Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marek Pasionek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marek Pasionek. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 marca 2013

Samobójca na schwał (NIE 3/2012)


Gdyby Mikołaj Przybył strzelał jak wytrawny żołnierz, to z głowy by mu nic nie zostało. Ale próba samobójcza była pożyteczna. Kieruje światło na doniosłe świństwa. W ten dramatyczny sposób pułkownik wołał o to, by wreszcie ktoś zajął się tym, co dzieje się w polskiej armii. 
 
Sprawa Pasionka
Zabezpieczeniem pisowskich idei w śledztwie dotyczącym katastrofy smoleńskiej miał być wrzucony do prokuratury wojskowej cywilny prokurator Marek Pasionek. Człowiek, który na Śląsku rzekomo rozbijał zorganizowaną przestępczość. To on brał na świadków najgorszych przestępców, którzy w zamian za wolność opowiadali to, co chciał prokurator. Za sprawą Pasionka często niewinni trafiali za kraty. Marek Pasionek zaczynał w Prokuraturze Rejonowej w Gliwicach. Gdy do władzy doszedł Lech Kaczyński, szybko zaczął awansować. Najpierw prokuratura wojewódzka, potem posada doradcy premiera Marcinkiewicza, następnie Jarosława Kaczyńskiego. Wreszcie etat podsekretarza stanu w Kancelarii Premiera. Gdy w 2007 r. wiadomo było, że wybory wygra Platforma, Pasionek szybko przeniósł się do Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Pomógł mu w tym Zbigniew Ziobro, jego dobry kolega. Po wejściu w życie zmian rozdzielających prokuraturę od Ministerstwa Sprawiedliwości kandydował na stanowisko prokuratora generalnego. Miał przedstawić swój program naprawy chorego systemu po IV RP i rządach PiS. Chyba jako jedyny napisał: Nie widzę poważniejszych zagrożeń dla konstytucyjnych praw i wolności obywate la. Tymczasem prokuratorzy wojskowi nie pałali sympatią do Pasionka. Szlag ich trafił, gdy zorientowali się, że informacje z prowadzonego postępowania przedostają się do mediów. I to tych "słusznych". Nawet do Rydzyka. Dwóch dziennikarzy miało informacje z pierwszej ręki. Bardzo tendencyjne informacje. Domyślali się, czyja to ręka, wszczęli śledztwo. To właśnie Mikołaj Przybył nadzorował postępowanie w tej sprawie. Według zebranego materiału Pasionek przekazywał niejawne informacje. I to nie tylko polskim, jedynie słusznym mediom, ale najprawdopodobniej także CIA i FBI. Przesłuchano w tym celu agenta FBI. Sprawdzana w toku śledztwa wersja o udziale obcych służb specjalnych zainteresowanych sprawą katastrofy smoleńskiej uzyskała swoje potwierdzenie w materiale dowodowym - stwierdził prokurator Mikołaj Przybył.
Pasionek
Prokurator nadzorujący postępowanie (Marek Pasionek, przyp. J.S.) w sprawie katastrofy smoleńskiej nie informując o tym wcześniej przełożonych, wszedł w kontakt z przedstawicielami obcych służb specjalnych. Pasionek nie był zawodowym żołnierzem, więc płk Przybył, czyli prokuratura, nie mógł prowadzić dalej postępowania. Myślano, że prokuratorzy cywilni nie odpuszczą tej sprawy, oni jednak umorzyli śledztwo przeciwko koledze. Znikoma szkodliwość czynu.

