie sędzia Aleksander Ostrowski powypuszczał ludzi z aresztu. Ocenił, że dowody w tej sprawie są słabe, a prokuratura powinna znaleźć coś, co potwierdza rewelacje doktora Macieja G.
- Mamy inne dowody - wciąż przekonywał w mediach prokurator Schwartz. I szukał. Znalazł drugiego lekarza. Tym razem uzależnionego od alkoholu. Nie wiadomo, czym Schwartz przestraszył tego świadka, ale szybko znalazł się on na zamkniętym oddziale psychiatrycznym. Podobno próbował popełnić samobójstwo. Potem trafił na zamknięty oddział odwykowy. Nie powtórzył tego, co powiedział Gralec, ale pokiwał głową i potwierdził jego zeznania. Dziś już nie wychodzi z domu. Głównie leży. Ma guza na kręgosłupie. Prokurator z policjantem przyjeżdżali więc do jego domu na przesłuchanie. Świadek zwykle nie wiedział, z kim rozmawia, a przesłuchującego policjanta traktował jak kumpla od flaszki.
- Fajnie było, chłopaki, wpadniecie jeszcze? - pytał na koniec przesłuchania. Nikogo to nie dziwiło, tym bardziej że w trakcie przesłuchania świadek pił wódkę (są na to świadkowie).

Zaszczuty. Przez kogo?
Aż pewnego dnia zabrakło głównego świadka oskarżenia. Gralec popełnił samobójstwo.
- Nie wiem, co skłoniło go do tego kroku, wiem, że czuł się zaszczuty przez kolegów lekarzy. Cały czas o tym opowiadał - mówił gazecie Schwartz.
Nie wspomniał jednak o tym, że Gralec zostawił list. Przeprosił w nim wszystkich, których pomówił. Napisał też, że cofa wszystko, co powiedział. Schwartz nic o żadnym liście nie wie. Tymczasem są świadkowie. W Wałbrzychu toczy się wiele procesów przeciwko tamtejszym lekarzom. O poświadczenie nieprawdy w dokumentach. Dowody są takie, jakie przedstawiliśmy powyżej. Większość lekarzy nie ma zarzutów korupcyjnych. Podobno poświadczali nieprawdę, żeby pomóc pacjentom dostać rentę. Tak za nic. Wałbrzyska ośmiornica wciąż się rozrasta. Bo każdy podejrzany chory był leczony przez wielu lekarzy. Mnóstwo z nich jest więc w gronie oszustów. Do każdego wchodzi policja, zabezpiecza karty pacjentów. Wszyscy są wzywani przed oblicze prokuratora. To trwa już prawie 8 lat. Nie ma tygodnia, żeby lekarze nie byli wzywani na jakieś przesłuchanie. Z tego śledztwa w Wałbrzychu żyje niejeden policjant i prokurator. Tymczasem ośmiornica już dawno zdechła i zaczyna cuchnąć.

askibniewska@redakcja.nie.com.pl

czwartek, 28 lutego 2013

Niewinny chociaż policjant (NIE, 48/2009)

Przesiedział 2 lata w areszcie. Media zrobiły z niego bandytę. Potwierdzał to prokurator. Tymczasem Andrzej Szkopek, były komendant powiatowy policji w Myszkowie, został uniewinniony po pięciu latach postępowania. Sąd stwierdził, że oskarżenie nie było poparte żadnymi dowodami, a świadek koronny, który jako jedyny oskarżał Szkopka, był nakłaniany przez prokuratora do składania fałszywych zeznań. Powtarzalność podobnych zdarzeń dowodzi, że system jest zdegenerowany.
 
