Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Montelupich. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Montelupich. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 lutego 2013

A może deptał trawnik (NIE 07/2010)


Kto raz pójdzie siedzieć, poszukają na niego kija.

Czerwiec 2006
Grzegorz Ślak trafia do aresztu. Prokuratura Apelacyjna w Krakowie postawiła mu zarzut, że jako prezes Rafinerii Trzebinia SA chachmęcił przy sprzedaży paliw, oszukał skarb państwa na prawie 800 mln zł. Jak prokuratorzy ustalili kwotę uszczuplenia podatku? Wpadli na prosty sposób – zażądali, by Urząd Kontroli Skarbowej w Krakowie przeprowadził symulację: co by było, gdyby nieakcyzowe produkty (NKON, Flonaft, FL, N-15, Metalchron, Naftochron, antyutleniający preparat do benzyn motorowych oraz Antykor) były opodatkowane podatkiem akcyzowym takim jak olej napędowy lub benzyna. UKS wyliczył, że państwu należałoby się ponad 790 mln zł. Tyle że owe produkty nie były objęte akcyzą…
Gdy krakowski prokurator Marek Wełna, okrzyknięty pogromcą mafii paliwowej, ćwiczył wyobraźnię, sprawdzając, co by było, gdyby babcia miała wąsy, w Rafinerii Trzebinia trwały kontrole skarbowe. I nic. Ślak i jego koledzy działali zgodnie z prawem skarbowym i rozporządzeniem Ministerstwa Finansów, a rafinerię opuszczały produkty, za które nie płaci się akcyzy. Żadnego złodziejstwa nie stwierdzili. Wszystko na legalu. Pierwsze postanowienie UKS w Krakowie zapadło w grudniu 2007 r. Następne po roku. Decyzje są nieodwołalne i ostateczne. Głos w tej sprawie zabrał jeszcze Wojewódzki Sąd Administracyjny w Krakowie. W prawomocnym orzeczeniu podzielił zdanie kontrolerów. Ślak nic nie ukradł.
Grzegorz Ślak był prezesem Rafinerii Trzebinia od czerwca 2002 do października 2005 r. Gdy przyszedł na to stanowisko, przedsiębiorstwo było w fatalnym stanie. Pracownicy tylko czekali, kiedy ich zakład upadnie. Ślak zdychającą firmę zmienił w przodującą w regionie rafinerię, specjalizującą się w najnowszych biotechnologiach, przy­noszącą regularnie duże zyski.

Grudzień 2008
Po ostatniej decyzji UKS prokuratura powinna dać sobie spokój, zostawić rafinerię i Ślaka i zająć się prawdziwymi przestępstwami. Ale nie prokurator Marek Wełna. Pogromca mafii nie odpuszcza. Przeciwnie – rozszerza zasięg swojego śledztwa o pracowników UKS oraz Ministerstwo Finansów. Sędziego z WSA o dziwo pomija.
I tak do odrębnego postępowania wyłączono śledztwo przeciwko urzędnikom skarbowym, którzy wydali korzystne dla rafinerii orzeczenia. W styczniu 2009 r. na wniosek prokuratury CBA wkroczyło do krakowskiego UKS, a 6 lutego 2009 r. do Ministerstwa Finansów, przeprowadzając nakazane przez krakowskich śledczych rewizje. Poszukiwane były dowody spisku zawiązanego między urzędnikami resortu, skarbówki i prezesem Ślakiem. We wszystkich ważnych mediach pojawił się Marek Wełna. Z przejęciem i oburzeniem mówił o tym, że management rafinerii, działając w zorganizowanej grupie przestępczej, brał udział w nielegalnym obrocie paliwem i prał brudne pieniądze.

Kwiecień 2009
Ślak się wkurzył i złożył w Sądzie Okręgowym w Krakowie bezprecedensowy pozew o ochronę dóbr osobistych. Pozwał prokuratora Wełnę, zarzucając mu rozpowszechnianie nieprawdziwych i szkalujących go informacji. Zażądał zapłaty 50 tys. zł na cel charytatywny oraz przeprosin w głównym wydaniu „Wiadomości” TVP 1, na trzeciej stronie „Gazety Wyborczej”, „Dziennika Polskiego” i „Pulsu Biznesu”, a także na licznych portalach internetowych. W odpowiedzi na pozew prokurator Wełna wniósł o jego oddalenie. Stwierdził, że za ewentualne szkody wyrządzone przez prokuratora podczas wykonywania czynności służbowych odpowiedzialność ponosi skarb państwa. Bo za jego błędy zgodnie z przepisami płacą podatnicy. Tyle że wypowiedzi przed kamerami to nie są czynności procesowe i za nie odpowiada człowiek, który mówi.

Czerwiec 2009
Rozprawa przed krakowskim sądem. Ślak kontra Wełna. Rozprawa trwa niespełna godzinę. Sędzia odrzuca wniosek o zniesławienie. Według niego prokurator nie naruszył prawa, a wniosek Grzegorza Ślaka nie zasługuje na rozpatrzenie. Grzegorz Ślak wnosi odwołanie.

