Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lech Kaczyński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lech Kaczyński. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 marca 2013

SKOK na życie (NIE 40/2012)


Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe w porozumieniu z komornikiem zagłodziły jednego faceta.

Sławomir Lenczowski od 19 września właściwie nic nie jadł. Nie ma za co. Lenczowski nie jest menelem ani nawet degustatorem alkoholu. Po prostu jest chory. Przeszedł rozległy zawał serca, ma wieńcówkę imiażdżycę. Nikt go nie chce zatrudnić, bo ledwo łazi. Żyje z renty inwalidzkiej. To znaczy żył, dopóki nie zainteresował się nim komornik. Za sprawą SKOK-u Stefczyka, z którym nigdy nie miał do czynienia.

Długi ojców waszych?
Kilka lat temu Bogusława Lenczowska, matka Sławomira, wzięła kredyt w SKOK-u Stefczyka w Tarnowskich Górach, skąd oboje pochodzą. W chwili zaciągania pożyczki była zdrowa i nic nie wskazywało na to, że zachoruje. Na wszelki wypadek ubezpieczyła kredyt w razie niemożliwości płacenia lub w razie śmierci. Choroba nowotworowa rozwinęła się u niej błyskawicznie, ale aż do chwili śmierci regularnie spłacała kredyt. Potem syn przesłał do banku akt zgonu matki. Był pewien, że wszystko jest OK, gdyż ani na adres matki, ani na jego nie przychodziły wezwania do zapłaty lub upomnienia. Jakież było jego zdziwienie, gdy parę dni temu zablokowano mu konto bankowe, na które co miesiąc wpływała renta w wysokości ok. 700 zł, z czego ok. 400 szło od razu na alimenty dla 19-letniego syna.
Zostawało mu na koncie 308 zł. I dokładnie tyle ściągnięto mu z konta z powodu zajęcia przez komornika Pawła Grzybowskiego z Krakowa.
     Rencista Lenczowski zaczął dowiadywać się, o co chodzi. Był pewien, że to pomyłka.
Tymczasem to SKOK Stefczyka z Gdyni uznał go winnym kredytu zaciągniętego przez jego matkę.
Nagle pojawiły się horrendalne odsetki i dług z kilku tysięcy urósł do kilkunastu. Przekonany, że umowa ubezpieczenia kredytu (którąposiada) wystarczy, by zrozumiano, że popełniono błąd, postanowił pogadać z przedstawicielami banku. Potraktowano go jak pluskwę. Dowiedział się, że nikogo nie obchodzi żadne ubezpieczenie tego kredytu, bo SKOK-u to nie obowiązuje.
- Sprawa zamknięta - usłyszał.
Nic nie pomogło tłumaczenie, że 308 zł to są jego jedyne dochody. Teraz przyjdzie mu po prostu zdechnąć. Znudzony pan z działu windykacji nie lubi słuchać takiego biadolenia, rozmowę więc zakończył.
     Lenczowski skontaktował się z komornikiem z Krakowa. Domyślał się, że nie miał prawa zablokować mu konta przy tak małych dochodach. Komornik z zatroskaną miną stwierdził, że odblokuje jego rachunek, a jakże, jeśli wierzyciel złoży taki wniosek. Teraz to ma związane ręce. I też gadać nie miał czasu.

...będą nam dane...
Jak widać, zapomniał o przepisach, które go obowiązują. Egzekucji podlega do 60 proc. wynagrodzenia, jeżeli są to zobowiązania dotyczące zaległych alimentów. W przypadku pozostałych długów komornik może zająć do 50 proc. pensji. Są jednak ograniczenia odnoszące się do minimalnego wynagrodzenia za pracę. Jeśli jest to minimalna kwota wynagrodzenia, to komornik musi spadać na szczaw! Idąc dalej, komornik może wejść komuś na rachunki bankowe. Ale też nie może wziąć wszystkiego. Środki pieniężne znajdujące się na rachunkach, niezależnie od liczby zawartych umów, są wolne od zajęcia do wysokości 3-krotnego przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw. Jeśli chodzi o rentę inwalidzką ograniczenia są jasne: 50 proc. najniższej renty to kwota wolna od egzekucji. w tym wypadku jest to 353 zł. Z kwoty tej komornik może zabrać co miesiąc maksymalnie 25 proc., czyli 88 zł (art.140 ust. 1 pkt 3). Przy tym nie może pozbawiać Lenczowskiego pieniędzy całkowicie! Tym bardziej że jest to świadczenie zdrowotne, czyli na leki i leczenie.
     Zadziwiające jest porozumienie SKOK-u z Gdyni z komornikiem z Krakowa, który ściąga dług z syna zmarłej dłużniczki mieszkającego w Tarnowskich Górach. I SKOK, i komornik działają bezprawnie. Wspólnie i w porozumieniu w z góry założonym celu.

...a ojcowizna nasza...
To stary numer SKOK-ów. Ten finansowy matecznik PiS od dawna skubie ludzi. I nie ponosi za to odpowiedzialności, bo pozwalają mu na to przepisy. Nad SKOK-ami praktycznie nie ma kontroli. Co prawda posłowie innych partii to widzą, ale nic nie chcą z tym zrobić. Choć pojawia się światełko w tunelu.
     Poselski projekt noweli ustawy o SKOK-ach wpłynął do laski marszałkowskiej 19 lipca. Jest to propozycja zmian dokumentu, który na początku lipca podpisał prezydent Bronisław Komorowski. Ma ona wejść w życie 27 października. Przewiduje, że nadzór nad kasami obejmie Komisja Nadzoru Finansowego. Projekt przewiduje też, że depozyty zgromadzone w SKOK-ach miałyby być gwarantowane przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Oczywiście to zdecydowanie za mało, bo SKOK-i trzeba dokładnie skontrolować. I to właśnie od strony detalicznego klienta, który pożycza tu niewielkie kwoty i bywa od lat robiony w balona.

...naszą tylko jest...
Tymczasem PiS już głośno krzyczy. Szef krajowych SKOK-ów senator PiS Grzegorz Bierecki stwierdził, że projekt nie nadaje się do niczego innego, jak tylko do wyrzucenia do kosza, i nie powinien być przedmiotem prac parlamentarnych. Bierecki wyraził nadzieję, że sejmowa Komisja Finansów Publicznych zdecyduje się nie podejmować prac nad tak szkodliwym projektem. Co może senator PiS, który od lat jest solidarnościowym bojownikiem o wolność i demokrację? Bo polityk wie, z kim się ustawiać.
Bierecki

Senator Bierecki zafundował bursztynową sukienkę dla Matki Boskiej na Jasnej Górze, wyłożył pieniądze na film o księdzu Popiełuszce, wykupuje reklamy we wszystkich prawicowych mediach.
   
Także nieudana Rydzykowa telefonia komórkowa to inwestycja zrobiona ze SKOK-ami.
     SKOK Holding ma udziały w dwóch interesach związanych z imperium ojca Rydzyka: w Geotermii Toruń i sieci komórkowej. Spółki należące do holdingu współfinansują także powstającą monografię Lecha Kaczyńskiego, są głównym reklamodawcą "Gazety Polskiej", "Gazety Polskiej Codziennie", "Naszego Dziennika" i serwisu Niezalezna.pl. Stefczyk.info ściśle współpracuje z serwisem braci Karnowskich w polityce.pl, a SKOK Stefczyka, największa kasa w Polsce, funduje stypendia dla studentów i pracowników naukowych uczelni działającej przy Radiu Mary ja. Wśród studentów Uniwersytetu im. kard. Stefana Wyszyńskiego też znajduje swoje zaszczytne miejsce. Sam senator na pracy dla SKOK-ówi spółek pochodnych zarabia rocznie prawie 6,5 mln zł.

...i na jej rzecz walczyć będziemy
Senator Bierecki nie jest odosobniony w walce o interesy Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych. Politycy PiS, z prezesem Kaczyńskim na czele, wielokrotnie publicznie bronili SKOK-ów. A pierwsza próba poddania kas nadzorowi bankowemu nie powiodła się, bo ustawę w 2010 r. zawetował prezydent Lech Kaczyński. W ogóle nieboszczyk Kaczyński hołubił Biereckiego. W 2006 r. obecny senator został członkiem Rady Rozwoju Rynku Finansowego przy ministrze finansów w kaczym rządzie. A w 2010 r. prezydent Kaczyński powołał go w skład Narodowej Rady Rozwoju.
     Dziś Jarosław Kaczyński zapowiada, że będzie działał na rzecz tego parabanku. Atakują SKOK-i, czyli w istocie polski autentyczny kapitał. Należy to przerwać. Kiedy my dojdziemy do władzy, zrobimy to. Także działanie rozmaitych zagranicznych instytucji finansowychi kredytowych, które dziś w sposób krzywdzący traktują Polaków, będzie po prostu niemożliwe ? zapewniał parę dni temu.
     Czyli już wiemy, kto będzie finansował jego kampanię wyborczą. Tylko dlaczego kosztem takich ludzi jak Sławomir Lenczowski?

wtorek, 12 marca 2013

Samobójca na schwał (NIE 3/2012)


Gdyby Mikołaj Przybył strzelał jak wytrawny żołnierz, to z głowy by mu nic nie zostało. Ale próba samobójcza była pożyteczna. Kieruje światło na doniosłe świństwa. W ten dramatyczny sposób pułkownik wołał o to, by wreszcie ktoś zajął się tym, co dzieje się w polskiej armii. 
 
Sprawa Pasionka
Zabezpieczeniem pisowskich idei w śledztwie dotyczącym katastrofy smoleńskiej miał być wrzucony do prokuratury wojskowej cywilny prokurator Marek Pasionek. Człowiek, który na Śląsku rzekomo rozbijał zorganizowaną przestępczość. To on brał na świadków najgorszych przestępców, którzy w zamian za wolność opowiadali to, co chciał prokurator. Za sprawą Pasionka często niewinni trafiali za kraty. Marek Pasionek zaczynał w Prokuraturze Rejonowej w Gliwicach. Gdy do władzy doszedł Lech Kaczyński, szybko zaczął awansować. Najpierw prokuratura wojewódzka, potem posada doradcy premiera Marcinkiewicza, następnie Jarosława Kaczyńskiego. Wreszcie etat podsekretarza stanu w Kancelarii Premiera. Gdy w 2007 r. wiadomo było, że wybory wygra Platforma, Pasionek szybko przeniósł się do Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Pomógł mu w tym Zbigniew Ziobro, jego dobry kolega. Po wejściu w życie zmian rozdzielających prokuraturę od Ministerstwa Sprawiedliwości kandydował na stanowisko prokuratora generalnego. Miał przedstawić swój program naprawy chorego systemu po IV RP i rządach PiS. Chyba jako jedyny napisał: Nie widzę poważniejszych zagrożeń dla konstytucyjnych praw i wolności obywate la. Tymczasem prokuratorzy wojskowi nie pałali sympatią do Pasionka. Szlag ich trafił, gdy zorientowali się, że informacje z prowadzonego postępowania przedostają się do mediów. I to tych "słusznych". Nawet do Rydzyka. Dwóch dziennikarzy miało informacje z pierwszej ręki. Bardzo tendencyjne informacje. Domyślali się, czyja to ręka, wszczęli śledztwo. To właśnie Mikołaj Przybył nadzorował postępowanie w tej sprawie. Według zebranego materiału Pasionek przekazywał niejawne informacje. I to nie tylko polskim, jedynie słusznym mediom, ale najprawdopodobniej także CIA i FBI. Przesłuchano w tym celu agenta FBI. Sprawdzana w toku śledztwa wersja o udziale obcych służb specjalnych zainteresowanych sprawą katastrofy smoleńskiej uzyskała swoje potwierdzenie w materiale dowodowym - stwierdził prokurator Mikołaj Przybył.
Pasionek
Prokurator nadzorujący postępowanie (Marek Pasionek, przyp. J.S.) w sprawie katastrofy smoleńskiej nie informując o tym wcześniej przełożonych, wszedł w kontakt z przedstawicielami obcych służb specjalnych. Pasionek nie był zawodowym żołnierzem, więc płk Przybył, czyli prokuratura, nie mógł prowadzić dalej postępowania. Myślano, że prokuratorzy cywilni nie odpuszczą tej sprawy, oni jednak umorzyli śledztwo przeciwko koledze. Znikoma szkodliwość czynu.