Chory rosomak
Prokurator Przybył zajmował się zorganizowaną przestępczością gospodarczą w polskiej armii. Jego prokuratura w chwili obecnej prowadzi najpoważniejsze śledztwa, dotyczące przestępstw gospodarczych o charakterze zorganizowanym na szkodę Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej. Zagrożone są nie tylko setki milionów złotych pochodzące z budżetu Państwa, ale przede wszystkim życie i zdrowie polskiego żołnierza, który często otrzymuje sprzęt wadliwy lub niesprawny (Przybył na konferencji prasowej). I to jest prawda.
Armia zapewnia pieniądze kolesiom, ustawia przetargi, wyłudza kasę.
Do znudzenia pisaliśmy, że przy przetargu na rosomaka (kołowy transporter opancerzony) wielokrotnie zostało złamane prawo. To, co nam zaoferowali producenci, ma się nijak do tego, czego życzyła sobie polska armia. Są to wozy nieprzygotowane do walki, z wadami i brakami konstrukcyjnymi, naprędce modernizowane, by choć w części mogły sprostać wymaganiom afgańskiej wojny. Z takim sprzętem wysłaliśmy wojsko na wojnę z nadzieją, że transporter może jakoś uda się poskładać w drodze do Afganistanu. Mówiąc obrazowo, nasze transportery to puszki, które łatwo rozpruje każdy talib. Dlatego wojskowi, zanim wysłali je do Afganistanu, w panice postanowili zwiększyć odporność rosomaków. W drodze wozy miały się zatrzymać w Hajfie, gdzie specjaliści z izraelskiej firmy Raphael mieli zamontować na transporterach dodatkowy pancerz reaktywny. Aby transportery mogły walczyć, trzeba było wyposażyć je w armatę lub karabin, a co za tym idzie - w jakąś wieżę. Plotka głosi, że w tym samym czasie, gdy w Hajfie były doklejane pancerze, inni specjaliści dopasowywali do naszych transporterów jakieś wieżyczki.
Wynik ? brak zwrotności, a dopancerzona amfibia - tonie. Pod koniec 2010 r. armia chciała zakupić rosomaki - gumowe. Żeby zmylić przeciwnika. Tyle że przeciwnik śmieje się tak samo z tych stalowych, jak śmiałby się z gumowej atrapy. Rosomak miał być wzorowym wozem bojowym. Za 5 mld zł. O wypadkach z rosomakiem w tle ministerstwo nie mówi. Ale pod rosomakami wybuchały bomby domowej roboty. I ginęli ludzie. Wielu zostało rannych. Media wspominały tylko o bombie-pułapce, a już o tym, że rosomak, który miał być ochroną dla żołnierza, był po prostu puszką śmierci, nie mówili.

Anders
Głównym odbiorcą Bumaru jest polska armia. Tymczasem firma ledwo zipie. Nie ma zagranicznych kontraktów. Mimo to armia próbuje ją ratować. I co jakiś czas podrzuca jakiś kontrakcik. Teraz ma ochotę na nowy, wspaniały produkt fabryki. Bumar szpanował na targach nowym lekkim czołgiem Anders. Zbudowany w 2 lata za pieniądze rządowe za jedyne 20 mln zł. Czyli szybko i tanio. Jego matką chrzestną jest córka generała Andersa. Armia podobno potrzebuje ich 700. I tyle niby ma zrobić Bumar. Jednak przedstawiony na targach pojazd to jedynie tzw. demonstrator technologii, czyli prototyp, poskładany zresztą w znacznym stopniu z komponentów zachodnich przez krajowych producentów. Prototyp jeździ z targów na targi i nic nie wskazuje na to, że mogłoby się to zmienić. Chyba, że ministerstwo stworzy specjalny fundusz pomocowy dla producenta. W projekt ten wpompowano już dużo pieniędzy. Bo Bumar trzeba wspierać. Chociaż wielu ekspertów uważa, że takie zabawki są naszej armii zbędne. Nadawać się będą wyłącznie na misje "pokojowe", takie jak Afganistan.

Nieloty
W 2010 r. doszło do rozstrzygnięcia przetargu na zakup dwóch zestawów bezzałogowych systemów latających średniego zasięgu przeznaczonych dla polskiej armii. BSL Aerostar okazał się ostatecznym zwycięzcą przetargu rozpisanego w ramach "pilnej potrzeby operacyjnej" przez polskie MON. Za 89 mln zł netto. Dostarczone samoloty miały pojechać do Afganistanu. I pojechały, ale nie te, które wynegocjowano w przetargu, tylko wozy "zastępcze". Podobno nie umywają się do tych, które obiecywało MON. I oczywiście nie są tyle warte. Historia nabycia samolotów F-16 to już zaczyna być historia zabawna. Maszyna za 250 mln zł psuje się mniej więcej co 7 godzin. Z oszczędności latają obecnie nawet maszyny uszkodzone. Kupiono myśliwiec najdroższy z oferowanych. I najstarszy. Za 48 maszyn musimy zapłacić prawie 6 mld dolarów. Do tego już wydaliśmy 300 mln dolarów na szkolenia personelu. Oraz 127 mln na usuwanie usterek. Gdyż gwarancja na samoloty nie obejmuje wielu rodzajów awarii. Poza tym offset na te samoloty jest nadal niedokończony. I po prostu nieekonomiczny. Jeszcze nie zdążymy ich spłacić, a one już będą po prostu przestarzałe. I nie można powiedzieć, że wybór oferty koncernu Lockheed Martin to wynik zachwytu Ameryką. Tu cuchnie korupcją.