Listopad 2009
Przed Sądem Apelacyjnym w Krakowie odbywa się rozprawa odwoławcza. Prokurator Marek Wełna jest spokojny. Sędzia podtrzymuje wyrok poprzedniej instancji. Wniosek Ślaka nie zasługuje na uwzględnienie.

Grudzień 2009
Grzegorz Ślak ponownie trafia do aresztu. Na 2 miesiące. Krakowska prokuratura apelacyjna zarzuca mu finansowanie firm, które rzekomo zajmowały się nielegalnym obrotem paliwem. Według prokuratury w latach 1999–2000, będąc pracownikiem banku, udzielał kredytów, z których korzystała mafia paliwowa. Podobno był tego świadomy i miał z tego korzyść. W ciągu paru miesięcy rzekomo przyjął… przeszło 1 mln zł łapówek. Tak twierdzi świadek. Według prokuratury bank stracił przeszło 4 mln.  Tyle że bank nie złożył doniesienia o przestępstwie, a większość pożyczkobiorców twierdzi, że kredyty zostały spłacone. Większość kredytów była gotówkowa, a bankowiec nie odpowiada przecież za to, co z pieniędzmi robi kredytobiorca.
Prokuratura wszczęła śledztwo po przeszło 10 latach. Wskutek olśnienia?
Postępowanie prowadzi prokurator Rafał Babiński. Podwładny prokuratora Marka Wełny. Nadzoruje jego pracę zastępca prokuratora apelacyjnego Marek Wełna.

Styczeń 2010
Ślak wnosi zażalenie na zastosowany środek w postaci aresztowania. Prokurator Babiński sugeruje, że Ślak nie może opuścić aresztu, ponieważ próbował kontaktować się z jednym ze świadków, wysyłając mu z własnego telefonu SMS. Sąd podtrzymuje areszt. Ślak utrzymuje, że nigdy żadnego SMS-a nie wysyłał.

Luty 2010
Prokurator wnosi o przedłużenie aresztu. Podnosi, że miał za mało czasu, by zebrać materiał dowodowy. W międzyczasie prokurator Babiński przebywał na urlopie. Według rzecznika prokuratury, wcześniej zaplanowanym. Przez 2 miesiące aresztu Ślaka nawet go nie przesłuchano. Prokurator nie miał też czasu na przesłuchanie świadków. Dlatego Ślak musi pozostać w areszcie.
Posiedzenie w sprawie przedłużenia aresztu trwało 20 min. Sędzia przeczytała przygotowane zawczasu uzasadnienie. Przedłużenie środka zapobiegawczego w postaci aresztowania jest uzasadnione. Grzegorz Ślak spędzi kolejne 2 miesiące w areszcie śledczym przy ul. Montelupich w Krakowie.


Marek Wełna
 Jeśli jest to rewanż pewnego prokuratora, to i tak cywilizowany. Wikingowie z moszen swoich wrogów robili sakiewki.

środa, 27 lutego 2013

Katownia w Krakowie cz. 2 (NIE, 24/2008)

W „NIE” z 17 kwietnia tego roku ukazał się artykuł „Katownia w Krakowie”. Zawierał liczne przykłady skandalicznego traktowania osób aresztowanych w Zakładzie Karnym przy ul. Montelupich w Krakowie. Tym samym, w którym pozwolono zdechnąć z głodu obywatelowi Rumunii, fałszywie – jak się zdaje – oskarżonemu o kradzież. Przykłady innych pogwałceń praw człowieka były na tyle drastyczne, że postanowiliśmy w sposób oficjalny powiadomić o tym ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ćwiąkalskiego.
W odpowiedzi do redakcji nadeszło sprostowanie z Centralnego Zarządu Służby Więziennej. Mamy podstawy, by przypuszczać, że takie samo lub podobnej treści wyjaśnienie otrzymał minister Ćwiąkalski. Alarmujemy! Tłumaczenia dyrekcji więziennictwa są dalekie od prawdy, by nie powiedzieć wprost – są kłamstwem. Minister sprawiedliwości nie powinien być wprowadzany w błąd przez podległe mu służby. Jeśli ministerstwo wyrazi taką wolę, redakcja tygodnika „NIE” jest w stanie przedstawić dokumentację potwierdzającą wszystko to, co napisaliśmy, oraz to, co poniżej dodała autorka „Katowni w Krakowie”.
Publikujemy pełną treść pisma szefostwa więziennictwa. Nie traktujemy go jako sprostowania, choć pismo nosi taki nagłówek, w myśl prawa prasowego sprostowanie musi bowiem zawierać informacje prawdziwe. Dlatego bez wskazanej ustawą zwłoki publikujemy od razu odpowiedź autorki artykułu.
REDAKCJA



