sobota, 2 marca 2013

Morderca taki jak ty (NIE 20/2011)


Prokuratura i sąd skazały niewinnego człowieka za podwójne zabójstwo. 

-Gdyby człowiek wiedział, że coś takiego może się stać, toby ich zabrał do siebie na wioskę ? mówi Jan Ptaszyński. W dłoniach mnie czapkę. Właśnie wrócił ze spaceru. W Hajnówce. Ale nie zwiedzał okolic Podlasia. Spacerował w kółko po więziennym spacerniaku. Już 6 lat tak spaceruje. I zgodnie z decyzją białostockiego sądu będzie spacerował do końca życia. Może jeszcze z 50 lat?



Krwawa łaźnia
Mariolę znaleźli ojciec i młodsza siostra. Leżała naga w wannie, na niej przytulona do piersi 2,5-letnia Klaudia, jej córka, w jasnej piżamce i pasiastych kolorowych skarpetach. Obie martwe. Na buzi dziecka w okolicach nosa i ust były widoczne krwawe ślady. Spod głowy matki wydobywała się krew.
W mieszkaniu były ślady po czyjejś wizycie: puszki po piwie i pusta flaszka. W pokoju dziecięcym poukładane zabawki. W pokoju matki rozrzucone białe koronkowe majtki i koszulka. Na podłodze i ścianach ślady krwi. Wszędzie pełno odbitych palców umazanych krwią.
Mariola Sarosiek miała 23 lata. Do dziś nikt nie wie, dlaczego zginęła i jak zginęła naprawdę. Ale pomimo to znaleziono sprawcę. Od początku podejrzenia skierowano w jego stronę. Choć nie sprawdzono dowodów świadczących na jego korzyść, Jan Ptaszyński dostał dożywocie. Do dziś nikt nie rozwiał wątpliwości co do jego winy. A te są ogromne.

Dziwny innowierca
-Ludzie chcieli igrzysk - mówi.
Już pierwszego dnia siostra Marioli wskazała na Janka.
- To pewnie on zrobił, bo on jakiś dziwny jest. On jest innej religii, a my nie uznajemy prawosławia. To jakiś Ukrainiec. Nigdy mi nie pasował - opowiadała prokuratorowi. Janek jednak jest "nasz".
Jest Polakiem wyznania prawosławnego, pochodzi ze wsi Michnówka na Podlasiu. Rodzice mieli duże gospodarstwo. On miał własne mieszkanie w Białymstoku. Gdy związał się z Mariolą, była jakaś zagubiona, szukała swego miejsca w życiu. Uciekła z domu rodziców, bo ojciec chlał i robił awantury. Zresztą mieszkali w slumsach, w czymś podobnym do szopy. Dopiero co rozwiodła się z mężem. Na policji jej mąż powiedział, że miał dość tej dziwki. Wymagania miała. Nie dość, że sama zarabiała 500 zł, to jeszcze od niego chciała kasy.
Wiadomo, że mąż nie był dla niej dobry. Musiała od niego uciekać, często przez niego płakała. O Janku mówiła, że ją rozumie, wspiera i jest przyjacielem. Długo mu się przyglądała i trzymała na dystans. Po tym, co przeżyła z mężem, bała się - mówiła w śledztwie jej przyjaciółka.
Najważniejsze, że Janek nie pił. Aż pewnego dnia powiedziała, że chce z nim zamieszkać. Zdziwił się, ale powiedział, że pojedzie do Warszawy, znajdzie lepszą pracę, by mógł utrzymać ją i dziecko.
Nie zdążyli jednak zamieszkać razem. On czasem zostawał u niej na noc. I tyle. Aż do końca listopada 2001 r.

Zabójczy abstynent
Zatrzymano go zaraz po znalezieniu ciała. Mówił, że nie wie, o co chodzi, i że przeżył szok, gdy dowiedział się, że Mariola i Klaudia nie żyją. Ale białostockiemu prokuratorowi Markowi Żendzianowi pasował do obrazu mordercy.
Podejrzany uchodził za dziwaka, a jego zachowanie odbiegało od przeciętnego, np. "w ogóle nie pił alkoholu i kawy" napisał m.in.prokurator, uzasadniając postępowanie przeciwko Ptaszyńskiemu. Zaraz jednak go wypuszczono.
Po zbadaniu materiału dowodowego okazało się, że ani ślady linii papilarnych pobrane z miejsca zdarzenia, ani włosy zabezpieczone w ręce Marioli, ani ślady spod jej paznokci nie należą do niego. Okazało się też, że Janek w dniu śmierci matki i córki był w rodzinnej Michnówce.
- Pomagałem tatowi  - mówi.
Ojciec Janka miał raka, leżał już wtedy w szpitalu. Mama nie dawała sobie rady z gospodarką. Janek pomagał jako jedyny facet w rodzinie. W Michnówce oddawał wtedy mleko do mleczarni. Są na to dowody. Jego podpis, stempel mleczarni i pracownica, która doskonale pamięta, że Janek wtedy tam był. Kasjerka z kasy PKS z pięciu okazanych jej mężczyzn wskazała właśnie jego jako tego, który wtedy kupował bilet do Michnówki. Sprzedawczyni z pobliskiego sklepu monopolowego zapewnia, że wtedy, tego feralnego wieczoru, to nie on kupował alkohol razem z Mariolą. Zabrano z jego mieszkania ubrania, wszystko zbadano. Nie były pokrwawione. Pobrano ślady wszystkich jego butów. Nie były to buty, które odcisnęły krwawe ślady na podłodze w mieszkaniu Marioli. Przebadał go także lekarz, zwracając uwagę na ewentualne ślady zadrapań i uszkodzeń naskórka w wyniku walki. Nic takiego nie stwierdzono. Pobrano także materiał spod paznokci Janka. Nie było tam materiału zgodnego genetycznie z tym pobranym z ciała Marioli i jej dziecka.

