Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komendant. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komendant. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 marca 2013

O dyscyplinę w szeregach policji (28/2011)


Nadkomisarz został zeszmacony, bo nie wiedział gdzie jego miejsce w szeregu.
Prokurator z Piotrkowa Trybunalskiego i komendant policji z pobliskiego Tomaszowa Mazowieckiego od 2005 r. próbują udupić dwóch policjantów. Dlaczego? 
Bo szukali sprawiedliwości zbyt wysoko.

Noga i układy
Zaczęło się w 2004 r., gdy huśtawka zmiażdżyła nogę dzieciakowi nadkomisarza Bogdana Wawrzyńczaka. Plac zabaw, postawiony bez zezwolenia i atestu, miał być wizytówką burmistrza. I bramą do następnej kadencji. Ale wizytówka była niebezpieczna od początku. Wypadek małego Bartka Wawrzyńczaka nie był dla nikogo specjalnym zaskoczeniem. Ojciec chłopaka, gdy ocknął się po dramacie chłopca, zaczął szukać sprawiedliwości. U właściciela huśtawki, burmistrza. Od razu przełożeni mówili, że przedobrzył. Burmistrz miał układy. Był nietykalny. Ale Wawrzyńczak tylko się dziwił. Jaki nietykalny? Sprawiedliwość to sprawiedliwość. Wiedział to, bo przecież sam jest policjantem? Prokurator Piotr Grochulski z Piotrkowa Trybunalskiego prowadził postępowanie w ślimaczym tempie. Jakoś nie mógł zebrać dowodów winy miejskiego włodarza. Cóż, jego kolega, ówczesny komendant tamtejszej policji, dobrze znał burmistrza. A ten prokuratora. W końcu współpracownik. Komendant oczywiście znał też Wawrzyńczaka. w końcu podwładny. Prośby przełożonego o odpuszczenie sprawy nie pomogły. Wawrzyńczak uparcie pisał skargi na prokuratora. Wreszcie się doigra - zatrzymano go jako sprawcę pobicia.

Był tam, gdzie go nie było
Do restauracji "Viktoria" w Sulejowie przyjechała banda napakowanych oprychów. Chodziło o jakieś narkotykowe porachunki. I zaczęli katować dwóch gości. O sprawie było głośno w okolicy. Tak naprawdę każdy znał sprawców. Tymczasem prokurator zatrzymał Bohdana Wawrzyńczaka. Postępowanie prowadził prokurator Piotr Grochulski. I zaczął gromadzić dowody przeciwko policjantowi. Dorzucił do sprawy pobicia jeszcze jego brata Zbigniewa, też gliniarza, który stojąc po stronie brata Bohdana, też sprzeciwił się komendantowi. Tylko jak zebrać dowody na to, że policjanci byli w knajpie, gdzie bito, skoro ich tam nie było? Wawrzyńczaka okazano poszkodowanemu. Był jedynym mięśniakiem wśród okazywanych. I jedynym łysym. Jak ci, którzy wtedy bili. Poza tym prokurator sugerował od razu, że mają go wskazać (zeznania pobitych podczas postępowania sądowego). Następnym razem kogoś zabije - sugerował Grochulski. Jeden poszkodowany go wskazał, drugi nie był pewny. To wystarczyło prokuratorowi do napisania aktu oskarżenia. A komendantowi do zawieszenia w czynnościach służbowych braci policjantów. Z satysfakcją podpisywał listę płac, na której widniało 670 zł wynagrodzenia dla Wawrzyńczaka. Akurat na rehabilitację okaleczonego syna. Tymczasem sąd policjanta uniewinnił. Na jego brata nie znaleziono nic nawet w postępowaniu przygotowawczym, nie udało się więc postawić go przed sądem. A sędzia zmieszał z błotem prokuratora. I jasno powiedział, że jest to prywatna rozgrywka Grochulskiego.

