Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jarosław Kaczyński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jarosław Kaczyński. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 marca 2013

Ziobro kłamie (NIE 8/2013, 15.II.2013)



Zbigniew Ziobro jako prokurator generalny łamał prawo, dyktując świadkowi, co ma mówić. 

Utajnione taśmy, które powinny postawić Ziobrę przed Trybunałem Stanu, istnieją. 
Ziobro blady, Kaczyński wmieszany. 

"NIE" ujawnia kulisy rządów PiS.

To był spektakl. Wszystkie stacje telewizyjne pokazywały nagranie z warszawskiego hotelu Marriott.
Widzieliśmy Ryszarda Krauzego i Janusza Kaczmarka. Raz w krawacie, raz bez. Uśmiechnięty Zbigniew Ziobro mówił do kamer o największej akcji prokuratury i CBA. Znakomitej akcji. Machał dyktafonem, na którym był rzekomo niezbity dowód na to, że Andrzej Lepper jest niegodny stanowiska wicepremiera i stania u boku Jarosława Kaczyńskiego. Prokuratura i CBA chciały udowodnić, że w resorcie rolnictwa kierowanym przez Leppera za łapówkę można wszystko załatwić. Nic z tego nie wyszło. Przeszkodził wyimaginowany przeciek. Zatrzymania, areszty, całonocne przesłuchania...
Cel został osiągnięty. Ziobrze i podległym mu instytucjom udało się rozwalić koalicję rządową i zniszczyć kilka znaczących osób. Przecieku nie znaleziono. A to wcale nie było trudne. Wystarczyło przesłuchać nagrania rozmów Netzla i Ziobry.

Co cieknie z Ziobry

Jaromir Netzel miał być pionkiem w grze. Szef PZU znał wszystkich znaczących polityków i biznesmenów. Idealny świadek. Pracował nad nim sam Ziobro. Netzel mógł pogrążyć Janusza Kaczmarka, bo takie było zapotrzebowanie.
Netzel zgłaszał wielokrotnie, że ówczesny minister sprawiedliwości Ziobro nakłaniał go w rozmowach telefonicznych do składania fałszywych zeznań przeciwko Kaczmarkowi. Twierdził też, że to Ziobro ujawnił mu tajemnice śledztwa.
Pierwszy raz, 16 lipca 2007 r., przyjechałem prosto z lotniska po prośbach ministra sprawiedliwości, który mówił, że to dla mojego dobra. Dlatego jestem - zapewniał prokuratora Pawła Wilkoszewskiego (protokół z przesłuchania). Wtedy po raz pierwszy wspomniał o swoich rozmowach z Ziobrą.
Drugi raz opowiedział prokuratorowi Mariuszowi Kierepce 8 sierpnia 2007 r.: Dzwonił do mnie 13 lipca dwa razy. w godzinach wieczornych. Raz, jak byłem na fotelu dentystycznym, a drugi raz, jak byłem już 5 minut do CBA. Opowiedział o tej rozmowie. O tym, że minister uprzedzał go, że ktoś chce go wkręcić w aferę. Żeby uważał. I żeby natychmiast pojechał do CBA i powiedział, co trzeba o Kaczmarku (świadkiem rozmowy był pracownik gabinetu stomatologicznego). Prokuratorowi Kierepce Netzel powiedział też o pozostałych rozmowach. Zeznał to do protokołu.
Netzel zyskał tyle, że postawiono mu zarzuty utrudniania śledztwa i składania fałszywych zeznań.
Nagrań z tych rozmów nie odsłuchano. Ponoć nigdy takich nie było.
Tymczasem były. W aktach sprawy VDs 324/07(postępowanie prowadzone przez Prokuraturę Okręgową w Warszawie) i VI Ds. 42/07(postępowanie prowadzone w Rzeszowie w sprawie przekroczenia uprawnień przez CBA i prokuraturę). I nadal są. Obecnie w Sądzie Rejonowym Warszawa-Mokotów. Nie wszystkie, zaledwie 3. Są jednak wystarczająco jasne, by zrozumieć, że Ziobro i Kaczyński dokonali zamachu stanu.

Albo Ziobro, albo Netzel

Afera gruntowa okazała się bańką mydlaną. Śledztwa zostały umorzone, odszkodowania za bezzasadne zatrzymania wypłacone, a po latach sprawą zajęła się sejmowa komisja śledcza ds. nielegalnych nacisków. Przesłuchania przed komisją znowu przypomniały o rozmowach Ziobry z Netzlem.
W dniach 13, 16, 17 i 30 lipca 2007 r. odbyły się rozmowy telefoniczne (połączenia z telefonów komórkowych) pomiędzy ówczesnym ministrem sprawiedliwości prokuratorem generalnym Zbigniewem Ziobro a mną. Połączenia były inicjowane przez ministra Zbigniewa Ziobro z zastrzeżeniem, że w jednym przypadku ja mogłem oddzwonić po nieudanej próbie połączenia ze strony pana Zbigniewa Ziobry, a dodatkowo jedna lub dwie rozmowy odbyły się z telefonów stacjonarnych. Fakt ten jest niewątpliwy i wynika bezspornie z zestawień rozmów prowadzonych z użytkowanych przeze mnie numerów telefonów komórkowych (billingów) pozyskanych przez Prokuraturę Okręgową w Warszawie w toku śledztwa V Ds. 324/07. Stenogramy rozmów pomiędzy mną a ówczesnym ministrem sprawiedliwości prokuratorem generalnym Zbigniewem Ziobro wobec postawienia mi zarzutów składania fałszywych zeznań powinny znaleźć się w aktach śledztwa prowadzonego z moim udziałem. W aktach sprawy Prokuratury Okręgowej w Warszawie VI Ds. 307/09 stenogramów powyższych rozmów nie ma, pomimo iż są stenogramy rozmów w najmniejszym stopniu nie związanych z moją osobą - takie pismo wpłynęło do sejmowej komisji śledczej ds. nielegalnych nacisków.
Ziobro wyśmiał Netzla, gdy ten wspomniał o jego kontaktach telefonicznych. Powiedział, że nigdy z nim nie rozmawiał, a już na pewno nie na temat prowadzonego wówczas postępowania. Netzel złożył doniesienie o składaniu przez Ziobrę fałszywych zeznań przed komisją śledczą.