O Andrzeju Szkopku chcą opowiadać jego byli podwładni i koledzy policjanci. Ale anonimowo.
– To chyba zaczęło się od strzelaniny na plaży – mówi jeden.
Lipiec 2002 r. Piątek. Nad rzeką Bug na plaży doszło do strzelaniny: ostrzelany samochód, dwa trupy i dwóch rannych. Wszyscy znani miejscowej policji. Jej czynności trwały nieustannie 48 godz. Pod kierunkiem komendanta Andrzeja Szkopka. Po tym czasie miał namierzonych świadków zdarzenia i wiedział już, kto dokonał zbrodni. Dowodzą tego istniejące wciąż telegramy i nagrania rozmów między policjantami a prokuraturą.
Tymczasem w niedzielę do wyszkowskiej komendy przyjechali panowie z CBŚ i poinformowali, że sprawę przejmuje oddział warszawski. W mediach pojawiła się informacja, że w Wyszkowie doszło do porachunków mafijnych.
– Bzdura. Jakich mafijnych. „Psina” postanowił odstrzelić „Tryca”, bo mu dziecko z wózka wywalił – mówią funkcjonariusze. – Reszta to przypadkowe ofiary.
Tymczasem media informowały, że Bogdan Święczkowski powołuje specjalną grupę do walki z mafią wyszkowską.
– Z kim? – pyta Grzesiek, jeden z żołnierzy Wołomina śmieje się. – Jaką mafią?
„Rzeczpospolita” napisała, że Święczkowski rozwalił wyszkowską mafię.
Wtedy pierwszy raz Szkopek zwrócił uwagę CBŚ, że to jego chłopcy robili tę sprawę od początku do końca i że wypadałoby o tym wspomnieć. Pierwszy konflikt.
Filmowa kpina
Niedługo potem z CBŚ przyszedł nakaz zatrzymania sprawców. Dwóch funkcjonariuszy z wyszkowskiej komendy pojechało to uczynić. Na miejscu okazało się, że zatrzymani są uzbrojeni, o czym wiedzieli tylko funkcjonariusze CBŚ. Policjanci z Wyszkowa nie byli na to przygotowani, bo nikt ich nie poinformował.
– Wtedy Szkopek dostał szału – mówi policjant. A gdyby tamci zaczęli strzelać? Kto moim ludziom zwróciłby życie – krzyczał do funkcjonariuszy CBŚ. Drugi konflikt.
Jeszcze tego samego dnia pojawił się nowy problem. Na miejsce zatrzymania przyjechała brygada antyterrorystów z długą bronią i… telewizja. Kręcili zatrzymanie. W pięć godzin po zdarzeniu... Pięciokrotnie inscenizowali i kręcili wejście do pustego od paru godzin domu, bo nie mogli uchwycić brawurowo przeprowadzonej akcji.
– Ludzie się z nas śmieją – powiedział wtedy Szkopek.
Potem szlag go trafiał, gdy oglądał wiadomości, a tam otrąbiano kolejny sukces grupy Święczkowskiego i warszawskiego CBŚ.
Niedługo potem Andrzej Szkopek został wezwany przed oblicze komendanta wojewódzkiego Wiesława Stacha (tego, co tak „sumiennie” nadzorował śledztwo ws. Olewnika). Dowiedział się, że ma natychmiast pisać raport o rezygnację ze służby. Szkopek odmówił.
Następnego dnia został zatrzymany.
Brał bez powodu
Zarzut: w okresie 5 lat przyjął korzyść majątkową od członka zorganizowanej grupy przestępczej Wiesława Piotrowskiego pseudonim Koczis w wysokości… 14 tys. zł. Według prokuratora Roberta Myślińskiego brał po 300, 400 zł. W aktach jest wypowiedź prokuratora: zastanawialiśmy się gremialnie, jakie mogły być motywy przyjęcia łapówki.
 Nawet gremialnie do tego nie doszli…
Dowody: zeznania gangstera, który od lat starał się o status świadka koronnego. Dostał go po przypomnieniu sobie, że dawał komendantowi kasę. Są też zeznania przeszło 90 świadków. Wszystkie na korzyść komendanta.