Pragnienie wampira
Wypuszczono go z aresztu i umorzono sprawę. Po roku znowu prokurator sobie o nim przypomniał. Bo w okolicy były napady na kobiety. Media krzyczały. Ludzie chcieli krwi.
Rozszerzono postępowanie. Znowu zamknięto Janka w areszcie. Prokurator we wniosku o areszt próbował udowodnić, że Jan Ptaszyński jest tym potworem. Tymczasem sędzia Andrzej Ulitko zauważył, że to, na czym on opiera opinię, to nawet nie są poszlaki, lecz jedynie domysły. Nie znalazł żadnego materialnego dowodu winy Ptaszyńskiego. I kazał go wypuścić. Trzeba było umorzyć sprawę. Z braku dowodów.
W sali sądowej były lokalne media. I nie podobał im się Ptaszyński. Bo cichy był, zaciśnięty, obcy i innej religii. Poza tym nie chciał z nimi gadać. Zaczęła się nagonka.
Po jakimś czasie znów prokuratura wznowiła postępowanie. Bo nastały rządy ministra sprawiedliwości Lecha Kaczyńskiego. I znów postępowanie toczyło się tylko przeciwko Janowi Ptaszyńskiemu. Tym razem prokurator wniósł akt oskarżenia. Ptaszyński odpowiadał z wolnej stopy, bo dowody były za słabe, by zamknąć go w areszcie. Rozpoczął się proces poszlakowy. O morderstwo. Sądu nie interesowały dowody świadczące na korzyść oskarżonego. Zeznania matki i innych, którzy mówili, że Janek był wtedy w Michnówce, uznano za niewiarygodne. Gdy potwierdzały to niezbite dowody, sędzia powoływała coraz to nowego biegłego patologa, który wreszcie potwierdzi, że śmierć mogła nastąpić dzień wcześniej. Tak, by oskarżony mógł bestialsko zabić Mariolę i Klaudię. Ale to wciąż było za mało.
Nie było jakiegokolwiek motywu zbrodni ani żadnego dowodu przeciwko Ptaszyńskiemu. Nikt nie widział, żeby oni kiedykolwiek się kłócili, nie spostrzeżono jakiejkolwiek agresji ze strony Janka. Tylko dziwak był. Nie pił.

Kałach pod celą
Z Ptaszyńskim przebywałem w 2-osobowej celi. - Mówił, że posiada dwie sztuki broni typu kałasznikow i dubeltówkę.
Nagle pojawił się nowy świadek Piotr W. Powiedział, że Ptaszyński przyznał się, że utopił i ugotował w wannie ofiary. Żeby znaleźć kałacha i dubeltówkę, prokurator nakazał przeszukać celę Ptaszyńskiego! Policjanci i pracownicy więzienni śmiali się w głos z decyzji prokuratora. Jakoś nie wyobrażali sobie przechowywania jakiejkolwiek broni w 2-osobowej celi? I to dla niebezpiecznych. Oczywiście nic nie znaleziono. Sędzia jednak uwierzyła przestępcy, który poszedł na współpracę z prokuraturą.
Piotr W. opowiadał jeszcze o tym, że Janek na żądanie ukraińskiej mafii odstrzeliwał ludzi. W pierdlu. I o tym, jak znęcali się w celi nad Ptaszyńskim.
- I zaczęło się nękanie - śmiał się.
Mówił o tym, że Ptaszyński cały czas mówił o samobójstwie. Tylko czekał, kiedy zobaczy go powieszonego. Piotr W., choć groziło mu 10 lat odsiadki, dzień po złożeniu obciążających Ptaszyńskiego zeznań, wyszedł na wolność. Pojawił się też drugi świadek, aresztant Janusz P., także współwięzień. Groziła mu piątka odsiadki. Ale przed sądem powiedział jasno, że obiecano mu złagodzenie kary, jeśli powie coś na Ptaszyńskiego.
- Piotr W. posłużył się kłamstwem, chce skorzystać z nadzwyczajnego złagodzenia kary - powiedział P. (protokół z rozprawy str. 2605). - Nie mam zamiaru składać fałszywych zeznań przeciwko Ptaszyńskiemu - podsumował zeznania.
 I nie wyszedł z aresztu. Prokurator Dorota Dec nagrodziła tylko Piotra W.