Sprawę przekazano do Prokuratury Okręgowej w Ostrołęce. Tam prokurator odmówił wszczęcia śledztwa, gdyż według niego Ziobro nie kłamał.
Czyli musiał kłamać Netzel przed komisją, gdy mówił, że Ziobro do niego dzwonił. Sprawę o składanie fałszywych zeznań, tym razem przez Netzla, złożył Janusz Kaczmarek. Postępowanie znowu prowadziła ostrołęcka prokuratura. Prokurator ponownie odmówił wszczęcia, bo. Netzel nie kłamał przed komisją śledczą.
Gdy komisja sejmowa zwróciła się do Prokuratury Okręgowej w Warszawie o przekazanie tych nagrań, najpierw odpowiedziała prokurator Katarzyna Bosiakowska, że wszystkie stenogramy rozmów zostały przekazane komisji śledczej. Co nie było prawdą. Komisja poprosiła o nagrania po raz drugi. Kolejny prokurator warszawskiej okręgówki Małgorzata Adamajtys odpowiedziała: ...uprzejmie informuję, że po do dokonaniu przeglądu akt sygn. V Ds. 324/07oraz Y Ds. 400/07nie ujawniono we wskazanych sprawach jakichkolwiek zarejestrowanych rozmów telefonicznych pomiędzy Jaromirem Netzlem a Zbigniewem Ziobro. Co było wierutnym kłamstwem.

Ziobro uszom nie wierzy

Ziobro triumfował. Netzel okazał się naiwny. Aż do dnia, gdy prokurator Bogusław Olewiński prowadzący postępowanie w Rzeszowie wygadał się, że zna treść tych rozmów.
- Ale Ziobro wcale nie nakłaniał do składania fałszywych zeznań - niechcący powiedział w prywatnej rozmowie. Już poza kancelarią tajną, gdzie te nagrania były ukryte.
Nie było wyjścia. Trzeba było przyznać, że nagrania rozmów Netzla z Ziobrą istnieją.
- Są 3. Całe szczęście reszty nie ma - rzucił Olewiński.
W styczniu Olewiński zaprosił Netzla do odsłuchania nagrań. Wraz z nim przyjechał Kaczmarek. Zaproszono też Ziobrę. Przerażonego.
Odsłuchano rozmowy. Kaczmarek złapał się za głowę. Na nagraniach słychać, jak
Ziobro mówi Netzlowi, gdzie i komu zabezpieczono billingi, gdzie zdjęto monitoring, jak wyglądało jego przesłuchanie i jak ma wyglądać przesłuchanie Netzla. Mówił, żeby prezes PZU uważał, bo ktoś chce go wrobić w aferę.

- Opowiadał, jak bardzo ceni sobie pana prezesa. Mówił, że prezes Netzel zawsze był dla niego wzorem do naśladowania, że tak wiele zrobił dla kraju i Polska mu dużo zawdzięcza - wspomina były minister Kaczmarek.
Ziobro sugerował też, że dla Netzla byłoby najlepiej, gdyby obciążył Kaczmarka. Mógłby powiedzieć, że Kaczmarek nakłaniał go do popełnienia przestępstwa.
Wiele razy powiedział, że premierowi Kaczyńskiemu bardzo zależy na tym postępowaniu i bardzo by chciał, by takie zeznania się tam znalazły. Bo ta koalicja...
w pierwszej rozmowie kazał mu jak najszybciej przyjechać do CBA, gdzie się spotkają i on mu powie, jak będzie wyglądało przesłuchanie. (Netzel przyjechał wówczas do CBA, gdzie był przesłuchiwany przez prokuratorów Wilkoszewskiego i Kierepkę przez całą noc).
Druga rozmowa dotyczyła... ekspresu do kawy.
- Ziobro mówił, że ma nowy ekspres i chciałby zaprosić prezesa na kawkę, bo wszyscy tak ją chwalą.
Gdy Netzel się wkurzył i zapytał, o co, do cholery, chodzi, usłyszał, że Ziobro chce dla niego jak najlepiej, bo ktoś chce go wkręcić w aferę. A Netzel przecież mógłby spowodować, że postępowanie ruszy z kopyta. Bo premierowi tak bardzo na tym zależy...
We wszystkich odsłuchanych nagraniach Ziobro opowiada o szczegółach postępowania oraz mówi, co Netzel powinien mówić. Dla swojego dobra.

