Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Józef Michalik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Józef Michalik. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 marca 2013

Bóg nie lubi kobiet (NIE 2/2013, 4.I.2013)


Konwencja Rady Europy w sprawie zapobiegania i zwalczania przemocy wobec kobiet i przemocy domowej stoi ością w gardle polskim hierarchom kościelnym. Dlaczego?

Tegoroczne święta w polskim Kościele przebiegły pod hasłem konwencji Rady Europy dotyczącej przeciwdziałania przemocy domowej. Niedobry Tusk ratyfikował dokument, który nie podoba się hierarchom.

Fioletowe głosy
Wielkie kłamstwo, które przejęliśmy z Unii Europejskiej, przyjmując tę ustawę o przemocy, że kultura, tradycja, religia rodzi przemoc. Niech mi pokaże którykolwiek z tych ludzi, którzy wymyślili to wielkie kłamstwo historyczne, w którym miejscu ewangelia mówi o przemocy? Gdzie Kościół zachęca do przemocy? To jest dramat zakłamywania - grzmiał abp Józef Michalik na pasterce w Przemyślu.
Świat pełza w zaprzaństwie i samobójstwie duchowym - mówił w bazylice archikatedralnej w Gdańsku-Oliwie arcybiskup Sławoj Leszek Głódź. I krzyczał o promowaniu w konwencji homoseksualizmu i dewiacji seksualnych.
O tym, że ta konwencja ma się nijak do tych wrzasków, wie niewielu. Nawet parlamentarzyści nie mieli tyle cierpliwości, co my, żeby dokument przeczytać w całości. Z 22 posłów różnych ugrupowań, wybranych losowo, tylko Ryszard Kalisz znał jej treść. Reszta albo krzyczała, że konwencja to skandal, że to dokument dla oszalałych z nienawiści feministek, albo mówiła, że to dokument wyzwalający kobiety, pozwalający im na wszechstronny rozwój.
Nie ma w niej ani słowa o związkach jednopłciowych ani nawet o związkach partnerskich czy też o preferowanej liczbie dzieci w rodzinie. Konwencja dotyczy wyłącznie przemocy wobec kobiet i dzieci oraz przemocy domowej, a nie - jak twierdzi Kościół - narusza tradycyjną rolę kobiety w rodzinie i społeczeństwie.

Święte głosy
Tyle że dla Kościoła tradycyjną rolą kobiety jest bycie ofiarą.
Wcale nie tak trudno znaleźć promowanie przemocy w ewangeliach. W Biblii się od tego roi. Wszechobecna jest też niechęć do kobiet, która rodzi przemoc.
Św. Paweł rozsiewał nienawiść do wielu głupich kobiet, jak je nazywał. Kobieta była przede wszystkim wcieleniem zła i występku: Dlatego wydał ich Bóg na łup sromotnych namiętności; kobiety ich bowiem zamieniły przyrodzone obcowanie na obcowanie przeciwne naturze (Rzym.1,26). Jak podają "Dzieła Pawła i Tekli", Paweł obrzydzał młodzieńcom kobiety, a pannom mężczyzn, głosząc w kazaniach, że w przeciwnym razie nie ma dla was zmartwychwstania, chyba że pozostaniecie w czystości i nie splamicie ciała swego. Z kolei w Pierwszym Liście do Tymoteusza znajdujemy taką myśl: Kobieta niechaj się uczy w cichości z całym poddaniem się. Nauczać zaś kobiecie nie pozwalam ani też przewodzić nad mężem, lecz (chcę,by) trwała w cichości. Albowiem Adam został pierwszy ukształtowany, potem - Ewa. I nie Adam został zwiedziony, lecz zwiedziona kobieta popadła w przestępstwo. Zbawiona zaś zostanie przez rodzenie dzieci. Pouczenia są konsekwentne. Kobiety mają na tych zgromadzeniach milczeć; nie dozwala się im bowiem mówić, lecz mają być poddane, jak to Prawo nakazuje. A jeśli pragną się czego nauczyć, niech zapytają w domu swoich mężów! Nie wypada bowiem kobiecie przemawiać na zgromadzeniu. Czyż od was wyszło słowo Boże? Albo czy tylko do was przyszło? - czytamy w pierwszym Liście do Koryntian (14,34n.). I jeszcze: Mężczyzna obrazem i chwałą Boga, kobieta chwałą mężczyzny (1Kor. 11,7).