Służba i broń
Nadkomisarza Bohdana Wawrzyńczaka trzeba było przywrócić do służby. Był czysty jak łza. Przeniesiono go, znów zaczynał od krawężnika. Rozkazy wydawał mu sierżant. Potem przeniesiono go do drogówki. Rozkazy dostawał od funkcjonariusza niższego rangą o trzy stopnie. Pomiatano nim. W międzyczasie kierownictwo komendy skierowało go na badania psychiatryczne. Przeszedł je pozytywnie, a komisja psychiatryczna zobaczyła w nim doskonałego glinę. Więc znowu go przeniesiono. Do sekcji wykroczeń. Nadkomisarza kryminalistyki? Przenoszono go co jakiś czas. Coraz niżej. Miał zrozumieć, że w policji nie ma dla niego miejsca. Aż pewnego dnia znowu postawiono mu zarzuty. Miał pecha, że to do niego przyszła żona zastępcy komendanta w Piotrkowie Trybunalskim i zgłosiła, że jej mąż przyniósł do domu broń służbową. I że ją straszy. Ponieważ państwo komendantostwo byli wtedy w trakcie sprawy rozwodowej, wszystko było możliwe. Wszystko też mogło być ściemą na potrzeby sądowe. Funkcjonariusz pojechał jednak wraz z kobietą do jej domu. I zapewnia, że faktycznie zobaczył broń przełożonego. Gdyby był mądry, dałby sobie spokój. Dla swojego dobra. Ale on był uczciwy. Zawiadomił Biuro Spraw Wewnętrznych. Gdy funkcjonariusze przyszli, broni już nie było? Zły był znowu tylko Wawrzyńczak. Poprosił policjanta, który też widział wówczas tę broń, by to zeznał. Ten jednak nie chciał. I nagrał tę rozmowę na polecenie? komendanta. Prokuratura postawiła Wawrzyńczakowi zarzut nakłaniania funkcjonariusza do poświadczenia nieprawdy. Znowu można było w majestacie prawa zawiesić go w czynnościach. Włodarze piotrkowskiej policji nie nacieszyli się długo. Bo trzeba było umorzyć postępowanie. Uznano, że czyn nie ma znamion przestępstwa.
Znowu nie wyszło?

Przychodzi kurwa z pomocą
Ale policyjne władze nie poprzestają. Wawrzyńczak pracuje obecnie w Tomaszowie Mazowieckim. Teraz z pomocą przyszła kurwa. Wawrzyńczak został wezwany na rozmowę dyscyplinującą. Bo nagrał wypowiedź kolegi, jak ten mówił, że komendant kazał "go ujebać". A to przecież nieetyczne. Znaczy nagrywanie, a nie ujebywanie. Rozmowę poprowadził komendant Domański, jego zastępca i Naczelnik Wydziału Prewencji. I go dyscyplinowali. Po tej rozmowie powstał raport, który ma być dowodem do przeprowadzenia postępowania dyscyplinarnego przeciwko policjantowi. Bo podczas rozmowy Wawrzyńczak użył słowa "kurwa". Tyle że Wawrzyńczak znowu zachował się nieetycznie. I nagrał całe to spotkanie.
Wedle przedstawionego przez niego nagrania, ani razu nie użył wulgarnego określenia. Słyszeliśmy. Słyszeliśmy za to wypowiedzi komendanta Domańskiego, który mówił brzydko. Bohdan Wawrzyńczak został ukarany naganą. Za "kurwę",której nie było. Jakby policjanci na co dzień rozmawiali ze sobą jak francuskie pieski. Wawrzyńczak złożył doniesienie do prokuratury, że jego przełożeni poświadczyli nieprawdę. Dowodem ma być nagranie spotkania. Prokuratura zapewnia, że taśmę bada niezależna instytucja, taka, która nie ma nic wspólnego z policją - Polskie Towarzystwo Kryminalistyczne. Nagranie jednak bada podinspektor z Centralnego Laboratorium Kryminalistyki z Komendy Głównej Policji.

środa, 27 lutego 2013

Mściwy książe Kościoła (NIE, 31/2009)

Józef Michalik
Policjant uwięziony po dąsach przewodniczącego episkopatu Polski.

Policjant nadział się na szosie na przewodniczącego episkopatu Polski arcybiskupa Józefa Michalika. To gorsze, niż gdyby przejechał go samochód.
Sierżant Paweł S. Harcerz. Kolekcjoner. Idealista. Były policjant. Obecnie aresztant.
W sierpniu zeszłego roku Paweł S., policjant drogówki w Ustrzykach Dolnych, zatrzymał samochód. Kierował nim watykański ksiądz Stival Cianciarello. Jadąc na wycieczkę po Bieszczadach, nie zapalił świateł i przekroczył prędkość o przeszło 30 km/h. Sierżant postanowił wlepić mu 200 zł mandatu i pouczył, że na bieszczadzkich serpentynach trzeba jechać ostrożnie. Do rozmowy włączył się pasażer. Krzyczał na policjanta i machał rękoma. Wysiadł też z samochodu, zachowywał się agresywnie. Ty nie wiesz, kim ja jestem! – powtarzał wielokrotnie. Ponieważ sierżant nieraz już słyszał takie teksty, nie zareagował, tylko polecił siwemu krzykaczowi wsiąść do auta. Wypisał mandat, życzył szerokiej drogi i pożegnał panów uprzejmie. Zapomniał o tym zdarzeniu jak o tysiącu innych kontrolach drogowych.


