Pokazywanie postów oznaczonych etykietą policjant. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą policjant. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 lutego 2013

Zakaz ujadania (NIE, 51/2009)


Psom w policji nie wolno szczekać – czy mają cztery łapy, czy dwie nogi.

Osoby dramatu:
Andrzej Pisarek – zastępca komendanta powiatowego policji w Wołominie. Zdobywca tytułu „Złotej pały” za najgłupsze zachowanie roku. Obrażalski.
Jerzy Piątkowski – komendant powiatowy policji w Wołominie. Znany z tego, że policjanci są albo z nim, albo piszą raport o przeniesienie. Też obrażalski.
Marcin Kasenko – rzecznik prasowy komendy. Niezdyscyplinowany, bo niewystarczająco rozumie wypowiedzi komendanta Pisarka.
Nadson, Watan, Wader – psy policyjne rasy owczarek niemiecki, które porozumiewają się ze sobą, szczekając.
Miejsce dramatu – Wołomin, komenda powiatowa.

 


Całkiem spokojny dzień. Jak na Wołomin. Nikt nikogo nie zastrzelił, żadna willa nie wyleciała w powietrze, nikt nie został znaleziony w lesie z przestrzelonym kolanem. Nuda.
Na biurku komendanta Pisarka piętrzą się papierzyska. To trzeba przeczytać, tamto podpisać, inne zaopiniować. W powietrzu gęsto od emocji i dymu papierosowego. Co chwila ktoś ma jakąś sprawę. I jeszcze te psy...
Komendant podchodzi do okna. Patrzy na kojce, w których siedzą dobrze mu znane psy policyjne. Piękne zwierzęta. I zwykle sympatyczne, ale tym razem dzieje się z nimi coś niezrozumiałego – szczekają. Pisarek podchodzi do wypucowanego biurka, podnosi słuchawkę i wykręca numer do oficera dyżurnego.
– Proszę mi wyjaśnić na piśmie, dlaczego psy szczekają na kojcach! – rozkazuje dyżurnemu.
Dyżurny przekazuje rozkaz dalej, czyli opiekunowi psów. Dlaczego psy szczekają na kojcach? Ten zgodnie z rozkazem pisze notatkę służbową, wyjaśniając tę niecodzienną sytuację: Informuję Pana Naczelnika, że (…) przewodnicy psów służbowych (…) przebywali w ZDZ KSP na szkoleniu dwudniowym i prawdopodobnie ich psy mogły nadmiernie szczekać w kojcach z tęsknoty za przewodnikami. (…) Poza tym psy służbowe, jak i każde inne, porozumiewają się między sobą między innymi poprzez szczekanie. (…) Informuję ponadto, że możliwe jest również wycie psów zwłaszcza podczas pełni księżyca – napisał sierż. sztab. Andrzej Kopała, opiekun Watana.


Internetowe Forum Policyjne informuje, że tytuł „Złotej pały” za najgłupsze polecenie służbowe zastępca komendanta powiatowego Andrzej Pisarek otrzymał właśnie za te psy. Rozbawieniu internautów nie ma końca. Rozpisują się też ogólnopolskie media; dywagują, że Pisarek pobił na głowę nawet komendanta, który nakazał zdejmować buty policjantom idącym na interwencję domową. Jedna z gazet tytułuje publikację na temat przyznanego tytułu – „Najgłupszy policjant w kraju”. To boli. Pisarek idzie na urlop. Zmęczony jest. Głównie telefonami od dziennikarzy i kolegów policjantów. Rozumie go jego przełożony Jerzy Piątkowski. Pozwala odpocząć. Ale przed urlopem do gabinetu Pisarka wchodzi rzecznik prasowy Marcin Kasenko.
– Panie komendancie, jaką ustalamy strategię? – pyta przełożonego.
– Żadnych, kurwa, komentarzy. Nie udzielać odpowiedzi – rzuca rzeczowo komendant. I tyle.
Ale dziennikarze walą drzwiami i oknami. Prasowi i telewizyjni. Nieudzielanie informacji to naruszenie ustawy prawo prasowe i ustawy o dostępie do informacji publicznej. Wie o tym rzecznik Kasenko. Wije się więc jak węgorz. Wreszcie rzuca dziennikarce z Polsatu, że to było przejęzyczenie i ktoś źle zrozumiał wypowiedź oraz intencje komendanta Pisarka. Bach, poszło w telewizji. A przecież miał, kurwa, nic nie mówić…
I tu powinna skończyć się komedia. Aktorzy powinni wrócić do domów, napić się piwa, zapomnieć. Ale nie. Teraz zaczyna się dramat. Dramat człowieka.


