Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smoleńsk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smoleńsk. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 marca 2013

Miłość ci nic nie wybaczy (NIE 23/2011)


Czy wystarczy mieć adwokata, który jest pełnomocnikiem Jarosława Kaczyńskiego, by wsadzać do aresztu każdego, kto zawadza? 
 
Nazywam się Marta Popiel. Jestem chora psychicznie. Wstydzę się swojego ciała. Wstydzę się ludzi. Psychiatra mi powiedział, że powinnam się ujawnić. Powinnam powiedzieć otwarcie, co mnie boli, dlaczego zachowuję się niepoprawnie, wręcz skandalicznie.  
Czytamy na forum internetowym. Czy to naprawdę wpis Marty Popiel?
Dziewczyny, która ma być przykładem, że stalking* nie popłaca. Młodej kobiety, która ze sprawcy stała się ofiarą swojej ofiary. Skopaną zdecydowanie mocniej niż ten, którego rzekomo kopała. Marta Popiel siedzi w areszcie już ponad pół roku.
Przyszło do niej czterech policjantów w cywilu. Przeszukiwali dom. Czesali każdy kawałek mieszkania kilkanaście godzin. Wisieli na telefonie. Bo zatrzymanie nie było oczywiste. Nie znaleziono dowodów wystarczających do zatrzymania kobiety. Wreszcie otrzymali decyzję o aresztowaniu. Dojechało dwóch umundurowanych funkcjonariuszy z długą bronią. Sześciu policjantów wyprowadziło dziewczynę w kajdankach. Tak, by wszyscy widzieli.
Wzięli ją w nocnej koszuli, bo Marta leżała w łóżku. Zarzuciła tylko na siebie jakieś palto matki i włożyła stare buty. Nie wzięła swoich leków. Na dołku przesiedziała 48 godzin.
Potem sąd i najostrzejszy środek zapobiegawczy ? areszt. Jak dla najgorszego bandyty. Mimo że za czyny, które jej zarzucono, grożą najwyżej 2 lata. A jednak wsadzono ją do pudła. Dlaczego?
Bo Adam Sidorowicz się jej bał. I boi się nadal. Dziewczyna więc wciąż siedzi. Przez długi czas w 5-osobowejceli z kobietami skazanymi za zabójstwo.

Po znajomości
Marta Popiel trafiła do Adama Sidorowicza w 2005 r. z polecenia.
Znajomy chirurg skierował ją do kolegi po fachu. Dziewczyna miała jakiś niewielki problem z żyłą. Marta mówi, że zaprosił ją na kawę. Był miły. Raz, drugi, trzeci. W pierwszych zeznaniach na policji przyznał się, że flirtował z dziewczyną. W listopadzie na posiedzeniu sądu mówił, że utrzymywał z nią kontakty towarzyskie. Przez kilka miesięcy. Dziś przyznaje się tylko do kontaktów medycznych. I do dwóch spotkań.
Oczywiście w gabinecie. Ona wtedy jak gdyby unosiła się nad ziemią. Zaczęła robić mu prezenty. Kubeczki, misie, raz dała płytę Stinga. Pisała dla niego wiersze i przynosiła białe tulipany. Zimą.
- Ona zawsze była jak dziecko - mówią jej znajomi.
Nie chcą podawać nazwisk, bo boją się, że zostaną zaszczuci. Przez kogo?
Marta pisała ciepłe SMS-y. W moim zaułku serca siedzi miłość i uwielbienie dla ciebie. Twierdzi, że on także pisał. Na pewno wymienili się numerami telefonów i przeszli na ty.
On dziś stanowczo temu zaprzecza. Dziewczyna nie zachowała wszystkich SMS-ów od niego. Ale niektóre jego odpowiedzi są. Znaczy były, zanim prokurator zabezpieczyła jej telefon. Kontakty trwały do dnia, gdy narzeczona (obecnie żona) zobaczyła, że jej Adam dostał kubek z wyznaniem miłości. Potem odebrała SMS-a skierowanego do doktora Adama. I odpisała Marcie.
Tego zwrotnego SMS-a czytały 3 postronne osoby i wszystkie podają taką samą treść. Narzeczona lekarza podobno napisała, że Adam jest jej i że w taki sposób to Marta go nie poderwie. Matka nie uczyła cię jak się podrywa facetów? Trzeba było mu zdjąć portki i dobrze obciągnąć. Po tym nastąpił opis miłości oralnej.
Lekarz i jego ukochana byli wtedy w Paryżu. Sidorowicz chyba nie wiedział o wysłanym przez narzeczoną kursie obciągania, bo zaraz potem wysłał Marcie swoje zdjęcie z uroczym uśmiechem na tle wieży Eiffla (ten MMS jest zachowany). A podobno już nie chciał utrzymywać z nią kontaktów? Ale jego życie też się zmieniło. Bo narzeczona powiedziała: albo ja, albo skończysz z tą wariatką. I wtedy się zaczęło.