Cywilizowane głosy
Skąd więc ten krzyk, skoro konwencja wcale nie narusza tradycyjnego modelu rodziny? Nie zakazuje żonom prania, sprzątania, gotowania i niańczenia dzieci, co według Kościoła jest podstawową rolą życiową każdej polskiej kobiety, ale zakazuje się nad nimi znęcać fizycznie, seksualnie i psychicznie.
Czego boją się katole?
Po pierwsze - edukacji. Strony promują lub prowadzą, regularnie i na wszelkich poziomach, kampanie lub programy na rzecz podnoszenia świadomości, w tym we współpracy z krajowymi instytucjami ochrony praw człowieka i organami ds. równości płci, społeczeństwem obywatelskim i organizacjami pozarządowymi, a w szczególności organizacjami kobiet, tam, gdzie to stosowne, w celu zwiększenia świadomości i zrozumienia wśród ogółu społeczeństwa w odniesieniu do różnych przejawów wszelkich form przemocy objętych zakresem niniejszej Konwencji, ich konsekwencji dla dzieci i potrzeby zapobiegania tego typu przemocy. Gdzie najgorsza jest edukacja na poziomie dzieci, bo trudno będzie pogodzić zajęcia z religii mówiące o poddaństwu kobiety z edukacją prowadzoną profesjonalnie i mówiącą zupełnie co innego. Strony podejmują, w stosownych przypadkach, konieczne działania w celu uwzględnienia materiałów dydaktycznych na temat kwestii, takich jak równość między kobietami i mężczyznami, niestereotypowe role płci, wzajemny szacunek, rozwiązywanie konfliktów w relacjach interpersonalnych bez użycia przemocy, przemoc wobec kobiet uwarunkowana płcią oraz prawo do integralności osoby, dostosowanych do rozwijanych zdolności uczących się, w formalnych programach zajęć i na wszystkich poziomach edukacji.
Po drugie - katolicy obawiają się tego, że przemoc domowa ma być ścigana z urzędu. Konwencja nakłada Świadczenie usług nie może być zależne od chęci ofiary do wnoszenia oskarżeń lub składania zeznań obciążających danego sprawcę. Sprawdzona metoda wpływania na ofiarę przez miejscowego proboszcza w tej sytuacji może spalić na panewce. Mówienie "taki jest twój krzyż, znoś to w pokorze" raczej nie ochroni sprawcy.
Po trzecie - przemoc seksualna wobec dzieci poza domem nie musi już być zgłaszana tylko przez rodzica czy opiekuna. Wystarczy, że wie o tym jakakolwiek osoba postronna i już może złożyć stosowne oskarżenie. Zła to wiadomość dla pedofilów w sutannach z małych miejscowości, gdzie ksiądz wciąż jest osobą świętą i nietykalną.
Po czwarte - statystyki.
Rada Europy będzie dysponowała rocznymi raportami na temat przemocy domowej w naszym kraju. Będzie wstyd jak beret. U nas sytuacja jest dramatyczna. Przemoc domowa jest problemem społecznym. W kraju, gdzie ponoć 90 procent obywateli to katolicy.
Jeśli statystyki będą takie, jakie są, Polska będzie otrzymywała granty na prowadzenie dodatkowych zajęć edukacyjnych oraz sprawniejsze ściganie sprawców. I koło się zamyka - wracamy do edukacji. A tej hierarchowie kościelni nie lubią.
na organa prawne i organizacje pozarządowe obowiązek chronienia ofiary, niezależnie od tego, czy poleciała złożyć wniosek o ściganie sprawcy.

Ciemne głosy

Kazania noworoczne mają być podobne do pasterkowych. List biskupów już został rozesłany do parafii. Szczególny nacisk księża mają kłaść na związki nieformalne. Tym razem mają mówić, że konwencja zachęca do tego, by żyć na kocią łapę. Co jest kłamstwem, bo dokument nawet nie wspomina o związkach partnerskich.
Wyłącznie małżeństwo daje gwarancję stabilności związku - zapewnia arcybiskup.
Patrząc na fakt, że w 2011 r. rozwiodło się w Polsce 65 tysięcy par, raczej trudno się z nim zgodzić.
Kościół będzie krzyczał jeszcze przez niecałe 3 miesiące, bo po tym okresie konwencja wchodzi w życie. Mając nadzieję, że może jakieś społeczne protesty zmuszą niedobrego Tuska do zerwania umowy z Radą Europy.
Rdz 3, 16: Do niewiasty (Bóg)powiedział: Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem twej brzemienności, w bólu będziesz rodziła dzieci, ku twemu mężowi będziesz kierowała swe pragnienia, on zaś będzie panował nad tobą.
Bóg chyba rzeczywiście nie przepada za kobietami.

Joanna Skibniewska

czwartek, 14 marca 2013

Zemsta pana arcybiskupa (NIE 6/2012)

Ucho prokuratora w służbie Kościoła.
 