Ziobro jak ściana

Takich rozmów odbyło się 6 lub 7. Była jeszcze rozmowa z 30 lipca 2007 r., w której Ziobro mówił Netzlowi, że służby spieprzyły sprawę i że do niczego się nie nadają.
Wszystkie rozmowy dwóch panów zostały nagrane, bo Netzel był podsłuchiwany przez ABW. Zgromadzone billingi mówią jasno, że to Ziobro dzwonił do Netzla, choć Ziobro stanowczo temu zaprzecza. Połączenia takie potwierdzają też świadkowie rozmów.
Podczas odsłuchiwania nagrań w rzeszowskiej prokuraturze Ziobro nie był w najlepszej formie.
- Był blady jak ściana.
Ale wyraźnie bał się odsłuchania innej rozmowy...
Netzel został zaproszony przez Ziobrę do ministerstwa. Tamta rozmowa trwała ok. 2,5 godz. Netzel nagrywał ją. Jest bardzo ciekawa. Najciekawszy wątek dotyczy Lecha Kaczyńskiego.
- Jakie układy są między Lechem Kaczyńskim a Ryszardem Krauzem? Co ich wiąże? - pytał Ziobro.
Prokurator Bogusław Olewiński umorzył postępowanie w sprawie przekroczenia uprawnień przez CBA i prokuratorów, w tym przez Ziobrę. Nie dopatrzył się znamion przestępstwa. Nie pomogło mu to w niczym, bo i tak odnalazły się jego papiery w IPN jako TW "Marian".
Netzel i Kaczmarek złożyli do sądu zażalenie na to umorzenie. Rozpatrywać je będzie Sąd Rejonowy Warszawa-Mokotów. Teraz tam są akta o wcześniejszej sygnaturze VI Ds. 42/07. I nagrania rozmów Netzla z Ziobrą. Po to, by nie ujrzały światła dziennego, akta sprawy zostały utajnione.
Sprawę rozpatruje sędzia Jakub Iwaniec. Ten, który w 2009 r. przed meczem Polska - Irlandia został zatrzymany, bo był agresywny. Zataczał się i wykrzykiwał wulgaryzmy pod adresem ochroniarzy. Zapomniałem, że jestem sędzią - powiedział wtedy. Ciekawe, czy będzie o tym pamiętał przy rozpatrywaniu zażalenia?

Joanna Skibniewska
askibniewska@redakcja.nie.com.pl

Afera gruntowa
Zaczęło się od rozpowiadanych przez dwóch biznesmenów informacji o tym, jakoby mogli oni "odrolnić" każdą działkę w Polsce. Centralne Biuro Antykorupcyjne rozpoczęło wobec nich prowokację. Podstawieni przez CBA agenci, podając się za szwajcarskich przedsiębiorców, zaproponowali im łapówkę w zamian za pomoc w "odrolnieniu"działki w Muntowie.
Podczas akcji CBA miało wejść w posiadanie informacji o tym, że część łapówki ma trafić do Andrzeja Leppera, Janusza Maksymiuka i jeszcze jednej osoby. Do wręczenia łapówki nie doszło. Według Ziobry, ze względu na demaskujący akcję przeciek. Podejrzenia objęły głównie ówczesnego szefa MSW Janusza Kaczmarka, który - według prokuratury - miał w przededniu finału akcji CBA spotykać się z Ryszardem Krauzem w warszawskim hotelu Marriott tuż przed jego spotkaniem z posłem Samoobrony RP Lechem Woszczerowiczem. Ten zaś miał przekazać informację o prowokacji Lepperowi. Dalej miała ona zostać przekazana Piotrowi Rybie przez Maksymiuka.
Dowodem na to miały być nagrania z kamer w hotelu oraz zapis z podsłuchów telefonicznych rozmów Kaczmarka, Konrada Kornatowskiego, ówczesnego szefa policji, i prezesa PZU Jaromira Netzla. Lepper zaprzeczył, jakoby miał zostać uprzedzony za pośrednictwem Woszczerowicza. Stwierdził za to, że o akcji CBA dowiedział się od Ziobry podczas ich rozmowy telefonicznej w czerwcu 2007 r. Ziobro się oburzył. Jakieś rozmowy na temat akcji? To potwarz! Tymczasem Ziobro - jak widać - był dość rozmowny w tym czasie.

sobota, 16 marca 2013

Skaczący po stole (Mariusz Kierepka) (NIE 7/2013)


MariuszKierepka
Dobre prawo to stabilne państwo zapewniające człowiekowi bezpieczeństwo i ochronę jego praw. Ale żeby mieć dobre prawo, trzeba mieć dobrych jego przedstawicieli. My mamy prokuratora Kierepkę...