Brak dowodów, że to Marta
Marta jeszcze długo pisała wiersze i przesyłała misie. Wreszcie napisała: przecież obiecałeś? Potem wysyłała SMS-a za SMS-em. O tym, że co innego mówił wcześniej, że miał jej pomóc znaleźć dobrego ginekologa (miała torbiel na jajniku), że przecież nie tak miało być. Robiła też sobie z niego jaja. Tanio odśnieżam i usuwam sople - to ogłoszenie w internecie podpisane jego nazwiskiem. Albo: Sprzedam bezzębnego bobra. On tymczasem życzył jej SMS-owo rychłej śmierci. Pisał podobno, że to jego największe marzenie.
Ponoć ze strony Marty pojawiły się groźby pod adresem zarówno jego, jego żony, jak i syna. Rodzina Marty mówi, że doktor wcale nie był milczący i że ją "nakręcał?. Wtedy ona odpowiadała, że krążą nad nim anioły śmierci. Nie możemy obecnie potwierdzić wersji ani doktora, ani rodziny dziewczyny. Wiemy jednak, że ona też dostawała SMS-y, po których płakała. Raz napisał, żeby się przyznała w prokuraturze, że chodzi z siekierą za jego żoną. Wiemy, że miała nocne głuche telefony. I o tym, że ktoś w nocy podchodził pod jej okna (notatki policyjne). Wtedy zaczęły się pojawiać wpisy w internecie.
UPRZEJMIE PROSZE NIE KASOWAC NA PROSBE LEKARZA SIDOROWICZA TEGO WATKU. MASKUJAC JEGO BANDYCTWO BIERZECIE PANSTWO W NIM UDZIAŁ. ADAM SIDOROWICZ TO ZDEHUMANIZOWANE BYDLE KTORE UPAJA SIE ZADAWANIEM BOLU KOBIETOM A WLASNIE NA KOBIETY UKIERUNKOWAL SWOJA DZIAŁALNOSC. UWAZAM ZE NALEZY PRZED SIDOROWICZEM OSTRZEGAC. DOKTOR GROZI TEZ NP. m.in. PODAWANIEM DOZYLNIE PAVULONUI OPISUJE w jakiej MECE BEDZIE się KONAC. WG DOKTORA ADAMA SIDOROWICZA KOBIETY SA *****MI DO Z******IA I TAK TEZ TRZEBA JE WG NIEGO TRAKTOWAC. ADAM SIDOROWICZ ZAWSZE WSZYSTKIEGO SIE WYPIERA I OSWIADCZA ZE TO ON JEST OFIARA.
Pisano także w jego imieniu: Witam Państwa. Wydałem wyrok śmierci naMartę Popiel bo mi odmówiła sexu. Obiecałem że ją zabiję albo doprowadzę do stanu w którym Marta Popiel popełni samobójstwo najlepiej przez powieszenie. Marta Popiel nie jest godna żyć i choć bym miał stracić wszystko załatwię Martę Popiel. Marta Popiel musi umrzeć. Dziękuje Państwu za okazaną mi serdeczność. Adam Sidorowicz gabinetestetyczny.pl Specjalista chirurgii ogólnej 795135795.
Sidorowicz walczył z pomocą wymiaru sprawiedliwości. Zaczął tracić pacjentów. Złożył doniesienie do prokuratury. Ale wciąż nie było wystarczających dowodów winy, by ukarać dziewczynę. Pod koniec kwietnia 2010 r. Marta dostała SMS-a: Jest po tobie, 4 maja cię zamkną.
Rodzina sprawdziła, o co chodzi z tym 4 maja. Dowiedziała się, że wyznaczono termin rozprawy w sądzie. Dziewczyna nie miała pojęcia o prowadzonym postępowaniu. Nikt jej o tym nie powiadomił. Pełnomocnikiem Sidorowicza był mec. Rafał Rogalski. Nie wskórał on jednak zbyt wiele, bo sąd umorzył postępowanie i zmieszał z błotem oskarżyciela posiłkowego. Zauważył, że nikt nie przesłuchał Marty Popiel, nikt jej też nie powiadomił o toczącym się postępowaniu, nikt nie przedstawił jej zarzutów. Sąd powiedział jasno, że tak się nie robi w państwie prawa! Dodał, że w niniejszej sprawie brak jest dowodów na to, że przedmiotowych wpisów dokonała Marta Popiel.
Po umorzeniu ruszyła nagonka na forach internetowych. Tym razem nagonka nie na lekarza, ale na Martę. Teoretycznie pisały dziesiątki internautów, ale ten sam styl userów o różnych nickach nie pozostawia złudzeń. Internauci byli oburzeni zachowaniem Marty. I kazali jej się utopić, powiesić, poderżnąć sobie żyły. Niektórzy wiedzieli, jak ona wygląda? Poza tym pojawiło się wiele wpisów mówiących, że jest już po niej. Najczęściej pojawiał się wpis: Spopielić Popielów. Groźbę pożaru powtarzano kilkakrotnie. Głuche telefony miała nie tylko Marta, mieli je także jej rodzice.