Chory rosomak
Prokurator Przybył zajmował się zorganizowaną przestępczością gospodarczą w polskiej armii. Jego prokuratura w chwili obecnej prowadzi najpoważniejsze śledztwa, dotyczące przestępstw gospodarczych o charakterze zorganizowanym na szkodę Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej. Zagrożone są nie tylko setki milionów złotych pochodzące z budżetu Państwa, ale przede wszystkim życie i zdrowie polskiego żołnierza, który często otrzymuje sprzęt wadliwy lub niesprawny (Przybył na konferencji prasowej). I to jest prawda.
Armia zapewnia pieniądze kolesiom, ustawia przetargi, wyłudza kasę.
Do znudzenia pisaliśmy, że przy przetargu na rosomaka (kołowy transporter opancerzony) wielokrotnie zostało złamane prawo. To, co nam zaoferowali producenci, ma się nijak do tego, czego życzyła sobie polska armia. Są to wozy nieprzygotowane do walki, z wadami i brakami konstrukcyjnymi, naprędce modernizowane, by choć w części mogły sprostać wymaganiom afgańskiej wojny. Z takim sprzętem wysłaliśmy wojsko na wojnę z nadzieją, że transporter może jakoś uda się poskładać w drodze do Afganistanu. Mówiąc obrazowo, nasze transportery to puszki, które łatwo rozpruje każdy talib. Dlatego wojskowi, zanim wysłali je do Afganistanu, w panice postanowili zwiększyć odporność rosomaków. W drodze wozy miały się zatrzymać w Hajfie, gdzie specjaliści z izraelskiej firmy Raphael mieli zamontować na transporterach dodatkowy pancerz reaktywny. Aby transportery mogły walczyć, trzeba było wyposażyć je w armatę lub karabin, a co za tym idzie - w jakąś wieżę. Plotka głosi, że w tym samym czasie, gdy w Hajfie były doklejane pancerze, inni specjaliści dopasowywali do naszych transporterów jakieś wieżyczki.
Wynik ? brak zwrotności, a dopancerzona amfibia - tonie. Pod koniec 2010 r. armia chciała zakupić rosomaki - gumowe. Żeby zmylić przeciwnika. Tyle że przeciwnik śmieje się tak samo z tych stalowych, jak śmiałby się z gumowej atrapy. Rosomak miał być wzorowym wozem bojowym. Za 5 mld zł. O wypadkach z rosomakiem w tle ministerstwo nie mówi. Ale pod rosomakami wybuchały bomby domowej roboty. I ginęli ludzie. Wielu zostało rannych. Media wspominały tylko o bombie-pułapce, a już o tym, że rosomak, który miał być ochroną dla żołnierza, był po prostu puszką śmierci, nie mówili.

Anders
Głównym odbiorcą Bumaru jest polska armia. Tymczasem firma ledwo zipie. Nie ma zagranicznych kontraktów. Mimo to armia próbuje ją ratować. I co jakiś czas podrzuca jakiś kontrakcik. Teraz ma ochotę na nowy, wspaniały produkt fabryki. Bumar szpanował na targach nowym lekkim czołgiem Anders. Zbudowany w 2 lata za pieniądze rządowe za jedyne 20 mln zł. Czyli szybko i tanio. Jego matką chrzestną jest córka generała Andersa. Armia podobno potrzebuje ich 700. I tyle niby ma zrobić Bumar. Jednak przedstawiony na targach pojazd to jedynie tzw. demonstrator technologii, czyli prototyp, poskładany zresztą w znacznym stopniu z komponentów zachodnich przez krajowych producentów. Prototyp jeździ z targów na targi i nic nie wskazuje na to, że mogłoby się to zmienić. Chyba, że ministerstwo stworzy specjalny fundusz pomocowy dla producenta. W projekt ten wpompowano już dużo pieniędzy. Bo Bumar trzeba wspierać. Chociaż wielu ekspertów uważa, że takie zabawki są naszej armii zbędne. Nadawać się będą wyłącznie na misje "pokojowe", takie jak Afganistan.

Nieloty
W 2010 r. doszło do rozstrzygnięcia przetargu na zakup dwóch zestawów bezzałogowych systemów latających średniego zasięgu przeznaczonych dla polskiej armii. BSL Aerostar okazał się ostatecznym zwycięzcą przetargu rozpisanego w ramach "pilnej potrzeby operacyjnej" przez polskie MON. Za 89 mln zł netto. Dostarczone samoloty miały pojechać do Afganistanu. I pojechały, ale nie te, które wynegocjowano w przetargu, tylko wozy "zastępcze". Podobno nie umywają się do tych, które obiecywało MON. I oczywiście nie są tyle warte. Historia nabycia samolotów F-16 to już zaczyna być historia zabawna. Maszyna za 250 mln zł psuje się mniej więcej co 7 godzin. Z oszczędności latają obecnie nawet maszyny uszkodzone. Kupiono myśliwiec najdroższy z oferowanych. I najstarszy. Za 48 maszyn musimy zapłacić prawie 6 mld dolarów. Do tego już wydaliśmy 300 mln dolarów na szkolenia personelu. Oraz 127 mln na usuwanie usterek. Gdyż gwarancja na samoloty nie obejmuje wielu rodzajów awarii. Poza tym offset na te samoloty jest nadal niedokończony. I po prostu nieekonomiczny. Jeszcze nie zdążymy ich spłacić, a one już będą po prostu przestarzałe. I nie można powiedzieć, że wybór oferty koncernu Lockheed Martin to wynik zachwytu Ameryką. Tu cuchnie korupcją.

Afganistan
Mikołaj Przybył zajmował się m.in.sprawami związanymi ze zleceniami na zakupy, remonty i uzbrojenie wojska. Dużo. W poznańskiej prokuraturze wojskowej prowadzono śledztwo dotyczące masakry afgańskich cywilów w Nangar Khel. Wtedy Przybył poznał kilkunastu żołnierzy z 18. BDSZ (bielski batalion powietrzno desantowy). Dowiedział się przy okazji o rozpadających się butach, o pistoletach, które nie strzelają, o nieopancerzonych samochodach zwiadowczych. I o tym, że kilkunastu żołnierzy napisało regulaminowy "raport o rotację", czyli, tłumacząc z wojskowego na nasze, poprosiło o przeniesienie do kraju. Zrobili to, gdyż kazano im jeździć w nieopancerzonych od spodu samochodach humvee. Ratowali się, kładąc na podłogę worki z piaskiem, ale cóż one znaczą przy kontakcie z bombą. Była to rozpaczliwa próba zwrócenia uwagi na katastrofalne przygotowanie naszych wojsk do tej misji. Przybył to wiedział, gdyż prowadził śledztwo w sprawie ostrzelania afgańskiej wsi.

Kutry i gawron
Gawron
Płk Przybył prowadził też śledztwo dotyczące nieprawidłowości w modernizacji kutrów rakietowych klasy Orkan. Chodziło o zlecenie prac Stoczni Marynarki Wojennej, która nie miała na to pieniędzy. W efekcie to armia finansowała koszty kredytu komercyjnego zaciągniętego przez stocznię. Taka transakcja wiązana. I ustawiony przetarg. Teraz została jeszcze sprawa rakiet na uzbrojenie modernizowanych okrętów. Też najprawdopodobniej przekręcono przetarg. To samo było przy budowie korwety Gawron. Fregata miała być perłą polskiej Marynarki Wojennej. Projekt powstał jeszcze w latach 90., tyle że przez 10 lat zbudowano jedynie kadłub. To, co na początku miało kosztować w granicach 300 mln zł za jednostkę, dziś wycenia się na blisko 1,5 mld zł. I firma nie ma na to pieniędzy. Ratowała się podwykonawcami i kombinowała jak koń pod górę razem z ministerstwem. Generując koszmarne straty.

Przetargi, remonty
Ustawionych przetargów w armii jest wiele. Tam jeśli nie ma się wejścia, nic się nie znaczy. Niedawno pewien właściciel firmy odzieżowej popełnił samobójstwo, bo miał obiecany wygrany przetarg na mundury wojskowe. Zapożyczył się, kupił materiał i przetargu nie wygrał. Ktoś miał większą siłę przebicia. Najlepiej wychodzi się na ustawianiu przetargów na remonty pojazdów i inny sprzęt dla kontyngentu w Afganistanie. Chodzi o naprawy, które przeprowadza się niewłaściwie lub, co zdarza się znacznie częściej, nie dokonuje ich wcale. W tego typu sprawach Przybył postawił zarzuty ponad 20 osobom. Znakomicie kradnie się też przy remontach obiektów wojskowych. Przy przetargach w 17. Terenowym Oddziale Lotniskowym w Gdańsku prokuratura doliczyła się kilkudziesięciu milionów złotych strat. Poza tym zwykłe wyłudzenia pieniędzy i najzwyklejsze kradzieże to kilkaset milionów podatnika. Mikołaj Przybył był skuteczny. Dzięki niemu sądy wojskowe skazały kilkadziesiąt osób. Żaden z oskarżanych przez niego żołnierzy nie został uniewinniony.
 Czy pokazowa próba samobójcza prokuratora Przybyła otworzy wreszcie oczy rządzących na problemy polskiej armii? 


czwartek, 7 marca 2013

Spieprzaj dziadu z Wołomina (NIE 45/2011)

Spieprzaj dziadu z Wołomina


Ludzie woleliby pomnik Henryka N., pseudonim Dziad, niż Lecha K., pseudonim Prezydent.
Wołominiak to nie troki od kalesonów. Jeśli mówi, że czegoś nie będzie w tym mieście, to nie będzie. Tylko PiS tego nie kuma. Kobieta jest chuda i żylasta. Widać, że od lat nie widziała fryzjera. Zaraz za nią idzie druga. Chyba wyskoczyła prosto od gotowanego obiadu. Obie idą z wiadrem po wodę do okolicznego hydrantu. Jakieś 100 m od miejsca, gdzie lada dzień ma stanąć pomnik Lecha Kaczyńskiego. Wody w domu nie mają, za to będą miały Lecha pod oknem.
- Będzie na kogo lać - mówią dwaj młodzi mężczyźni przechodzący obok. I teatralnie wyjmują członki, by nasikać w przygotowany pod postument dół. "Mafio wróć!!!" - napisał jeden z internautów na lokalnym miejskim forum. Wołomin, co wiadomo nie od dzisiaj z gazet i telewizji, był siedzibą słynnego gangu Henryka Niewiadomskiego. Prawie 4 tysiące mieszkańców Wołomina nie chcą pomnika Lecha Kaczyńskiego. "Skoro nie umiemy wywieźć tego tałatajstwa na taczkach z miasta, to wynajmijmy kogoś, żeby ich z naszego miasta przepędził" - dodał internauta. Pochwaliło go kilkudziesięciu innych. "Paru siedzi na Białołęce, mogę do nich dotrzeć" - zaoferował wsparcie wołominiak. Zapewne rodowity.