Odpowiedź autorki:
Leszek Szlachcic, według dokumentacji medycznej z kliniki okulistycznej we Wrocławiu (15-letnia historia choroby), chorował na jaskrę. W latach 1984 i 1985 przeprowadzono dwie udane operacje i stan jego wzroku się ustabilizował. Według leczących go lekarzy rozwój choroby wówczas się zatrzymał. Ale Szlachcic musiał być pod stałą opieką lekarza. W listopadzie 2000 r. został aresztowany. Klinika we Wrocławiu (prowadząca dr Jadwiga Jakubaszko) wydała wówczas opinię, że Szlachcic nie może przebywać w areszcie ze względu na stan zdrowia: Pacjent wymaga spokojnego trybu życia i unikania stresów mogących powodować wahania ciśnienia tętniczego krwi oraz ciśnienia śródgałkowego. Zaniechanie przestrzegania powyższych zaleceń stanowi zagrożenie całkowitej utraty wzroku. Konsultacja z 16 listopada 2000 r., na którą powołuje się dyrektor Czołgoszewski, była właśnie po to, żeby stwierdzić, że Szlachcic jednak może siedzieć w areszcie. Konsultację tę przeprowadzał... lekarz psychiatra.
Dyrekcja więziennictwa powołuje się na hospitalizację Szlachcica w szpitalu, ale nie dodaje, że nastąpiła ona nie z inicjatywy aresztu, tylko z nakazu sądu, do którego ścieżkę wydeptała rodzina aresztowanego. Adwokat dr Jacek Kruk z Wrocławia, pełnomocnik Szlachcica, złożył kilkadziesiąt próśb, wniosków i opinii lekarskich, żeby jego klient wreszcie został objęty opieką medyczną. Areszt przy Montelupich lekceważył wszystkie pisma. Z przeprowadzonej na żądanie sądu konsultacji wynika jednoznacznie, że Szlachcic może odbywać karę tylko poprzez aresztowanie w warunkach szpitalnych zapewniających stały nadzór pielęgniarski i pomoc lekarską. Pomimo tej opinii, Szlachcic przebywał w szpitalu bardzo krótko, a 277 dni odsiedział w zwykłej celi. Areszt nie stosował się ani do zaleceń biegłych, ani do nakazów sądu. Sąd rejonowy postanowieniem z 7 sierpnia 2001 r. nakazał bowiem przeprowadzenie badania wzroku Szlachcica przez biegłych lekarzy. Badania odbyły się dopiero 25 września i 4 listopada 2001 r., po interwencji rodziny zatrzymanego. W tym właśnie okresie Szlachcic miał ostre zapalenie jednego oka, a drugie stanowiło otwartą ranę. Wkrótce potem to drugie oko mu... pękło. Lekarz z aresztu przu Montelupich stwierdził, że Szlachcic samouszkadza sobie wzrok i konsultację okulistyczną uznał za niezasadną, choć chorych należy leczyć bez względu na przyczyny.
Przed prokuratorem Małgorzatą Pogódź lekarz z Montelupich Edward Padło bez ogródek stwierdził, że świadomie zaniechał prawidłowego leczenia, że fałszował dokumentację medyczną, a Szlachcic był pozbawiony prawidłowej opieki lekarskiej.
Leszek Szlachcic z pobytu w szpitalu pamięta, że parokrotnie obniżono mu ciśnienie. To wszystko. O 29 konsultacjach opisanych w powyższym piśmie usłyszał po raz pierwszy od nas.
Obecnie na wniosek Leszka Szlachcica pro-wadzone jest postępowanie przeciwko aresztowi przy Montelupich o doprowadzenie go do ciężkiego i trwałego uszczerbku na zdrowiu w postaci utraty wzroku. Szlachcic oskarża zarówno dyrekcję więzienia, jak i lekarza okulistę.
Leszek Szlachcic po przebytych operacjach (1984 i 1985 r.) miał ustabilizowaną 67-procentową utratę wzroku aż do początków 2001 roku. Odbiera to prawdopodobieństwo twierdzeniu, że sam sobie umyślnie wzrok uszkodził. Z aresztu przy Montelupich wyszedł niewidomy. Gdyby miał należytą opiekę lekarską, jak twierdzi dyrekcja więziennictwa, zapewne jego stan by się nie pogorszył.
•••
Adam Chmielewski pracował dla służb specjalnych. Wysyłano go z misjami między innymi do Afryki, do Afganistanu, prowadził najtrudniejsze sprawy. Był zdrowy jak koń. W areszcie przy Montelupich tygodniami leżał sparaliżowany w celi bez żadnej opieki medycznej. Nie wiem, czy znajduje się jakakolwiek dokumentacja medyczna mówiąca o tym, ale są na to świadkowie. Z jego karty chorobowej z aresztu wynika, że w wyniku utraty świadomości doznał trwałego urazu kręgów szyjnych. Wyniki badanego ciśnienia tętniczego nawet laika mogą przyprawić o zawrót głowy. Tydzień przed opuszczeniem aresztu w książce zdrowia osadzonego pomiar ciśnienia wskazywał 200/100. Z karty zdrowia wynika, że przez cały okres pobytu w szpitalu Chmielewskiemu ordynowano Tramal. Człowiekowi w stanie ogólnym dobrym? Na odciski?
W drodze do prokuratury na przesłuchanie Chmielewski trafił do cywilnego szpitala w stanie agonalnym. Z tej wizyty jest dokumentacja medyczna. W karcie Szpitalnego Oddziału Ratunkowego ZOZ MSWiA w Katowicach z 19 kwietnia 2006 r. napisano, że Adam Chmielewski przebywał tam 4 godziny i 10 minut. Ratowano mu życie. Tego samego dnia więzienny lekarz stwierdził, że Chmielewski jest zdrowy i może brać udział w przesłuchaniu.
29 września 2006 r. Chmielewski wyszedł z aresztu. Nie do domu, trafił prosto do Centralnego Szpitala Klinicznego na oddział ratunkowy z migotaniem przedsionków (z karty informacyjnej). Trzy miesiące później neurolog stwierdził poważne zagrożenie udaru mózgowego przy utrzymującym się ciśnieniu tętniczym 240/120. Lekarz pisze wyraźnie: pacjent ma poważne ryzyko wystąpienia incydentów mózgowych włącznie z zagrożeniem jego życia. Następny opis choroby mówi: rokowania bardzo złe.
Chmielewski dopiero niedawno wyszedł ze szpitala w Aninie, a wyniki jego badań mówią niezbicie, że w każdej chwili może stracić życie. Są też dziesiątki pism, próśb, a nawet błagalnych wystąpień narzeczonej Chmielewskiego i jego matki do zarządu służby więziennej, w których piszą o jego chorobie, kalectwie i błagają o opiekę medyczną. Bez skutku. Albo służba więzienna nie reaguje, albo odmawia. Matka Chmielewskiego napisała do wszystkich gazet i posłów: stan zdrowia mojego syna jest krytyczny i dalszy pobyt w więzieniu grozi mu śmiercią. Nie dostała odpowiedzi, za to sama trafiła za kratki.
•••
Kolejny bohater artykułu, były prokurator Paweł Hajoł, według dyrekcji więziennictwa na własne życzenie stracił zdrowie, bo odmówił hospitalizacji. A czy dyrekcji wiadomo, że kierowano go do psychiatryka, a on był poważnie chory endokrynologicznie? O tym, że Hajoł stracił zdrowie w areszcie przy Montelupich, najlepiej świadczy fakt, że niedługo po wyjściu na wolność cywilna komisja lekarska stwierdziła u niego znaczny stopień niepełnosprawności i przyznała mu rentę. Jego przygody z lekarzami służby więziennej opisałam w artykule „Prokuratorzy się sadzają” („NIE” nr 20/2008). Pozew Hajoła przeciwko nadużywaniu władzy przez prokuraturę w Krakowie i przeciwko aresztowi przy Montelupich został uznany przez Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu za uzasadniony i w czerwcu zostanie rozpatrzony. Hajoł pozywa państwo polskie, służbę więzienną, prokuraturę i lekarza więziennego.
JOANNA SKIBNIEWSKA
askibniewska@redakcja.nie.com.pl