Kolega koledze
Marta Popiel od ponad 2 lat nie wychodziła z domu. Bała się. Matce mówiła, że to przez częstoskurcz komorowy serca i ataki omdlenia, które występowały, gdy wychodziła z domu. Według tego, co opisują rodzice, być może były to nie tylko ataki serca, które miała od dzieciństwa (wrodzona choroba zastawek), ale ataki paniki. Bała się głównie ludzi. Była pewna, że ktoś na nią czyha. Siedziała w ciemnym pokoju z zasłoniętymi oknami, głównie leżąc w łóżku. Wtedy gdy przyszła po nią policja, też tak było. Tego dnia policja wezwała do niej karetkę. Lekarz pogotowia stwierdził stan zagrażający życiu i prosił, by jej niepotrzebnie nie niepokoić (dokumentacja z tego badania jest na pogotowiu przy ul. Hożej w Warszawie). Gdy jednak po kilkunastu godzinach prokurator Elżbieta Karwowska z prokuratury na warszawskiej Woli nakazała jej zatrzymanie, policjanci mieli nakaz dowiezienia jej na dołek mimo opinii lekarza. Postanowili, że pojadą z nią najpierw na badanie do szpitala.
Za konwojem jechała karetka pogotowia, w razie gdyby Marta umierała w drodze. Policjanci powinni pojechać, zgodnie z procedurą, do najbliższego szpitala. Czyli w tym wypadku do Międzylesia. Tymczasem policyjna furgonetka skierowała się w stronę Warszawy. Marta Popiel została zbadana w szpitalu przy ul. Kasprzaka. Tam, gdzie pracuje Adam Sidorowicz. Badał ją jego kolega internista. Uznał, że Marta może trafić na dołek, bo nic jej nie jest. Marta jest chora.
Wciągu krótkiego czasu utyła z 52 do 130 kg. Jakoś trudno nam uwierzyć w to, że tak obżarła się więziennym jedzeniem. Łatwiej nam uwierzyć, że Marta, tak jak mówią jej rodzice i wyniki badań sprzed aresztowania, ma poważne schorzenie endokrynologiczne i jej gospodarka hormonalna jest kompletnie rozchwiana. A to zagraża jej życiu. Stosowne dokumenty potwierdzające jej problemy zdrowotne znajdują się w aktach sprawy. Gdy zastosowano u niej próbę wysiłkową na rowerku, po 10 minutach zemdlała.
Ale dla prokurator Karwowskiej Marta jest zdrowa. Dla sędziego, który przedłuża jej areszt ? również. Marta mdleje w celi. Potwierdzają to współosadzone, które wzywają lekarza na pomoc. Podobno zawsze przychodził tylko dowódca zmiany. Po 40 minutach od ataku.