PiS: ciało obce w mieście
Popiersie Lecha Kaczyńskiego ma stanąć na skwerku w okolicach urzędu i poczty. Planowano, że wielkie odsłonięcie nastąpi 11 listopada. "Jesteśmy przekonani, że tym samym wyrażamy wolę znakomitej większości mieszkańców Wołomina i naszego powiatu" - napisali w liście do mediów starosta Piotr Uściski i burmistrz Ryszard Madziar. Jak widać, to błędne przekonanie. Obaj panowie to pisowski desant z kancelarii Lecha Kaczyńskiego. Nie mieszkają w Wołominie.
- Oni nie są stąd - mówi była pracownica wołomińskiego urzędu.
- Co oni mogą wiedzieć o mieście. Już podczas wyborów wiadomo było, że jeśli przejdzie Madziar, to pomnik jego guru stanie w Wołominie. Podobno urzędnicy już wtedy robili zakłady, w którym miejscu. Chociaż w budowę zaangażowali się lokalni notable (burmistrz,starosta oraz poseł i lider lokalnego PiS Jacek Sasin), to reszta rady nie została poinformowana o budowlanych planach wołomińskiej wierchuszki. I choć jeszcze w październiku rada miasta nie podjęła żadnej uchwały mówiącej o tym, że ów pomnik ma stanąć, to robotnicy wynajęci przez burmistrza od dawna prowadzili prace na skwerku. Już na początku miesiąca zaczęto kopać ziemię pod monument i układać nowe płytki chodnikowe. Dziś wszystko jest przygotowane do postawienia 2-metrowegopostumentu. Tylko zgody jeszcze nie ma. Ani radnych, ani mieszkańców. Na piątkowym posiedzeniu rady przyjęto uchwałę o odłożeniu w czasie budowy pomnika Kaczyńskiego w Wołominie. Ale PiS ma to w dupie.
- To tylko tak dla zmylenia tych rozsierdziałych kmieciów - mówi jeden z radnych związanych z PiS.
- Ten pomnik i tak tutaj stanie. Tylko nie teraz.

Powiatowy stawiacz pomników, popiersi i tablic
Teoretycznie pomnik ma powstać za pieniądze prywatne. Podobno mieszkańcy Wołomina i lokalni biznesmeni dają na to kasę. Tymczasem w gronie organizatorów budowy są burmistrz, starosta i radni PiS. Zaangażowani są też radni powiatowi. Szczególnie jeden. Ryszard Walczak związany z PiS jest liderem komitetu "Grono organizatorów budowy pomnika Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego". To część ogólnopolskiego Społecznego Komitetu Budowy Pomnika Ofiar Tragedii Narodowej pod Smoleńskiem. Walczak w upamiętnieniach ma doświadczenie. I w stawianiu pomników. Stawiał Romanowi Dmowskiemu w Warszawie i ks. Jerzemu Popiełuszce w Ząbkach. W tej miejscowości zainicjował też postawienie monumentu Jana Pawła II. A zaczęło się skromnie. Od Stefana Wyszyńskiego.
- Powiedział, że buduje pomnik, i chciał, żebyśmy wsparli budowę finansowo- mówi jeden z ówczesnych radnych powiatowych.
- Większość z nas przekazała 3 swoje diety. Ale gdy odsłaniano pomnik, Walczak już o nich nie pamiętał. Wymienił tylko jako darczyńców okolicznych księży. I ówczesnego posła Artura Zawiszę. Nie wspomniał też, że niezłą działkę dało miasto. Po paru dniach okazało się, że pomnik odsłonięto "na krechę", gdyż Walczak musi oddać kupę pieniędzy okolicznym biznesmenom. Przy Romanie Dmowskim mało w zęby od wszechpolaków nie dostał. Bo to oni dali większość kasy, z której Walczak " jak twierdzą " nigdy się nie rozliczył. Przy innych "inicjatywach patriotycznych" takich jak tablice pamiątkowe i inne prawicowe figurki postępował podobnie. Od półtora roku w kolejne miesięcznice katastrofy smoleńskiej towarzyszy także Jarosławowi Kaczyńskiemu na wiecach przed Pałacem Prezydenckim. Zawsze ustawia się blisko niego na zdjęciu i głośno krzyczy: "haaaańbaaaa!?. A popiersie wołomińskiego Lecha już osobiście głaskał.
- Mam je u siebie, już odlane z brązu, rzeźba ma 1,5 metra. Granitowy cokół też jest gotowy. Pomnik można postawić w ciągu tygodnia - ocenia Walczak.
- Popiersie wykonał warszawski rzeźbiarz Jerzy Nowicki, z własnej inicjatywy. Nowicki, głównie producent kościelnych aniołków, robił i popiersie Dmowskiego, i tablice, i medale pamiątkowe, które wmurowywał Walczak.
Popiersie Lecha Kaczyńskiego charakteryzuje się tym, że jest prawie takie samo jak Dmowskiego, z tym że Kaczyński jest w damskiej marynarce.
Rzeźbiarz amator podarował popiersie w wersji gipsowej Jarosławowi Kaczyńskiemu, który ponad rok temu oddał dzieło Walczakowi. Żeby postawił w godnym miejscu. I chronił jak niepodległości.
 - Teraz mamy formę, z której możemy odlewać kolejne popiersia i je rozpowszechniać - mówił Walczak uradowany. Zatem obecnie Walczak ma gipsowy odlew oraz formę i będzie cykał popiersie za popiersiem. W całym kraju. W Europie. A może nawet w świecie.

Ludność woli mafię
"Panie Madziar z Walczakiem, stawiajcie sobie te wasze krasnale w swoich ogródkach i módlcie się do nich, jak chcecie. To wasza sprawa. Ale z naszego miasta wara!". Podobnie myślą prawie 4 tysiące mieszkańców Wołomina, którzy zadeklarowali sprzeciw na Facebooku. W Wołominie na kilkudziesięciu miejskich ulicach, w samym centrum miasta, ludzie nie mają wody w mieszkaniach. Dzieci nie mają placu zabaw, bo nie ma pieniędzy na jego odwodnienie. "Szanowny Burmistrzu, być może dzielą nas, niżej podpisanych, poglądy polityczne, religijne czy moralne - łączy natomiast pragnienie pozostawienia lokalnej przestrzeni miejskiej wolnej od upartyjnienia. Wołomin stanowi naszą wspólną własność oraz dobro wymagające naszej wspólnej troski dlatego też nie możemy zgodzić się na zawłaszczenie jego przestrzeni podobnymi inicjatywami" ? to fragment petycji do burmistrza Wołomina. Pod nią prawie 1900 podpisów. I krótkie komentarze przy podpisach. Ten oddaje atmosferę: "Nie chcę się wstydzić mieszkania w Wołominie".
- Wolimy mieć tu mafię niż jego - podsumowują młodzi mężczyźni, którzy właśnie obsikali skwerek. Teraz będą tu wpadać codziennie. Szczególnie po piwie.

sobota, 2 marca 2013

Morderca taki jak ty (NIE 20/2011)


Prokuratura i sąd skazały niewinnego człowieka za podwójne zabójstwo. 

-Gdyby człowiek wiedział, że coś takiego może się stać, toby ich zabrał do siebie na wioskę ? mówi Jan Ptaszyński. W dłoniach mnie czapkę. Właśnie wrócił ze spaceru. W Hajnówce. Ale nie zwiedzał okolic Podlasia. Spacerował w kółko po więziennym spacerniaku. Już 6 lat tak spaceruje. I zgodnie z decyzją białostockiego sądu będzie spacerował do końca życia. Może jeszcze z 50 lat?



Krwawa łaźnia
Mariolę znaleźli ojciec i młodsza siostra. Leżała naga w wannie, na niej przytulona do piersi 2,5-letnia Klaudia, jej córka, w jasnej piżamce i pasiastych kolorowych skarpetach. Obie martwe. Na buzi dziecka w okolicach nosa i ust były widoczne krwawe ślady. Spod głowy matki wydobywała się krew.
W mieszkaniu były ślady po czyjejś wizycie: puszki po piwie i pusta flaszka. W pokoju dziecięcym poukładane zabawki. W pokoju matki rozrzucone białe koronkowe majtki i koszulka. Na podłodze i ścianach ślady krwi. Wszędzie pełno odbitych palców umazanych krwią.
Mariola Sarosiek miała 23 lata. Do dziś nikt nie wie, dlaczego zginęła i jak zginęła naprawdę. Ale pomimo to znaleziono sprawcę. Od początku podejrzenia skierowano w jego stronę. Choć nie sprawdzono dowodów świadczących na jego korzyść, Jan Ptaszyński dostał dożywocie. Do dziś nikt nie rozwiał wątpliwości co do jego winy. A te są ogromne.

Dziwny innowierca
-Ludzie chcieli igrzysk - mówi.
Już pierwszego dnia siostra Marioli wskazała na Janka.
- To pewnie on zrobił, bo on jakiś dziwny jest. On jest innej religii, a my nie uznajemy prawosławia. To jakiś Ukrainiec. Nigdy mi nie pasował - opowiadała prokuratorowi. Janek jednak jest "nasz".
Jest Polakiem wyznania prawosławnego, pochodzi ze wsi Michnówka na Podlasiu. Rodzice mieli duże gospodarstwo. On miał własne mieszkanie w Białymstoku. Gdy związał się z Mariolą, była jakaś zagubiona, szukała swego miejsca w życiu. Uciekła z domu rodziców, bo ojciec chlał i robił awantury. Zresztą mieszkali w slumsach, w czymś podobnym do szopy. Dopiero co rozwiodła się z mężem. Na policji jej mąż powiedział, że miał dość tej dziwki. Wymagania miała. Nie dość, że sama zarabiała 500 zł, to jeszcze od niego chciała kasy.
Wiadomo, że mąż nie był dla niej dobry. Musiała od niego uciekać, często przez niego płakała. O Janku mówiła, że ją rozumie, wspiera i jest przyjacielem. Długo mu się przyglądała i trzymała na dystans. Po tym, co przeżyła z mężem, bała się - mówiła w śledztwie jej przyjaciółka.
Najważniejsze, że Janek nie pił. Aż pewnego dnia powiedziała, że chce z nim zamieszkać. Zdziwił się, ale powiedział, że pojedzie do Warszawy, znajdzie lepszą pracę, by mógł utrzymać ją i dziecko.
Nie zdążyli jednak zamieszkać razem. On czasem zostawał u niej na noc. I tyle. Aż do końca listopada 2001 r.

Zabójczy abstynent
Zatrzymano go zaraz po znalezieniu ciała. Mówił, że nie wie, o co chodzi, i że przeżył szok, gdy dowiedział się, że Mariola i Klaudia nie żyją. Ale białostockiemu prokuratorowi Markowi Żendzianowi pasował do obrazu mordercy.
Podejrzany uchodził za dziwaka, a jego zachowanie odbiegało od przeciętnego, np. "w ogóle nie pił alkoholu i kawy" napisał m.in.prokurator, uzasadniając postępowanie przeciwko Ptaszyńskiemu. Zaraz jednak go wypuszczono.
Po zbadaniu materiału dowodowego okazało się, że ani ślady linii papilarnych pobrane z miejsca zdarzenia, ani włosy zabezpieczone w ręce Marioli, ani ślady spod jej paznokci nie należą do niego. Okazało się też, że Janek w dniu śmierci matki i córki był w rodzinnej Michnówce.
- Pomagałem tatowi  - mówi.
Ojciec Janka miał raka, leżał już wtedy w szpitalu. Mama nie dawała sobie rady z gospodarką. Janek pomagał jako jedyny facet w rodzinie. W Michnówce oddawał wtedy mleko do mleczarni. Są na to dowody. Jego podpis, stempel mleczarni i pracownica, która doskonale pamięta, że Janek wtedy tam był. Kasjerka z kasy PKS z pięciu okazanych jej mężczyzn wskazała właśnie jego jako tego, który wtedy kupował bilet do Michnówki. Sprzedawczyni z pobliskiego sklepu monopolowego zapewnia, że wtedy, tego feralnego wieczoru, to nie on kupował alkohol razem z Mariolą. Zabrano z jego mieszkania ubrania, wszystko zbadano. Nie były pokrwawione. Pobrano ślady wszystkich jego butów. Nie były to buty, które odcisnęły krwawe ślady na podłodze w mieszkaniu Marioli. Przebadał go także lekarz, zwracając uwagę na ewentualne ślady zadrapań i uszkodzeń naskórka w wyniku walki. Nic takiego nie stwierdzono. Pobrano także materiał spod paznokci Janka. Nie było tam materiału zgodnego genetycznie z tym pobranym z ciała Marioli i jej dziecka.