- O tym, że on jeszcze wszystkim pokaże, mówił już od początku minionego roku – mówi anonimowy pracownik prokuratury okręgowej w Warszawie, - ale w połowie roku już wszyscy plotkowali, że Kierepka chce uciec w sądy. Sprawa Mirosława Garlickiego szła zdecydowanie nie po jego myśli.
Faktycznie. Igor Tuleya prowadzący przed mokotowskim sądem, sprawę doktora „przez którego nikt już pozbawiony życia nie będzie” nie pozostawił suchej nitki na prowadzącym postępowanie przygotowawcze prokuratorze Mariuszu Kierepce.
- Taktyka organów ścigania w sprawie dr. Mirosława G. może budzić przerażenie. Budzi skojarzenia nawet nie z latami 80., ale z metodami z czasów największego stalinizmu - mówił sędzia Igor Tuleya uzasadniając wyrok dla kardiochirurga.
To, że prokurator nie potrafił zebrać dowodów na stawiane zarzuty, to drobnostka w porównaniu z metodami jakie stosował. Nocne przesłuchania, wyciąganie ludzi z domów, aresztowania przy dzieciach, drastyczne metody zatrzymań, agresja.
Sędzia Igor Tuleya
Sędzia Igor Tuleya w uzasadnieniu wyroku porównał prokuratorskie przesłuchania do wielodniowych przesłuchań stosowanych przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego w latach 40. i 50. Konwejer (tak je nazywano) polegał na prowadzeniu przesłuchania przez wiele dni bez przerwy na sen. Tu było podobnie.
Te wypowiedzi poruszyły ministra sprawiedliwości Jarosława Gowina. Powiedział, że takie stwierdzenia obrażają pamięć ofiar.
- Porównanie do metod stalinowskich mnie uraża. Mój ojciec siedział w więzieniu stalinowskim i wiem dobrze, na czym te metody polegały. To sformułowanie obraża pamięć ofiar. Byłoby lepiej żeby sędziowie powstrzymywali się od takich komentarzy - powiedział wtedy Radiu ZET Jarosław Gowin.
Jednak, gdy Tuleya wygłaszał uzasadnienie, którego głównym bohaterem był prokurator Mariusz Kierepka, minister sprawiedliwości już wiedział, że o żadnej odpowiedzialności Kierepki nie będzie mowy. Bo Jarosław Gowin i ministerstwo sprawiedliwości już wymościło mu bezpieczną posadkę.

Gowin nic o tym nie wie
„Na podstawie Informacji uzyskanych w XIX Wydziale Wizytacyjnym Sądu Okręgowego w Warszawie można potwierdzić, że Pan Prokurator Mariusz Kierepka zgłosił swoją kandydaturę na stanowisko sędziego sądu rejonowego w Sądzie Rejonowym dla Warszawy-Woli w Warszawie, ogłoszone w Monitorze Polskim z dnia 26.09.2012r. pod poz. 669 (Obwieszczenie Ministra Sprawiedliwości z dnia 14.09.2012r.). Na dzień dzisiejszy nie ma jeszcze wyznaczonego sędziego wizytatora, który będzie dokonywał oceny kwalifikacji Pana Prokuratora w związku z ubieganiem się o stanowisko sędziowskie.”
Taką odpowiedź otrzymaliśmy od rzecznika Sądu Okręgowego w Warszawie.
Sprawdziliśmy. Jarosław Gowin ogłosił, gdzie są wakaty sędziowskie. Ogłosił to 26.09.2012 r pod pozycją 669. Znalazła się tam od razu kandydatura Mariusza Kierepki na sędziego warszawskiego sądu na Woli.
Poprosiliśmy Gowina o komentarz. Chcieliśmy wiedzieć czy to normalne, że tak skompromitowany prokurator zostaje sędzią. Komentarza nie otrzymaliśmy. Dostaliśmy jedynie odpowiedź, że z kandydowaniem na stanowiska sędziowskie Minister Sprawiedliwości... nie ma nic wspólnego. Więc się nie wypowie.
Przed Mirosławem Kierepką jeszcze ocena pracy i rekomendacja sędziego z Krajowej Rady Sądownictwa. Już wiadomo, że rekomendacji ma mu udzielić Krystyna Pawłowicz. Ta Krystyna Pawłowicz.

Sukcesy prokuratora
aresztowanie Mariusza Garlickiego
Mariusz Kierepka skompromitował się nie tylko przy sprawie kardiochirurga Mirosława Garlickiego, któremu postawił 20 zarzutów, w tym zabójstwo pacjenta, mobbing i znęcanie się nad pracownikami. Ilość przyjętych przez niego łapówek, prokurator brał z sufitu. Wszystko co znalazł w domu lub gabinecie doktora uznał za łapówkę. Długopisy, zegarki, książki, bibeloty. Pieniądze jakie posiadał lekarz uznał jako przyjętą przez niego korzyść materialną. Oczywiście miało się to nijak do rzeczywistości.
Spektakularne zatrzymanie w świetle jupiterów miało przynieść sławę jego mentorowi Zbigniewowi Ziobrze i chwałę polskiej prokuraturze. Tymczasem przyniosło wstyd. Jak inne postępowania na zlecenie polityczne, prowadzone przez Kierepkę.

Zerwanie koalicji rządowej
Afera w Ministerstwie rolnictwa doprowadziła do rozpadu koalicji z Samoobroną i wyeliminowała Andrzeja Leppera z pozycji politycznego gracza i członka rządu.
Prowokacja przeprowadzona przez CBA (domniemane odrolnienie działki na Mazurach w zamian za łapówkę) miała pokazać, że Lepper i jego ludzie to łapówkarze. Tymczasem akcja spaliła na panewce, bo nikt nie wziął pieniędzy i nie naruszył prawa. Więc prokuratura i CBA szybko wymyśliły, że musiał nastąpić przeciek informacji na temat prowadzonej prowokacji, a jej autorami mieli być najważniejsi politycy w kraju. Znaczy, ci niewygodni ówczesnemu premierowi, Jarosławowi Kaczyńskiemu. Postępowanie prowadzili zaufani ludzie Ziobry, w tym przede wszystkim Mariusz Kierepka.
- Właził na stół, gdy mnie przesłuchiwał – powiedział Jaromir Netzel, były szef PZU.
Kierepka krzyczał, zastraszał, próbował wymuszać fałszywe zeznania.
Podobnie było z Konradem Kornatowskim, ówczesnym komendantem policji. Po Krauzego, by go przesłuchać przyleciał do Trójmiasta jednym z trzech helikopterów.
Dorota Jakowlew-Zajdler twierdzi, że jej przesłuchanie w sprawie przecieku miało „niestandardową formę”. A dokładniej złożyła oficjalne pismo, poświadczone notarialnie, w którym zapewnia, że przesłuchujący ją Kierepka był najprawdopodobniej pod wpływem narkotyków. Skakał, biegał, kręcił się w miejscu jak bączek i standardowo już właził na stół. Kobieta podczas przesłuchania przez wiele godzin płakała. I jakby tego było mało, na koniec sfałszowano protokół z jej zeznań.
Sprawę przecieków umorzono wobec „niepopełnienia przestępstwa”.