Afganistan
Mikołaj Przybył zajmował się m.in.sprawami związanymi ze zleceniami na zakupy, remonty i uzbrojenie wojska. Dużo. W poznańskiej prokuraturze wojskowej prowadzono śledztwo dotyczące masakry afgańskich cywilów w Nangar Khel. Wtedy Przybył poznał kilkunastu żołnierzy z 18. BDSZ (bielski batalion powietrzno desantowy). Dowiedział się przy okazji o rozpadających się butach, o pistoletach, które nie strzelają, o nieopancerzonych samochodach zwiadowczych. I o tym, że kilkunastu żołnierzy napisało regulaminowy "raport o rotację", czyli, tłumacząc z wojskowego na nasze, poprosiło o przeniesienie do kraju. Zrobili to, gdyż kazano im jeździć w nieopancerzonych od spodu samochodach humvee. Ratowali się, kładąc na podłogę worki z piaskiem, ale cóż one znaczą przy kontakcie z bombą. Była to rozpaczliwa próba zwrócenia uwagi na katastrofalne przygotowanie naszych wojsk do tej misji. Przybył to wiedział, gdyż prowadził śledztwo w sprawie ostrzelania afgańskiej wsi.

Kutry i gawron
Gawron
Płk Przybył prowadził też śledztwo dotyczące nieprawidłowości w modernizacji kutrów rakietowych klasy Orkan. Chodziło o zlecenie prac Stoczni Marynarki Wojennej, która nie miała na to pieniędzy. W efekcie to armia finansowała koszty kredytu komercyjnego zaciągniętego przez stocznię. Taka transakcja wiązana. I ustawiony przetarg. Teraz została jeszcze sprawa rakiet na uzbrojenie modernizowanych okrętów. Też najprawdopodobniej przekręcono przetarg. To samo było przy budowie korwety Gawron. Fregata miała być perłą polskiej Marynarki Wojennej. Projekt powstał jeszcze w latach 90., tyle że przez 10 lat zbudowano jedynie kadłub. To, co na początku miało kosztować w granicach 300 mln zł za jednostkę, dziś wycenia się na blisko 1,5 mld zł. I firma nie ma na to pieniędzy. Ratowała się podwykonawcami i kombinowała jak koń pod górę razem z ministerstwem. Generując koszmarne straty.

Przetargi, remonty
Ustawionych przetargów w armii jest wiele. Tam jeśli nie ma się wejścia, nic się nie znaczy. Niedawno pewien właściciel firmy odzieżowej popełnił samobójstwo, bo miał obiecany wygrany przetarg na mundury wojskowe. Zapożyczył się, kupił materiał i przetargu nie wygrał. Ktoś miał większą siłę przebicia. Najlepiej wychodzi się na ustawianiu przetargów na remonty pojazdów i inny sprzęt dla kontyngentu w Afganistanie. Chodzi o naprawy, które przeprowadza się niewłaściwie lub, co zdarza się znacznie częściej, nie dokonuje ich wcale. W tego typu sprawach Przybył postawił zarzuty ponad 20 osobom. Znakomicie kradnie się też przy remontach obiektów wojskowych. Przy przetargach w 17. Terenowym Oddziale Lotniskowym w Gdańsku prokuratura doliczyła się kilkudziesięciu milionów złotych strat. Poza tym zwykłe wyłudzenia pieniędzy i najzwyklejsze kradzieże to kilkaset milionów podatnika. Mikołaj Przybył był skuteczny. Dzięki niemu sądy wojskowe skazały kilkadziesiąt osób. Żaden z oskarżanych przez niego żołnierzy nie został uniewinniony.
 Czy pokazowa próba samobójcza prokuratora Przybyła otworzy wreszcie oczy rządzących na problemy polskiej armii? 


piątek, 1 marca 2013

Prokurator od Smoleńska (NIE 06/2011)


Pasionek
Marek Pasionek zaczynał w Prokuraturze Rejonowej w Gliwicach. Gdy do władzy doszedł Lech Kaczyński, gliwicki prokurator szybko zaczął awansować. 
 