 Michalik
Prokurator Generalny Andrzej Seremet bardzo się przejął prośbą prokuratora Mikołaja Przybyła o wydanie billingów rozmów dwóch dziennikarzy często łączących się z osobą podejrzaną o kontakty z obcym wywiadem.
Ależ był wstrząśnięty zachowaniem ciekawego prokuratora! Billingi? Tak bez zgody sądu?
 Skutkiem tego oburzenia był spektakularny postrzał w prokuratorski policzek i próba zlikwidowania prokuratury wojskowej. Tymczasem Andrzej Seremet tylko w tej sytuacji tak bardzo przejął się procedurami i tym, że do takich działań prokuratora potrzebna jest zgoda sądu.
Jeśli przez prokuraturę nielegalnie podsłuchiwany jest szary obywatel, to już Seremetowi nie przeszkadza.


Wejście smoków
Pisaliśmy o tym ("Mściwy książę Kościoła", NIE nr 31/2009).
 http://skibniewska.blogspot.com/2013/02/msciwy-ksiaze-koscioa-nie-312009.html
31 marca 2009 r. o 6.10 rozlega się natarczywe pukanie do drzwi. W chwilę potem domieszkania Jana Słupka ze Szklar wpycha się sześciu funkcjonariuszy, w tym trzech w kominiarkach i z bronią maszynową. Starszego mężczyznę siłą wpychają do mieszkania i celują w niego z karabinów.
- Dawaj broń i materiały wybuchowe! - wydzierają się jeden przez drugiego. Przerażona żona właściciela próbuje pytać, co się dzieje, ale każą jej się zamknąć i celują prosto w jej klatkę piersiową. Nic nie rozumie też owczarek niemiecki. Głośno szczeka. Funkcjonariusz kieruje broń w jego stronę.
- Ucisz tego psa, bo ja to zaraz zrobię - rzuca do gospodarza. W tym samym czasie inni funkcjonariusze wchodzą do mieszkania Pawła S. w Ustrzykach Dolnych. To syn Jana. Tam świadkami policyjnych wrzasków i pokazówki z bronią maszynową są malutkie dzieci. Gliniarze szukają broni z I wojny światowej, którą kolekcjonersko zbierał Paweł S.
W Bieszczadach wciąż tego pełno. Ani w jednym, ani w drugim mieszkaniu funkcjonariusze nic nie znajdują. Jedynie dobrowolnie oddaną broń, na którą obaj panowie mają pozwolenie (obaj policjanci, jeden w służbie, drugi emerytowany). Przeszukujący co kilkadziesiąt minut dzwonią do prokuratora.
- Na razie nic. Czysto - mówią. Zatrzymują Pawła S. Janowi zabezpieczają telefon i komputer. Paweł S. trafia do aresztu w Krośnie. Prokurator Aurelia Skiba zarzuca mu kierowanie grupą przestępczą o charakterze zbrojnym. Miał posiadać i handlować bronią - niesprawnym złomem z XIX wieku. Najmłodsza miała być z 1860 r. Miał tym stwarzać zagrożenie dla życia.

Mandat dla fioleta
Wszystko zaczęło się pół roku wcześniej, gdy Paweł S., funkcjonariusz drogówki, zatrzymał do kontroli samochód, którym jechał arcybiskup Józef Michalik. I ukarał go mandatem. Klecha wysiadł z wozu i mówił, że chłopak chyba nie wie, kim on jest i co może. Ale policjant, przyzwyczajony do takich tekstów, kazał mu jedynie wrócić do auta. Wtedy usłyszał, że on wyląduje w więzieniu, a jego bachory zdechną z głodu. Mandat jednak policjant wystawił. Przewodniczący episkopatu zareagował bardzo szybko. Napisał list do komendanta głównego policji: skarżył się, że został potraktowany skandalicznie, a policjant odzywał się do niego niegodnie. Czyli mówił proszę pana. Przełożeni policjanta zareagowali równie szybko. Już po dwóch godzinach wezwano Pawła S. na dywanik i kazano mu anulować mandat. Ten jednak nie rozumiał dlaczego. I nie widział powodu. Wezwano też ojca chłopaka, emerytowanego policjanta, żeby powiedział, jakiego wyznania jest syn, i żeby przemówił mu do rozsądku. Powiedziano ojcu, że przeniosą chłopaka na krawężnik, żeby uciszyć tych na górze. Arcybiskup wciąż szalał. Skutek - zatrzymanie Pawła S., zawieszenie go w czynnościach służbowych, przeszukania.
Groźba Michalika się spełniła. Policjant siedział, a jego dzieci nie miały z czego żyć.
A ponieważ prokuratura bardzo chciała go udupić, ale nie miała wystarczających dowodów, znalazła sobie świadka incognito. On wiedział wszystko o przestępczej działalności zatrzymanego. Poza tym prokuratura w Krośnie intensywnie zbierała dowody wtedy, gdy funkcjonariusz gnił w więzieniu. Nielegalnie.