Osłabienie rządu Tuska
Mariusz Kierepka miał też osłabić rządy Tuska. W tym celu wykorzystał ulubiony dowód miernych prokuratorów - świadka koronnego.  Pruszkowski gangster Piotr K. ps. Broda, w 2009 roku złożył zeznania, które obciążały byłego ministra sportu Mirosława Drzewieckiego. „Broda" miał zeznać, że „Miro" kontaktował się z gangsterami i prał mafijne pieniądze. Część z nich była przeznaczana na nielegalne finansowanie Platformy Obywatelskiej.  Piotr K. twierdził, że jego spotkania z Drzewieckim zostały nagrane. Tymczasem nikt poza Kierepką nie widział ani zeznań Brody, ani jakichkolwiek ich nagrań.
Andrzej Seremet najpierw w audycji Moniki Olejnik w TVN24, a potem w Radiu RMF zaprzeczył, by w zeznaniach gangstera z gangu pruszkowskiego Piotra K. ps. Broda były informacje dotyczące finansowania Platformy Obywatelskiej z pieniędzy pochodzących z przestępstw, które miały być wręczone jako łapówka byłemu skarbnikowi PO Mirosławowi Drzewieckiemu. A Kierepka je widział!
Drzewieckiego wykończono. Nie tylko politycznie. Sprawę umorzono. Prokuratorzy nie potrafili udowodnić, że doszło do znamion przestępstwa. Również w temacie dotyczącym nieprawidłowości prac nad ustawą o grach i zakładach wzajemnych, gdzie oskarżano drzewickiego, nie stwierdzono złamania prawa.

Standardowe metody pracy
- Naszym sztandarowym przykładem bezkarności prokuratorów jest historia delegowanego z warszawskiej prokuratury rejonowej do okręgowej Mariusza Kierepki, który próbował oskarżyć mecenas Maritę Dybowską-Dubois o przemycanie klientowi do aresztu grypsów oraz podrzucenie mu telefonu komórkowego. Do takich zeznań prokurator namawiał jej klienta - mówi Adam Bodnar z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. A wszystko dlatego, że była dobrym adwokatem, widziała uchybienia prokuratora i potrafiła wykazać, że nie ma on żadnych dowodów winy jej klienta. To jest utrudnianie prawa do obrony.
Mariusz Kierepka, po to, by klient Dybowskiej - Dubois przyznał się do winy (bo nie miał żadnych dowodów), zamknął mu w areszcie ojca. Po czym go zastraszał. Nakłaniał go także do złożenia przeciwko mecenas fałszywych zeznań, by mógł odsunąć ją od sprawy. Tradycyjnie skakał i wchodził na stół, ale to już nic nowego
Starszy człowiek mało nie przypłacił tego życiem. W chwili zatrzymania był w stanie przedzawałowym, ale dla Kierepki była to okoliczność ułatwiająca zebranie takich zeznań, jakich sobie życzył. Nie wyszło. Zarówno zatrzymany ojciec jak i syn złożyli stosowne zawiadomienia o metodach pracy prokuratora Kierepki.
Do Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka wpływały też inne zawiadomienia o tym jakie metody stosuje prokurator Mariusz Kierepka.

Czy prezydent Rzeczpospolitej Polskiej mianuje sędziego, który będzie sądził na zlecenie polityczne, a podczas rozprawy będzie skakał po sędziowskim stole?


Joanna Skibniewska





piątek, 15 marca 2013

Blondynka z czerwonym żabotem (NIE 20/2012)

Precedens przed warszawskim sądem. Ustawodawca powinien zmienić przepisy.

Lewandowska
Monika Lewandowska, prokurator z Prokuratury Okręgowej w Warszawie, to specjalistka od prokuratorskiej fuszerki i bawienia się czyimś życiem. 

Krzysztof Baranowski właśnie wystąpił nie tylko o odszkodowanie za niesłuszny areszt, co w Polsce jest dość częste, ale także o zadośćuczynienie za bezprawne stosowanie nikomu niepotrzebnych wolnościowych środków zapobiegawczych, które zniszczyły mu życie. Wystąpił na drogę cywilną przeciwko prokuratorowi. To precedens w polskim prawie, bo prokuratorzy są bezkarni, niezależnie od stopnia ich winy. Lewandowska zawaliła na całej linii. Najpierw niesłuszne zarzuty, niesłuszne aresztowanie, opowieści do mediów o przekrętach na ogromną skalę, a potem ograniczanie wolności i utrudnianie życia przez kilka lat. Po co? Po to, by stwierdzić, że nie było znamion przestępstwa, i po 4 latach umorzyć postępowanie.