 
 
 
Najpierw prokuratura wojewódzka, potem posada doradcy premiera Marcinkiewicza, następnie Jarosława Kaczyńskiego. Wreszcie etat podsekretarza stanu w kancelarii premiera. Odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi. Gdy w 2007 r. wiadomo było, że wybory wygra Platforma, szybko przeniósł się do Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Pomógł mu w tym Zbigniew Ziobro, jego idol. Równie wielką sympatią darzył Zbigniewa Wassermanna. W 2010 r. prokurator generalny powołał Pasionka do nadzorowania postępowania w sprawie katastrofy smoleńskiej. ,Kastor" kapuje Pasionek zwalczał mafię. Wsadzał do więzienia jednego gangstera za drugim. To, jak rozbijał gangi, ilustruje historia Grzegorza G. Wielu polskich prokuratorów za wystarczający oręż do walki z przestępczością uznaje świadka koronnego. Gang "Krakowiaka" był jedną z najmocniejszych grup przestępczych w kraju. Janusz T. to niewysoki, wymoczkowaty mężczyzna. Nikt by nie pomyślał, że trzęsie Śląskiem i Małopolską. Jego najbliżsi współpracownicy to zaufani przyjaciele. Szczególnie Wiesław C, pseudonim Kastor. Poznali się, gdy mieli po 5 lat. W wieku kilkunastu lat razem trenowali sztuki walki. Potem zaczęli korzystać z tych umiejętności. Były kradzieże i wymuszenia. Zawsze razem. "Krakowiak" jest chrzestnym ojcem dziecka "Kastora". Odwiedzali się, zwierzali się sobie. Ale "Kastor" sfrajerzył. Zaczął sypać, bo grunt pod nogami mu się osuwał. Poszedł na współpracę z prokuratorem. Z Pasionkiem. Gdy Janusz T. dowiedział się, że najbliższy przyjaciel wystawił go policji, nie był nawet wściekły. - Wiesiu, ja ci dziecko do chrztu podawałem... - powiedział do "Kastora" na konfrontacji. - To boli. Razem z "Krakowiakiem" do aresztu trafiło jeszcze ponad 30 osób. "Kastor" sypał nazwiskami. Opowiadał ze szczegółami o napadach, haraczach, morderstwach. Nie mówił tylko o tym, co przypisywano jemu...
Bandyta morduje
W listopadzie 1997 r. w stawie Michalina niedaleko Częstochowy znaleziono zwłoki mężczyzny. Zanim wrzucono go do wody, skatowano faceta. W lutym 1998 r. wysłano list gończy za Wiesławem C. ("Kastorem") i Dariuszem J. Obu poszukiwano za udział w tej zbrodni. - J. walił gościa kolbą pistoletu, a "Kastor" lewarkiem od fiata - mówi jeden z żołnierzy "Krakowiaka". Nie ma najmniejszej wątpliwości, że to oni zabili. Zostali zatrzymani i aresztowani, a już po roku obdarzeni statusem świadków koronnych. Uznano, że "Kastor" nieumyślnie spowodował śmierć późniejszego topielca z Michaliny. Nieumyślnie go napieprzał lewarkiem! Ale dzięki temu mógł być świadkiem koronnym i donosić dalej. Z czasem "Kastor" stał się świadkiem zbrodni na całym Śląsku i w Małopolsce. Prowadził go prokurator Pasionek. Dzięki czemu szybko awansował, został okrzyknięty pogromcą mafii. Co prawda "Kastor" co jakiś czas okazywał się kłamcą, a oskarżani przez Pasionka mafiosi - czyści jak łza, nie zmniejszyło to jednak wiarygodności Wiesława C. w oczach prokuratora.