Podsłuchujki
Wezwana na przesłuchanie do prokuratury żona Pawła S. nie wierzyła własnym uszom. Prokurator Aurelia Skiba zadawała pytania oparte na treści jej rozmów telefonicznych z teściami. Pytała o rodzinę ze Śląska, która często dzwoni do ojca zatrzymanego policjanta. Rzucała cytatami. Podobnie przesłuchiwano samego Jana S. Wyraźnie na podstawie podsłuchów prowadzonych od mniej więcej września 2008 r. Założonych zaraz po incydencie z arcybiskupem.
Aurelia Skiba
Nie ma najmniejszych wątpliwości, że Jan S. był podsłuchiwany. Tymczasem na żadne podsłuchy nigdy nie było zgody sądu?
Jan S. zaczął pisać wszędzie, m.in.do przełożonych Aurelii Skiby. Prokurator Okręgowy Piotr Kraus stwierdził, że nie może odpowiedzieć, na jakiej podstawie podsłuchiwano S., bo informacje dotyczące czynności operacyjnych są informacjami niejawnymi. Dodał także, że Jan S. nie jest stroną w sprawie, więc i tak prokuratura nic mu nie wyjaśni. Ale podsłuchiwać go mogła? Dokładnie tak samo odpowiadali mu wszyscy inni. Także Prokurator Generalny Andrzej Seremet. Sam Seremet nie widzi nic złego w podsłuchiwaniu Jana S. Osoby niepodejrzanej, nieoskarżonej, bez jakichkolwiek zarzutów. Stwierdził, że widocznie podsłuchy były niezbędne w pracy operacyjnej. Jan S. to nie jedyny szary obywatel, który informował nas, że był podsłuchiwany przez prokuraturę bez zgody sądu. Jego skargi do prokuratora generalnego też nie przynoszą żadnego skutku. Czyżby tylko oburzenie na podsłuchiwanie dziennikarzy miało przynieść konkretne efekty? Na przykład likwidację prokuratury wojskowej i odwołanie jej szefa prokuratora Parulskiego? Bo, jak widać, prokuratorowi generalnemu generalnie nie przeszkadza podsłuchiwanie obywateli.

Joanna Skibniewska

Proces Pawła S.
Pawłowi S. prokuratura w Krośnie postawiła 13 zarzutów. 10 padło w sądzie od razu na pierwszej rozprawie. Reszta wykruszała się stopniowo. Jednak ponieważ Paweł S. bezzasadnie siedział długo w areszcie, trzeba było mu coś znaleźć. Ukarano go zatem np. za nieudolne usiłowanie sprzedaży karabinu Mauser, którego... nigdy nie było w sprawie. Ale mówił o nim świadek incognito. W ramach kary S. ma zapłacić grzywnę, którą wliczono mu w odbyty przez niego areszt. Tak sąd chce uniknąć odszkodowania za niesłuszne aresztowanie. Paweł S. apeluje, ale i to mu utrudniono. Sąd utajnił uzasadnienie. Żeby chronić świadka incognito.

wtorek, 12 marca 2013

Biegły cię dobiegnie (NIE 2/2012)


Na każdego klienta prokurator znajdzie eksperta.

Historię warszawskiego rzeźbiarza, którego na czas sprawy rozwodowej żona chciała zamknąć w psychiatryku, opisywaliśmy niedawno. Na wniosek żony mąż miał być zbadany przez biegłego psychiatrę i psychologa. Opisaliśmy to badanie przez dwie biegłe Sądu Okręgowego w Warszawie. Zdiagnozowały go w parę minut, po czym napisały, że pije, bije żonę i jest kompletnym prymitywem budującym jedynie proste zdania.