Baranowski pasował prokuraturze do sukcesu. Trwał ulubiony rok polskich prokuratorów (2007) kiedy to za namową Zbigniewa Ziobry i Lecha Kaczyńskiego mieli szukać pralni brudnych pieniędzy i tworzyć wyimaginowane przez polityków PiS zorganizowane grupy przestępcze.
Trafił się przedsiębiorca Baranowski. I trafił się gość, Jacek K., który poszedł na współpracę z prokuraturą. w zamian za złagodzenie kary klepał, co mu ślina na język przyniosła. Byle zgodnie z oczekiwaniami prokuratury. Był to rok ścigania mafii paliwowej. Czyli rzekomej grupy przestępczej, którą zaciekle rozbijali ziobrzyści i opowiadali o tym na konferencjach prasowych. Baranowskiego oskarżono więc o to, że prał kasę z paliwowego procederu. Ponoć wyprał ponad 32 mln zł. Poza zeznaniem K. nie było żadnych dowodów na jego działalność przestępczą.
Baranowskiego zapuszkowano i poinformowano, że wyjdzie tylko wtedy, gdy się przyzna. Ten jednak uparcie utrzymywał, że nie ma pojęcia, o co chodzi. Prosił o konfrontację z pomawiającym go świadkiem. Prokuratura odrzuciła wniosek. Prosił o zbadanie rachunków bankowych, faktur i jego kontaktów z okresu, który wskazano jako czas dokonania przestępstwa. Prokuratura odmówiła. Wskazywał na dowody swojej niewinności. Prokuratura ich nie gromadziła. Wreszcie po 8 miesiącach aresztu, gdy zgromadzono materiał dowodowy (czylipomówienia świadka), a Baranowski nadal nie przyznawał się do winy, postanowiono uchylić mu areszt. Prokurator zastosował inne tzw. wolnościowe środki zapobiegawcze: poręczenie majątkowe, zakaz opuszczania kraju z zatrzymaniem paszportu i dozór policyjny.

Prokuratura prowadziła w tej sprawie postępowanie przez 4 lata. Zarówno areszt, jak i inne środki zapobiegawcze były tłumaczone koniecznością wykonywania licznych czynności procesowych. w czasie tych 4 lat z Baranowskim wykonano... jedną czynność procesową - poproszono go o złożenie wyjaśnień. Baranowski pisał 8 razy prośbę o zmianę środków zapobiegawczych na łagodniejsze. Chciał wrócić do pracy, a to wiązało się z wyjazdami za granicę. Poza tym chciał zainwestować pieniądze, które poręczył. Za każdym razem otrzymywał dokładnie taką samą odpowiedź podpisaną przez prokurator Lewandowską: śledztwo rozwojowe, wielowątkowe i zagrożone wysoką karą. Poza tym prawdopodobieństwo dokonania przez Baranowskiego przestępstwa jest tak wysokie, że zmiana środków zapobiegawczych jest niewskazana. Sprawdziliśmy inne odmowy zmiany środka zapobiegawczego podpisane przez Lewandowską w innych postępowaniach. Jota w jotę to samo! Każde postępowanie było wielowątkowe i każdy z rzekomo dokonanych czynów był zagrożony wysoką karą.

Wy dawać by się mogło, że Baranowski niepotrzebnie się wścieka. Powinien się cieszyć, że nie siedział w areszcie całych 4 lat, zanim się zorientowano, że żadnego przestępstwa nie popełnił. Siedział tylko 8 miesięcy. Ale tak naprawdę wolność mu ograniczono. Cały czas musiał się meldować na komisariacie. A mieszka w miejscu, gdzie wszyscy wszystkich znają. Musiał zgłaszać każde opuszczenie miejsca zamieszkania, zabezpieczono mu kupę pieniędzy, choć musiał oddać pożyczkę. No i nie mógł wyjechać za granicę, co paraliżowało prowadzoną przez niego firmę. O odszkodowanie za bezzasadny areszt już wystąpił na drogę karną. Brak znamion przestępstwa mówi jasno, że siedział za bezdurno. Chce od skarbu państwa 500 tys. zł, a także zadośćuczynienia za wolnościowe środki zapobiegawcze, które utrudniły mu życie. w tym wypadku jego prawa są ograniczone.
Bo choć prokurator jest odpowiedzialny za stosowanie niepotrzebnych i nieuzasadnionych środkach zapobiegawczych na wolności, to jednak Baranowski nie może wnosić o odszkodowanie za doznane krzywdy na drodze karnej.
Czyli bezkosztowej. Ustawodawca nie przewiduje takiej formy. Krzysztof Baranowski postanowił więc wybulić 2400 zł i złożyć wniosek o zadośćuczynienie za naruszenie dóbr osobistych, dochodząc swoich praw na drodze cywilnej. Chce 48 tys. zł od warszawskiej prokuratury okręgowej, gdzie Lewandowska skutecznie utrudniała mu życie.

Na razie prokurator Lewandowska odpowiedziała na pozew w znany nam sposób. Nie na temat. Stwierdziła, że przecież Baranowski był też oskarżony w innej sprawie. Czyli pewnie zbój. Choć wyroku skazującego nie ma. Sprawa o zadośćuczynienie niedługo ruszy. Jeśli Baranowski przerżnie ten proces, zamierza wystąpić o odszkodowanie od samej Lewandowskiej, żeby wybuliła z własnej kieszeni. To byłoby naprawdę nowe w polskiej praktyce prawnej. I sprawiedliwe.

