Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wołomin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wołomin. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 marca 2013

Spieprzaj dziadu z Wołomina (NIE 45/2011)

Spieprzaj dziadu z Wołomina


Ludzie woleliby pomnik Henryka N., pseudonim Dziad, niż Lecha K., pseudonim Prezydent.
Wołominiak to nie troki od kalesonów. Jeśli mówi, że czegoś nie będzie w tym mieście, to nie będzie. Tylko PiS tego nie kuma. Kobieta jest chuda i żylasta. Widać, że od lat nie widziała fryzjera. Zaraz za nią idzie druga. Chyba wyskoczyła prosto od gotowanego obiadu. Obie idą z wiadrem po wodę do okolicznego hydrantu. Jakieś 100 m od miejsca, gdzie lada dzień ma stanąć pomnik Lecha Kaczyńskiego. Wody w domu nie mają, za to będą miały Lecha pod oknem.
- Będzie na kogo lać - mówią dwaj młodzi mężczyźni przechodzący obok. I teatralnie wyjmują członki, by nasikać w przygotowany pod postument dół. "Mafio wróć!!!" - napisał jeden z internautów na lokalnym miejskim forum. Wołomin, co wiadomo nie od dzisiaj z gazet i telewizji, był siedzibą słynnego gangu Henryka Niewiadomskiego. Prawie 4 tysiące mieszkańców Wołomina nie chcą pomnika Lecha Kaczyńskiego. "Skoro nie umiemy wywieźć tego tałatajstwa na taczkach z miasta, to wynajmijmy kogoś, żeby ich z naszego miasta przepędził" - dodał internauta. Pochwaliło go kilkudziesięciu innych. "Paru siedzi na Białołęce, mogę do nich dotrzeć" - zaoferował wsparcie wołominiak. Zapewne rodowity.

PiS: ciało obce w mieście
Popiersie Lecha Kaczyńskiego ma stanąć na skwerku w okolicach urzędu i poczty. Planowano, że wielkie odsłonięcie nastąpi 11 listopada. "Jesteśmy przekonani, że tym samym wyrażamy wolę znakomitej większości mieszkańców Wołomina i naszego powiatu" - napisali w liście do mediów starosta Piotr Uściski i burmistrz Ryszard Madziar. Jak widać, to błędne przekonanie. Obaj panowie to pisowski desant z kancelarii Lecha Kaczyńskiego. Nie mieszkają w Wołominie.
- Oni nie są stąd - mówi była pracownica wołomińskiego urzędu.
- Co oni mogą wiedzieć o mieście. Już podczas wyborów wiadomo było, że jeśli przejdzie Madziar, to pomnik jego guru stanie w Wołominie. Podobno urzędnicy już wtedy robili zakłady, w którym miejscu. Chociaż w budowę zaangażowali się lokalni notable (burmistrz,starosta oraz poseł i lider lokalnego PiS Jacek Sasin), to reszta rady nie została poinformowana o budowlanych planach wołomińskiej wierchuszki. I choć jeszcze w październiku rada miasta nie podjęła żadnej uchwały mówiącej o tym, że ów pomnik ma stanąć, to robotnicy wynajęci przez burmistrza od dawna prowadzili prace na skwerku. Już na początku miesiąca zaczęto kopać ziemię pod monument i układać nowe płytki chodnikowe. Dziś wszystko jest przygotowane do postawienia 2-metrowegopostumentu. Tylko zgody jeszcze nie ma. Ani radnych, ani mieszkańców. Na piątkowym posiedzeniu rady przyjęto uchwałę o odłożeniu w czasie budowy pomnika Kaczyńskiego w Wołominie. Ale PiS ma to w dupie.
- To tylko tak dla zmylenia tych rozsierdziałych kmieciów - mówi jeden z radnych związanych z PiS.
- Ten pomnik i tak tutaj stanie. Tylko nie teraz.