Różnica czasów
Mężczyzna odwołał się od opinii pań biegłych i wezwano je w charakterze świadków na rozprawę sądową. Sędzia zaczęła zadawać niewygodne pytania. Dlaczego napisały, że mężczyzna jest czynnym alkoholikiem, że ma halucynacje, że klinuje, skoro on ma dokumentację medyczną gromadzoną od roku 2005, mówiącą, że to nieprawda. Poza tym widać, że rzeźbiarz to nie menel na dnie w stanie delirycznym. Dlaczego napisały, że urządza burdy w domu, znęca się nad żoną, skoro on tam od bardzo dawna nie mieszka, a wyniósł się, gdy jego żona paradowała z wydatnym brzuchem zrobionym jej przez jego kolegę. I dlaczego napisały, że jest prymitywnym debilem, który ledwo buduje proste zdania, gdy sędzia widzi zupełnie co innego. Biegłe stwierdziły, że nie ma różnicy w tym, czy napisze się pije i klinuje, czy pił i klinował. To tylko różna forma czasowa, a merytorycznie nie ma żadnego znaczenia.
To, że robi burdy, wynikało z tego, co mówiła żona, a one wcale nie muszą go o to pytać. A to, że jest prymitywem, to przecież norma. Każdy alkoholik to prymityw! Po czym dodały, że takie opinie powstają sztampowo. Jest pewien wzór, który się powiela. Kopiuj - wklej. Tak też powstała ta opinia. Za kilka tysiaków! Po złożonych przed sądem wyjaśnieniach panie położyły przed sędzią rachunek za przybycie na rozprawę. Po czym zadowolone opuściły salę.
Postacie pań biegłych pewnie nigdy więcej nie pojawiłyby się w powikłanym życiu artysty, gdyby nie pismo z sądu, które otrzymał jako strona w sprawie, a kierowane do tych pań. Dowiedział się, że panie zażądały wynagrodzenia za to, że wydały ustną opinię, za to, że się stawiły i za to, że dojechały do sądu. Dowiedział się też o tym, że sąd ani myśli im dawać taką kasę. Bo po pierwsze nie wydały żadnej opinii, tylko odwołały się do tej, która już została stworzona na piśmie; po drugie zeznawały raptem parę minut, a nie, jak utrzymują, parę godzin (wyliczyły sobie za parę godzin pracy); i po trzecie obie pochodzą z Warszawy i mają dwa przystanki autobusowe do sądu. Dostaną po 31,86 zł, bo tyle im się należy.

Drodzy i marni
Tym razem biegłym się nie udało, bo sąd bacznie obejrzał rachunek. Zapewne po tym, jak zobaczył na rozprawie, z kim ma do czynienia. Ale w większości przypadków nikt nie weryfikuje rachunków przedstawianych przez biegłego, tylko skarb państwa płaci. Rocznie to są kolosalne kwoty. Bez kontroli płacą prokuratury, które powołują biegłych niezależnie od tego, czy to konieczne, czy nie. A sami biegli pozostawiają wiele do życzenia. Podobnie było w sprawie osadzonego w areszcie ciężko chorego Edwarda Kupczaka z Krakowa. Kupczak to kaleka z zainstalowaną pompą morfinową, żeby nie wył z bólu. Miał być hakiem na prezydenta Krakowa. Żaden lekarz nie chciał wydać opinii, że może przebywać w celi. Dotąd powoływano biegłych, aż trafiono na takiego, który zgodził się na pobyt podejrzanego w areszcie.

200 tomów makulatury
W opisywanej przez nas sprawie z Zabierzowa, żeby znaleźć cokolwiek na prezesa Biznes Parku, krakowski prokurator powołał biegłego, aby wydał opinię, co rosło na zabierzowskiej łące biznesmena - 5 lat temu. Biegły miał zbadać grunt. Odpowiedział, że nie jest w stanie tego stwierdzić, ale prokuratura wybuliła na opinię ponad 30 tys. zł. Takich bezsensownych opinii i ekspertyz w sprawie zabierzowskiej firmy było ok. 20. Wszystkich opinii biegłych w tej sprawie jest 10 401 stron. Samych opinii daktyloskopijnych są 4 tomy. Nie wiadomo, po co. Jest opinia biegłego o stanie zagospodarowania działek, jak gdyby nie można było tego wyciągnąć z wydziału geodezji. Za darmo. Opinii technicznych, cokolwiek to znaczy, jest kilkadziesiąt. Do nich tyle samo załączników. A opinii biegłych z rachunkowości jest już zatrzęsienie ? kilkanaście tomów akt. Podobnie ekspertyzy biegłego informatyka. Tysiące stron badania komputerów. Jest biegły, który oceniał dzieła sztuki znajdujące się w domu podejrzanego. Jest ekspertyza w zakresie leczenia i pielęgnacji drzew oraz urządzania i utrzymywania zieleni. Prokurator badał bowiem ogród jednego z podejrzanych. W głośnej sprawie BGM prokuratorzy zlecili badanie informatyczne kilkudziesięciu komputerów. Trzeba było zrobić wydruki, co łącznie zajęło ponad 200 tomów akt. Podczas postępowania przed sądem okazało się, że to nie byli żadni informatycy, a ich wiedza nie dorastała wiedzy gimnazjalisty. Okazało się, że nie mieli uprawnień do wydawania jakichkolwiek ekspertyz. Ale kasa poszła.