W chwilę potem rusza machina. Ma rozjechać Marcina Kasenkę. Komendant Piątkowski wszczyna przeciwko rzecznikowi postępowanie dyscyplinarne. Po pierwsze za to, że na stronie internetowej komendy nie umieścił jego zdjęcia z odpowiednią liczbą gwiazdek na pagonach. O tym, że sam nie chciał, by robiono mu nowe zdjęcie, nie wspomina. Po drugie, rzecznik nie umieścił tam informacji, że w podległych komendzie Markach zaczęła się akcja „Bezpieczne miasto”. Ostatni zarzut to oczywiście fakt, że udzielając wywiadu dla telewizji Polsat dotyczącego wyjaśnień (…) w przedmiocie nieuzasadnionego zachowania zwierząt (…) nie dopełnił obowiązku ustalenia stanu faktycznego (…), czym dopuścił do podważenia zaufania niezbędnego do sprawowania funkcji przez członków kierownictwa jednostki organizacyjnej policji oraz społecznego wizerunku policji jako formacji, w której pełni służbę.
Komendant Piątkowski utracił do niego zaufanie niezbędne do dalszego pełnienia funkcji rzecznika prasowego – informowała Katarzyna Marcinkowska z KPP w Wołominie. Komendant stwierdził, że nie widzi możliwości dalszej współpracy z nadkomisarzem Kasenką, w związku z czym powinien on poszukać sobie innego miejsca pracy. Dla komendanta nie jest on partnerem do dyskusji.
I tak nadkomisarz Piątkowski spacyfikował nadkomisarza Kasenkę. Przeniósł policjanta do dochodzeniówki w Markach, gdzie jego przełożony był o 4 stopnie niżej w hierarchii służbowej. W chwilę potem komendant Piątkowski wręczył rzecznikowi decyzję zawieszenia go w obowiązkach służbowych.
– Co, zabolało? – zapytał z uśmiechem, gdy Kasenko przyjmował rozkaz.
Owszem, zabolało.


Gdyby Kasenko ogłosił publicznie uwagi dopisywane przez Pisarka na informacjach do prasy, to dopiero byłoby się z czego pośmiać. Ale Kasenko nie szczeka. Z drugiej strony nie zamierza odpuścić, choć namawiają go do tego koledzy.
– Daj spokój, on niejednego już rozjechał – mówili, ale Kasenko wierzy w sprawiedliwość.
Walczy pomimo szykan, odwołuje się do wyższych szczebli. Gdy rozmawia przez telefon z innym policjantem na temat tej sprawy, natychmiast jest wzywany do komendanta Piątkowskiego. Jakim prawem o tym gada? Gdy wchodzi do sztabu, żeby od koleżanki policjantki wziąć materiały do egzaminu, jest wyrzucony z budynku i z miejsca wezwany do gabinetu komendanta, żeby wyjaśnił cel wizyty. O każdej z takich scen jest notatka służbowa. Jego koledzy są przesłuchiwani, a każdy, kto próbuje w zeznaniach bronić funkcjonariusza, dowiaduje się, że przecież jest tyle innych miejsc, gdzie może służyć.
Postępowanie dowodowe przeciwko byłemu rzecznikowi trwa przeszło rok. Kasenko odwołuje się do sądu administracyjnego. Ten bez najmniejszych wątpliwości uchyla decyzję o zawieszeniu Kasenki. Policjant może wrócić do służby. To boli obu komendantów. Zaczyna się kolejna akcja szykan przeciwko byłemu rzecznikowi. I wtedy chłop ma dość. Składa raport o emeryturę, choć wie, że straci na tym finansowo.