Zeznawali także wyszkowscy prokuratorzy. Ja sobie Szkopka w jednej kolejce do kasy z Koczisem nie wyobrażam, a co dopiero gdyby miał z nim współpracować, powiedział prokurator Kiełek.
– Szkopek miał założoną technikę (podsłuch – przyp. autorki) zarówno na telefon, jak i na radio, ale nie włączono jej do materiału dowodowego, bo osłabiała oskarżenie – mówi jeden z policjantów.
Andrzej Szkopek przesiedział w areszcie tymczasowym 2 lata. Siedział w celi na Rakowieckiej. Nie przesłuchiwano go.
W tym czasie prokurator próbował złamać jego żonę. Gdy zauważył, że nie działają na nią informacje o wyimaginowanych kochankach męża, powiedział jej, że mąż chciał w więzieniu popełnić samobójstwo i że na pewno nie wyjdzie stamtąd żywy.
Prokurator kazał powiedzieć
Podczas prowadzonego postępowania przed sądem prokurator wielokrotnie mijał się z prawdą. Celowo. Bronił swojego jedynego świadka, gangstera Koczisa, który nieporadnie kłamał. Myliły mu się daty, miejsca, okoliczności. Gdy biegły sądowy Teresa Dubowska stwierdziła, że Koczis konfabuluje, poza tym jest na takim poziomie intelektualnym, że sam nie wymyśliłby nawet niektórych sformułowań, natychmiast prokurator powołał innego biegłego. Ten uznał, że Koczis być może mówi prawdę...
– Koczis to ten z żółtymi papierami, o którym biegły w opinii napisał, że ma stwierdzającą pseudologię fantastyczną – rzuca policjant.
Prokurator Myśliński przez chwilę miał też drugiego świadka, Marka pseudonim Wacek. Gangstera, który powiedział, że Szkopek chyba brał. W zamian miał dostać niski wymiar kary. Sąd nie przystał na prośbę prokuratora i wlepił mu 7 lat.
 Czuję się oszukany. Tamto to kłamstwo. Nigdy nie widziałem ani nie słyszałem, żeby Szkopek brał. Prokurator kazał mi tak powiedzieć – zeznał.
Dam sobie ręce uciąć
O sprawie Szkopka napisano na Internetowym Forum Policyjnym.
Koczisowi to nawet wystarczało, że w każdej chwili mógł z aresztu pojechać do prokuratora, bo np. coś mu się przypomniało i tam obżerać się kurczakiem i frytkami. Jak się najadł, to powiedział, że właściwie nie jest pewien, czy coś mu się przypomniało. I wracał do paki – najedzony.
Oraz:
Powiem Wam coś o Szkopku. Odkąd pracuję w tej firmie, czyli od ponad 13 lat, nie spotkałem lepszego komendanta. Pamiętam, jak niedługo po tym, jak Szkopka zatrzymano, robiliśmy konwój jednego takiego złodzieja (pseudonim Kaniak) na Białołękę. Klient brechtał się ze śmiechu całą drogę, że ten, co najbardziej się bał brać w łapę i nie chciał się z nimi układać, poszedł siedzieć.
Wystarczające dowody
Sąd Rejonowy w Warszawie nie miał wątpliwości, że Wiesław Piotrowski ksywa Koczis kłamie. Stwierdzono, że zeznania które złożył, są związane z przyznaniem mu statusu świadka koronnego. Sędzia zauważył, że materiał dowodowy zgromadzony przez prokuraturę nie tylko jest cienki, ale jest dosłownie żaden.
– Nie uważałem wtedy, żeby materiał dowodowy był za słaby – zapewnia dziś prokurator Robert Myśliński, który w trakcie prowadzenia tej sprawy awansował na szefa śródmiejskiej prokuratury stołecznej.
Andrzeja Szkopka uniewinniono. Nie zmienił tego Sąd Okręgowy, po apelacji prokuratury.
Szkopek 2 lata przesiedział niewinnie. W mediach zrobiono z niego bandytę, a specjalna grupa pod dowództwem Bogdana Święczkowskiego ogłosiła sukces.


JOANNA SKIBNIEWSKA