Obetnie mu głowę
Prokurator wnioskował o przedłużenie aresztu, bo należało przebadać ją psychiatrycznie.
Umieszczono ją w szpitalu psychiatrycznym dopiero po odsiedzeniu 5 miesięcy. Bez najmniejszego problemu można było zrobić to na wolności. Badana była w Tworkach. Ale parokrotnie była przewożona na badania do szpitala na Kasprzaka. Tego, w którym pracuje Sidorowicz. Marta chciała w szpitalu popełnić samobójstwo. Jej łóżko umieszczono w korytarzu, by była cały czas widoczna dla dyżurujących pielęgniarek. Żeby można było szybko zareagować, gdyby znowu chciała podciąć sobie żyły. Obecnie według prokuratury Marta musi zostać w areszcie, bo tuż przed jej aresztowaniem podobno do Sidorowicza zadzwonił nieznany mężczyzna i za pomocą automatycznej sekretarki groził mu śmiercią. Powtarzał wielokrotnie skurwysynu pierdolony i mówił, że obetnie mu głowę. Żeby nie było wątpliwości, że to wysłannik Marty, gość powiedział, że lekarz ma przeprosić tę kobietę.
Doktor był tym razem tak zapobiegliwy, że zachował tę rozmowę na posiedzenie sądu w związku z wnioskiem zastosowania aresztu. Ma to być niezbity dowód, że Marta chce go zabić i musi być odizolowana. Tymczasem Marta zapewnia, że to kompletna bzdura. To samo mówią jej rodzice i bliscy. Ona od dwóch lat z nikim nie rozmawiała! Bała się wszystkich. Zarzucono jej groźby karalne. Ale nigdy nie chodziła za doktorem, nigdy nie była przed jego domem, nigdy nie zaczepiała go fizycznie. Nie ma żadnego świadka, który by ją widział w okolicach jego domu czy gabinetu. Ani doktorowi, ani nikomu z jego rodziny włos z głowy nie spadł. Prokurator argumentował przed sądem, że podejrzana się ukrywała, dlatego trzeba ją przymknąć.
Ukrywała się? Gdzie? Chyba że pod kołdrą we własnym łóżku. W mieszkaniu rodziców, które było doskonale znane zarówno policji, jak i prokuraturze. Prokurator Karwowska zarzuca Marcie także rozpowszechnianie pornografii w internecie. Podobno wrzuciła fotkę Sidorowicza z penisem zamiast twarzy.