Pisarek nadal jest zastępcą komendanta powiatowego w Wołominie. Stara się nie patrzeć na kojce z psami. Zresztą chyba już wie, że psy nie potrafią jeszcze szczekać szeptem.
Piątkowski awansował. Jest teraz komendantem na warszawskiej Woli. Na pierwszej odprawie ponoć powiedział (jak zwykle), że albo policjanci w każdej sytuacji „są z nim”, albo niech piszą raport o przeniesienie do innej jednostki.
Marcin Kasenko nie jest już policjantem. Zdrowy, sprawny, przeszkolony, wykształcony funkcjonariusz jest na emeryturze.
Mamy nadzieję, że Nadson, Watan i Wader mają się dobrze, bo emeryt Kasenko nie dosypał im trucizny do żarcia za to, że przez nie stracił pracę. I za to, że dużo stracił Wołomin, w którym ten były policjant zna każdego zbira.


JOANNA SKIBNIEWSKA

Niewinny chociaż policjant (NIE, 48/2009)

Przesiedział 2 lata w areszcie. Media zrobiły z niego bandytę. Potwierdzał to prokurator. Tymczasem Andrzej Szkopek, były komendant powiatowy policji w Myszkowie, został uniewinniony po pięciu latach postępowania. Sąd stwierdził, że oskarżenie nie było poparte żadnymi dowodami, a świadek koronny, który jako jedyny oskarżał Szkopka, był nakłaniany przez prokuratora do składania fałszywych zeznań. Powtarzalność podobnych zdarzeń dowodzi, że system jest zdegenerowany.
 