Pragnienie wampira
Wypuszczono go z aresztu i umorzono sprawę. Po roku znowu prokurator sobie o nim przypomniał. Bo w okolicy były napady na kobiety. Media krzyczały. Ludzie chcieli krwi.
Rozszerzono postępowanie. Znowu zamknięto Janka w areszcie. Prokurator we wniosku o areszt próbował udowodnić, że Jan Ptaszyński jest tym potworem. Tymczasem sędzia Andrzej Ulitko zauważył, że to, na czym on opiera opinię, to nawet nie są poszlaki, lecz jedynie domysły. Nie znalazł żadnego materialnego dowodu winy Ptaszyńskiego. I kazał go wypuścić. Trzeba było umorzyć sprawę. Z braku dowodów.
W sali sądowej były lokalne media. I nie podobał im się Ptaszyński. Bo cichy był, zaciśnięty, obcy i innej religii. Poza tym nie chciał z nimi gadać. Zaczęła się nagonka.
Po jakimś czasie znów prokuratura wznowiła postępowanie. Bo nastały rządy ministra sprawiedliwości Lecha Kaczyńskiego. I znów postępowanie toczyło się tylko przeciwko Janowi Ptaszyńskiemu. Tym razem prokurator wniósł akt oskarżenia. Ptaszyński odpowiadał z wolnej stopy, bo dowody były za słabe, by zamknąć go w areszcie. Rozpoczął się proces poszlakowy. O morderstwo. Sądu nie interesowały dowody świadczące na korzyść oskarżonego. Zeznania matki i innych, którzy mówili, że Janek był wtedy w Michnówce, uznano za niewiarygodne. Gdy potwierdzały to niezbite dowody, sędzia powoływała coraz to nowego biegłego patologa, który wreszcie potwierdzi, że śmierć mogła nastąpić dzień wcześniej. Tak, by oskarżony mógł bestialsko zabić Mariolę i Klaudię. Ale to wciąż było za mało.
Nie było jakiegokolwiek motywu zbrodni ani żadnego dowodu przeciwko Ptaszyńskiemu. Nikt nie widział, żeby oni kiedykolwiek się kłócili, nie spostrzeżono jakiejkolwiek agresji ze strony Janka. Tylko dziwak był. Nie pił.

Kałach pod celą
Z Ptaszyńskim przebywałem w 2-osobowej celi. - Mówił, że posiada dwie sztuki broni typu kałasznikow i dubeltówkę.
Nagle pojawił się nowy świadek Piotr W. Powiedział, że Ptaszyński przyznał się, że utopił i ugotował w wannie ofiary. Żeby znaleźć kałacha i dubeltówkę, prokurator nakazał przeszukać celę Ptaszyńskiego! Policjanci i pracownicy więzienni śmiali się w głos z decyzji prokuratora. Jakoś nie wyobrażali sobie przechowywania jakiejkolwiek broni w 2-osobowej celi? I to dla niebezpiecznych. Oczywiście nic nie znaleziono. Sędzia jednak uwierzyła przestępcy, który poszedł na współpracę z prokuraturą.
Piotr W. opowiadał jeszcze o tym, że Janek na żądanie ukraińskiej mafii odstrzeliwał ludzi. W pierdlu. I o tym, jak znęcali się w celi nad Ptaszyńskim.
- I zaczęło się nękanie - śmiał się.
Mówił o tym, że Ptaszyński cały czas mówił o samobójstwie. Tylko czekał, kiedy zobaczy go powieszonego. Piotr W., choć groziło mu 10 lat odsiadki, dzień po złożeniu obciążających Ptaszyńskiego zeznań, wyszedł na wolność. Pojawił się też drugi świadek, aresztant Janusz P., także współwięzień. Groziła mu piątka odsiadki. Ale przed sądem powiedział jasno, że obiecano mu złagodzenie kary, jeśli powie coś na Ptaszyńskiego.
- Piotr W. posłużył się kłamstwem, chce skorzystać z nadzwyczajnego złagodzenia kary - powiedział P. (protokół z rozprawy str. 2605). - Nie mam zamiaru składać fałszywych zeznań przeciwko Ptaszyńskiemu - podsumował zeznania.
 I nie wyszedł z aresztu. Prokurator Dorota Dec nagrodziła tylko Piotra W.

Morderczy pośpiech
Zeznania Janusza P. sędzia uznała za niewiarygodne. Ale Piotra W. jak najbardziej. Nie dopuściła dowodu w postaci badań Ptaszyńskiego na wariografie, bo wypadły na korzyść oskarżonego. Nie zwracała uwagi na niezbite dowody, że to nie mógł być on. Nie przesłuchała nikogo, kto mógł mieć motyw, by zabić Mariolę. A takich osób było co najmniej kilka. Nie zwróciła uwagi, że inni świadkowie pouciekali za granicę i wszelki ślad po nich zaginął. Zresztą nikt ich nie szukał. Nie uznała zeznań świadczących o niewinności Ptaszyńskiego.
Społeczeństwo chciało igrzysk. Media pisały: Zwyrodniały zabójca dziecka; Nie wiadomo, dlaczego zabił; Co w nim widziała?
Trzeba więc było szybko znaleźć sprawcę. Tak bardzo się spieszyli, że sędzia podrobił podpis drugiego sędziego pod jednym z pism. Bo czas naglił. (Było prowadzone w tej sprawie postępowanie przeciwko sędziemu).
Jan Ptaszyński został skazany na dożywocie za utopienie Marioli i Klaudii. Tyle że zgodnie z opinią biegłych to nie było utopienie. W wannie nie było wody. W płucach kobiety również. Sędzia w uzasadnieniu napisała, że ofiary były poparzone. Bo musiało to pasować do zeznań Piotra W. Tymczasem biegła dr Maria Rydzewska-Dudek,adiunkt medycyny sądowej Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku, napisała: Zmiany na ciele obu zmarłych w postaci spełzania naskórka nie są zmianami oparzelinowymi, są one efektem przemian gnilnych. Ale nie uznano tej opinii za wystarczającą. Bo nie pasowało to do zeznań Piotra W.

Nic się nie martwcie
- Gdyby człowiek wiedział, że coś się takiego stanie -  Janek Ptaszyński mnie czapkę.
Pisał wszędzie. Helsińska Fundacja Praw Człowieka zaliczyła go do kliniki niewinności. Ale prawnicy są bezradni. Nikt nie zwraca uwagi na ich pisma. Poradzili mu jednak wynająć detektywa, by znalazł prawdziwego sprawcę. Detektyw Andrzej Musialik chodził koło tego kilka lat.
- Ten chłopak jest niewinny - mówi detektyw. - W tej sprawie od początku popełniono mnóstwo błędów.
Ale nikt go nie słucha. Ojciec Ptaszyńskiego nie przeżył tej historii. Matka sprzedała wszystko, co miała, żeby wystarczyło na adwokatów i sprawy sądowe. Teraz prośba o ponowne wszczęcie postępowania leży u prokuratora generalnego. Czy on też nie zauważy dowodów świadczących o niewinności skazańca? Człowieka, który do końca swych dni będzie dreptał po więziennym spacerniaku .



" Kochani rodzice, tylko się nie martwcie. Wszystko się wyjaśni. Nigdy nikogo nie skrzywdziłem. Przysięgam. To jest jakiś cyrk. Nic nie sprzedawajcie, jak wrócę, wszystko będzie mi potrzebne. Tylko się niczym nie martwcie, szkoda waszego zdrowia. Całuję Was, Janek. "
 List Ptaszyńskiego do rodziców przechwycony przez służbę więzienną i dołączony do akt sprawy.



PETYCJA O UŁASKAWIENIE NIEWINNIE SKAZANEGO JANA PTASZYŃSKIEGO

http://www.petycjeonline.com/petycja_o_uaskawienie_niewinnie_skazanego_jana_ptaszyskiego 

piątek, 1 marca 2013

Prokurator od Smoleńska (NIE 06/2011)


Pasionek
Marek Pasionek zaczynał w Prokuraturze Rejonowej w Gliwicach. Gdy do władzy doszedł Lech Kaczyński, gliwicki prokurator szybko zaczął awansować. 
 
 
 
 
Najpierw prokuratura wojewódzka, potem posada doradcy premiera Marcinkiewicza, następnie Jarosława Kaczyńskiego. Wreszcie etat podsekretarza stanu w kancelarii premiera. Odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi. Gdy w 2007 r. wiadomo było, że wybory wygra Platforma, szybko przeniósł się do Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Pomógł mu w tym Zbigniew Ziobro, jego idol. Równie wielką sympatią darzył Zbigniewa Wassermanna. W 2010 r. prokurator generalny powołał Pasionka do nadzorowania postępowania w sprawie katastrofy smoleńskiej. ,Kastor" kapuje Pasionek zwalczał mafię. Wsadzał do więzienia jednego gangstera za drugim. To, jak rozbijał gangi, ilustruje historia Grzegorza G. Wielu polskich prokuratorów za wystarczający oręż do walki z przestępczością uznaje świadka koronnego. Gang "Krakowiaka" był jedną z najmocniejszych grup przestępczych w kraju. Janusz T. to niewysoki, wymoczkowaty mężczyzna. Nikt by nie pomyślał, że trzęsie Śląskiem i Małopolską. Jego najbliżsi współpracownicy to zaufani przyjaciele. Szczególnie Wiesław C, pseudonim Kastor. Poznali się, gdy mieli po 5 lat. W wieku kilkunastu lat razem trenowali sztuki walki. Potem zaczęli korzystać z tych umiejętności. Były kradzieże i wymuszenia. Zawsze razem. "Krakowiak" jest chrzestnym ojcem dziecka "Kastora". Odwiedzali się, zwierzali się sobie. Ale "Kastor" sfrajerzył. Zaczął sypać, bo grunt pod nogami mu się osuwał. Poszedł na współpracę z prokuratorem. Z Pasionkiem. Gdy Janusz T. dowiedział się, że najbliższy przyjaciel wystawił go policji, nie był nawet wściekły. - Wiesiu, ja ci dziecko do chrztu podawałem... - powiedział do "Kastora" na konfrontacji. - To boli. Razem z "Krakowiakiem" do aresztu trafiło jeszcze ponad 30 osób. "Kastor" sypał nazwiskami. Opowiadał ze szczegółami o napadach, haraczach, morderstwach. Nie mówił tylko o tym, co przypisywano jemu...
Bandyta morduje
W listopadzie 1997 r. w stawie Michalina niedaleko Częstochowy znaleziono zwłoki mężczyzny. Zanim wrzucono go do wody, skatowano faceta. W lutym 1998 r. wysłano list gończy za Wiesławem C. ("Kastorem") i Dariuszem J. Obu poszukiwano za udział w tej zbrodni. - J. walił gościa kolbą pistoletu, a "Kastor" lewarkiem od fiata - mówi jeden z żołnierzy "Krakowiaka". Nie ma najmniejszej wątpliwości, że to oni zabili. Zostali zatrzymani i aresztowani, a już po roku obdarzeni statusem świadków koronnych. Uznano, że "Kastor" nieumyślnie spowodował śmierć późniejszego topielca z Michaliny. Nieumyślnie go napieprzał lewarkiem! Ale dzięki temu mógł być świadkiem koronnym i donosić dalej. Z czasem "Kastor" stał się świadkiem zbrodni na całym Śląsku i w Małopolsce. Prowadził go prokurator Pasionek. Dzięki czemu szybko awansował, został okrzyknięty pogromcą mafii. Co prawda "Kastor" co jakiś czas okazywał się kłamcą, a oskarżani przez Pasionka mafiosi - czyści jak łza, nie zmniejszyło to jednak wiarygodności Wiesława C. w oczach prokuratora.