Niebiegli
W sprawie policjanta z Piotrkowa Trybunalskiego, którego prokurator Piotr Grochulski bardzo chciał udupić, bo gliniarz zadarł z miejscową wierchuszką, prokuratura powołała biegłego prawnika (!), żeby określił, czy policjant naruszył prawo. Radca prawny z Krakowa (spory kawałek do Piotrkowa Trybunalskiego!) dr Anna Smaga-Lemańska wielokrotnie sporządzała opinię prawną prawnikowi (prokurator jest prawnikiem), nie będąc nawet biegłą sądową. Potem wystawiała rachunek. Biegłemu powołanemu do wykonania czynności poza miejscowością jego zamieszkania służy także prawo do diet oraz do zwrotu kosztów przejazdów i noclegów. Biegli orzekający w sprawie Pawła S., policjanta, który wlepił mandat arcybiskupowi Michalikowi (a dobroduszny klecha udał się do zaprzyjaźnionej pani prokurator z Krosna, żeby policjanta udupiła), przyznali przed sądem, że nigdy nie widzieli broni, którą badali i że nic o niej nie wiedzą. Mimo to sporządzili opinię pozwalającą na postawienie w stan oskarżenia młodego glinę. Biegły informatyk wydrukował setki stron transakcji na Allegro jako dowód działalności przestępczej policjanta. Przed sądem przyznał, że to żaden dowód, po prostu to wydruki, ale taką opinię miał napisać, więc napisał. Zresztą on żadnym biegłym sądowym nie jest.

Dobrze jest
Takie historie można mnożyć. O niekompetencji i zwykłym oszustwie biegłych i prokuratur, które tych biegłych zatrudniają. Obecnie funkcjonują przepisy, które nie pozwalają sprawdzić przygotowania biegłych ani też zmierzyć ich rzeczywistej pracy. Biegłych oceniać będą biegli. Prokuratorzy nie chcą zmian w przepisach, bo mają swoich zaufanych, którzy za możliwość dużego zarobku tworzą kłamliwe ekspertyzy. Takie, które pozwalają prokuratorowi wnieść akt oskarżenia, choć dobrze wie, że brak dowodów. często kroć biegłymi lekarzami są medycy, którzy od lat są na emeryturze. Czytaliśmy opinię biegłego ginekologa, który twierdził, że podczas karmienia piersią i w czasie miesiączki nie można zajść w ciążę. Biegły miał 76 lat i od 20 lat nie pracował w zawodzie.

Kaska
1873,84 zł to kwota bazowa dla biegłych sądowych. Z tego biorą 31,86 zł za każdą rozpoczętą godzinę pracy. W razie złożonego charakteru problemu będącego przedmiotem opinii, wynagrodzenie określone w ust. 2 może być na wniosek zainteresowanego podwyższone w granicach do 50% stawki. Sporządzenie opinii jest płatne osobno. Rachunek według własnego widzimisię przedstawia biegły. Nikt go nie sprawdzi.

W przypadku oskarżonego o morderstwo Jana Ptaszyńskiego z Białegostoku powołano siedmiu biegłych, którzy mieli odpowiedzieć na to samo pytanie. Dotąd ich powoływano, aż znalazł się taki, który napisał to, czego życzył sobie prokurator. Czyli w zasadzie wydał wyrok na człowieka.

środa, 27 lutego 2013

Mściwy książe Kościoła (NIE, 31/2009)

Józef Michalik
Policjant uwięziony po dąsach przewodniczącego episkopatu Polski.

Policjant nadział się na szosie na przewodniczącego episkopatu Polski arcybiskupa Józefa Michalika. To gorsze, niż gdyby przejechał go samochód.
Sierżant Paweł S. Harcerz. Kolekcjoner. Idealista. Były policjant. Obecnie aresztant.
W sierpniu zeszłego roku Paweł S., policjant drogówki w Ustrzykach Dolnych, zatrzymał samochód. Kierował nim watykański ksiądz Stival Cianciarello. Jadąc na wycieczkę po Bieszczadach, nie zapalił świateł i przekroczył prędkość o przeszło 30 km/h. Sierżant postanowił wlepić mu 200 zł mandatu i pouczył, że na bieszczadzkich serpentynach trzeba jechać ostrożnie. Do rozmowy włączył się pasażer. Krzyczał na policjanta i machał rękoma. Wysiadł też z samochodu, zachowywał się agresywnie. Ty nie wiesz, kim ja jestem! – powtarzał wielokrotnie. Ponieważ sierżant nieraz już słyszał takie teksty, nie zareagował, tylko polecił siwemu krzykaczowi wsiąść do auta. Wypisał mandat, życzył szerokiej drogi i pożegnał panów uprzejmie. Zapomniał o tym zdarzeniu jak o tysiącu innych kontrolach drogowych.