    Na podstawie art. 31 i 32 ustawy z dnia 26.01.1984 r. Prawo Prasowe w związku z podaniem nieprawdziwej informacji w artykule „Katownia w Krakowie”, opublikowanym w „NIE” z 17 kwietnia 2008, autorstwa red. Joanny Skibniewskiej, wnoszę o opublikowanie w najbliższym lub jednym z dwóch następujących po nim przygotowywanych do druku numerów – od otrzymania sprostowania, w tym samym dziale, równorzędną czcionką oraz pod widocznym tytułem, sprostowania wiadomości nieprawdziwej o poniższej treści:
    „W artykule „Katownia w Krakowie” w opisywanym przypadku Pana Leszka Szlachcica pada stwierdzenie: „gdy trafił do aresztu, miał zaświadczenie od lekarza, że musi być pod stałą kontrolą okulisty. Mógł sobie tym świstkiem tyłek podetrzeć (...). O konsultacji lekarskiej w czasie aresztu nie miał co marzyć.” Stwierdzenie to jest nieprawdziwe. Pan Leszek Szlachcic przebywając w Areszcie przy Montelupich miał zapewnioną należną opiekę lekarską, w tym okulistyczną. Po raz pierwszy był konsultowany okulistycznie już dnia 16.11.2000 roku – czyli na drugi dzień po przyjęciu do aresztu. W trakcie konsultacji postawiono rozpoznanie i zalecono leczenie. Chory miał zapewnioną właściwą opiekę lekarską. Łącznie tylko w trakcie hospitalizacji osadzony był 29 razy konsultowany przez okulistę (nie uwzględniając konsultacji ambulatoryjnych).
    Opisując kolejny przypadek Pana Adama Chmielewskiego autorka artykułu sugeruje, że osadzony nie był objęty właściwą opieką lekarską, a nawet posłużyła się stwierdzeniem: „Z aresztu wyszedł ze zrujnowanym zdrowiem”. Fakty są takie, że od początku aresztowania osadzony miał zapewnioną opiekę medyczną. Został wypisany z oddziału w stanie ogólnym dobrym.
    Kolejny przykład na niewłaściwą opiekę medyczną w krakowskim areszcie to przypadek Pawła H. Tu też pada kategoryczne stwierdzenie „wyszedł z aresztu jako kaleka” – sugerujące, że personel medyczny aresztu przyczynił się do takiego stanu. Fakt jest taki, że Pan Paweł H. odmówił przyjęcia do oddziału wewnętrznego szpitala podczas konsultacji przeprowadzonej w dniu 16.09.2004 roku.”