Mafioso pamięta
"Kastor" zna też Grzegorza G., przez pewien czas żołnierza gangu "Krakowiaka". Według policjantów z Częstochowy, G. zajmował się u niego działką narkotykową. Ale w pewnym momencie sam polubił prochy i przestał się liczyć w grupie. Odszedł i zajął się biznesem - mniej lub bardziej legalnym. Policjanci z Częstochowy mówią jasno: - Nie bawił się w mokrą robotę. Żadnych napadów, żadnych ofiar. Grzegorz G. właśnie odsiadywał wyrok za wyłudzenie podatku VAT, gdy w więzieniu spotkał na spacerniaku "Kastora". W prostych żołnierskich słowach powiedział, co myśli o frajerach. A wieść o tym, że Wiesław C. sypie i przyszedł węszyć w pace, rozeszła się już po więzieniu. Nie było to miłe spotkanie dla "Kastora". Szybko okazało się, że dla G. również. Niedługo potem prokurator Pasionek postawił G. zarzuty dokonania wraz z Wiesławem C. i innymi członkami grupy przestępczej "Krakowiaka" trzech napadów rabunkowych. W każdym wypadku z użyciem broni i niebezpiecznego narzędzia. Oczywiście o wszystkich tych zdarzeniach opowiedział świadek koronny - "Kastor", czyli Wiesław C. Uczestnik tych napadów. Miały się one odbyć... 20 lat temu, w 1990 i 1991 roku. "Kastor" pamiętał każdy szczegół. Nawet rozmowy prowadzone wówczas przez Grzegorza G. Tymczasem inni świadkowie, uczestnicy opisywanych napadów, ani nawet poszkodowani nie rozpoznali G. Każdy mówił, że go tam nie było. Tworząc akt oskarżenia przeciwko G., prokurator nie zauważył pewnych drobiazgów. Gdy dokonano pierwszego napadu, "Kastor" siedział w więzieniu. Nie mógł więc brać w nim udziału, a co za tym idzie, widzieć w akcji Grzegorza G. Gdy dokonywano drugiego napadu, w więzieniu przebywał Grzegorz G. Sprawdziliśmy, czy nie miał przerwy w odbywaniu kary. Nie. Czyli po raz kolejny "Kastor" kłamał. Zarzuty upadły. Natomiast trzeciego napadu dokonano w dniu, gdy G. był za granicą, co jasno wynika z jego paszportu. Prokurator Pasionek znalazł jednak na to wytłumaczenie: Grzegorz G. przyjechał do Polski dokonać napadu, skradł 8608 zł, po czym wyjechał. 16 stycznia 1995 r. żołnierze "Krakowiaka" już zostali za ten napad skazani. Nikt wtedy nie wspomniał o Grzegorzu G., który nie był nawet świadkiem w sprawie. Przesłuchano ich jeszcze raz. Wszyscy mówią, że G. z nimi wtedy nie było. Podobnie zeznają ofiary i świadkowie tego zajścia.

Gangster pajacuje
W procesie "Krakowiaka" padały surowe wyroki - dożywocie i 25 lat paki. Chyba tylko "Krakowiak" wyszedł na tym dobrze. Dostał szóstkę odsiadki. Grał wariata. Raz zaczął na sali sądowej śpiewać przebój Jarockiej "Kawiarenki". Potem wybuchł głośnym płaczem, by po chwili niewybrednie zacząć wyzywać sędziego. Skierowano go na badania psychiatryczne. Innym się nie udało i życie spędzą za kratami - przez zeznania "Kastora". Potwierdził je jego wspólnik od topielca, Dariusz J., ale na sali sądowej mylił się w datach, nazwiskach, okolicznościach, a nawet miejscach zdarzeń. Od razu było widać, że ściemnia. Pojawił się dzięki staraniom Pasionka trzeci świadek koronny Włodzimierz C, ale już w trakcie procesu stracił wiarygodność, bo wyszło na jaw, że nie zaprzestał działalności przestępczej. Nadal stał na czele gangu. Zabił policjanta z Będzina. Nawet Pasionkowi nie udało się wmówić sędziemu, że było to nieumyślne spowodowanie śmierci. W procesie grupy "Krakowiaka" składał też zeznania najsławniejszy świadek koronny Jarosław S., czyli "Masa". Zeznał, że "Kastor" to pajac. Dlatego zarządzono między koronnymi konfrontację. I wtedy "Masa" zabawił się "Kastorem", który upierał się, że go zna i nawet bywał u niego w domu w Komorowie. "Masa" zapytał, co zapamiętał z tego domu, jakie fragmenty wystroju posesji zrobiły na nim największe wrażenie. "Kastor" bąkał coś o białej boazerii. - A fontanna? - zapytał "Masa". - Nie zapamiętałeś 7-metrowej fontanny? Dodał, że takiego badziewia, jak biała
boazeria, to by nawet w podwórzowym kiblu nie zamontował.

Pasionek oskarża
Grzegorz G. w zeszłym miesiącu został skazany w pierwszej instancji na 4 lata więzienia. Za napad dokonany przed 20 laty w przelocie między Polską a Niemcami. Wysoki rangą policjant, który znał G. w tamtym czasie, mówi, że nie mógł on brać udziału w akcji "Krakowiaka", bo był już wyautowany z grupy. Nikt by go do akcji nie dopuścił. Marek Pasionek kandydował na stanowisko prokuratora generalnego. We wniosku napisał: Nie widzę poważniejszych zagrożeń dla konstytucyjnych praw i wolności obywatela.
A my widzimy. Szczególnie gdy postępowanie prowadzi prokurator Pasionek. Grzegorz G. dostał nakaz stawienia się w zakładzie karnym, a "Kastor" nadal chodzi po mieście z lewarkiem.

askibniewska@redakcja.nie.com.pl

czwartek, 28 lutego 2013

Komsomołka wśród Kaczorów (Przegląd 39/2007)


Tak naprawdę nic o niej nie wiemy. Oprócz tego, że czasami zagra na nosie Janowi Marii Rokicie. Gdy posądzono ją o przeszkolenie w KGB, powiedział do niej: \"Nigdy nic nie wiadomo\"

 Od paru dni jest na ustach tysięcy osób. Zadymiara czy cwana sztuka? Nelly Arnold-Rokita.
Urodziła się w Czelabińsku. Dzieciństwo spędziła we Frunze w Kirgizji. Mówi, że rodzice, Niemcy, znaleźli się tam z powodu prześladowań politycznych. Nie mówi, czy była biedna, czy bogata, wiadomo jednak, że ten gnębiony i prześladowany przez władze sowieckie ojciec był... dyrektorem \"przedsiębiorstwa transportowo-naprawczego\". Podobnie prześladowany był jej brat, którego skazano na trzy lata więzienia za \"działalność antypaństwową\". Nie dostał \"czapy\", nie zaginął bez wieści... Matki nie wspomina w żadnym z udzielonych wywiadów. Raz mówi, że rodzice pracowali zawodowo, raz, że \"pochodzi z rodziny farmerskiej\".
Do 11. roku życia wierzyła w socjalizm. Była komsomołką. Nosiła mundurek i chustę, miała notatnik, w którym zapisywała, co mówią koledzy i koleżanki, by potem donieść właściwym ludziom. Wysyłano ją do kościoła, żeby sprawdziła, które dzieci chodzą na mszę. Jako jedyna mogła włączać patefon, który odtwarzał głos Lenina. Była opiekunką jego pomnika. Pewnego dnia podobno przejrzała na oczy. Do 19. roku życia mieszkała we Frunze z otwartymi oczami.

Wypędzeni... do zgniłego kapitalizmu

Mówi, że w 1977 r. zostali zmuszeni do emigracji. Rodzice jako prześladowani antykomuniści, brat jako wróg ustroju i państwa. Nie zesłano ich jednak na białe niedźwiedzie. Wyjechali... do RFN. Czasami mówi, że wyemigrowali do Niemiec w ramach łączenia rodzin, najczęściej jednak, że ich wypędzono.
W Hamburgu, gdzie osiadła z rodzicami, rozpoczęła studia. Im więcej pytań na temat studiów, tym więcej Nelly Arnold przedstawia kierunków. Wylicza historię, germanistykę i filologię słowiańską. Jej mąż Jan Rokita mówi tylko o slawistyce. Nelly twierdzi, że zna sześć języków.
W 1986 r. przyjechała do Polski na stypendium badać tajniki socjalistycznej nowomowy. Niektórzy mówią, że przyjechała do letniej szkoły języka polskiego, praca zaś nad językiem propagandy komunistycznej pojawiła się później. Od razu trafiła do Krakowa i od razu... na zebranie działaczy podziemia. Tam poznała Rokitę. Mówi, że w Polsce nie znała nikogo. Nikt nigdy nie pytał, jak trafiła na zebranie. Rokita był już wówczas czynnym działaczem opozycji. Mówi, że w jego domu w piecu był podsłuch.
Wtedy zaczęła się wielka miłość. Przy \"Trybunie Ludu\" nad przemówieniem gen. Baryły. Nelly jednak musiała wracać do Niemiec.
Podobno na granicy potraktowano ją bardzo brutalnie. Do Polski już wrócić nie mogła. Przez najbliższe cztery lata nie otrzymywała wizy. Rzuca lakonicznie, że to przez bezpiekę, ale nie wiadomo, dlaczego uznano, że zagraża państwu. Wróciła w 1990 r. I została. 26 lipca 1994 r. w Krakowie wzięli ślub. Nelly Arnold miała za sobą dwa małżeństwa, Rokita jedno. W tym samym czasie Nelly przyjęła chrzest i komunię. Jej ojcem chrzestnym jest Jan Rokita. Nelly twierdzi, że \"wyciągnął ją z buddyzmu\", którym była zafascynowana w Hamburgu (albo raczej pewnym cztery lata od niej starszym hindusem Motiromanim).

W służbie kobietom

Nelly co jakiś czas pojawiała się mediach, ale nie odpowiadało jej bycie \"u boku męża\". Jej ambicje można określić jako europejskie. Wstąpiła do Europejskiej Unii Kobiet. Niedługo potem usunęła jej przewodniczącą Martę Fogler, tak organizując posiedzenie, żeby podczas głosowania nie było tych członkiń, które popierają Foglerową. Sama zgłosiła swoją kandydaturę. Po pewnym czasie została decyzją zarządu usunięta ze stanowiska. Ciążyły na niej wtedy poważne zarzuty, gdyż oskarżono ją o chęć zagarnięcia miliona euro z programu unijnego dotyczącego aktywizacji zawodowej kobiet z małymi dziećmi. Według relacji członkiń EUK, wtedy to Nelly usiłowała ukraść protokół z tego posiedzenia. Włożyła dokumenty do torebki i chciała uciec. Dopiero gdy postraszono ją interwencją ochroniarza, zrezygnowała z brawurowej akcji. W tym samym czasie Jan Maria Rokita walczył w PO z mężem Foglerowej. Niedługo potem Jan Rokita dyscyplinarnie usunął Martę Fogler z partii za domniemaną aferę mostową. Odebrał jej tym prawo do ubiegania się o reelekcję w Unii Kobiet. Nelly znowu została przewodniczącą. Jest nią do dziś.

Epizod z KGB

W 2004 r. o Nelly znowu było głośno. Szef tajnych służb, Andrzej Barcikowski, poinformował Rokitę, że jeden z jego agentów rozpoznał w Nelly Arnold swoją koleżankę ze szkolenia KGB. Złożył wówczas doniesienie do premiera i wskazał nazwiska innych świadków, którzy z Nelly bawili się w szpiegów. Według niego, Nelly przeszła dobre, dwuletnie szkolenie. Złośliwi znajomi Rokitów jeszcze dziś mówią, że to nie było domniemanie tylko jednego z agentów, ale poważne podejrzenie. I to nie po raz pierwszy.
Nelly narobiła wrzasku. Barcikowski powiedział, że to zapewne tylko plotki, a ponieważ Rokita był wówczas kandydatem na premiera (\"premier z Krakowa\"), oficjalnie uznano to za podły, obrzydliwy atak na jego osobę. Nelly znowu wyszła nietknięta z całego zamieszania. Plotki o szkoleniu w KGB krążą do dziś.
W jednym z wywiadów powiedziała, że Rokita powiedział jej wtedy: \"Nigdy nic nie wiadomo\".