O Andrzeju Szkopku chcą opowiadać jego byli podwładni i koledzy policjanci. Ale anonimowo.
– To chyba zaczęło się od strzelaniny na plaży – mówi jeden.
Lipiec 2002 r. Piątek. Nad rzeką Bug na plaży doszło do strzelaniny: ostrzelany samochód, dwa trupy i dwóch rannych. Wszyscy znani miejscowej policji. Jej czynności trwały nieustannie 48 godz. Pod kierunkiem komendanta Andrzeja Szkopka. Po tym czasie miał namierzonych świadków zdarzenia i wiedział już, kto dokonał zbrodni. Dowodzą tego istniejące wciąż telegramy i nagrania rozmów między policjantami a prokuraturą.
Tymczasem w niedzielę do wyszkowskiej komendy przyjechali panowie z CBŚ i poinformowali, że sprawę przejmuje oddział warszawski. W mediach pojawiła się informacja, że w Wyszkowie doszło do porachunków mafijnych.
– Bzdura. Jakich mafijnych. „Psina” postanowił odstrzelić „Tryca”, bo mu dziecko z wózka wywalił – mówią funkcjonariusze. – Reszta to przypadkowe ofiary.
Tymczasem media informowały, że Bogdan Święczkowski powołuje specjalną grupę do walki z mafią wyszkowską.
– Z kim? – pyta Grzesiek, jeden z żołnierzy Wołomina śmieje się. – Jaką mafią?
„Rzeczpospolita” napisała, że Święczkowski rozwalił wyszkowską mafię.
Wtedy pierwszy raz Szkopek zwrócił uwagę CBŚ, że to jego chłopcy robili tę sprawę od początku do końca i że wypadałoby o tym wspomnieć. Pierwszy konflikt.
Filmowa kpina
Niedługo potem z CBŚ przyszedł nakaz zatrzymania sprawców. Dwóch funkcjonariuszy z wyszkowskiej komendy pojechało to uczynić. Na miejscu okazało się, że zatrzymani są uzbrojeni, o czym wiedzieli tylko funkcjonariusze CBŚ. Policjanci z Wyszkowa nie byli na to przygotowani, bo nikt ich nie poinformował.
– Wtedy Szkopek dostał szału – mówi policjant. A gdyby tamci zaczęli strzelać? Kto moim ludziom zwróciłby życie – krzyczał do funkcjonariuszy CBŚ. Drugi konflikt.
Jeszcze tego samego dnia pojawił się nowy problem. Na miejsce zatrzymania przyjechała brygada antyterrorystów z długą bronią i… telewizja. Kręcili zatrzymanie. W pięć godzin po zdarzeniu... Pięciokrotnie inscenizowali i kręcili wejście do pustego od paru godzin domu, bo nie mogli uchwycić brawurowo przeprowadzonej akcji.
– Ludzie się z nas śmieją – powiedział wtedy Szkopek.
Potem szlag go trafiał, gdy oglądał wiadomości, a tam otrąbiano kolejny sukces grupy Święczkowskiego i warszawskiego CBŚ.
Niedługo potem Andrzej Szkopek został wezwany przed oblicze komendanta wojewódzkiego Wiesława Stacha (tego, co tak „sumiennie” nadzorował śledztwo ws. Olewnika). Dowiedział się, że ma natychmiast pisać raport o rezygnację ze służby. Szkopek odmówił.
Następnego dnia został zatrzymany.
Brał bez powodu
Zarzut: w okresie 5 lat przyjął korzyść majątkową od członka zorganizowanej grupy przestępczej Wiesława Piotrowskiego pseudonim Koczis w wysokości… 14 tys. zł. Według prokuratora Roberta Myślińskiego brał po 300, 400 zł. W aktach jest wypowiedź prokuratora: zastanawialiśmy się gremialnie, jakie mogły być motywy przyjęcia łapówki.
 Nawet gremialnie do tego nie doszli…
Dowody: zeznania gangstera, który od lat starał się o status świadka koronnego. Dostał go po przypomnieniu sobie, że dawał komendantowi kasę. Są też zeznania przeszło 90 świadków. Wszystkie na korzyść komendanta.
Zeznawali także wyszkowscy prokuratorzy. Ja sobie Szkopka w jednej kolejce do kasy z Koczisem nie wyobrażam, a co dopiero gdyby miał z nim współpracować, powiedział prokurator Kiełek.
– Szkopek miał założoną technikę (podsłuch – przyp. autorki) zarówno na telefon, jak i na radio, ale nie włączono jej do materiału dowodowego, bo osłabiała oskarżenie – mówi jeden z policjantów.
Andrzej Szkopek przesiedział w areszcie tymczasowym 2 lata. Siedział w celi na Rakowieckiej. Nie przesłuchiwano go.
W tym czasie prokurator próbował złamać jego żonę. Gdy zauważył, że nie działają na nią informacje o wyimaginowanych kochankach męża, powiedział jej, że mąż chciał w więzieniu popełnić samobójstwo i że na pewno nie wyjdzie stamtąd żywy.
Prokurator kazał powiedzieć
Podczas prowadzonego postępowania przed sądem prokurator wielokrotnie mijał się z prawdą. Celowo. Bronił swojego jedynego świadka, gangstera Koczisa, który nieporadnie kłamał. Myliły mu się daty, miejsca, okoliczności. Gdy biegły sądowy Teresa Dubowska stwierdziła, że Koczis konfabuluje, poza tym jest na takim poziomie intelektualnym, że sam nie wymyśliłby nawet niektórych sformułowań, natychmiast prokurator powołał innego biegłego. Ten uznał, że Koczis być może mówi prawdę...
– Koczis to ten z żółtymi papierami, o którym biegły w opinii napisał, że ma stwierdzającą pseudologię fantastyczną – rzuca policjant.
Prokurator Myśliński przez chwilę miał też drugiego świadka, Marka pseudonim Wacek. Gangstera, który powiedział, że Szkopek chyba brał. W zamian miał dostać niski wymiar kary. Sąd nie przystał na prośbę prokuratora i wlepił mu 7 lat.
 Czuję się oszukany. Tamto to kłamstwo. Nigdy nie widziałem ani nie słyszałem, żeby Szkopek brał. Prokurator kazał mi tak powiedzieć – zeznał.
Dam sobie ręce uciąć
O sprawie Szkopka napisano na Internetowym Forum Policyjnym.
Koczisowi to nawet wystarczało, że w każdej chwili mógł z aresztu pojechać do prokuratora, bo np. coś mu się przypomniało i tam obżerać się kurczakiem i frytkami. Jak się najadł, to powiedział, że właściwie nie jest pewien, czy coś mu się przypomniało. I wracał do paki – najedzony.
Oraz:
Powiem Wam coś o Szkopku. Odkąd pracuję w tej firmie, czyli od ponad 13 lat, nie spotkałem lepszego komendanta. Pamiętam, jak niedługo po tym, jak Szkopka zatrzymano, robiliśmy konwój jednego takiego złodzieja (pseudonim Kaniak) na Białołękę. Klient brechtał się ze śmiechu całą drogę, że ten, co najbardziej się bał brać w łapę i nie chciał się z nimi układać, poszedł siedzieć.
Wystarczające dowody
Sąd Rejonowy w Warszawie nie miał wątpliwości, że Wiesław Piotrowski ksywa Koczis kłamie. Stwierdzono, że zeznania które złożył, są związane z przyznaniem mu statusu świadka koronnego. Sędzia zauważył, że materiał dowodowy zgromadzony przez prokuraturę nie tylko jest cienki, ale jest dosłownie żaden.
– Nie uważałem wtedy, żeby materiał dowodowy był za słaby – zapewnia dziś prokurator Robert Myśliński, który w trakcie prowadzenia tej sprawy awansował na szefa śródmiejskiej prokuratury stołecznej.
Andrzeja Szkopka uniewinniono. Nie zmienił tego Sąd Okręgowy, po apelacji prokuratury.
Szkopek 2 lata przesiedział niewinnie. W mediach zrobiono z niego bandytę, a specjalna grupa pod dowództwem Bogdana Święczkowskiego ogłosiła sukces.