    W stosunku do pozostałych wymienionych w artykule osób nie jesteśmy w stanie ustalić personaliów, co czyni niemożliwym odniesienie się do przedstawionych medycznych zarzutów.

W posiadaniu redakcji jest dokumentacja medyczna Adama Chmielewskiego, włącznie z kartą choroby osadzonego, oraz dokumentacja medyczna zarówno Pawła Hajoła (włącznie z orzecznictwem w sprawie niepełnosprawności), jak i Leszka Szlachcica. Poza tym dokumentacja sądowa, pozwy przeciwko aresztowi, lekarzowi, dyrektorowi aresztu, protokoły z przesłuchań świadków w przedstawianych sprawach. Posiadamy też dziesiątki pism i wniosków wysyłanych do aresztu z prośbą o pomoc lekarską oraz odpowiedzi dyrekcji, zwykle odmowne. No i oczywiście relacje naocznych świadków.

Katownia w Krakowie (NIE, 16/2008)

Śmierć albo kalectwo w areszcie przy Montelupich. Claudiu Crulic popełnił błąd. Wierzył w sprawiedliwość, prawo i ludzką przyzwoitość. Za tę wiarę zapłacił życiem. Jego akurat sprawa obiegła środki przekazu, choć bez szczegółów, które przedstawimy. Nim to nastąpi, zaprezentujemy inne typowe ofiary krakowskiego aresztu przy Montelupich, w którym zdarzenia takie, jak to dotyczące rumuńskiego więźnia, wcale nie są wyjątkowe.

 
Leszek Szlachcic jest inwalidą I grupy, niewidomym. Nigdy nie był karany. Spędził 27 miesięcy w areszcie śledczym w Krakowie. Jest oskarżony o próbę wyłudzenia z Centrum Leasingu i Finansów w Krakowie 417 tys. zł. Twierdzi, że jest niewinny. Ma na to dowody. Oskarża prokuratorów z Krakowa o spowodowanie ślepoty. W areszcie śledczym odebrano mu zdrowie i wzrok.
19 lat temu Szlachcic zaczął tracić wzrok – jaskra. W latach 1984–1985 specjaliści z wrocławskiej kliniki przeprowadzili dwie udane operacje. Udało się powstrzymać postęp choroby. Odkupił od związku niewidomych dwie spółki, założył stowarzyszenie pomagające inwalidom. Zatrudnił około 90 niewidomych. Gdy trafił do aresztu, miał zaświadczenie od lekarza, że musi być pod stałą kontrolą okulisty. Mógł sobie tym świstkiem tyłek podetrzeć.
– Gdy zgłaszałem prośbę o konsultację lekarską, służba więzienna pisała, że moje problemy wynikają z samouszkodzenia wzroku – mówi Szlachcic. – To jakiś absurd.
Szlachcic ma dowód, że to nieprawda. Sądowy lekarz okulista wydał opinię, że nigdy nie doprowadzał do samookaleczeń, a dotychczasowe zmiany spowodowane są chorobą. O konsultacji lekarskiej w czasie aresztu nie miał co marzyć. Prokurator nawet nie rozpatrywał jego próśb. Szlachcic stracił wzrok.
Złożył doniesienie o przestępstwie. Umorzono. Złożył następne, następne i następne. Umorzono. Wszystkie sprawy prowadziła prokuratura w Krakowie.
 
Stanisława Chmielewska. Aresztowana przez krakowską prokuraturę, żeby „zmiękczyć” jej syna aresztowanego wcześniej. Chłopak nie chciał mówić, przymknęli mu więc matkę stawiając jej absurdalne zarzuty. Chmielewska była w areszcie rok i trzy miesiące. Wyszła w stanie agonalnym w pierwszej fazie udaru mózgu.
Badający Chmielewską lekarz z krakowskiego pogotowia po badaniu przed aresztowaniem napisał, że wyjątkowo wyraża zgodę na jeden dzień jej pobytu w izbie zatrzymań. W kilka dni po zatrzymaniu adwokat Chmielewskiej złożył wniosek o przebadanie jej przez biegłych lekarzy. Lekarze takie badanie przeprowadzili – w rok i trzy miesiące od złożenia wniosku! Chmielewska jest wrakiem człowieka. Sześć guzów tarczycy, guz piersi, osteoporoza, cukrzyca, dyskopatia, pierwsza faza udaru mózgu z postępującym paraliżem kończyn dolnych i mimicznymi zmianami na twarzy. Gdy z powodu konwulsji wreszcie zbadał ją więzienny lekarz i zrobił EKG, wyrwał z aparatu wynik i darł go na strzępy. Potem znowu robił pomiar i znowu darł, a pielęgniarka trwożnie pytała: „Wołamy pogotowie?!”. Nie zawołali.