Wzruszające wpadki

Niedawno w konkursie internetowym \"Jak jeszcze zaszkodzić Platformie Obywatelskiej\" wygrała Nelly Rokita. Jej koleżanki z Europejskiej Unii Kobiet mówią, że Nelly jest ekspresyjna, ale nigdy nie robi nic bez przemyślenia i planu. Z jej \"wpadek\" tymczasem śmieją się zarówno politycy, jak i społeczeństwo.
Przed wyborami w 2005 r. stwierdziła z rozbrajającym uśmiechem: \"Niektórzy nawet cytują mojego męża. Nie wiem, czy to efekt popularności, czy naprawdę wierzą, w to co mówi\". Potem strzeliła wprost do bramki PO: \"Platforma nie dojrzała do samodzielnych wyborów\". W tym samym czasie tuż przed konferencją prasową, w otoczeniu dziennikarzy krzyczała pod drzwiami Tuska, że on do niczego się nie nadaje. Zaraz po tym, jak powiedział, że czas wypowiedzieć wojnę moherowej rewolucji, pozowała do zdjęć w jednym z tygodników w ohydnym moherowym berecie. Gdy zaś Tusk krytykował Annę Fotygę, twierdziła, że \"bardzo jej się podoba polityka zagraniczna premiera i prezydenta\". Takich wpadek było wiele. Czy na pewno wpadek?

Pomoże kobietom

Nelly Arnold-Rokita robi ze swojego męża faceta, z którym nie da się żyć. Ze wzruszeniem opowiada, jak to w chwilę po ślubie objął ją i powiedział, że teraz jest tylko jego i że ma się go słuchać, bo tak jest napisane w Biblii. Publicznie nazywa go centusiem, mówi że nie chciał jej przez wiele lat kupić pralki, bo nie ma takiej potrzeby, że nie ma prawa myśleć o samochodzie, bo może jeździć autobusami. W zamian rzucił się i kupił jej kartę miejską. Twierdzi, że na bankietach ma zakaz rozmowy z niektórymi ludźmi, \"bo niemądrze gada\", że strasznie krzyczał na nią, jak źle wyszła na zdjęciu, i jeszcze gorzej, gdy zgubiła pierścionek zaręczynowy. Biżuterii jej nie kupuje, bo \"nie umie nosić\". Na wakacje jeżdżą tylko tam, gdzie tanio. Ona ma prawo kupować jedynie bułeczki i ewentualnie kartofelki, bo na mięsie i całej reszcie się nie zna. Dziennikarki pism kobiecych współczują biednej Nelly...
Nelly uważa się za orędowniczkę kobiet. Od razu jednak zastrzega, że nie jest feministką.
\"Jeśli mężczyzna jest szowinistyczną, egoistyczną, leniwą świnią, to w dużej mierze jest to wina kobiety\", zapewnia Nelly. Mówi, że wybacza mężczyznom seksistowskie zachowania \"bo to tylko mężczyźni\".
Nelly Arnold-Rokita mówi, że w EUK zasiadają członkinie PO, PiS i PSL. Katoliczki. Nie widać ich na wiecach, paradach, manifestacjach. Ich program skierowany jest do kobiet przedsiębiorczych, tych z polityki i biznesu.
I tym niewielkim procentem kobiet zajmie się w rządzie Kaczyńskich. Zapewne to właśnie one potrzebują największego wsparcia i opieki.


PS Wykorzystałam wywiady z Nelly Arnold-Rokitą i z Janem Marią Rokitą z \"Wprost\", \"Trybuny\", \"Przekroju\", \"Vivy!\", \"Twojego Stylu\", \"Gazety Krakowskiej, \"Życia Warszawy\", \"Pani\", \"Przyjaciółki\", \"Faktu\", \"Rzeczpospolitej\", \"Konfrontacji\", \"Tygodnika Solidarność\", \"Życia\", \"Gazety Wyborczej\" \"Polityki\", \"Maxima\" oraz \"Alfabetu Rokity\".
Prenumerata na prezent

Prawo dla motłochu (Tygodnik NIE, 50/2009)

Zbigniew Ziobro i Lech Kaczyński
Bezwzględnego dożywocia, bez możliwości wyjścia z więzienia domagał się Zbigniew Ziobro.

W Polsce prawo jest zbyt łaskawe dla przestępców – na tym sloganie PiS doszło do władzy. Jak przystało na katolików ogarniętych miłością do bliźniego, wypowiedzieli się też w sprawie wprowadzenia kary śmierci.
– Zakaz wykonywania kary śmierci w krajach Unii jest niemoralny – grzmiał Lech Kaczyński. Do dziś ma nadzieję, że to tylko „intelektualna moda”, która przeminie.
Już pod koniec 2005 r. przymierzono się do wprowadzenia zmian w art. 148 kk dotyczącym zabójstwa. Przepis ten w efekcie przyjętej nowelizacji otrzymał następującą treść:
Kto zabija człowieka:
1) ze szczególnym okrucieństwem,
2) w związku z wzięciem zakładnika, zgwałceniem albo rozbojem,
3) w wyniku motywacji zasługującej na szczególne potępienie,
4) z użyciem broni palnej lub materiałów wybuchowych – podlega karze 25 lat pozbawienia wolności albo karze dożywotniego pozbawienia wolności.
Zaostrzenie polega na wyeliminowaniu – przewidzianej wcześniej przez ten przepis – kary pozbawienia wolności na czas nie krótszy niż 12 lat (pierwotnie przepis przewidywał wybór między pozbawieniem wolności na czas nie krótszy niż 12 lat, karą 25 lat pozbawienia wolności i karą dożywotniego więzienia). Kwalifikowane formy zabójstwa są obecnie zagrożone karą 25 lat pozbawienia wolności albo karą dożywotniego pozbawienia wolności.
Opisywana poprawka została zgłoszona na szybko dopiero w trakcie drugiego czytania i nie została odesłana do komisji, czym naruszono konstytucyjną zasadę stanowienia prawa.
Opinia Biura Legislacyjnego Sejmu o proponowanych zmianach była negatywna. Ale poprawkę przegłosowano.
Z tych powodów ówczesny rzecznik praw obywatelskich prof. Andrzej Zoll nowelizację tę zaskarżył do Trybunału Konstytucyjnego. Zanim jednak doszło do rozpoznania sprawy przez TK, nowy RPO Janusz Kochanowski wycofał wniosek poprzednika. Spowodowało to konieczność umorzenia postępowania (postanowienie TK z 21 września 2006 r., K 39/2005).
 

Zilustruję na przykładzie, jakie są konsekwencje pochopnych zaostrzeń mających poparcie prymitywniejszej części społeczeństwa.
Niedawno Łukasz K. i Krzysztof M. zostali oskarżeni o przestępstwo polegające na tym, iż wspólnie i w porozumieniu zamierzali okraść pewnego goś-cia. Uznali, że będą go musieli w tym celu zabić. Facet okazał się duży, silny i umiał się bronić. Do zabójstwa nie doszło, niemniej zbiry je planowali. Czyn ten – na podstawie art. 148 § 2 znowelizowanej ustawy – jest zagrożony karą 25 lat pozbawienia wolności albo karą dożywotniego więzienia, taką samą, jakby naprawdę zabili. Łukasz K. miał tylko stać na czatach, Krzysztof M. czyn ten popełnił przed ukończeniem 18. roku życia. Sąd Okręgowy w Krakowie wziął też pod uwagę, że oskarżeni przyznali się do popełnienia zarzuconego czynu, nie byli dotąd karani, byli uczniami chwalonymi przez nauczycieli i mieli dobre opinie w środowisku. Poza tym skruszone małolaty przeprosiły pokrzywdzonego, a ten oświadczył, że im przebacza. Obaj dostali po 25 lat odsiadki.
Oskarżeni odwołali się od wyroku. Sąd apelacyjny zaczął się zastanawiać nad słusznością tak dotkliwej kary. Tym bardziej że to nie pierwsze odwołanie od wyroku orzeczonego w myśl znowelizowanego art. 148. Według sądu apelacyjnego ograniczenie sankcji karnej za zabójstwo kwalifikowane poważnie ograniczyło swobodę sędziowską. Uznano, że nowa ustawa nie pozwala sędziom na orzekanie stosownie do indywidualnych okoliczności każdego przypadku. Co zdaniem sędziów jest niesprawiedliwe. Ustawodawca pozostawiając sędziom swobodę co do rodzaju i wymiaru kary nakazał indywidualizować karę w granicach sankcji karnej stosownie do indywidualnych okoliczności czynu i sprawcy oraz zabronił wymierzać kary powyżej stopnia winy sprawcy. Sąd uznał, że w przypadku Łukasza K. i Krzysztofa M. sędzia zwyczajnie nie miał wyboru, przez co nie mógł wydać sprawiedliwego wyroku. Poza tym przepis ten jest kompletnie niespójny z resztą przepisów kodeksu karnego. Jest to stan sprzeczny z sumieniem sędziów – napisał Sąd Apelacyjny w Krakowie i złożył wniosek do TK o rozstrzygnięcie, czy aby znowelizowany art. 148 kk jest zgodny z konstytucją.
Trybunał orzekł, że znowelizowany artykuł został uchwalony przez Sejm bez dochowania trybu art. 118 ust. 1 i art. 119 ust. 1 i 2 konstytucji wymaganego do jego wydania. Nowelizacja została więc uznana za niebyłą!
Wszystkie wyroki wydane na podstawie znowelizowanego art. 148 kk automatycznie więc powinny wrócić do ponownego rozpatrzenia. Zapewne większość skazanych bandytów znowu dostanie po 25 lat lub dożywocie, tyle że zabierze to czas i tak obłożonym już sądom.
To nie pierwszy i niejedyny taki bubel prawny. Nowelizacje robione pod zamówienie polityczne stopniowo są i będą kasowane. Tak jak nowela dotycząca wydłużenia terminu przedawnienia karalności robiona tylko i wyłącznie po to, by mógł się toczyć proces w aferze FOZZ.
Parę dni temu także posłowie obecnej kadencji wprowadzali poprawkę do kodeksu karnego dotyczącą m.in. możliwości orzeczenia obowiązku naprawienia szkody, definicji mienia znacznej wartości i mienia wielkiej wartości oraz wprowadzenia nowych rodzajów przestępstw. Zmiany te według prawników są zbędne.
Pozostaje nam czekać na uchylenie tych poprawek za parę lat i wznowienie setek postępowań, co będzie skutkiem niefachowości ustawodawców i ich chęci przypodobania się tłumowi żądnemu wysokich kar.


JOANNA SKIBNIEWSKA

środa, 27 lutego 2013

Obywatel śmieć (NIE, 23/2009)

Z Jacka Majchrowskiego, prezydenta Krakowa,mozolnie robiono przestępcę.
Działo się to w czasie, gdy ministrem sprawiedliwości – prokuratorem generalnym był Zbigniew Ziobro, premierem Jarosław Kaczyński, prezydentem Polski Lech Kaczyński, były minister sprawiedliwości i profesor prawa. Wszyscy oni nienawidzą metod stalinowskich. Oczywiście jeżeli stosują je komuniści a nie dobrzy Polacy w zbożnym celu.
PiS chciało przejąć Kraków, miasto Ziobry i Wassermanna. Tymczasem sondaże wskazywały, że prezydent Majchrowski może ponownie wygrać samorządowe wybory 2006.
Według naszych informacji nad akcją miał czuwać zaufany człowiek Zbigniewa Ziobry prokurator Józef Giemza, a niewdzięczną robotę wykonać miał Wojciech Nowak, prokurator oddelegowany z rejonówki do prokuratury okręgowej. Znaleziono Tytusa Miecznikowskiego. Autora donosów do i na Urząd Miasta. Człowieka sfrustrowanego i zaangażowanego w walkę o swoją sprawę.

 

Żydowska kamienica
Miecznikowski pisał wszędzie jeszcze w latach 90. Chodziło o sąsiadującą z jego mieszkaniem starą pożydowską kamienicę. Najpierw monitował, że budynek jest w fatalnym stanie. Domagał się remontu. Gdy poprzedni właściciel (fundacja Nissenbaumów) wziął się za odrestaurowanie budynku, zaczął pisać, że sobie tego nie życzy. Pism wysłał setki. W międzyczasie fundacja zdobywała konieczne pozwolenia na przebudowę i rozbudowę kamienicy. Właściciele chcieli zrobić tu hotel. W 2003 r., gdy wskutek interwencji Miecznikowskiego wciąż nie mogli rozpocząć budowy, postanowili sprzedać budynek. Kupił go wraz z wszystkimi pozwoleniami Krzysztof Pierścionek, znany krakowski biznesmen. Zaciągnął 3 mln zł kredytu i szybko wziął się za robotę, bo czas pozwoleń budowlanych się kończył. Z ruiny zrobił cacko. 1 czerwca 2006 r. miało się odbyć otwarcie nowego hotelu przy Szerokiej 12. Ale Miecznikowski nie mógł spać z powodu... dymu z komina. Za długiego (według niego) komina. Sprawę kamienicy pisowcy postanowili wykorzystać przeciwko Majchrowskiemu. Wkrótce wkroczył prokurator Wojciech Nowak.
 