Ludzie z góry
Po miesiącu został wezwany na dywanik do szefa: Ty naprawdę nie wiesz, z kim zadarłeś? Wtedy dowiedział się, że ów agresywny pasażer to arcybiskup Józef Michalik. Szef Kościoła katolickiego w Polsce zadzwonił do komendy wojewódzkiej, skarżąc się na sierżanta. Ponoszony miłością bliźniego poprosił o ukaranie „nadgorliwego” policjanta. Prośba najważniejszej osoby w kraju to więcej niż rozkaz. Sprawą zajął się ówczesny zastępca komendanta wojewódzkiego w Rzeszowie Jan Zając. Zapytał sierżanta S., jakiego jest wyznania, dlaczego uderza w Kościół katolicki i czemu zwracał się niegrzecznie do biskupa, nazywając go „proszę pana”, a nie „wasza eminencjo” (w rzeczywistości abepe Michalik jest ekscelencją zaledwie. Przy tym skoro do Boga mówi się Panie, to wypada podobnie do jego urzędników). Wicekomendant zażądał też anulowania mandatu. W trzy tygodnie potem Paweł S. został przeniesiony z wydziału ruchu drogowego do plutonu patrolowego, czyli na posadę krawężnika.
– Komendant powiedział, że musiał go przenieść, żeby „uciszyć tych chujów z góry” – mówi mi ojciec sierżanta S. Kogo miał na myśli, strach się domyślać.
W noc sylwestrową, gdy sierżant miał interwencję za interwencją, zauważył, że z radiowozu zginął jego zasobnik z bloczkami mandatów karnych oraz część pieniędzy i prawo jazdy. Szybko złożył raport, a pieniądze wyjął z własnej kieszeni i wpłacił w kasie komendy. Myślał, że to koniec kłopotów. To jednak był dopiero początek.
 

Ryzykowny incydent
Niedługo potem usłyszał podobno od przełożonego, komendanta Stanisława Dziedzica, że albo odejdzie ze służby, albo zostanie wyrzucony dyscyplinarnie. Taką wersję potwierdzają też anonimowo jego koledzy policjanci. Chłopak złożył rezygnację, a Dziedzic złożył doniesienie do prokuratury, że S. zniszczył mandaty po to, by przywłaszczyć sobie pieniądze. Te pieniądze, które oddał z własnej kieszeni. Prokuratura w parę dni potem postawiła byłemu już policjantowi zarzut niedopełnienia obowiązków i przekroczenia uprawnień.
– Nie mam sobie nic do zarzucenia – mówi Dziedzic. – Tam były uchybienia.
Co prawda przyznaje, że podobnych uchybień w policji jest wiele i kończą się jakąś karą porządkową, a nie doniesieniem do prokuratury, ale pamięta też o kłopotach policji po „incydencie” z arcybiskupem Michalikiem.
– Policjant musi zachowywać się godnie i z szacunkiem do zatrzymanego – komentuje tamto zdarzenie. Zapewnia jednak, że „incydent” nic go nie obchodzi, a ukaranie mandatem kościelnego dygnitarza nie ma związku z postępowaniem prowadzonym przeciwko S. Mówi też, że nikt „z góry” nie interweniował. Co innego twierdzi Komenda Główna Policji: ...interwencja w Komendzie Powiatowej Policji w Ustrzykach Dolnych spowodowana była ustną skargą na „wulgarne” zachowanie się policjanta wobec abp. Michalika w trakcie kontroli drogowej.
 