Jej syn Adam trafił do aresztu za... wykrywanie przestępstw gospodarczych w koncernach paliwowych (pracował dla służb specjalnych). Zarzucono mu, że skumał się z przekręciarzami. Nam wydaje się, że za dużo wiedział o ważnych tego kraju, ale o tym zdecyduje sąd. Oczywiście aresztowała go krakowska prokuratura.
Do aresztu na Montelupich trafił zdrowy. To było wielkie, silne chłopisko, zbudowane jak ze stali. Po dwóch miesiącach zaczęły się zawroty głowy, silne bóle, utraty przytomności. Prosił o konsultację lekarską. Prokurator uznał, że symuluje. Raz zmierzono mu ciśnienie: 200/120. Lekarz się uśmiał i wysłał go do celi. Niedługo potem Chmielewskiego sparaliżowało. Służbę więzienną zaalarmowali współwięźniowie. Gdy przyszedł lekarz, pociął mu nogę, żeby udowodnić, że aresztant ma czucie w nogach. Adam do dziś ma blizny. Lekarz stwierdził, że „coś jest nie tak”, i zostawili go w celi. Na rok. W międzyczasie wysiadło mu serce. Gdyby nie więźniowie, Chmielewski umarłby z głodu. Zwyczajnie w stanach krytycznych trzeba było go karmić. Prokurator nie wyraził zgody na konsultację lekarską, mimo że narzeczona i matka błagały w pismach o pomoc lekarską. Kiedyś w drodze na przesłuchanie zaczął umierać. Służba więzienna zatrzymała się przy pierwszym w mieście szpitalu. Ledwo przeżył. Lekarz więzienny chwilę przedtem napisał, że jest całkowicie zdrowy i może brać udział w przesłuchaniu. Z aresztu wyszedł ze zrujnowanym zdrowiem.
 
Paweł H. – prokurator. Znany w Krakowie, bo łapał pospolitych bandziorów. To on zresztą prowadził niefortunną sprawę prezesa Optimusa Romana Kluski. Paweł H. też trafił do aresztu na Montelupich. Jego kumpel z krakowskiej prokuratury zarzucił mu wzięcie łapówki – 1000 zł. Zaraz jak Paweł H. zniknął z prokuratury, ów kumpel zaczął opowiadać, że to on rozpracował Kluskę. Pawła H. wykończono w areszcie. Już po pierwszych miesiącach zaczęły się poważne problemy endokrynologiczne. Tym bardziej że aresztant był wcześniej leczony. Prosił o konsultację lekarską. Cisza. Błagał o nowe leki i kurację hormonalną. Wyśmiano go. W papierach napisano, że symuluje. Gdy nagle zaczął puchnąć, a zbierające się w organizmie płyny zagrażały życiu, lekarz więzienny napisał, że to... otyłość prosta. W areszcie przesiedział rok. Dziś jest w stanie udowodnić, że zatrzymano go na podstawie fałszywych zeznań. Co z tego, skoro zdrowia nikt mu nie wróci. Wyszedł z aresztu jako kaleka. Pięć dni przed stwierdzeniem przez lekarza spoza więzienia stanu krytycznego i nieodwracalnych zmian, lekarz więzienny napisał, że Paweł H. jest zupełnie zdrowy.
– Takie oświadczenie wymusił na nim prokurator, żeby Paweł H. mógł wziąć udział w przesłuchaniu – powiedział jego współwięzień.  

   
Żona Pawła H., biegły lekarz sądowy, pisała wielokrotnie do prokuratury. Bezskutecznie. Pisała skargi na lekarzy. Raz dostała odpowiedź, że przeprowadzono rozmowę profilaktyczno-wychowawczą.

 
Zamordowany samobójca
Wróćmy do tragicznie zmarłego Claudia Crulica. We wrześniu prokuratura z Krakowa (Śródmieście Zachód) wydała nakaz aresztowania. Prokurator utrzymywał, że rumuński emigrant okradł krakowskiego sędziego. Zginął mu portfel. Sędzia rozpoznał w Claudiu sprawcę, dla prokuratora sprawa była więc zamknięta. Nawet nie próbował weryfikować faktów i udowadniać winy.
Jestem niewinny, upierał się Claudiu. Prosił o kontakt z rumuńskim konsulatem. Prokuratura nawet nie odpowiedziała. Prosił o tłumacza. Jak grochem o ścianę. Błagał, żeby dołączono do akt sprawy bilet autobusowy do Mediolanu świadczący o tym, że w chwili popełnienia przestępstwa nie było go w Polsce. Nic. Prosił o przesłuchanie świadków, którzy go w autobusie widzieli. Zero reakcji. Lekceważyli go wszyscy. Wtedy zdecydował się na desperacki krok. Rozpoczął głodówkę. W ramach protestu, a nie jako próbę samobójczą, co dziś próbują wmówić władze więzienne, prokuratura i sąd.
Crulic nie jadł cztery miesiące. Służba więzienna w areszcie śledczym na Montelupich w Krakowie nie zrobiła nic żeby zapobiec tragedii. Nie tylko mogła coś zrobić, ale zgodnie z ustawą o służbie więziennej był to jej psi obowiązek. Za każdego osadzonego są odpowiedzialne władze więzienia, a za aresztanta odpowiada także prokurator i sąd. Te trzy jednostki były zobowiązane chronić Claudiu. Tymczasem te trzy jednostki, współdziałając ze sobą, doprowadziły do jego śmierci.
Jak wynika z akt sprawy (I DS 1488/07) – Crulica 3 stycznia przyniesiono na noszach do szpitala. Po prawie czterech miesiącach głodówki. Lekarze napisali, że więzień jest w złym stanie, wyniszczony i odwodniony
– Kości obciągnięte skórą – mówili lekarze. Nic nie mówił, na pytania odpowiadał kiwnięciem głowy.
Wtedy pewnie służba więzienna i prokurator trochę się przestraszyli. Wystąpili do sądu.
14 stycznia sąd zgodził się na badanie krwi głodującego i przymusowe karmienie go przez sondę. Co z tego, skoro nadal nie karmiono go sztucznie.
– Wyrok musiał się uprawomocnić – stwierdził rzecznik aresztu na Montelupich.
Dawno nie słyszeliśmy większej bzdury.
– Dyrektor więzienia i służba więzienna ma wszelkie środki prawne, żeby natychmiast, bez zgody sądu, rozpocząć sztuczne odżywianie – mówi anonimowo (czego się boi?) jeden z dyrektorów więzienia. – To jest jego obowiązek. A badania krwi muszą być wykonywane rutynowo!
Mężczyzna umarł cztery dni później. Dyrektor więzienia stwierdził, że na własne życzenie.
– Był bardzo spokojny i całkowicie poczytalny. Doskonale wiedział, czym może skończyć się jego upór – powiedział Stanisław Teleśnicki, lekarz z krakowskiego więzienia.
Rumun był wyjątkowo spokojny, szczególnie w ostatnich dniach, gdy miał siłę jedynie zamrugać powiekami na znak, że w ogóle słyszy.