JOANNA SKIBNIEWSKA

środa, 27 lutego 2013

Mściwy książe Kościoła (NIE, 31/2009)

Józef Michalik
Policjant uwięziony po dąsach przewodniczącego episkopatu Polski.

Policjant nadział się na szosie na przewodniczącego episkopatu Polski arcybiskupa Józefa Michalika. To gorsze, niż gdyby przejechał go samochód.
Sierżant Paweł S. Harcerz. Kolekcjoner. Idealista. Były policjant. Obecnie aresztant.
W sierpniu zeszłego roku Paweł S., policjant drogówki w Ustrzykach Dolnych, zatrzymał samochód. Kierował nim watykański ksiądz Stival Cianciarello. Jadąc na wycieczkę po Bieszczadach, nie zapalił świateł i przekroczył prędkość o przeszło 30 km/h. Sierżant postanowił wlepić mu 200 zł mandatu i pouczył, że na bieszczadzkich serpentynach trzeba jechać ostrożnie. Do rozmowy włączył się pasażer. Krzyczał na policjanta i machał rękoma. Wysiadł też z samochodu, zachowywał się agresywnie. Ty nie wiesz, kim ja jestem! – powtarzał wielokrotnie. Ponieważ sierżant nieraz już słyszał takie teksty, nie zareagował, tylko polecił siwemu krzykaczowi wsiąść do auta. Wypisał mandat, życzył szerokiej drogi i pożegnał panów uprzejmie. Zapomniał o tym zdarzeniu jak o tysiącu innych kontrolach drogowych.


Ludzie z góry
Po miesiącu został wezwany na dywanik do szefa: Ty naprawdę nie wiesz, z kim zadarłeś? Wtedy dowiedział się, że ów agresywny pasażer to arcybiskup Józef Michalik. Szef Kościoła katolickiego w Polsce zadzwonił do komendy wojewódzkiej, skarżąc się na sierżanta. Ponoszony miłością bliźniego poprosił o ukaranie „nadgorliwego” policjanta. Prośba najważniejszej osoby w kraju to więcej niż rozkaz. Sprawą zajął się ówczesny zastępca komendanta wojewódzkiego w Rzeszowie Jan Zając. Zapytał sierżanta S., jakiego jest wyznania, dlaczego uderza w Kościół katolicki i czemu zwracał się niegrzecznie do biskupa, nazywając go „proszę pana”, a nie „wasza eminencjo” (w rzeczywistości abepe Michalik jest ekscelencją zaledwie. Przy tym skoro do Boga mówi się Panie, to wypada podobnie do jego urzędników). Wicekomendant zażądał też anulowania mandatu. W trzy tygodnie potem Paweł S. został przeniesiony z wydziału ruchu drogowego do plutonu patrolowego, czyli na posadę krawężnika.
– Komendant powiedział, że musiał go przenieść, żeby „uciszyć tych chujów z góry” – mówi mi ojciec sierżanta S. Kogo miał na myśli, strach się domyślać.
W noc sylwestrową, gdy sierżant miał interwencję za interwencją, zauważył, że z radiowozu zginął jego zasobnik z bloczkami mandatów karnych oraz część pieniędzy i prawo jazdy. Szybko złożył raport, a pieniądze wyjął z własnej kieszeni i wpłacił w kasie komendy. Myślał, że to koniec kłopotów. To jednak był dopiero początek.
 