Powiatowy stawiacz pomników, popiersi i tablic
Teoretycznie pomnik ma powstać za pieniądze prywatne. Podobno mieszkańcy Wołomina i lokalni biznesmeni dają na to kasę. Tymczasem w gronie organizatorów budowy są burmistrz, starosta i radni PiS. Zaangażowani są też radni powiatowi. Szczególnie jeden. Ryszard Walczak związany z PiS jest liderem komitetu "Grono organizatorów budowy pomnika Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego". To część ogólnopolskiego Społecznego Komitetu Budowy Pomnika Ofiar Tragedii Narodowej pod Smoleńskiem. Walczak w upamiętnieniach ma doświadczenie. I w stawianiu pomników. Stawiał Romanowi Dmowskiemu w Warszawie i ks. Jerzemu Popiełuszce w Ząbkach. W tej miejscowości zainicjował też postawienie monumentu Jana Pawła II. A zaczęło się skromnie. Od Stefana Wyszyńskiego.
- Powiedział, że buduje pomnik, i chciał, żebyśmy wsparli budowę finansowo- mówi jeden z ówczesnych radnych powiatowych.
- Większość z nas przekazała 3 swoje diety. Ale gdy odsłaniano pomnik, Walczak już o nich nie pamiętał. Wymienił tylko jako darczyńców okolicznych księży. I ówczesnego posła Artura Zawiszę. Nie wspomniał też, że niezłą działkę dało miasto. Po paru dniach okazało się, że pomnik odsłonięto "na krechę", gdyż Walczak musi oddać kupę pieniędzy okolicznym biznesmenom. Przy Romanie Dmowskim mało w zęby od wszechpolaków nie dostał. Bo to oni dali większość kasy, z której Walczak " jak twierdzą " nigdy się nie rozliczył. Przy innych "inicjatywach patriotycznych" takich jak tablice pamiątkowe i inne prawicowe figurki postępował podobnie. Od półtora roku w kolejne miesięcznice katastrofy smoleńskiej towarzyszy także Jarosławowi Kaczyńskiemu na wiecach przed Pałacem Prezydenckim. Zawsze ustawia się blisko niego na zdjęciu i głośno krzyczy: "haaaańbaaaa!?. A popiersie wołomińskiego Lecha już osobiście głaskał.
- Mam je u siebie, już odlane z brązu, rzeźba ma 1,5 metra. Granitowy cokół też jest gotowy. Pomnik można postawić w ciągu tygodnia - ocenia Walczak.
- Popiersie wykonał warszawski rzeźbiarz Jerzy Nowicki, z własnej inicjatywy. Nowicki, głównie producent kościelnych aniołków, robił i popiersie Dmowskiego, i tablice, i medale pamiątkowe, które wmurowywał Walczak.
Popiersie Lecha Kaczyńskiego charakteryzuje się tym, że jest prawie takie samo jak Dmowskiego, z tym że Kaczyński jest w damskiej marynarce.
Rzeźbiarz amator podarował popiersie w wersji gipsowej Jarosławowi Kaczyńskiemu, który ponad rok temu oddał dzieło Walczakowi. Żeby postawił w godnym miejscu. I chronił jak niepodległości.
 - Teraz mamy formę, z której możemy odlewać kolejne popiersia i je rozpowszechniać - mówił Walczak uradowany. Zatem obecnie Walczak ma gipsowy odlew oraz formę i będzie cykał popiersie za popiersiem. W całym kraju. W Europie. A może nawet w świecie.

Ludność woli mafię
"Panie Madziar z Walczakiem, stawiajcie sobie te wasze krasnale w swoich ogródkach i módlcie się do nich, jak chcecie. To wasza sprawa. Ale z naszego miasta wara!". Podobnie myślą prawie 4 tysiące mieszkańców Wołomina, którzy zadeklarowali sprzeciw na Facebooku. W Wołominie na kilkudziesięciu miejskich ulicach, w samym centrum miasta, ludzie nie mają wody w mieszkaniach. Dzieci nie mają placu zabaw, bo nie ma pieniędzy na jego odwodnienie. "Szanowny Burmistrzu, być może dzielą nas, niżej podpisanych, poglądy polityczne, religijne czy moralne - łączy natomiast pragnienie pozostawienia lokalnej przestrzeni miejskiej wolnej od upartyjnienia. Wołomin stanowi naszą wspólną własność oraz dobro wymagające naszej wspólnej troski dlatego też nie możemy zgodzić się na zawłaszczenie jego przestrzeni podobnymi inicjatywami" ? to fragment petycji do burmistrza Wołomina. Pod nią prawie 1900 podpisów. I krótkie komentarze przy podpisach. Ten oddaje atmosferę: "Nie chcę się wstydzić mieszkania w Wołominie".
- Wolimy mieć tu mafię niż jego - podsumowują młodzi mężczyźni, którzy właśnie obsikali skwerek. Teraz będą tu wpadać codziennie. Szczególnie po piwie.