 
Nie da się zapomnieć
Porozmawialiśmy z innymi pensjonariuszami krakowskiego aresztu – Leżałam w szpitalu więziennym – mówi była aresztantka, – a nad nami dosłownie wył człowiek. Nazywali go Sum. Miał trochę ponad 20 lat. Wył przez tydzień. Z bólu.
Aż pewnego dnia słychać było, jak strażnicy wpadli do celi, był wielki rumor, huk. Nietrudno było rozpoznać odgłosy bicia. I chłopak przestał wyć. Niedługo potem próbował się powiesić. Jego rodzice składali doniesienie. Udokumentowali winę. Postępowanie prowadziła krakowska prokuratura. Wynik znamy.
Dawid L., Żyd z oddziału III. Młody chłopak ze stwierdzoną klaustrofobią. Miał zalecenie dodatkowych spacerów po korytarzu. Był bity przez oddziałowych i klawiszy. Raz odmówił jedzenia. Został dotkliwie pobity. Naśmiewali się z niego, mówili „Mosiek”. Zamykali specjalnie w izolatce. Wychodził oszalały. Po paru takich odosobnieniach nigdy nie wrócił do siebie. Nasi informatorzy ostatni raz widzieli go, gdy na Montelupich był prawie rośliną. Żydowską rośliną z celi 207.
Iwonka, 22 lata, przyszła do aresztu zdrowa. Za niespłacony kredyt. Po pewnym czasie wpadła w panikę. Bała się wejść do celi. Współwięźniarki były pewne, że zabrano ją do psychiatry. Gdy w południe szły na spacerniak, zobaczyły Iwonkę. Leżała na korytarzu na podłodze. A tam goły beton. Bezwładna, prawie goła. Prosiły oddziałowego, żeby wezwał lekarza. Gdy wracały po godzinie, Iwonka nadal leżała na tym samym miejscu. Nieprzytomna. Gdy więźniarki zaopiekowały się nią i odzyskała przytomność, nie była tą samą dziewczyną. Nie mówiła, nie umiała się ubrać, umyć. Nigdy nie zbadał jej psychiatra. Więzienny lekarz zaordynował jakieś leki. Spała po nich z otwartymi oczami. Nie było z nią kontaktu.
Bernadetta, nazywały ją Basia, też wymagała opieki psychiatrycznej. Próbowała się wieszać. Co noc rwała prześcieradło, żeby zrobić sznurek. Cały czas trzeba było jej pilnować. Bliscy monitowali do prokuratora, prosili o konsultację psychiatryczną, więźniarki prosiły o pomoc. Prokurator nie widział powodu do reakcji. Czy Bernadetta żyje? Czy może wreszcie skręciła swój sznur?
Marzenka, 28 lat, trafiła do aresztu za coś drobnego. Pewnego dnia zasłabła. Zmierzono jej ciśnienie. 210/100.
– Może napije się pani kawy – podobno z uśmiechem zapytał lekarz. Tego dnia było 38 stopni na dworze. W celach jeszcze cieplej. Lekarz nie pozwolił uchylić okna, choć były kraty. Więźniarki kilka godzin okładały ją mokrymi ręcznikami.
Leszek Szlachcic pamięta młodego aresztanta z celi obok. Mówił, że ma zawał. Współwięźniowie wzywali lekarza na pomoc. Przyszedł. Kazał mu wstać i iść do pielęgniarki. Chory nie mógł. Strażnicy zostawili go, tylko zerkali przez wizjer. Za dwa dni znowu więźniowie wzywali pomoc. Chory tracił przytomność. Kazano mu wstać i iść do pielęgniarki. Tak było trzy razy. Po ośmiu dniach wyniesiono go na noszach do więziennego szpitala. Parę cel dalej. Za późno. Zmarł na noszach tuż przy celi mojego rozmówcy. Miał zawał.
Stanisława Chmielewska siedziała kiedyś w celi z narkomankami. Trzy z nich były nosicielkami HCV, wirusowego zapalenia wątroby typu C. Najcięższego. Większość była na metandonie. Gdy wracały z zastrzyku, kiwały się półprzytomne na pryczach. Spadały, kaleczyły się. Chmielewska, ciepła opiekuńcza kobieta, pilnowała godzinami, żeby nie połamały sobie rąk i nóg. Kobieta, która sama wymagała stałej opieki lekarskiej.
Zgniła nora z pleksi w okienku i z betonową podłogą – to cela... szpitalna. Te, w których przebywają aresztanci, trudne są do opisania. Na Montelupich są dokręcane łóżka pod sufitem. Gdy przyjeżdża kontrola unijna, łóżka się odkręca, a więźniowie na chwilę umieszczani są w innym pawilonie. Opieka medyczna w tym areszcie praktycznie nie istnieje. Lekarze i pielęgniarze za wszelką cenę starają się nie wpisywać do karty złych wyników. Podobno na życzenie prokuratorów. Aresztant prawie zawsze może brać udział w przesłuchaniach, nawet gdy traci przytomność. Więźniowie mówią też, że stomatolog nie dezynfekuje narzędzi. Cały czas używa tych samych. Nikt nie zwraca uwagi na pory podawania leków. Cukrzycy zapadają w śpiączkę.