Styl jest podobny
Zgromadzone w aktach sprawy wydruki wiadomości mailowych oraz SMS-owych w żaden sposób nie wskazują na to, kto jest ich autorem. Z przeszukania domu Marty policjanci zabezpieczyli komputer matki, na którym tylko ona pracowała, i telefon komórkowy dziewczyny. Prokurator stwierdził, że pisała je na pewno Marta, bo tak mówi doktor i styl jest podobny. Też pisano wielkimi literami. I w słowie "czyżby?używano "rz?. Tak jak Marta.
Rogalski
Według prokuratora dowody są pośrednie domniemane. Cokolwiek to znaczy? Cały materiał dowodowy opiera się na zeznaniach doktora Sidorowicza. I na artykule z "Gazety Wyborczej?, w którym doktor opowiada o swoim dramacie. Wypowiedzi Marty tam nie ma. Ani jej rodziców, sąsiadów czy pełnomocnika.
- Wszystkie czynności wykonane wobec Marty Popiel są zasadne ? twierdzi pełnomocnik Sidorowicza mecenas Rafał Rogalski (ten od sztucznej mgły nad Smoleńskiem, pełnomocnik Jarosława Kaczyńskiego). -Gdyby coś było niezgodne z moim sumieniem, nie reprezentowałbym mojego klienta.
Uważa, że Marta powinna siedzieć. Twierdzi, że powinna ponieść karę za próbę rozbicia rodziny. Nie odpowiedział, dlaczego w materiale dowodowym nie ma SMS-ów wysyłanych przez doktora, lecz są jedynie te do niego. Nie skomentował też tego, co napisała żona doktora do dziewczyny. Adam Sidorowicz powtarza wszędzie jak katarynka: ? Ona zrujnowała mi życie. Choć jeszcze w listopadzie na posiedzeniu sądu mówił, że utrzymywał z nią kontakty towarzyskie, teraz twierdzi, że w żadnym wypadku. Jeszcze w listopadzie mówił, że Marta jest chora psychicznie. Dziś we wszystkich mediach podaje, że jest cwana i wyrachowana. Poza tym doktor cieszy się, że ona siedzi. Poczuł ulgę.
 Marta P. została aresztowana w niedzielę (?). Tyle mogę napisać? i dodać, że UDAŁO SIĘ!!!!!! :)))))))))))))))))))) ))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))) )))))))))))))))))))))) - tak się cieszył na internetowym forum. Lekarz psychiatra stwierdził, że Marta ma niedojrzałą osobowość, ale że była poczytalna podczas wysyłania SMS-ów do doktora.
Oto SMS-y wysyłane przez zdrową psychicznie dziewczynę do matki niedługo przed zatrzymaniem. Leżę w tej ciemności i myślę o śmierci (...). Śmiertelnie zasypiam, hipnotycznie, ale był sekundę na dworze. Ja umrę bez snu sparaliżowana zasypianiem. Boże ktoś jakby rzucił czymś. To nie kot. Boże zasypiam. (...) Muszę się zabić, nie mam wyjścia, on kupił tą policję, wezmą mnie na te prześladowania i zabiją. (...) Że za wiersze i białe tulipany można dostać taki lincz? Nie wiedziałam, że komuś może aż tak przeszkadzać coś miłego.

Nie dorasta do pięt doktora
Jestem gruba i obleśna. Dr Sidorowicz nie chciał na mnie nawet spojrzeć. Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia. Niestety bez wzajemności. Dzwoniłam do niego. Pisałam e-maile. Posyłałam gratisy. Robiłam z siebie idiotkę. Robię ją z siebie nadal. Przecież powinnam zrozumieć już dawno temu, że jestem strasznym, wykolejonym paszkwilem. Nie dorastam do pięt dla Pana Adama w którym bez granic się zakochałam. Byłam i jestem zazdrosna o jego kobietę. Wiem że ją bardzo kocha i jest jej wierny. Jest moim marzeniem. Niestety niespełnionym - tego na pewno nie pisała Marta, choć ktoś się pod nią podszył. Kto? Ciekawe, czy prokurator weźmie pod uwagę także dowody świadczące na jej korzyść i to sprawdzi? Ciekawe, czy ustali, kto to napisał?
Gdyby mi jednak się pogorszyło, jeszcze bardziej niż w ostatnim czasie. Proszę zamknijcie mnie w zakładzie dla nieuleczalnie chorych. W pokoju bez klamek. Mam już dość. Nie mam siły już kochać bez wzajemności. Zresztą kto takiego chorego tłuściocha by chciał? - tego też nie napisała Marta. A więc kto? Obydwa powyższe cytaty pochodzą z internetowego forum, wiemy, że ktoś się pod Martę podszywał. Są na to dowody.