czwartek, 28 lutego 2013

Honor Pani Prostytutki (NIE, 13/2010)


Jak prokuratorzy robią wyniki i za co awansują. 
 Policjant to ma klawe życie. Dopóki nie wybierze się do pod warszawskich Marek. Dariusz K. jest policjantem z Legionowa. W sierpniu 2008 r. wraz z kolegą ze służby przejeżdżał jego samochodem przez Marki. Gdy pokonywali znany wszystkim okolicznym mieszkańcom "kurwi dołek", natknęli się na nieznaną im kobietę. Strój i zachowanie wskazywały jasno, że pani ta może nigdy "Pana Tadeusza" nie czytała, ale o tym, gdzie Telimenie właziły mrówki, wie na pewno. Według relacji obu panów niewiasta wtargnęła im pod koła, podniosła i tak bardzo kusą spódniczkę, pokazując, co im da i w jaki sposób. Zmuszeni do gwałtownego hamowania i mało zainteresowani wątpliwymi wdziękami pani, mężczyźni powiedzieli, co 0 niej myślą. Szczególnie dobitny w słowach był Dariusz K., który posłał jej parę kurew. Po czym panowie pojechali dalej.
Nie minęło wiele czasu, gdy zauważyli, że pędzi za nimi czerwona honda kierowana przez półnagiego wytatuowanego mięśniaka w krótkich spodenkach. Ów przemiły człowiek trzymał w ręku siekierę... Policjanci zaczęli uciekać, ale w pewnym momencie drogę zajechało im czarne bmw z trzema facetami w środku. Gdy się zatrzymali, mięśniak z siekierą szedł prosto na nich. Był to Mariusz F., prawie dwumetrowy, bez szyi, wytatuowany potwór znany miejscowej policji. W krótkich żołnierskich słowach, powiedział, co o nich myśli, i poinformował, że zaraz ich zabije. Legionowscy policjanci chcieli wezwać pomoc, lecz nie mogli połączyć się z miejscową policją. Pokazali legitymacje, mówiąc, że są z policji. "Chuj mnie to obchodzi" - usłyszeli. Postanowili więc bronić się, jak umieli. Zaczęli obrzucać Mariusza F. kamieniami. Niewiele to jednak dało. W pewnej chwili wytatuowany mięśniak zrezygnował z rozlewu krwi 1 skupił się na samochodzie, którym przyjechali policjanci. Wsiadł do niego, odpalił i spokojnie odjechał. Do jego hondy wsiadł jeden z pasażerów bmw i oba samochody zniknęły.
Niedługo potem pojawił się patrol miejscowej policji. Za złodziejem ruszył pościg. Skuteczny. Mariusza F. schwytano. Odnaleziono też skradzione funkcjonariuszom auto. - Zadzwoniła do mnie jedna z naszych prostytutek, że tych dwóch ukradło jej telefon komórkowy - zeznał w komisariacie Mariusz F. - To za nimi pojechałem. Ów miłośnik siekiery był opiekunem leśnych panienek. Miał pilnować, żeby dawały dupy, dzieliły się odpowiednio kasą i trzymały gębę na kłódkę. W tym wypadku bronił też telefonu komórkowego. Nikt co prawda nie dociekał, z czego panna zadzwoniła, skoro policjanci rzekomo pozbawili ją telefonu, ale to mało istotny szczegół. Mariusz F. trafił pod opiekę wołomińskiego prokuratora. Nie pierwszy raz zresztą. I tu cała historia powinna się skończyć. Ale się nie skończyła. Asesor wołomińskiej prokuratury Radosław Masłosz do awansu potrzebował wyników. W tym niechcący pomógł mu funkcjonariusz Dariusz K., opowiadając o pościgu i spotkaniu z mięśniakiem z siekierą. Nie wspomniał o tym, że natknął się w lesie na prostytutkę, bo nie wiązał wówczas tych faktów. Poza tym, po pierwsze, nawyzywał ją od kurew, co mogło bardzo dotknąć ową skromną niewiastę, a po drugie, nie chciał wkurzać narzeczonej. Prostytutka to prostytutka.
Co robi ambitny prokurator? Oskarża Dariusza K. o składanie fałszywych zeznań i wszczyna przeciwko niemu postępowanie. Policjant zgodnie z procedurą zostaje zawieszony w czynnościach. Nie jest już policjantem, lecz podejrzanym. Prokurator nie sprawdza wersji Mariusza F. Podobno nie może znaleźć dupodajki z lasu. Nie każe nawet mięśniakowi wskazać miejsca jej pracy. Sam Mariusz F. twierdzi, że tej laski już się nie znajdzie, bo wyparowała. Pozostają tylko zeznania bandziora, które okazują się bardziej wiarygodne niż relacja dwóch funkcjonariuszy o nieposzlakowanej opinii. Prokurator zakłada, że Dariusz K. dlatego nie wspomniał o bliskim spotkaniu z prostytutką, bo gwizdnął jej telefon komórkowy. Asesor ma więc dwóch groźnych przestępców i wymarzone wyniki... Niedawno Sąd Rejonowy w Wołominie zakończył sprawę. Uniewinnieniem. Sędzia nie pozostawił suchej nitki na prowadzącym postępowanie prokuratorze. Ten jednak złożył już apelację. Żąda, by sąd zwrócił sprawę do ponownego rozpatrzenia, czyli by funkcjonariusz nadal bujał się z oskarżeniem prostytutki, której nigdy nie znaleziono, nie przesłuchano, a nawet nie próbowano jej szukać. Pod wnioskiem apelacyjnym nie podpisał się już asesor Radosław Masłosz, ale prokurator Masłosz.