Joanna Skibniewska

czwartek, 28 lutego 2013

Pułapka na Blidę (NIE, 23/2010)


Agent ABW uwodził Aleksis, żeby zdobyć zeznania obciążające polityka lewicy. Inna agentka miała byłej minister "wsiąść na psychikę". Nowe rewelacje o polowaniu, które przerwała śmierć. 25 kwietnia minęła 3. rocznica śmierci Barbary Blidy. Jednak niektóre fakty dopiero wychodzą na jaw.

Gdy pomimo wielomiesięcznego pobytu w więziennej celi przyjaciółka Blidy bizneswoman Barbara K. zwana Aleksis nic na Blidę powiedzieć nie chciała, ABW zaczęła ją urabiać, używając agenta-uwodziciela. Przyjaciel ów rozumiał przerażenie i uciążliwości aresztu, wspierał w trudnych chwilach, komplementował. I radził, by powiedziała to, co chcą "te skurwysyny", bo on już nie może patrzeć na jej cierpienie. Po 11 miesiącach pudła, straszeniu lub obiecywaniu wolności przez prokuratorów, Aleksis wreszcie rzuciła oskarżenie na byłą koleżankę, że w 1997 r. w jej imieniu zaniosła 80 tys. zł łapówki.

Agent ABW przekazał prokuratorowi radosną informację, że Aleksis pękła i chce gadać. Została więc wypuszczona z aresztu. Potem własnym lub służbowym samochodem woził ją na przesłuchania do prokuratury albo ABW, gdzie z miłością tulił i głaskał po rączce, gdy składała zeznania.
Gdy Aleksis gubiła się w zeznaniach, myliła wątki, agent-przyjaciel udzielał jej wsparcia. W razie czego "przypominał", co ma mówić. Również prokuratorzy "naprowadzali ją", jak powinna zeznawać. Dziś już wiadomo, że żadnej korupcji nie było. Prokuratura przedstawiła co prawda zarzuty korupcyjne trzem osobom w tym samym śledztwie, w którym miała je usłyszeć Blida. Jednak w lutym tego roku Sąd Rejonowy w Rudzie Śląskiej umorzył sprawę. Zrobił to przed odczytaniem aktu oskarżenia, uznając, iż prokuratura nie powinna w ogóle stawiać zarzutów, gdyż przestępstwa nie popełniono. Chodziło zaś wówczas o spektakularne rozbicie układu złożonego z polityków lewicy, biznesmenów i skorumpowanych urzędników.

 Układ zrodził się w umysłach władców IV RP, miał się objawić na Śląsku. Barbara Blida stanowiła pierwsze ogniwo układanki. Miała trafić do aresztu tymczasowego, żeby zmięknąć. Jej zatrzymanie miały pokazać telewizje, by każdy mógł się przekonać, jak skuteczna w walce z układem jest IV RP. Lista osób, które znalazłyby się następnie w kręgu podejrzeń, jest długa: c, Marek Borowski, Krzysztof Janik, Wacław Martyniuk, Andrzej Szarawarski, Zbigniew Zaborowski, Jerzy Markowski... W akcję mającą przygwoździć śląski układ zaangażowały się prokuratura i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. W akcji zatrzymania Blidy brało udział pięciu funkcjonariuszy ABW. W listopadzie zeszłego roku rozpoczął się proces jednego z nich - Grzegorza S., odpowiedzialnego za akcję w domu Blidy. Postawiono mu zarzut niedopełnienia obowiązków służbowych. Proces został utajniony. Dodajmy, że Grzegorz S. jest dobrze znany Czytelnikom "NIE". Jako oficer UOP uczestniczył w skandalicznym zatrzymaniu Krzysztofa Porowskiego, biznesmena kojarzonego z lewicą ("Wilczy dół dla lewicy", "NIE" nr 5/2005). Porowski został oczyszczony ze wszystkich zarzutów. Jest to póki co jedyny oficer ABW, którego pociągnięto do odpowiedzialności za akcję wymierzoną w Blidę. Skromnie, szczególnie wobec zeznań Ryszarda O., aresztanta, który udając, że śpi podczas transportu do prokuratury, podsłuchał rozmowę dwóch agentów. Konwojenci mówili o akcji w domu Blidy: Funkcjonariusz siedzący koło mnie mówił do tego z przodu, że oni mieli zielone światło z góry na wszystkie działania w domu p. Blidy. Padło stwierdzenie, że funkcjonariusz kobieta (podał imię tej kobiety, ale nie pamiętam) miała za zadanie denerwować p. Blidę, miała również chodzić za nią w trakcie zatrzymania. Funkcjonariuszka miała straszyć p. Blidę więzieniem, aresztem, że w tym areszcie co jej tam zrobią, jak tam będzie. O tym, że miała tak postępować, zadecydował jej naczelnik. (...) Pamiętam, że padło dosłownie sformułowanie ze strony mężczyzny siedzącego obok mnie, że funkcjonariuszka miała jej wsiąść na psychikę.
Aresztant opisał to w liście do naczelnika więzienia w Bydgoszczy. List przeleżał w szufladzie do wyborów jesienią 2007 r. Naczelnik przesłał go przełożonym dopiero w styczniu 2008 r. Ryszard O. opisał rozmowę agentów jeszcze przed przegranymi przez PiS wyborami, gdy w prokuraturze i ABW rządzili ludzie Ziobry. Narażał się na szykany ze strony wymiaru sprawiedliwości, a na pewno mu na tym nie zależało. Mało prawdopodobne, by kłamał. Funkcjonariuszka jak do tej pory nie usłyszała zarzutów. Może zaniedbanie to nadrobi sejmowa komisja śledcza badająca okoliczności śmierci posłanki. Powołanie jej mogło nastąpić dopiero po przegranej rządu PiS. Wcześniej PiS za wszelką cenę blokowało jej powstanie. Dziś działająca pod przewodnictwem Ryszarda Kalisza komisja jest na finiszu swoich prac. - Komisja miała zakończyć prace w kwietniu, niestety, tragedia pod Smoleńskiem nie pozwoliła na to - wyjaśnił nam Kalisz. - Planujemy w lipcu ogłosić raport końcowy. Przed nami ostatnie przesłuchania. Zeznawać będą Jerzy Engelking, Janusz Kaczmarek, Zbigniew Ziobro, Jarosław Kaczyński i mąż Barbary Blidy, Henryk Blida. - Czy da się już powiedzieć, kto zawinił? - Formuła komisji jest taka, że my nie możemy ścigać winnych, lecz jedynie wskazywać wady i błędy, tak by nigdy więcej się nie powtórzyły - powiedział nam poseł Kalisz. - Niemniej na pewno zostaną złożone zawiadomienia do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstw. Jedno już wpłynęło. Poza tym zapewne pojawią się wnioski dotyczące zmian w prawie. Kalisz nie ukrywa, że rezultat pracy komisji nie będzie w pełni zadowalający. Świadkowie (prokuratorzy i agenci ABW) zasłaniali się tajemnicą operacyjną lub tajemnicą śledztwa. Niektóre akta oznaczono klauzulą ściśle tajne, do innych komisja w ogóle nie dotarła. Urąga to sensowi. Dokumenty i dowody w postaci zeznań świadków utajnia się przed sejmową komisją mającą kontrolować poczynania, które pozostają dla niej tajemnicą.
Można powiedzieć, że za to zdarzenie (śmierć Blidy - przyp. J. S.) odpowiada środowisko SLD, które tolerowało relacje pani Blidy z osobami z mafii węglowej. To były fakty powszechnie znane - mówił
w 2007 r. w Telewizji Trwam Zbigniew Ziobro, wówczas minister sprawiedliwości i prokurator generalny. Dziś już wiadomo, że to nie SLD zabił Blidę, a aparat represji nadzorowany przez kaczystów popełnił wobec niej wiele nadużyć. Jednak ani Ziobro, ani Kaczyński nie zostaną pociągnięci do odpowiedzialności nawet za naciski, jakie wywierali na podwładnych w sprawie Blidy.