I zamknęła się w więzieniu
Prokuratura już od dawna ma zebrany materiał dowodowy. Wydruki SMS-ów i e-maili przyniesione przez doktora. Obserwacja psychiatryczna też się odbyła. Ale Marty z mamra nikt nie wypuszcza. Choć zarzuty są "niearesztowe".
- Sąd uznał, że istnieje wysoki stopień prawdopodobieństwa, że podejrzana dopuściła się zarzucanych jej czynów - tak wyjaśniła tę dziwną decyzję Marta Białobrzeska, szefowa Prokuratury Rejonowej Warszawa-Wola.
Marta ma być przykładem dla innych stalkerów. A że sobie posiedzi w celi? Chora? Że być może to wcale nie ona pisała wszystkie te e-maile? No i co z tego. Przecież ona i tak nic z życia nie miała. Od prawie 3 lat nie ruszała się z domu, od przeszło 2 - ze swojego pokoju. Sama zrobiła sobie więzienie. Czyli żadna różnica.

Joanna Skibniewska

* Złośliwe i powtarzające się nagabywanie, naprzykrzanie się czy prześladowanie, zagrażające czyjemuś bezpieczeństwu.

piątek, 1 marca 2013

Prokurator od Smoleńska (NIE 06/2011)


Pasionek
Marek Pasionek zaczynał w Prokuraturze Rejonowej w Gliwicach. Gdy do władzy doszedł Lech Kaczyński, gliwicki prokurator szybko zaczął awansować. 
 
 
 