Zakaz ujadania (NIE, 51/2009)


Psom w policji nie wolno szczekać – czy mają cztery łapy, czy dwie nogi.

Osoby dramatu:
Andrzej Pisarek – zastępca komendanta powiatowego policji w Wołominie. Zdobywca tytułu „Złotej pały” za najgłupsze zachowanie roku. Obrażalski.
Jerzy Piątkowski – komendant powiatowy policji w Wołominie. Znany z tego, że policjanci są albo z nim, albo piszą raport o przeniesienie. Też obrażalski.
Marcin Kasenko – rzecznik prasowy komendy. Niezdyscyplinowany, bo niewystarczająco rozumie wypowiedzi komendanta Pisarka.
Nadson, Watan, Wader – psy policyjne rasy owczarek niemiecki, które porozumiewają się ze sobą, szczekając.
Miejsce dramatu – Wołomin, komenda powiatowa.

 


Całkiem spokojny dzień. Jak na Wołomin. Nikt nikogo nie zastrzelił, żadna willa nie wyleciała w powietrze, nikt nie został znaleziony w lesie z przestrzelonym kolanem. Nuda.
Na biurku komendanta Pisarka piętrzą się papierzyska. To trzeba przeczytać, tamto podpisać, inne zaopiniować. W powietrzu gęsto od emocji i dymu papierosowego. Co chwila ktoś ma jakąś sprawę. I jeszcze te psy...
Komendant podchodzi do okna. Patrzy na kojce, w których siedzą dobrze mu znane psy policyjne. Piękne zwierzęta. I zwykle sympatyczne, ale tym razem dzieje się z nimi coś niezrozumiałego – szczekają. Pisarek podchodzi do wypucowanego biurka, podnosi słuchawkę i wykręca numer do oficera dyżurnego.
– Proszę mi wyjaśnić na piśmie, dlaczego psy szczekają na kojcach! – rozkazuje dyżurnemu.
Dyżurny przekazuje rozkaz dalej, czyli opiekunowi psów. Dlaczego psy szczekają na kojcach? Ten zgodnie z rozkazem pisze notatkę służbową, wyjaśniając tę niecodzienną sytuację: Informuję Pana Naczelnika, że (…) przewodnicy psów służbowych (…) przebywali w ZDZ KSP na szkoleniu dwudniowym i prawdopodobnie ich psy mogły nadmiernie szczekać w kojcach z tęsknoty za przewodnikami. (…) Poza tym psy służbowe, jak i każde inne, porozumiewają się między sobą między innymi poprzez szczekanie. (…) Informuję ponadto, że możliwe jest również wycie psów zwłaszcza podczas pełni księżyca – napisał sierż. sztab. Andrzej Kopała, opiekun Watana.


Internetowe Forum Policyjne informuje, że tytuł „Złotej pały” za najgłupsze polecenie służbowe zastępca komendanta powiatowego Andrzej Pisarek otrzymał właśnie za te psy. Rozbawieniu internautów nie ma końca. Rozpisują się też ogólnopolskie media; dywagują, że Pisarek pobił na głowę nawet komendanta, który nakazał zdejmować buty policjantom idącym na interwencję domową. Jedna z gazet tytułuje publikację na temat przyznanego tytułu – „Najgłupszy policjant w kraju”. To boli. Pisarek idzie na urlop. Zmęczony jest. Głównie telefonami od dziennikarzy i kolegów policjantów. Rozumie go jego przełożony Jerzy Piątkowski. Pozwala odpocząć. Ale przed urlopem do gabinetu Pisarka wchodzi rzecznik prasowy Marcin Kasenko.