Rano nie przychodzi mleczarz
Funkcjonariusze przyszli na dzień przed otwarciem hotelu, 30 maja, o 6.00. Pierścionków obudziło walenie w drzwi. Żona pana Krzysztofa zemdlała. Leżała na schodach, gdy przeszukiwali dom. Na zarządzeniu o przeszukaniu prokurator napisał, że mają szukać precjozów pożydowskich. Pierścionek został zatrzymany. Zszokowaną żonę funkcjonariusze zawieźli do hotelu, jego na „dołek”. W domu zostało dwoje przerażonych dzieci.
W hotelu przy Szerokiej pracował już tłum policjantów. Przeszukiwali budynek, ale nie wiedzieli, czego szukają. 36 pracowników, którzy szykowali hotel do otwarcia i przyjęcia gości, wystawili na ulicę. Zaplombowali drzwi.
Pierścionek miał przyznać się do winy. Jakiej? Po pierwsze „naruszył układ urbanistyczny” zabytku i przez długi komin naraził ludzi. Po drugie w jednym z pism poświadczył nieprawdę. Napisał, że jest właścicielem hotelu, a on co prawda hotel kupił, ale ma tylko użytkowanie wieczyste gruntu. I za to trafił do aresztu. Sędzia Ewa Szymańska nie miała wątpliwości, że musi trafić za kraty! Szczególnie po tym, jak prokurator Nowak kazał wszystkim wyjść z sali, bo musiał porozmawiać z sędzią na osobności... Hotelarz najpierw dostał trzymiesięczną sankcję. Na wniosek prokuratury zajęto mu wszystko, co stanowiło jakikolwiek majątek, na poczet przyszłych długów. Do dziś nikt nie określił ich wysokości. Tymczasem hotel stał się... dowodem rzeczowym. Prokurator Nowak szumnie nazwał prowadzone postępowanie „układem krakowskim”.
Niedługo potem Pierścionek trafił na dziwne przesłuchanie. Bez adwokata i bez protokołu. Twierdzi, że nakłaniano go, by powiedział coś na Majchrowskiego albo na któregoś z jego urzędników, to będzie miał lepszą sytuację procesową. Jeśli nic nie powie, będzie siedział do wyborów. Usłyszał też, że jeśli będzie uparty, zamkną mu żonę, a dzieci będą sobie musiały radzić same.
 

Za krótki hotelarz na długi komin
W tym samym czasie co do Pierścionka funkcjonariusze weszli do pracowników Urzędu Miasta. Szukali jakiegoś kwitu podpisanego przez Majchrowskiego. Zatrzymano tych, którzy mogli coś wiedzieć o hotelu przy Szerokiej. Profesora Politechniki Krakowskiej Zbigniewa Janowskiego capnęli, gdy prowadził międzynarodową konferencję naukową. Mieszkanie jego syna Marcina przeszukiwało... 34 funkcjonariuszy. Marcin Janowski trafił do aresztu. Obaj panowie są architektami i czasami pracowali dla urzędu w Krakowie. Postawiono im ten sam zarzut, co Pierścionkowi – naruszenie układu urbanistycznego kamienicy. W sprawie za długiego komina zatrzymano 14 osób. Dziś zeznają przed sądem.
– Proponowano mi uchylenie aresztu w zamian za złożenie wyjaśnień obciążających prezydenta Jacka Majchrowskiego – mówił w sądzie Marcin Janowski.
– Spotkanie z prokuratorem Nowakiem będę pamiętał do śmierci. Poniżano mnie. Zmuszano do przyznania się do winy lub do obciążenia prezydenta miasta (...). W czasie przesłuchania był telefon z Warszawy, który obligował prokuratora do postawienia zarzutów przed końcem października – mówił na rozprawie prof. Wiesław Ligęza, biegły, który napisał opinię niezgodną z oczekiwaniami prokuratora.
– Prokurator Nowak groził mi aresztowaniem, jeśli nie powiem tego, co on chciał. Ale nie mogłam nic powiedzieć złego (...). A w protokole po przesłuchaniu było napisane zupełnie co innego, niż powiedziałam – wyjaśniła sądowi Beata Janik, pracownica urzędu miejskiego.
Inna urzędniczka, Dorota Wójcikowska, przyznała się wówczas do winy. Dziś płacze, gdy do tego wraca.
– Prokurator już na początku powiedział, że jeśli się nie przyznam, to pójdę do aresztu. Mówił mi, że dziecko nie zobaczy mnie co najmniej do wyborów. Ja mam 3-letnie dziecko i chorego męża, musiałam podpisać, zresztą protokół był już napisany, ja miałam tylko podpisać to, co stworzył prokurator – mówi otwarcie.
Z powodu presji prokuratora dobrowolnie poddała się karze i przyznała do czegoś, czego nigdy nie zrobiła. Podobną presję Nowak miał wywierać na Marię Stępniewską-Szulc, ciotkę zatrzymanego Marcina Janowskiego. Pomimo przekroczonej siedemdziesiątki i fatalnego stanu zdrowia była godzinami przetrzymywana i nakłaniana do składania zeznań. Jej siostrzeniec miał w zamian nie trafić do aresztu.
 

Siedzisz albo mówisz
Krzysztof Pierścionek siedział a ci, którzy nie siedzieli, byli podsłuchiwani przez małopolską policję. Przez parę miesięcy. Trudno ustalić, czy wszystkie podsłuchy były legalne i zatwierdzone przez sąd. Możemy powątpiewać, ponieważ podsłuchiwane w sprawie „układu krakowskiego” były także różne kancelarie adwokackie, a to jest praktyka – mówiąc delikatnie – niespotykana. Rozmowy adwokatów z klientami chronione są bowiem tajemnicą adwokacką. W aktach sprawy jest parę tomów stenogramów z podsłuchów. W przypadku Pierścionka są to głównie rozmowy prywatne. Często bardzo intymne. Jest też stenogram z nagrania rozmowy prezydenta Majchrowskiego z urzędniczką.
Do ataku wykorzystano niektóre media. Redaktor Marek Balawejder z RMF grzmiał o „układzie krakowskim” i przestępczej działalności Majchrowskiego. Redaktor Miłosz Horodyski z Radia Kraków tak poskładał wypowiedzi prezydenta, przeinaczając ich sens, że wyleciał za to z pracy. Dziś ma się świetnie w TVP. Redaktor Witold Gadowski z Telewizji Kraków zrobił z Pierścionka przestępcę formatu „Baraniny”, a „TVN Uwaga” wykryła zbrodnicze zniszczenie zabytku. W tym samym czasie Zbigniew Ziobro robił konferencje prasowe i oburzał się na niszczenie zabytkowego miasta i nieudolne zarządzanie Krakowem (nazwał prezydenta nieudacznikiem).
Gdy Krzysztofowi Pierścionkowi przedłużano areszt, prokurator uzasadniał: Ze względu na szerokie kontakty podejrzanego będę musiał przesłuchać cały Kraków. Gdy żona Pierścionka pisała wnioski o zwolnienie go z aresztu, prokurator powiedział jej, że ją zamknie, jeśli będzie tak namolna. Nie przestała. Oskarżył ją o włamanie do własnego hotelu. Pierścionek wyszedł z aresztu po prawie 4 miesiącach z powodu błędu sądu. Cały majątek Pierścionków przeszedł do dyspozycji prokuratury.
Mimo wielu starań nie dało się wkręcić prezydenta Majchrowskiego do afery, której istotą jest za długi komin. Nie dało się też zrobić groźnego przestępcy z krakowskiego biznesmena. Trzeba było szukać dalej. Wybory zbliżały się wielkimi krokami. Zarzuty miały być tym razem mocniejsze. Punkt zaczepienia znalazł prokurator Józef Giemza.
 

Policja straszy dzieci
Edward K., Wojciech B. i Marian G. prowadzili kantory Wielopole. Według prokuratury, wspólnicy to niezwykle groźny gang. Z zebranego materiału dowodowego wynika jedynie, że to ludzie uprawiający lichwę.
Wbrew prawu udzielali pożyczek. Ponieważ ich klientela to nie były panie spod warzywniaka, tylko głównie biznesmeni, to i wysokość kwot była poważna. Pod zastaw brali nieruchomości. W październiku 2006 r., tuż przed wyborami, właścicieli kantorów zatrzymano.
Tradycyjnie szósta rano. Gleba, broń, kajdanki. U Wojciecha B. na ziemię rzucili jego żonę w zaawansowanej ciąży, która twierdzi, że nawet dopuścili się bicia jej w brzuch z krzykiem, żeby pokazała, co chowa pod koszulą. 12-letniemu synowi B. przystawili broń do głowy i próbowali zakuć w kajdanki. Podobnie u Edwarda K., kaleki po ciężkim wypadku samochodowym. Obezwładnili go i nie mogli zrozumieć, dlaczego sparaliżowany mężczyzna nie może się podnieść z podłogi. Zakuli też w kajdanki jego partnerkę. Przystawili pistolet do skroni kobiecie postury nastoletniej dziewczynki. Na to wszystko patrzył 10-letni syn Edwarda K. Siedział po turecku na podłodze i bujał się jak wańka-wstańka płacząc i zasłaniając uszy. W takim stanie zostawili go na środku pokoju, gdy wyprowadzali rodziców. Według relacji Wioletty K. nie pozwolili matce zadzwonić do starszego dziecka, żeby przyjechało zająć się bratem. Po dwóch dniach „na dołku”, bez jedzenia i picia zawieźli ją do sądu. Sędzia zastosował areszt. Wróciła po 20 miesiącach. Przez cały ten czas nawet jej nie przesłuchiwano. Dopiero po pół roku pozwolono na widzenie z dziećmi.
Dzieci Wojciecha B. do dziś są roztrzęsione. Długo budziły się przed szóstą rano, żeby nie spać, gdyby znowu przyszli. Jeden z synów był na terapii i przez pół roku nie chodził do szkoły z powodu załamania nerwowego. 9-letnia córka na słowo „policja” zatyka uszy i ucieka z pokoju.
Partnerka Edwarda K. wspominając prawie 2-letni areszt opowiada, jak ją wieźli więźniarką, z przystawioną bronią, wcześniej informując, że jeśli będzie uciekać, to ją zastrzelą. Postępowanie nadzorował prokurator Józef Giemza. Nie żaden stalinowiec broń Boże, wprost przeciwnie.
Świadkowie oskarżenia
Aresztowani właściciele kantorów twierdzą, że już pierwsze przesłuchania nie pozostawiały żadnych wątpliwości. Jeśli powiedzą coś na Majchrowskiego, będą mieli lepszą sytuacje procesową. Tyle że oni prezydenta na oczy nie widzieli.
– No to przynajmniej coś na jego urzędników – rzeczowo miał proponować prokurator. Że mają związki z firmą Inter-Bud, która miała robić remont krakowskiej starówki. Usłyszeli, że jeśli nie potwierdzą takich kontaktów, prokuratura zamknie im żony i matki.  