Ryzykowny incydent
Niedługo potem usłyszał podobno od przełożonego, komendanta Stanisława Dziedzica, że albo odejdzie ze służby, albo zostanie wyrzucony dyscyplinarnie. Taką wersję potwierdzają też anonimowo jego koledzy policjanci. Chłopak złożył rezygnację, a Dziedzic złożył doniesienie do prokuratury, że S. zniszczył mandaty po to, by przywłaszczyć sobie pieniądze. Te pieniądze, które oddał z własnej kieszeni. Prokuratura w parę dni potem postawiła byłemu już policjantowi zarzut niedopełnienia obowiązków i przekroczenia uprawnień.
– Nie mam sobie nic do zarzucenia – mówi Dziedzic. – Tam były uchybienia.
Co prawda przyznaje, że podobnych uchybień w policji jest wiele i kończą się jakąś karą porządkową, a nie doniesieniem do prokuratury, ale pamięta też o kłopotach policji po „incydencie” z arcybiskupem Michalikiem.
– Policjant musi zachowywać się godnie i z szacunkiem do zatrzymanego – komentuje tamto zdarzenie. Zapewnia jednak, że „incydent” nic go nie obchodzi, a ukaranie mandatem kościelnego dygnitarza nie ma związku z postępowaniem prowadzonym przeciwko S. Mówi też, że nikt „z góry” nie interweniował. Co innego twierdzi Komenda Główna Policji: ...interwencja w Komendzie Powiatowej Policji w Ustrzykach Dolnych spowodowana była ustną skargą na „wulgarne” zachowanie się policjanta wobec abp. Michalika w trakcie kontroli drogowej.
 

Kto, z kim, gdzie i kiedy
Prokuratura zdawała sobie sprawę, że postawione Pawłowi S. zarzuty nie utrzymają się w sądzie. Bo jak ukarać za zniknięcie mandatów, które i tak są wpisywane po zakończeniu służby w rejestrze nałożonych mandatów? Sierżantowi nic by to nie dało. Z zarzutów pozostał jedynie brak dbałości o dokumenty. A to cienkie.
Tymczasem S. wciąż głośno mówił o arcybiskupie i interwencji w tej sprawie komendy wojewódzkiej z Rzeszowa. Wtedy do akcji wkroczyło Biuro Spraw Wewnętrznych Komendy Wojewódzkiej Policji. Już w niespełna miesiąc później Paweł S. siedział w areszcie. Tym razem otrzymał grube zarzuty. Nielegalne posiadanie broni, jej przetwarzanie i handel nią. Prokurator Aurelia Skiba napisała, że w bliżej nieokreślonym czasie, w bliżej nieokreślonym miejscu i z bliżej nieokreślonymi osobami Paweł S. handlował bronią. Przeszukanie w domu sierżanta dało niebywałe wyniki: zabezpieczono dwa telefony komórkowe. Żadnej broni. Skąd więc takie zarzuty?
– Wszyscy w okolicy wiedzą, że Paweł ma hopla na punkcie różnych „wykopalisk” – mówi jego kolega z komendy. – Ciągle wykopywał jakieś orzełki, guziki od mundurów, jakieś bagnety z pierwszej wojny, skorupy. To zapaleniec. Jego zbiory nieraz zasilały okoliczne muzea.
– On był po przeszkoleniu pirotechnicznym, nie trzymałby żadnych niebezpiecznych materiałów, bo wie, czym to grozi – dodają koledzy S.
Przeszukania dokonano także u rodziców Pawła S. Sześciu funkcjonariuszy z bronią gotową do strzału, w kominiarkach, o szóstej rano wtargnęło do ich domu. Para starszych ludzi była szarpana i popychana. Przeszukanie trwało 2 godziny. Ani broni, ani mandatów nie znaleziono. Zabezpieczono komputer, telefon komórkowy i zdjęcia wnuków.
Razem z sierżantem zatrzymano innych kolekcjonerów. U nich znaleziono atrapy granatów, jakieś łuski po nabojach z wojny i inne żelastwa. Do aresztu trafił jednak tylko S. Prokurator Skiba zrobiła z sierżanta herszta bandy. Przy tym bandy nieistniejącej. Napisała, że zarzucane podejrzanemu czyny popełnione zostały (...) z udziałem osób, których tożsamości jeszcze nie ustalono. Uzasadniając areszt, napisała też, że ponieważ ona nie wie, z kim on jest w tej grupie przestępczej, niewiedza ta uzasadnia niezwłoczne odizolowanie Pawła S. od pozostałych osób. Pewnie od użytkowników Allegro, gdzie kolekcjonerzy wymieniali się swoimi wykopanymi zdobyczami.
Glina nie podskoczy
Według przełożonego Aurelii Skiby, prokuratora Piotra Krausa, materiał dowodowy oraz okoliczności popełnienia czynów uzasadniały wystąpienie do sądu z wnioskiem o zastosowanie wobec Pawła S. środka zapobiegawczego.