Morderczy pośpiech
Zeznania Janusza P. sędzia uznała za niewiarygodne. Ale Piotra W. jak najbardziej. Nie dopuściła dowodu w postaci badań Ptaszyńskiego na wariografie, bo wypadły na korzyść oskarżonego. Nie zwracała uwagi na niezbite dowody, że to nie mógł być on. Nie przesłuchała nikogo, kto mógł mieć motyw, by zabić Mariolę. A takich osób było co najmniej kilka. Nie zwróciła uwagi, że inni świadkowie pouciekali za granicę i wszelki ślad po nich zaginął. Zresztą nikt ich nie szukał. Nie uznała zeznań świadczących o niewinności Ptaszyńskiego.
Społeczeństwo chciało igrzysk. Media pisały: Zwyrodniały zabójca dziecka; Nie wiadomo, dlaczego zabił; Co w nim widziała?
Trzeba więc było szybko znaleźć sprawcę. Tak bardzo się spieszyli, że sędzia podrobił podpis drugiego sędziego pod jednym z pism. Bo czas naglił. (Było prowadzone w tej sprawie postępowanie przeciwko sędziemu).
Jan Ptaszyński został skazany na dożywocie za utopienie Marioli i Klaudii. Tyle że zgodnie z opinią biegłych to nie było utopienie. W wannie nie było wody. W płucach kobiety również. Sędzia w uzasadnieniu napisała, że ofiary były poparzone. Bo musiało to pasować do zeznań Piotra W. Tymczasem biegła dr Maria Rydzewska-Dudek,adiunkt medycyny sądowej Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku, napisała: Zmiany na ciele obu zmarłych w postaci spełzania naskórka nie są zmianami oparzelinowymi, są one efektem przemian gnilnych. Ale nie uznano tej opinii za wystarczającą. Bo nie pasowało to do zeznań Piotra W.

Nic się nie martwcie
- Gdyby człowiek wiedział, że coś się takiego stanie -  Janek Ptaszyński mnie czapkę.
Pisał wszędzie. Helsińska Fundacja Praw Człowieka zaliczyła go do kliniki niewinności. Ale prawnicy są bezradni. Nikt nie zwraca uwagi na ich pisma. Poradzili mu jednak wynająć detektywa, by znalazł prawdziwego sprawcę. Detektyw Andrzej Musialik chodził koło tego kilka lat.
- Ten chłopak jest niewinny - mówi detektyw. - W tej sprawie od początku popełniono mnóstwo błędów.
Ale nikt go nie słucha. Ojciec Ptaszyńskiego nie przeżył tej historii. Matka sprzedała wszystko, co miała, żeby wystarczyło na adwokatów i sprawy sądowe. Teraz prośba o ponowne wszczęcie postępowania leży u prokuratora generalnego. Czy on też nie zauważy dowodów świadczących o niewinności skazańca? Człowieka, który do końca swych dni będzie dreptał po więziennym spacerniaku .



" Kochani rodzice, tylko się nie martwcie. Wszystko się wyjaśni. Nigdy nikogo nie skrzywdziłem. Przysięgam. To jest jakiś cyrk. Nic nie sprzedawajcie, jak wrócę, wszystko będzie mi potrzebne. Tylko się niczym nie martwcie, szkoda waszego zdrowia. Całuję Was, Janek. "
 List Ptaszyńskiego do rodziców przechwycony przez służbę więzienną i dołączony do akt sprawy.



PETYCJA O UŁASKAWIENIE NIEWINNIE SKAZANEGO JANA PTASZYŃSKIEGO

http://www.petycjeonline.com/petycja_o_uaskawienie_niewinnie_skazanego_jana_ptaszyskiego 

3 komentarze:

  1. biegłą serce ruszyło ale co z tego nic....

    OdpowiedzUsuń
  2. Pieprzenie , ktoś kto pisał ten reportaż opierał sie chyba tylko na opowiadaniach ptaszyńskiego. Prymaka janusz bo tak się nazywa jeden ze świadków zeznawał jako pierwszy , to on powiadomił prokuraturę o zajściu pod celą .Kałak pod celą co oni pierdolą , zeznawałem że kałaka to miał zakopanego w lesie razem z dubeltówką oraz mundurem ochroniarza i pałką tzw,tompfa jak mają gliny.Czy janek jest dziwny ? bardzo dziwny jak przegra w warcaby to robi się bordowy z nerwów i dwa trzy dni izoluje sie kocem od pozostałości. Opowiadał że nie dotykał nigdy vaginy bo sie brzydził. co do jego Polskości to zawsze opowiadał że jest Białorusinem i żle mówił o Polsce. Niech kurwa zdycha w pierdlu bo tam jego miejsce zbrodniarz i tyle.Jak zeznawałem przed sądem apelacyjnym w Białymstoku 27 kwietnia 2005 roku to wszyscy się zdziwili że janek pracował jako ochroniarz , miał na wyposażeniu pałkę tompfa a taka właśnie zabito 7-oma uderzeniami w głowę.Piotr W

    OdpowiedzUsuń