Tak twierdzą.
Natychmiast pojawiły się publikacje w lokalnych mediach na temat zorganizowanej grupy przestępczej, która... zastraszała i okaleczała ludzi. Podobno jej członkowie próbowali kogoś zabić (nikt nie stawia ani nie stawiał im takich zarzutów). Autorami tych rewelacji byli ci sami dziennikarze, którzy robili przestępcę z Krzysztofa Pierścionka. Pojawiły się też informacje, że z grupą kantorowców powiązany jest Jacek Majchrowski. „Gazeta Polska” zadała pytanie, czy miastem ma rządzić człowiek robiący interesy z przestępcami?
– Nigdy nie widziałem tych ludzi – zapewnia Majchrowski.
Co innego mówił Zbigniew Ziobro na konferencjach prasowych. Ogłaszał sukces, mówił o powiązaniach biznesmenów, notariuszy i polityków krakowskich. Układowi krakowskiemu i współpracy z gangsterami mówił stanowcze „nie”. Oczywiście tuż przed samymi wyborami.
W postępowaniu prowadzonym przeciwko właścicielom kantorów Wielopole przesłuchano prawie 200 osób. Kantorowców obciąża świadek koronny, ksywa Loczek. Oskarżony o pobicie ze skutkiem śmiertelnym. W zamian za zmniejszenie kary zeznaje wszędzie, gdzie go tylko wcisną, a opowiada takie bzdury, że w sądzie nie chcą go już słuchać.
Poza tym kantorowców obciążają ludzie, którzy pożyczali od nich pieniądze. Marian R. – wielokrotne oszustwa, skazany za składanie fałszywych zeznań. Marian W. – skazany w USA na 60 lat więzienia za przemyt kolumbijskiej koki i zlecenie zabójstwa sędziego. Paweł L. skazany za wyłudzenia i oszustwa. Wacław C., były policjant, walczący o wolność dla syna skazanego za dwukrotny gwałt. Każdy z nich miał powód, żeby iść na rękę prokuraturze.
 

Maltretowanie
Edward K. to kaleka, jak pisaliśmy wcześniej w publikacji „Tortury” („NIE” nr 21/2009). Po wypadku. Złamany kręgosłup z uszkodzeniem rdzenia kręgowego. Efekt: paraliż kończyn, porażenie zwieraczy i nie do opisania bóle kręgosłupa i bezwładnych nóg. Sąd prawie trzy lata trzymał go w areszcie tymczasowym. Gdy po pierwszych trzech miesiącach nie było podstaw do przedłużenia aresztu, prokurator dosłuchiwał świadków, którzy przypominali sobie nowe obciążające podejrzanych okoliczności. Nagle na przykład Marianowi R. przypominało się, że Edward K. go straszył. Powiedział: „Stary, bo się wkurwię...”. K. opuścił areszt w maju tego roku, zaraz po tym, jak tematem zainteresował się tygodnik „NIE”.
Sprawa trafiła na wokandę w październiku 2007 r. Po prawie 2 latach jest wciąż na etapie... słuchania oskarżonych, bo rozprawy albo są odraczane, albo wszystko trzeba zaczynać od początku, chociażby z powodu wyłączenia się jednego sędziego.
 

Nagrody i awanse
Prezydent Jacek Majchrowski złożył doniesienie o przekroczeniu uprawnień przez krakowską prokuraturę. O tym, że od dawna jest podsłuchiwany, mówili mu sami funkcjonariusze. W Krakowie sprawą zajmował się prokurator Wojciech Mularczyk. Sprawę mu jednak odebrano. Trafiła do Katowic. Prowadził ją prokurator Tomasz Tadla, sprawnie doprowadzając do jej umorzenia. Naszym zdaniem było to bardzo pochopne umorzenie. Zeznania generała policji Adama Rapackiego i funkcjonariuszy prowadzących śledztwo w sprawie „układu krakowskiego” mówią o podsłuchach. Funkcjonariusze teraz, pod rządami Tuska mówią, jak jeździli do Warszawy w tej sprawie na spotkanie z prokuratorem krajowym Jerzym Engelkingiem i czekali na Zbigniewa Ziobrę, by dał wytyczne. Mówią o spotkaniu w sierpniu 2006 r. w Ministerstwie Sprawiedliwości prokuratora Wojciecha Nowaka z min. Zbigniewem Ziobro. Mówią też o tym, jak mieli znaleźć coś na Rapackiego, bo nie chciał nielegalnie podsłuchiwać Majchrowskiego i jego urzędników. Opowiadają o naradzie w Prokuraturze Apelacyjnej 7 sierpnia 2006 r. pod przewodnictwem prokuratora Józefa Giemzy, w której uczestniczył Ludwik Dorn, ówczesny minister spraw wewnętrznych.
Z drugiej strony funkcjonariusze i prokuratorzy, którzy prowadzili postępowanie mogące spowodo-wać uwikłanie Majchrowskiego, zbierali pochwały i awanse. Na przykład Leszek H. z CBŚ dostał medal od Dorna. Prokurator Wojciech Nowak został awansowany przez Ziobrę z prokuratora rejonowego na okręgowego. Do prowadzenia dochodzenia w sprawie „układu krakowskiego” powołano specjalną grupę operacyjną składającą się z 28 policjantów oraz „nieustalonej ilości” pracowników ABW.
•••
Przed wyborami Majchrowskiego próbowano jeszcze wkręcić w aferę gruntową. Insynuowano mu chęć postawienia centrum handlowego na krakowskim Rynku Głównym. Stwierdzono, że zajął się podziemiami pod rynkiem po to, żeby zniszczyć miasto i żeby sukiennice się zapadły. Zrobiono z niego współpracownika SB. To jednak bzdety w porównaniu z niszczeniem ludzi, z niesłusznymi lub zbyt długimi aresztami, znęcaniem się nad więźniami, a nawet dziećmi.

askibniewska@redakcja.nie.com.pl

Chała bohaterom (NIE, 33/2005)

Uratowali życie nastoletniej dziewczynie. Sami stracili przez to zdrowie, mienie, wiarę w sprawiedliwość i ludzi. Pomógł im Kaczyński – na pozór i na pokaz.
Szmulki na warszawskiej Pradze. Stary zaniedbany budynek. Sześciu osiłków z bejsbolami ciągnie nagą 16-letnią dziewczynę. Wcześniej wielokrotnie zgwałcona Agnieszka S. krzyczy, wzywa pomocy, błaga o litość. Nikt nie reaguje.
– Co jej robicie?! Puśćcie ją! – Nagle w jej obronie staje siwy drobny mężczyzna.
Sprawcy dopadają bezczelnego obrońcy. W tym czasie napadnięta dziewczyna wyrywa się bandytom. Kije idą w ruch. Mężczyzna dostaje, gdzie popadnie, ale udaje mu się wpuścić dziewczynę do swojego mieszkania. Sam zostaje skatowany. Podobnie obrywa jego żona, która udziela schronienia dziewczynie. Uszkodzenie czaszki, kręgosłupa, zdruzgotane kolana. Ireneusz i Barbara Gregorczykowie zostają kalekami na całe życie.
 
Czynności operacyjno-rozpoznawcze
Ściągnięta policja ani myśli wezwać pomoc dla pokrwawionych, skatowanych ofiar. Najpierw przez dwie godziny ich przesłuchuje. Nikt nie myśli też ścigać przestępców, choć wszyscy dobrze wiedzą, kim oni są. Zgwałcona dziewczyna rozpoznaje jednego ze sprawców, a mimo to śledztwo zostaje umorzone.
Podjęto intensywne czynności operacyjno-rozpoznawcze w celu ustalenia sprawców przedmiotowego napadu, jednakże nie przyniosły one pozytywnych wyników – pisze prokurator Małgorzata Ziółkowska-Siwczyk.
Bandyci jednak są wszystkim znani. Wciąż działają na warszawskich Szmulkach.
To wszystko działo się w sierpniu 1997 r. Ireneusz i Maria Gregorczy-kowie prawdopodobnie uratowali dziewczynie życie. Jeszcze parokrotnie dostali za to zapłatę. Włamywano się do ich mieszkania, napadano na nich na osiedlu. Schorowani i zastraszeni musieli uciekać. Ireneusz Gregorczyk mieszka w 6-metrowej komórce na działce. Jego żona tuła się po rodzinie i znajomych. Wszyscy mają ich w dupie.
 
Piękne, wzruszające i wychowawcze
O zamianę mieszkania prosili znacznie wcześniej – od 35 lat. Pisali wszędzie, wydeptali ścieżkę do urzędów i biur. Nic. Jak gdyby przyklejone do nich było lokum bez sracza i wody. Po opisanych zdarzeniach też nic nie trafiało do urzędowych decydentów. Gregorczykowie pisali, że nie mogą już wejść na IV piętro, że się boją zemsty. Nikt nie reagował. Wiedzieli, że na Szmulkach może czekać ich śmierć. Uciekli.
Pewnego dnia o bohaterskim zachowaniu małżonków usłyszały media. To takie piękne, takie wzruszające i wychowawcze. Jakież było zdziwienie dziennikarzy, gdy zobaczyli schorowanego kalekę mieszkającego od lat na działce w komórce.
 
Kaczyński podziwia
W październiku 2004 r. radiowa Trójka zaczęła grzmieć.
– Takich ludzi trzeba podziwiać – powiedział wtedy na antenie Lech Kaczyński. Pogadał coś o niezwykłym bohaterstwie i konieczności pomocy. Obiecał, że załatwi mieszkanie. Prezydent Warszawy jakoś nie zauważył jednak, że Gregorczykowie już od lat błagają go i jego poprzedników o zmianę mieszkania. Nie wspomniał też słowem, dlaczego do tej pory nie zrobił nic, by im pomóc. Ale na antenie wypadł doskonale.
– To wspaniała postawa – równie mocno rozpływał się nad bohaterstwem Gregorczyków Ryszard Kalisz. – Wyrażam wielkie ubolewanie, że tak pozostawiono tych ludzi. Na pewno zgłoszę się do policji, by udzielono im wszelkiej pomocy.
I na tym koniec. Od października 2004 r. minister milczy.
– Wyjaśnimy ewidentne niedopatrzenia, jakich dopuściła się prokuratura – obiecała wzburzona postawą praskiej prokuratury rzecznik prasowa Prokuratury Generalnej prokurator Małgorzata Wilkosz-Śliwa. Coś mówiła o wyjątkowej postawie bohaterów. Od października 2004 r. nic nie zrobiono, by naprawić błędy. Bandyci wciąż śmieją się w nos swoim ofiarom.
 
Cuchnąca nagroda
Kaczyński mieszkanie załatwił. Tak przynajmniej mówi. Jakaś babcia przekręciła się w jednym z mieszkań komunalnych – dostali je Gregorczykowie. Kaczyński ma się czym pochwalić. Szkoda tylko, że zapomniał, iż Gregorczykowie będą musieli je zaadaptować do potrzeb ludzi niepełnosprawnych. Nie zwrócił też uwagi, że gdy babcia kopnęła w kalendarz, to przez wiele dni nikt o tym nie wiedział i truposz leżał w domu, stąd konieczna była dezynfekcja. A to wszystko kosztuje. Ireneusz Gregorczyk ma 500 zł renty inwalidzkiej. Leki kosztują około 600 zł, poza tym wymaga on opieki innych osób.
Gregorczyk wciąż więc mieszka w komórce na działce. Pewnie niedługo zacznie przygotowywać się do kolejnej zimy. Prosił, żeby pomóc mu przewieźć drewno na opał, ale i to okazało się zbyt trudnym zadaniem. Komenda Główna nie świadczy tego typu działalności z uwagi na nieposiadanie pojazdu przystosowanego do przewozu drewna (pismo z 13 maja 2005 r.). Zdychaj, bohaterze.
 
Prezydent ratownik
– Myślę, że znowu zrobiłbym to samo – mówi Ireneusz Gregorczyk. Ale mówi cicho, bez przekonania. Jego żona milczy.
– Żyję na kredyt, nie mam swojego kąta. Wciąż się boję.
– Takich ludzi trzeba podziwiać. To prawdziwe bohaterstwo. Jestem pełen uznania. Trzeba być niezwykłym człowiekiem, by przeciwstawić się sześciu bandziorom z bejsbolami – powiedział na antenie Lech Kaczyński. Opowiedział też, jak wielokrotnie sam ratował kobiety zaczepiane przez pijaków.
Niech żyje bohater! Chociaż nie ma połamanych nóg i nie mieszka w nieogrzewanej budzie.