Dziś jedynym dowodem są zeznania moim zdaniem tendencyjne. Osoba pozostająca blisko prowadzonego śledztwa mówi mi, że to drobni przestępcy, którzy poszli na współpracę z prokuraturą oraz... funkcjonariusze Biura Spraw Wewnętrznych KWP. Prokurator Skiba nadal wnioskuje o przedłużenie aresztu, choć od kwietnia nie prowadzi wobec aresztowanego żadnych czynności procesowych. Prokurator Kraus zapewnia także, że szykany i toczące się postępowanie nie ma żadnego związku z ukaraniem kierowcy arcybiskupa mandatem za popełnione przekroczenie.
W każdym razie cały czas chodzi o stare żelastwo z czasów wojny, różne wykopywane bagnety, a nie o żadną realną broń. Prokurator Skiba dla dobra śledztwa długo nie pozwalała sierżantowi zobaczyć się z rodziną. Teraz każda taka rozmowa odbywa się w towarzystwie funkcjonariusza BSW. Podczas przesłuchania sierżanta funkcjonariusz BSW Dariusz Piguła sam dzwonił do żony S. z pytaniem, czy chce się widzieć z mężem. To miało złamać i tak już załamanego policjanta. Potem powiedział sierżantowi, że jeśli się nie przyzna do stawianych mu zarzutów, to rodzina nigdy nie dostanie widzenia. Podobno podał mu czysty protokół do podpisania. On sobie uzupełni...
– Czy to on pani o tym powiedział? – zapytał zdenerwowany Piguła, gdy do niego zadzwoniliśmy. – Skąd pani to wie?
Paweł S. ma dwoje malutkich dzieci. Roczna Marysia choruje (ma ataki duszności), a 4-letni Patryk wciąż siedzi w oknie i wypatruje, kiedy wróci tata. Chowa się w kącie z wyimaginowanym telefonem i dzwoni do ojca. Żona policjanta ze względu na chorobę małej nie może pracować. Od miesięcy zdychają z głodu.
Ojciec Pawła S. dowiedział się, że szef wszystkich biskupów polskich opowiada podczas różnych spotkań o tym głupim policjancie z Ustrzyk Dolnych, który już się napodskakiwał. Napisał list do abp. Michalika. Zapytał, dlaczego Michalik zrobił taką krzywdę jego synowi. Nie dostał odpowiedzi.
 

Arcymiłośnik bliźniego
Arcybiskup Józef Michalik jest głową polskiego Kościoła. Mówi w kazaniach, że najważniejsza jest rodzina i dzieci, zwłaszcza te dopiero poczęte. Jest też autorem książki „Kochać Boga – szanować człowieka”. Pisze w niej o miłości do bliźniego, o tym, że trzeba wspierać nawet tych, którzy są naszymi wrogami. A Paweł S., 32-letni policjant z Ustrzyk Dolnych, gnije w pudle, bo nie nazwał ekscelencji księdza arcybiskupa „eminencją”, tylko zwrócił się „proszę pana”.