Ludzie z góry
Po miesiącu został wezwany na dywanik do szefa: Ty naprawdę nie wiesz, z kim zadarłeś? Wtedy dowiedział się, że ów agresywny pasażer to arcybiskup Józef Michalik. Szef Kościoła katolickiego w Polsce zadzwonił do komendy wojewódzkiej, skarżąc się na sierżanta. Ponoszony miłością bliźniego poprosił o ukaranie „nadgorliwego” policjanta. Prośba najważniejszej osoby w kraju to więcej niż rozkaz. Sprawą zajął się ówczesny zastępca komendanta wojewódzkiego w Rzeszowie Jan Zając. Zapytał sierżanta S., jakiego jest wyznania, dlaczego uderza w Kościół katolicki i czemu zwracał się niegrzecznie do biskupa, nazywając go „proszę pana”, a nie „wasza eminencjo” (w rzeczywistości abepe Michalik jest ekscelencją zaledwie. Przy tym skoro do Boga mówi się Panie, to wypada podobnie do jego urzędników). Wicekomendant zażądał też anulowania mandatu. W trzy tygodnie potem Paweł S. został przeniesiony z wydziału ruchu drogowego do plutonu patrolowego, czyli na posadę krawężnika.
– Komendant powiedział, że musiał go przenieść, żeby „uciszyć tych chujów z góry” – mówi mi ojciec sierżanta S. Kogo miał na myśli, strach się domyślać.
W noc sylwestrową, gdy sierżant miał interwencję za interwencją, zauważył, że z radiowozu zginął jego zasobnik z bloczkami mandatów karnych oraz część pieniędzy i prawo jazdy. Szybko złożył raport, a pieniądze wyjął z własnej kieszeni i wpłacił w kasie komendy. Myślał, że to koniec kłopotów. To jednak był dopiero początek.
 

Ryzykowny incydent
Niedługo potem usłyszał podobno od przełożonego, komendanta Stanisława Dziedzica, że albo odejdzie ze służby, albo zostanie wyrzucony dyscyplinarnie. Taką wersję potwierdzają też anonimowo jego koledzy policjanci. Chłopak złożył rezygnację, a Dziedzic złożył doniesienie do prokuratury, że S. zniszczył mandaty po to, by przywłaszczyć sobie pieniądze. Te pieniądze, które oddał z własnej kieszeni. Prokuratura w parę dni potem postawiła byłemu już policjantowi zarzut niedopełnienia obowiązków i przekroczenia uprawnień.
– Nie mam sobie nic do zarzucenia – mówi Dziedzic. – Tam były uchybienia.
Co prawda przyznaje, że podobnych uchybień w policji jest wiele i kończą się jakąś karą porządkową, a nie doniesieniem do prokuratury, ale pamięta też o kłopotach policji po „incydencie” z arcybiskupem Michalikiem.
– Policjant musi zachowywać się godnie i z szacunkiem do zatrzymanego – komentuje tamto zdarzenie. Zapewnia jednak, że „incydent” nic go nie obchodzi, a ukaranie mandatem kościelnego dygnitarza nie ma związku z postępowaniem prowadzonym przeciwko S. Mówi też, że nikt „z góry” nie interweniował. Co innego twierdzi Komenda Główna Policji: ...interwencja w Komendzie Powiatowej Policji w Ustrzykach Dolnych spowodowana była ustną skargą na „wulgarne” zachowanie się policjanta wobec abp. Michalika w trakcie kontroli drogowej.
 