 
Najpierw prokuratura wojewódzka, potem posada doradcy premiera Marcinkiewicza, następnie Jarosława Kaczyńskiego. Wreszcie etat podsekretarza stanu w kancelarii premiera. Odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi. Gdy w 2007 r. wiadomo było, że wybory wygra Platforma, szybko przeniósł się do Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Pomógł mu w tym Zbigniew Ziobro, jego idol. Równie wielką sympatią darzył Zbigniewa Wassermanna. W 2010 r. prokurator generalny powołał Pasionka do nadzorowania postępowania w sprawie katastrofy smoleńskiej. ,Kastor" kapuje Pasionek zwalczał mafię. Wsadzał do więzienia jednego gangstera za drugim. To, jak rozbijał gangi, ilustruje historia Grzegorza G. Wielu polskich prokuratorów za wystarczający oręż do walki z przestępczością uznaje świadka koronnego. Gang "Krakowiaka" był jedną z najmocniejszych grup przestępczych w kraju. Janusz T. to niewysoki, wymoczkowaty mężczyzna. Nikt by nie pomyślał, że trzęsie Śląskiem i Małopolską. Jego najbliżsi współpracownicy to zaufani przyjaciele. Szczególnie Wiesław C, pseudonim Kastor. Poznali się, gdy mieli po 5 lat. W wieku kilkunastu lat razem trenowali sztuki walki. Potem zaczęli korzystać z tych umiejętności. Były kradzieże i wymuszenia. Zawsze razem. "Krakowiak" jest chrzestnym ojcem dziecka "Kastora". Odwiedzali się, zwierzali się sobie. Ale "Kastor" sfrajerzył. Zaczął sypać, bo grunt pod nogami mu się osuwał. Poszedł na współpracę z prokuratorem. Z Pasionkiem. Gdy Janusz T. dowiedział się, że najbliższy przyjaciel wystawił go policji, nie był nawet wściekły. - Wiesiu, ja ci dziecko do chrztu podawałem... - powiedział do "Kastora" na konfrontacji. - To boli. Razem z "Krakowiakiem" do aresztu trafiło jeszcze ponad 30 osób. "Kastor" sypał nazwiskami. Opowiadał ze szczegółami o napadach, haraczach, morderstwach. Nie mówił tylko o tym, co przypisywano jemu...
Bandyta morduje
W listopadzie 1997 r. w stawie Michalina niedaleko Częstochowy znaleziono zwłoki mężczyzny. Zanim wrzucono go do wody, skatowano faceta. W lutym 1998 r. wysłano list gończy za Wiesławem C. ("Kastorem") i Dariuszem J. Obu poszukiwano za udział w tej zbrodni. - J. walił gościa kolbą pistoletu, a "Kastor" lewarkiem od fiata - mówi jeden z żołnierzy "Krakowiaka". Nie ma najmniejszej wątpliwości, że to oni zabili. Zostali zatrzymani i aresztowani, a już po roku obdarzeni statusem świadków koronnych. Uznano, że "Kastor" nieumyślnie spowodował śmierć późniejszego topielca z Michaliny. Nieumyślnie go napieprzał lewarkiem! Ale dzięki temu mógł być świadkiem koronnym i donosić dalej. Z czasem "Kastor" stał się świadkiem zbrodni na całym Śląsku i w Małopolsce. Prowadził go prokurator Pasionek. Dzięki czemu szybko awansował, został okrzyknięty pogromcą mafii. Co prawda "Kastor" co jakiś czas okazywał się kłamcą, a oskarżani przez Pasionka mafiosi - czyści jak łza, nie zmniejszyło to jednak wiarygodności Wiesława C. w oczach prokuratora.

Mafioso pamięta
"Kastor" zna też Grzegorza G., przez pewien czas żołnierza gangu "Krakowiaka". Według policjantów z Częstochowy, G. zajmował się u niego działką narkotykową. Ale w pewnym momencie sam polubił prochy i przestał się liczyć w grupie. Odszedł i zajął się biznesem - mniej lub bardziej legalnym. Policjanci z Częstochowy mówią jasno: - Nie bawił się w mokrą robotę. Żadnych napadów, żadnych ofiar. Grzegorz G. właśnie odsiadywał wyrok za wyłudzenie podatku VAT, gdy w więzieniu spotkał na spacerniaku "Kastora". W prostych żołnierskich słowach powiedział, co myśli o frajerach. A wieść o tym, że Wiesław C. sypie i przyszedł węszyć w pace, rozeszła się już po więzieniu. Nie było to miłe spotkanie dla "Kastora". Szybko okazało się, że dla G. również. Niedługo potem prokurator Pasionek postawił G. zarzuty dokonania wraz z Wiesławem C. i innymi członkami grupy przestępczej "Krakowiaka" trzech napadów rabunkowych. W każdym wypadku z użyciem broni i niebezpiecznego narzędzia. Oczywiście o wszystkich tych zdarzeniach opowiedział świadek koronny - "Kastor", czyli Wiesław C. Uczestnik tych napadów. Miały się one odbyć... 20 lat temu, w 1990 i 1991 roku. "Kastor" pamiętał każdy szczegół. Nawet rozmowy prowadzone wówczas przez Grzegorza G. Tymczasem inni świadkowie, uczestnicy opisywanych napadów, ani nawet poszkodowani nie rozpoznali G. Każdy mówił, że go tam nie było. Tworząc akt oskarżenia przeciwko G., prokurator nie zauważył pewnych drobiazgów. Gdy dokonano pierwszego napadu, "Kastor" siedział w więzieniu. Nie mógł więc brać w nim udziału, a co za tym idzie, widzieć w akcji Grzegorza G. Gdy dokonywano drugiego napadu, w więzieniu przebywał Grzegorz G. Sprawdziliśmy, czy nie miał przerwy w odbywaniu kary. Nie. Czyli po raz kolejny "Kastor" kłamał. Zarzuty upadły. Natomiast trzeciego napadu dokonano w dniu, gdy G. był za granicą, co jasno wynika z jego paszportu. Prokurator Pasionek znalazł jednak na to wytłumaczenie: Grzegorz G. przyjechał do Polski dokonać napadu, skradł 8608 zł, po czym wyjechał. 16 stycznia 1995 r. żołnierze "Krakowiaka" już zostali za ten napad skazani. Nikt wtedy nie wspomniał o Grzegorzu G., który nie był nawet świadkiem w sprawie. Przesłuchano ich jeszcze raz. Wszyscy mówią, że G. z nimi wtedy nie było. Podobnie zeznają ofiary i świadkowie tego zajścia.