Polska odpowie
Rodzina 33-letniego Rumuna, który zagłodził się na śmierć w krakowskim areszcie, przygotowuje pozew przeciwko państwu polskiemu. Tymczasem krakowski areszt i ambasada Rumunii twierdzą, że mężczyzna umarł z głodu na własne życzenie. Postępowanie wyjaśniające w sprawie śmierci Crulica prowadzi... areszt przy Montelupich. Czy przypadkiem nie nastąpiło zaniedbanie, bada... krakowska prokuratura. Już się ktoś wypowiedział, że Crulic na pewno podjadał, bo więźniowie kupują sobie jedzenie w bufecie i dostają paczki. Jasne! W bufecie mogą się zaopatrzyć co dwa tygodnie, a prawo do paczek mają raz na kwartał do pięciu kilo.
We wszystkich opisanych przypadkach przewijają się ci sami prokuratorzy i sędziowie. O kilku z nich już pisaliśmy. Mogliby być głównymi bohaterami i tego artykułu. Tym razem jednak bohaterami są ich ofiary. Ile ich jeszcze będzie? Nie trzeba jechać do Tybetu, żeby zobaczyć naruszanie praw człowieka.

Areszt tymczasowy

Jest najsroższym środkiem zapobiegawczym, który stosuje się wobec najgroźniejszych przestępców lub gdy zachodzi uzasadnione podejrzenie, że będą próbowali ucieczki albo będą mataczyć czy niszczyć dowody. Stosuje się go na trzy miesiące, gdyż ustawodawca uznał, że sprawnie działający prokurator w takim czasie powinien uporać się z zabezpieczeniem dowodów. W szczególnych przypadkach sąd na wniosek prokuratury może tymczasowe aresztowanie przedłużyć. Najwyżej o trzy miesiące. W Krakowie i nie tylko znaczna część kary odbywa się bez wyroku – w areszcie. Ciągle zdarza się, że po czasie sąd wydaje wyrok uniewinniający albo akt oskarżenia w ogóle nie trafia do sądu. Osoby w ten sposób pokrzywdzone przez prokuratorów składają pozwy o odszkodowania. Płaci za to skarb państwa, czyli my wszyscy. A logicznie rzecz ujmując zapłacić powinien ten, kto nietrafnie wniósł o zastosowanie aresztu. Niekiedy długi pobyt w areszcie wpływa na wydanie sroższego wyroku po to, aby pozbawienie wolności obejmowało ten czas, który podsądny spędził w areszcie z woli sądu i zanim jego sprawa została merytorycznie rozpatrzona.

Niechciane dowody

W czasie śledztwa Crulic chciał, aby do akt jego sprawy dołączono bilet autobusowy wykupiony na podróż z Krakowa do Mediolanu. Bilet był datowany na 10 lipca, co dowodziłoby, że Rumun wyjechał z Polski i 11 lipca, gdy popełniono kradzież, nie było go w Krakowie (redakcja „Tygodnika Powszechnego” posiada kopię tego biletu oraz listę pasażerów). Dziennikarka „Tygodnika Powszechnego” Małgorzata Nocuń dotarła do pracownicy biura podróży Jordan, która 10 lipca była pilotką kursu i znała Crulica – był częstym pasażerem na tej trasie. Kobieta pamięta, że 10 lipca o 14.20 na przystanku Kraków Główny wsiadł tylko jeden pasażer – był nim Claudiu Crulic. Twierdzi, że nie mogłaby pomylić go z nikim innym i wpuścić na jego bilet kogoś innego. Jednak prokuratura nie przesłuchała pilotki jako świadka.