– Panie komendancie, jaką ustalamy strategię? – pyta przełożonego.
– Żadnych, kurwa, komentarzy. Nie udzielać odpowiedzi – rzuca rzeczowo komendant. I tyle.
Ale dziennikarze walą drzwiami i oknami. Prasowi i telewizyjni. Nieudzielanie informacji to naruszenie ustawy prawo prasowe i ustawy o dostępie do informacji publicznej. Wie o tym rzecznik Kasenko. Wije się więc jak węgorz. Wreszcie rzuca dziennikarce z Polsatu, że to było przejęzyczenie i ktoś źle zrozumiał wypowiedź oraz intencje komendanta Pisarka. Bach, poszło w telewizji. A przecież miał, kurwa, nic nie mówić…
I tu powinna skończyć się komedia. Aktorzy powinni wrócić do domów, napić się piwa, zapomnieć. Ale nie. Teraz zaczyna się dramat. Dramat człowieka.


W chwilę potem rusza machina. Ma rozjechać Marcina Kasenkę. Komendant Piątkowski wszczyna przeciwko rzecznikowi postępowanie dyscyplinarne. Po pierwsze za to, że na stronie internetowej komendy nie umieścił jego zdjęcia z odpowiednią liczbą gwiazdek na pagonach. O tym, że sam nie chciał, by robiono mu nowe zdjęcie, nie wspomina. Po drugie, rzecznik nie umieścił tam informacji, że w podległych komendzie Markach zaczęła się akcja „Bezpieczne miasto”. Ostatni zarzut to oczywiście fakt, że udzielając wywiadu dla telewizji Polsat dotyczącego wyjaśnień (…) w przedmiocie nieuzasadnionego zachowania zwierząt (…) nie dopełnił obowiązku ustalenia stanu faktycznego (…), czym dopuścił do podważenia zaufania niezbędnego do sprawowania funkcji przez członków kierownictwa jednostki organizacyjnej policji oraz społecznego wizerunku policji jako formacji, w której pełni służbę.
Komendant Piątkowski utracił do niego zaufanie niezbędne do dalszego pełnienia funkcji rzecznika prasowego – informowała Katarzyna Marcinkowska z KPP w Wołominie. Komendant stwierdził, że nie widzi możliwości dalszej współpracy z nadkomisarzem Kasenką, w związku z czym powinien on poszukać sobie innego miejsca pracy. Dla komendanta nie jest on partnerem do dyskusji.
I tak nadkomisarz Piątkowski spacyfikował nadkomisarza Kasenkę. Przeniósł policjanta do dochodzeniówki w Markach, gdzie jego przełożony był o 4 stopnie niżej w hierarchii służbowej. W chwilę potem komendant Piątkowski wręczył rzecznikowi decyzję zawieszenia go w obowiązkach służbowych.
– Co, zabolało? – zapytał z uśmiechem, gdy Kasenko przyjmował rozkaz.
Owszem, zabolało.