Kto, z kim, gdzie i kiedy
Prokuratura zdawała sobie sprawę, że postawione Pawłowi S. zarzuty nie utrzymają się w sądzie. Bo jak ukarać za zniknięcie mandatów, które i tak są wpisywane po zakończeniu służby w rejestrze nałożonych mandatów? Sierżantowi nic by to nie dało. Z zarzutów pozostał jedynie brak dbałości o dokumenty. A to cienkie.
Tymczasem S. wciąż głośno mówił o arcybiskupie i interwencji w tej sprawie komendy wojewódzkiej z Rzeszowa. Wtedy do akcji wkroczyło Biuro Spraw Wewnętrznych Komendy Wojewódzkiej Policji. Już w niespełna miesiąc później Paweł S. siedział w areszcie. Tym razem otrzymał grube zarzuty. Nielegalne posiadanie broni, jej przetwarzanie i handel nią. Prokurator Aurelia Skiba napisała, że w bliżej nieokreślonym czasie, w bliżej nieokreślonym miejscu i z bliżej nieokreślonymi osobami Paweł S. handlował bronią. Przeszukanie w domu sierżanta dało niebywałe wyniki: zabezpieczono dwa telefony komórkowe. Żadnej broni. Skąd więc takie zarzuty?
– Wszyscy w okolicy wiedzą, że Paweł ma hopla na punkcie różnych „wykopalisk” – mówi jego kolega z komendy. – Ciągle wykopywał jakieś orzełki, guziki od mundurów, jakieś bagnety z pierwszej wojny, skorupy. To zapaleniec. Jego zbiory nieraz zasilały okoliczne muzea.
– On był po przeszkoleniu pirotechnicznym, nie trzymałby żadnych niebezpiecznych materiałów, bo wie, czym to grozi – dodają koledzy S.
Przeszukania dokonano także u rodziców Pawła S. Sześciu funkcjonariuszy z bronią gotową do strzału, w kominiarkach, o szóstej rano wtargnęło do ich domu. Para starszych ludzi była szarpana i popychana. Przeszukanie trwało 2 godziny. Ani broni, ani mandatów nie znaleziono. Zabezpieczono komputer, telefon komórkowy i zdjęcia wnuków.
Razem z sierżantem zatrzymano innych kolekcjonerów. U nich znaleziono atrapy granatów, jakieś łuski po nabojach z wojny i inne żelastwa. Do aresztu trafił jednak tylko S. Prokurator Skiba zrobiła z sierżanta herszta bandy. Przy tym bandy nieistniejącej. Napisała, że zarzucane podejrzanemu czyny popełnione zostały (...) z udziałem osób, których tożsamości jeszcze nie ustalono. Uzasadniając areszt, napisała też, że ponieważ ona nie wie, z kim on jest w tej grupie przestępczej, niewiedza ta uzasadnia niezwłoczne odizolowanie Pawła S. od pozostałych osób. Pewnie od użytkowników Allegro, gdzie kolekcjonerzy wymieniali się swoimi wykopanymi zdobyczami.
Glina nie podskoczy
Według przełożonego Aurelii Skiby, prokuratora Piotra Krausa, materiał dowodowy oraz okoliczności popełnienia czynów uzasadniały wystąpienie do sądu z wnioskiem o zastosowanie wobec Pawła S. środka zapobiegawczego.

Dziś jedynym dowodem są zeznania moim zdaniem tendencyjne. Osoba pozostająca blisko prowadzonego śledztwa mówi mi, że to drobni przestępcy, którzy poszli na współpracę z prokuraturą oraz... funkcjonariusze Biura Spraw Wewnętrznych KWP. Prokurator Skiba nadal wnioskuje o przedłużenie aresztu, choć od kwietnia nie prowadzi wobec aresztowanego żadnych czynności procesowych. Prokurator Kraus zapewnia także, że szykany i toczące się postępowanie nie ma żadnego związku z ukaraniem kierowcy arcybiskupa mandatem za popełnione przekroczenie.
W każdym razie cały czas chodzi o stare żelastwo z czasów wojny, różne wykopywane bagnety, a nie o żadną realną broń. Prokurator Skiba dla dobra śledztwa długo nie pozwalała sierżantowi zobaczyć się z rodziną. Teraz każda taka rozmowa odbywa się w towarzystwie funkcjonariusza BSW. Podczas przesłuchania sierżanta funkcjonariusz BSW Dariusz Piguła sam dzwonił do żony S. z pytaniem, czy chce się widzieć z mężem. To miało złamać i tak już załamanego policjanta. Potem powiedział sierżantowi, że jeśli się nie przyzna do stawianych mu zarzutów, to rodzina nigdy nie dostanie widzenia. Podobno podał mu czysty protokół do podpisania. On sobie uzupełni...
– Czy to on pani o tym powiedział? – zapytał zdenerwowany Piguła, gdy do niego zadzwoniliśmy. – Skąd pani to wie?
Paweł S. ma dwoje malutkich dzieci. Roczna Marysia choruje (ma ataki duszności), a 4-letni Patryk wciąż siedzi w oknie i wypatruje, kiedy wróci tata. Chowa się w kącie z wyimaginowanym telefonem i dzwoni do ojca. Żona policjanta ze względu na chorobę małej nie może pracować. Od miesięcy zdychają z głodu.
Ojciec Pawła S. dowiedział się, że szef wszystkich biskupów polskich opowiada podczas różnych spotkań o tym głupim policjancie z Ustrzyk Dolnych, który już się napodskakiwał. Napisał list do abp. Michalika. Zapytał, dlaczego Michalik zrobił taką krzywdę jego synowi. Nie dostał odpowiedzi.
 

Arcymiłośnik bliźniego
Arcybiskup Józef Michalik jest głową polskiego Kościoła. Mówi w kazaniach, że najważniejsza jest rodzina i dzieci, zwłaszcza te dopiero poczęte. Jest też autorem książki „Kochać Boga – szanować człowieka”. Pisze w niej o miłości do bliźniego, o tym, że trzeba wspierać nawet tych, którzy są naszymi wrogami. A Paweł S., 32-letni policjant z Ustrzyk Dolnych, gnije w pudle, bo nie nazwał ekscelencji księdza arcybiskupa „eminencją”, tylko zwrócił się „proszę pana”.