Gangster pajacuje
W procesie "Krakowiaka" padały surowe wyroki - dożywocie i 25 lat paki. Chyba tylko "Krakowiak" wyszedł na tym dobrze. Dostał szóstkę odsiadki. Grał wariata. Raz zaczął na sali sądowej śpiewać przebój Jarockiej "Kawiarenki". Potem wybuchł głośnym płaczem, by po chwili niewybrednie zacząć wyzywać sędziego. Skierowano go na badania psychiatryczne. Innym się nie udało i życie spędzą za kratami - przez zeznania "Kastora". Potwierdził je jego wspólnik od topielca, Dariusz J., ale na sali sądowej mylił się w datach, nazwiskach, okolicznościach, a nawet miejscach zdarzeń. Od razu było widać, że ściemnia. Pojawił się dzięki staraniom Pasionka trzeci świadek koronny Włodzimierz C, ale już w trakcie procesu stracił wiarygodność, bo wyszło na jaw, że nie zaprzestał działalności przestępczej. Nadal stał na czele gangu. Zabił policjanta z Będzina. Nawet Pasionkowi nie udało się wmówić sędziemu, że było to nieumyślne spowodowanie śmierci. W procesie grupy "Krakowiaka" składał też zeznania najsławniejszy świadek koronny Jarosław S., czyli "Masa". Zeznał, że "Kastor" to pajac. Dlatego zarządzono między koronnymi konfrontację. I wtedy "Masa" zabawił się "Kastorem", który upierał się, że go zna i nawet bywał u niego w domu w Komorowie. "Masa" zapytał, co zapamiętał z tego domu, jakie fragmenty wystroju posesji zrobiły na nim największe wrażenie. "Kastor" bąkał coś o białej boazerii. - A fontanna? - zapytał "Masa". - Nie zapamiętałeś 7-metrowej fontanny? Dodał, że takiego badziewia, jak biała
boazeria, to by nawet w podwórzowym kiblu nie zamontował.

Pasionek oskarża
Grzegorz G. w zeszłym miesiącu został skazany w pierwszej instancji na 4 lata więzienia. Za napad dokonany przed 20 laty w przelocie między Polską a Niemcami. Wysoki rangą policjant, który znał G. w tamtym czasie, mówi, że nie mógł on brać udziału w akcji "Krakowiaka", bo był już wyautowany z grupy. Nikt by go do akcji nie dopuścił. Marek Pasionek kandydował na stanowisko prokuratora generalnego. We wniosku napisał: Nie widzę poważniejszych zagrożeń dla konstytucyjnych praw i wolności obywatela.
A my widzimy. Szczególnie gdy postępowanie prowadzi prokurator Pasionek. Grzegorz G. dostał nakaz stawienia się w zakładzie karnym, a "Kastor" nadal chodzi po mieście z lewarkiem.

askibniewska@redakcja.nie.com.pl