Gdyby Kasenko ogłosił publicznie uwagi dopisywane przez Pisarka na informacjach do prasy, to dopiero byłoby się z czego pośmiać. Ale Kasenko nie szczeka. Z drugiej strony nie zamierza odpuścić, choć namawiają go do tego koledzy.
– Daj spokój, on niejednego już rozjechał – mówili, ale Kasenko wierzy w sprawiedliwość.
Walczy pomimo szykan, odwołuje się do wyższych szczebli. Gdy rozmawia przez telefon z innym policjantem na temat tej sprawy, natychmiast jest wzywany do komendanta Piątkowskiego. Jakim prawem o tym gada? Gdy wchodzi do sztabu, żeby od koleżanki policjantki wziąć materiały do egzaminu, jest wyrzucony z budynku i z miejsca wezwany do gabinetu komendanta, żeby wyjaśnił cel wizyty. O każdej z takich scen jest notatka służbowa. Jego koledzy są przesłuchiwani, a każdy, kto próbuje w zeznaniach bronić funkcjonariusza, dowiaduje się, że przecież jest tyle innych miejsc, gdzie może służyć.
Postępowanie dowodowe przeciwko byłemu rzecznikowi trwa przeszło rok. Kasenko odwołuje się do sądu administracyjnego. Ten bez najmniejszych wątpliwości uchyla decyzję o zawieszeniu Kasenki. Policjant może wrócić do służby. To boli obu komendantów. Zaczyna się kolejna akcja szykan przeciwko byłemu rzecznikowi. I wtedy chłop ma dość. Składa raport o emeryturę, choć wie, że straci na tym finansowo.


Pisarek nadal jest zastępcą komendanta powiatowego w Wołominie. Stara się nie patrzeć na kojce z psami. Zresztą chyba już wie, że psy nie potrafią jeszcze szczekać szeptem.
Piątkowski awansował. Jest teraz komendantem na warszawskiej Woli. Na pierwszej odprawie ponoć powiedział (jak zwykle), że albo policjanci w każdej sytuacji „są z nim”, albo niech piszą raport o przeniesienie do innej jednostki.
Marcin Kasenko nie jest już policjantem. Zdrowy, sprawny, przeszkolony, wykształcony funkcjonariusz jest na emeryturze.
Mamy nadzieję, że Nadson, Watan i Wader mają się dobrze, bo emeryt Kasenko nie dosypał im trucizny do żarcia za to, że przez nie stracił pracę. I za to, że dużo stracił Wołomin, w którym ten były policjant zna każdego zbira.


JOANNA SKIBNIEWSKA

Niewinny chociaż policjant (NIE, 48/2009)

Przesiedział 2 lata w areszcie. Media zrobiły z niego bandytę. Potwierdzał to prokurator. Tymczasem Andrzej Szkopek, były komendant powiatowy policji w Myszkowie, został uniewinniony po pięciu latach postępowania. Sąd stwierdził, że oskarżenie nie było poparte żadnymi dowodami, a świadek koronny, który jako jedyny oskarżał Szkopka, był nakłaniany przez prokuratora do składania fałszywych zeznań. Powtarzalność podobnych zdarzeń dowodzi, że system jest zdegenerowany.
 