Mafioso pamięta
"Kastor" zna też Grzegorza G., przez pewien czas żołnierza gangu "Krakowiaka". Według policjantów z Częstochowy, G. zajmował się u niego działką narkotykową. Ale w pewnym momencie sam polubił prochy i przestał się liczyć w grupie. Odszedł i zajął się biznesem - mniej lub bardziej legalnym. Policjanci z Częstochowy mówią jasno: - Nie bawił się w mokrą robotę. Żadnych napadów, żadnych ofiar. Grzegorz G. właśnie odsiadywał wyrok za wyłudzenie podatku VAT, gdy w więzieniu spotkał na spacerniaku "Kastora". W prostych żołnierskich słowach powiedział, co myśli o frajerach. A wieść o tym, że Wiesław C. sypie i przyszedł węszyć w pace, rozeszła się już po więzieniu. Nie było to miłe spotkanie dla "Kastora". Szybko okazało się, że dla G. również. Niedługo potem prokurator Pasionek postawił G. zarzuty dokonania wraz z Wiesławem C. i innymi członkami grupy przestępczej "Krakowiaka" trzech napadów rabunkowych. W każdym wypadku z użyciem broni i niebezpiecznego narzędzia. Oczywiście o wszystkich tych zdarzeniach opowiedział świadek koronny - "Kastor", czyli Wiesław C. Uczestnik tych napadów. Miały się one odbyć... 20 lat temu, w 1990 i 1991 roku. "Kastor" pamiętał każdy szczegół. Nawet rozmowy prowadzone wówczas przez Grzegorza G. Tymczasem inni świadkowie, uczestnicy opisywanych napadów, ani nawet poszkodowani nie rozpoznali G. Każdy mówił, że go tam nie było. Tworząc akt oskarżenia przeciwko G., prokurator nie zauważył pewnych drobiazgów. Gdy dokonano pierwszego napadu, "Kastor" siedział w więzieniu. Nie mógł więc brać w nim udziału, a co za tym idzie, widzieć w akcji Grzegorza G. Gdy dokonywano drugiego napadu, w więzieniu przebywał Grzegorz G. Sprawdziliśmy, czy nie miał przerwy w odbywaniu kary. Nie. Czyli po raz kolejny "Kastor" kłamał. Zarzuty upadły. Natomiast trzeciego napadu dokonano w dniu, gdy G. był za granicą, co jasno wynika z jego paszportu. Prokurator Pasionek znalazł jednak na to wytłumaczenie: Grzegorz G. przyjechał do Polski dokonać napadu, skradł 8608 zł, po czym wyjechał. 16 stycznia 1995 r. żołnierze "Krakowiaka" już zostali za ten napad skazani. Nikt wtedy nie wspomniał o Grzegorzu G., który nie był nawet świadkiem w sprawie. Przesłuchano ich jeszcze raz. Wszyscy mówią, że G. z nimi wtedy nie było. Podobnie zeznają ofiary i świadkowie tego zajścia.

Gangster pajacuje
W procesie "Krakowiaka" padały surowe wyroki - dożywocie i 25 lat paki. Chyba tylko "Krakowiak" wyszedł na tym dobrze. Dostał szóstkę odsiadki. Grał wariata. Raz zaczął na sali sądowej śpiewać przebój Jarockiej "Kawiarenki". Potem wybuchł głośnym płaczem, by po chwili niewybrednie zacząć wyzywać sędziego. Skierowano go na badania psychiatryczne. Innym się nie udało i życie spędzą za kratami - przez zeznania "Kastora". Potwierdził je jego wspólnik od topielca, Dariusz J., ale na sali sądowej mylił się w datach, nazwiskach, okolicznościach, a nawet miejscach zdarzeń. Od razu było widać, że ściemnia. Pojawił się dzięki staraniom Pasionka trzeci świadek koronny Włodzimierz C, ale już w trakcie procesu stracił wiarygodność, bo wyszło na jaw, że nie zaprzestał działalności przestępczej. Nadal stał na czele gangu. Zabił policjanta z Będzina. Nawet Pasionkowi nie udało się wmówić sędziemu, że było to nieumyślne spowodowanie śmierci. W procesie grupy "Krakowiaka" składał też zeznania najsławniejszy świadek koronny Jarosław S., czyli "Masa". Zeznał, że "Kastor" to pajac. Dlatego zarządzono między koronnymi konfrontację. I wtedy "Masa" zabawił się "Kastorem", który upierał się, że go zna i nawet bywał u niego w domu w Komorowie. "Masa" zapytał, co zapamiętał z tego domu, jakie fragmenty wystroju posesji zrobiły na nim największe wrażenie. "Kastor" bąkał coś o białej boazerii. - A fontanna? - zapytał "Masa". - Nie zapamiętałeś 7-metrowej fontanny? Dodał, że takiego badziewia, jak biała
boazeria, to by nawet w podwórzowym kiblu nie zamontował.

Pasionek oskarża
Grzegorz G. w zeszłym miesiącu został skazany w pierwszej instancji na 4 lata więzienia. Za napad dokonany przed 20 laty w przelocie między Polską a Niemcami. Wysoki rangą policjant, który znał G. w tamtym czasie, mówi, że nie mógł on brać udziału w akcji "Krakowiaka", bo był już wyautowany z grupy. Nikt by go do akcji nie dopuścił. Marek Pasionek kandydował na stanowisko prokuratora generalnego. We wniosku napisał: Nie widzę poważniejszych zagrożeń dla konstytucyjnych praw i wolności obywatela.
A my widzimy. Szczególnie gdy postępowanie prowadzi prokurator Pasionek. Grzegorz G. dostał nakaz stawienia się w zakładzie karnym, a "Kastor" nadal chodzi po mieście z lewarkiem.

askibniewska@redakcja.nie.com.pl