Kto, z kim, gdzie i kiedy
Prokuratura zdawała sobie sprawę, że postawione Pawłowi S. zarzuty nie utrzymają się w sądzie. Bo jak ukarać za zniknięcie mandatów, które i tak są wpisywane po zakończeniu służby w rejestrze nałożonych mandatów? Sierżantowi nic by to nie dało. Z zarzutów pozostał jedynie brak dbałości o dokumenty. A to cienkie.
Tymczasem S. wciąż głośno mówił o arcybiskupie i interwencji w tej sprawie komendy wojewódzkiej z Rzeszowa. Wtedy do akcji wkroczyło Biuro Spraw Wewnętrznych Komendy Wojewódzkiej Policji. Już w niespełna miesiąc później Paweł S. siedział w areszcie. Tym razem otrzymał grube zarzuty. Nielegalne posiadanie broni, jej przetwarzanie i handel nią. Prokurator Aurelia Skiba napisała, że w bliżej nieokreślonym czasie, w bliżej nieokreślonym miejscu i z bliżej nieokreślonymi osobami Paweł S. handlował bronią. Przeszukanie w domu sierżanta dało niebywałe wyniki: zabezpieczono dwa telefony komórkowe. Żadnej broni. Skąd więc takie zarzuty?
– Wszyscy w okolicy wiedzą, że Paweł ma hopla na punkcie różnych „wykopalisk” – mówi jego kolega z komendy. – Ciągle wykopywał jakieś orzełki, guziki od mundurów, jakieś bagnety z pierwszej wojny, skorupy. To zapaleniec. Jego zbiory nieraz zasilały okoliczne muzea.
– On był po przeszkoleniu pirotechnicznym, nie trzymałby żadnych niebezpiecznych materiałów, bo wie, czym to grozi – dodają koledzy S.
Przeszukania dokonano także u rodziców Pawła S. Sześciu funkcjonariuszy z bronią gotową do strzału, w kominiarkach, o szóstej rano wtargnęło do ich domu. Para starszych ludzi była szarpana i popychana. Przeszukanie trwało 2 godziny. Ani broni, ani mandatów nie znaleziono. Zabezpieczono komputer, telefon komórkowy i zdjęcia wnuków.
Razem z sierżantem zatrzymano innych kolekcjonerów. U nich znaleziono atrapy granatów, jakieś łuski po nabojach z wojny i inne żelastwa. Do aresztu trafił jednak tylko S. Prokurator Skiba zrobiła z sierżanta herszta bandy. Przy tym bandy nieistniejącej. Napisała, że zarzucane podejrzanemu czyny popełnione zostały (...) z udziałem osób, których tożsamości jeszcze nie ustalono. Uzasadniając areszt, napisała też, że ponieważ ona nie wie, z kim on jest w tej grupie przestępczej, niewiedza ta uzasadnia niezwłoczne odizolowanie Pawła S. od pozostałych osób. Pewnie od użytkowników Allegro, gdzie kolekcjonerzy wymieniali się swoimi wykopanymi zdobyczami.
Glina nie podskoczy
Według przełożonego Aurelii Skiby, prokuratora Piotra Krausa, materiał dowodowy oraz okoliczności popełnienia czynów uzasadniały wystąpienie do sądu z wnioskiem o zastosowanie wobec Pawła S. środka zapobiegawczego.

Dziś jedynym dowodem są zeznania moim zdaniem tendencyjne. Osoba pozostająca blisko prowadzonego śledztwa mówi mi, że to drobni przestępcy, którzy poszli na współpracę z prokuraturą oraz... funkcjonariusze Biura Spraw Wewnętrznych KWP. Prokurator Skiba nadal wnioskuje o przedłużenie aresztu, choć od kwietnia nie prowadzi wobec aresztowanego żadnych czynności procesowych. Prokurator Kraus zapewnia także, że szykany i toczące się postępowanie nie ma żadnego związku z ukaraniem kierowcy arcybiskupa mandatem za popełnione przekroczenie.
W każdym razie cały czas chodzi o stare żelastwo z czasów wojny, różne wykopywane bagnety, a nie o żadną realną broń. Prokurator Skiba dla dobra śledztwa długo nie pozwalała sierżantowi zobaczyć się z rodziną. Teraz każda taka rozmowa odbywa się w towarzystwie funkcjonariusza BSW. Podczas przesłuchania sierżanta funkcjonariusz BSW Dariusz Piguła sam dzwonił do żony S. z pytaniem, czy chce się widzieć z mężem. To miało złamać i tak już załamanego policjanta. Potem powiedział sierżantowi, że jeśli się nie przyzna do stawianych mu zarzutów, to rodzina nigdy nie dostanie widzenia. Podobno podał mu czysty protokół do podpisania. On sobie uzupełni...
– Czy to on pani o tym powiedział? – zapytał zdenerwowany Piguła, gdy do niego zadzwoniliśmy. – Skąd pani to wie?
Paweł S. ma dwoje malutkich dzieci. Roczna Marysia choruje (ma ataki duszności), a 4-letni Patryk wciąż siedzi w oknie i wypatruje, kiedy wróci tata. Chowa się w kącie z wyimaginowanym telefonem i dzwoni do ojca. Żona policjanta ze względu na chorobę małej nie może pracować. Od miesięcy zdychają z głodu.
Ojciec Pawła S. dowiedział się, że szef wszystkich biskupów polskich opowiada podczas różnych spotkań o tym głupim policjancie z Ustrzyk Dolnych, który już się napodskakiwał. Napisał list do abp. Michalika. Zapytał, dlaczego Michalik zrobił taką krzywdę jego synowi. Nie dostał odpowiedzi.
 

Arcymiłośnik bliźniego
Arcybiskup Józef Michalik jest głową polskiego Kościoła. Mówi w kazaniach, że najważniejsza jest rodzina i dzieci, zwłaszcza te dopiero poczęte. Jest też autorem książki „Kochać Boga – szanować człowieka”. Pisze w niej o miłości do bliźniego, o tym, że trzeba wspierać nawet tych, którzy są naszymi wrogami. A Paweł S., 32-letni policjant z Ustrzyk Dolnych, gnije w pudle, bo nie nazwał ekscelencji księdza arcybiskupa „eminencją”, tylko zwrócił się „proszę pana”.