O Andrzeju Szkopku chcą opowiadać jego byli podwładni i koledzy policjanci. Ale anonimowo.
– To chyba zaczęło się od strzelaniny na plaży – mówi jeden.
Lipiec 2002 r. Piątek. Nad rzeką Bug na plaży doszło do strzelaniny: ostrzelany samochód, dwa trupy i dwóch rannych. Wszyscy znani miejscowej policji. Jej czynności trwały nieustannie 48 godz. Pod kierunkiem komendanta Andrzeja Szkopka. Po tym czasie miał namierzonych świadków zdarzenia i wiedział już, kto dokonał zbrodni. Dowodzą tego istniejące wciąż telegramy i nagrania rozmów między policjantami a prokuraturą.
Tymczasem w niedzielę do wyszkowskiej komendy przyjechali panowie z CBŚ i poinformowali, że sprawę przejmuje oddział warszawski. W mediach pojawiła się informacja, że w Wyszkowie doszło do porachunków mafijnych.
– Bzdura. Jakich mafijnych. „Psina” postanowił odstrzelić „Tryca”, bo mu dziecko z wózka wywalił – mówią funkcjonariusze. – Reszta to przypadkowe ofiary.
Tymczasem media informowały, że Bogdan Święczkowski powołuje specjalną grupę do walki z mafią wyszkowską.
– Z kim? – pyta Grzesiek, jeden z żołnierzy Wołomina śmieje się. – Jaką mafią?
„Rzeczpospolita” napisała, że Święczkowski rozwalił wyszkowską mafię.
Wtedy pierwszy raz Szkopek zwrócił uwagę CBŚ, że to jego chłopcy robili tę sprawę od początku do końca i że wypadałoby o tym wspomnieć. Pierwszy konflikt.
Filmowa kpina
Niedługo potem z CBŚ przyszedł nakaz zatrzymania sprawców. Dwóch funkcjonariuszy z wyszkowskiej komendy pojechało to uczynić. Na miejscu okazało się, że zatrzymani są uzbrojeni, o czym wiedzieli tylko funkcjonariusze CBŚ. Policjanci z Wyszkowa nie byli na to przygotowani, bo nikt ich nie poinformował.
– Wtedy Szkopek dostał szału – mówi policjant. A gdyby tamci zaczęli strzelać? Kto moim ludziom zwróciłby życie – krzyczał do funkcjonariuszy CBŚ. Drugi konflikt.
Jeszcze tego samego dnia pojawił się nowy problem. Na miejsce zatrzymania przyjechała brygada antyterrorystów z długą bronią i… telewizja. Kręcili zatrzymanie. W pięć godzin po zdarzeniu... Pięciokrotnie inscenizowali i kręcili wejście do pustego od paru godzin domu, bo nie mogli uchwycić brawurowo przeprowadzonej akcji.
– Ludzie się z nas śmieją – powiedział wtedy Szkopek.
Potem szlag go trafiał, gdy oglądał wiadomości, a tam otrąbiano kolejny sukces grupy Święczkowskiego i warszawskiego CBŚ.
Niedługo potem Andrzej Szkopek został wezwany przed oblicze komendanta wojewódzkiego Wiesława Stacha (tego, co tak „sumiennie” nadzorował śledztwo ws. Olewnika). Dowiedział się, że ma natychmiast pisać raport o rezygnację ze służby. Szkopek odmówił.
Następnego dnia został zatrzymany.
Brał bez powodu
Zarzut: w okresie 5 lat przyjął korzyść majątkową od członka zorganizowanej grupy przestępczej Wiesława Piotrowskiego pseudonim Koczis w wysokości… 14 tys. zł. Według prokuratora Roberta Myślińskiego brał po 300, 400 zł. W aktach jest wypowiedź prokuratora: zastanawialiśmy się gremialnie, jakie mogły być motywy przyjęcia łapówki.
 Nawet gremialnie do tego nie doszli…
Dowody: zeznania gangstera, który od lat starał się o status świadka koronnego. Dostał go po przypomnieniu sobie, że dawał komendantowi kasę. Są też zeznania przeszło 90 świadków. Wszystkie na korzyść komendanta.
Zeznawali także wyszkowscy prokuratorzy. Ja sobie Szkopka w jednej kolejce do kasy z Koczisem nie wyobrażam, a co dopiero gdyby miał z nim współpracować, powiedział prokurator Kiełek.
– Szkopek miał założoną technikę (podsłuch – przyp. autorki) zarówno na telefon, jak i na radio, ale nie włączono jej do materiału dowodowego, bo osłabiała oskarżenie – mówi jeden z policjantów.
Andrzej Szkopek przesiedział w areszcie tymczasowym 2 lata. Siedział w celi na Rakowieckiej. Nie przesłuchiwano go.
W tym czasie prokurator próbował złamać jego żonę. Gdy zauważył, że nie działają na nią informacje o wyimaginowanych kochankach męża, powiedział jej, że mąż chciał w więzieniu popełnić samobójstwo i że na pewno nie wyjdzie stamtąd żywy.
Prokurator kazał powiedzieć
Podczas prowadzonego postępowania przed sądem prokurator wielokrotnie mijał się z prawdą. Celowo. Bronił swojego jedynego świadka, gangstera Koczisa, który nieporadnie kłamał. Myliły mu się daty, miejsca, okoliczności. Gdy biegły sądowy Teresa Dubowska stwierdziła, że Koczis konfabuluje, poza tym jest na takim poziomie intelektualnym, że sam nie wymyśliłby nawet niektórych sformułowań, natychmiast prokurator powołał innego biegłego. Ten uznał, że Koczis być może mówi prawdę...
– Koczis to ten z żółtymi papierami, o którym biegły w opinii napisał, że ma stwierdzającą pseudologię fantastyczną – rzuca policjant.
Prokurator Myśliński przez chwilę miał też drugiego świadka, Marka pseudonim Wacek. Gangstera, który powiedział, że Szkopek chyba brał. W zamian miał dostać niski wymiar kary. Sąd nie przystał na prośbę prokuratora i wlepił mu 7 lat.
 Czuję się oszukany. Tamto to kłamstwo. Nigdy nie widziałem ani nie słyszałem, żeby Szkopek brał. Prokurator kazał mi tak powiedzieć – zeznał.
Dam sobie ręce uciąć
O sprawie Szkopka napisano na Internetowym Forum Policyjnym.
Koczisowi to nawet wystarczało, że w każdej chwili mógł z aresztu pojechać do prokuratora, bo np. coś mu się przypomniało i tam obżerać się kurczakiem i frytkami. Jak się najadł, to powiedział, że właściwie nie jest pewien, czy coś mu się przypomniało. I wracał do paki – najedzony.
Oraz:
Powiem Wam coś o Szkopku. Odkąd pracuję w tej firmie, czyli od ponad 13 lat, nie spotkałem lepszego komendanta. Pamiętam, jak niedługo po tym, jak Szkopka zatrzymano, robiliśmy konwój jednego takiego złodzieja (pseudonim Kaniak) na Białołękę. Klient brechtał się ze śmiechu całą drogę, że ten, co najbardziej się bał brać w łapę i nie chciał się z nimi układać, poszedł siedzieć.
Wystarczające dowody
Sąd Rejonowy w Warszawie nie miał wątpliwości, że Wiesław Piotrowski ksywa Koczis kłamie. Stwierdzono, że zeznania które złożył, są związane z przyznaniem mu statusu świadka koronnego. Sędzia zauważył, że materiał dowodowy zgromadzony przez prokuraturę nie tylko jest cienki, ale jest dosłownie żaden.
– Nie uważałem wtedy, żeby materiał dowodowy był za słaby – zapewnia dziś prokurator Robert Myśliński, który w trakcie prowadzenia tej sprawy awansował na szefa śródmiejskiej prokuratury stołecznej.
Andrzeja Szkopka uniewinniono. Nie zmienił tego Sąd Okręgowy, po apelacji prokuratury.
Szkopek 2 lata przesiedział niewinnie. W mediach zrobiono z niego bandytę, a specjalna grupa pod dowództwem Bogdana Święczkowskiego ogłosiła sukces.


JOANNA SKIBNIEWSKA