W lutym tego roku Prokuratura Okręgowa w Łodzi prowadząca śledztwo w sprawie okoliczności śmierci Barbary Blidy umorzyła śledztwo w wątku prokuratorów i nacisków na nich ze strony polityków i przełożonych. Nic w tym dziwnego, trudno sobie bowiem wyobrazić, żeby znający prawo Ziobro lub Kaczyński dopuścili się w tej sprawie jawnego przestępstwa. W ogóle coś takiego, jak naciski w instytucji zhierarchizowanej i dowodzonej jak wojsko, którą jest prokuratura, są praktycznie nie do udowodnienia. Nie twierdzimy, że nie ma żadnej mafii węglowej. Dalecy jesteśmy od poglądu, że wszystkie śląskie interesy, w tym węglowe, są czyste. Nieraz tygodnik "NIE" pokazywał, że tak nie jest. Barbara Blida jednak do żadnej mafii nie należała, co już niepodważalnie ustalono. Mimo to wszczęto przeciw niej wiele bezprawnych działań, by postawić jej fikcyjne zarzuty. Popełniła samobójstwo, lecz naprawdę broń do jej piersi przystawili architekci IV RP. Przyjazna i pokojowa twarz Jarosława Kaczyńskiego ma zatrzeć wspomnienie o tamtych czasach. Jeśli kaczyści dostaną władzę po raz drugi, zostaną utwierdzeni w przekonaniu, że ich działania były słuszne i - co najważniejsze - bezkarne. Nie ponieśli przecież żadnej odpowiedzialności za śmierć Blidy ani za aferę gruntową, ani za załamanie transplantologii po zatrzymaniu doktora G. czy za liczne nielegalne akcje CBA. Gdyby PiS zyskało jakąkolwiek władzę w państwie, okazałoby się wówczas, że za dobrotliwą maską kryje się żądza odwetu i zamordyzm na jeszcze większą skalę. Wtedy będzie jednak już za późno. ?

Nietykalni (NIE, 44/2009)

W Polsce prokurator był bezkarny, jest bezkarny, będzie bezkarny. I żadne ustawy tego nie zmienią.


Dużo było krzyku przy ustawie oddzielającej prokuratora generalnego od ministra sprawiedliwości.
– To efekt ziobryzmu. Gdyby w kraju było normalnie, gdyby minister sprawiedliwości nie wykorzystywał prokuratury do swoich politycznych celów, pewnie nie byłoby potrzeby robienia rewolucji – mówi Ryszard Kalisz. – A tak to paskudztwo wgryzło się w nasz wymiar sprawiedliwości i trzeba było coś z tym zrobić.
Czy to paskudztwo to tylko wynik ziobrowych metod, czy może jest to instytucja chora od lat? Nikt nie jest zainteresowany tym, żeby prokuratura działała zgodnie z prawem.
Nie ma bata na proroka
Co w Polsce może prokurator? Wszystko. Co można zrobić prokuratorowi? Nic. Jaką odpowiedzialność ponosi prokurator za popełnione błędy? Żadnej. Jak można ukarać prokuratora za niesłuszne zatrzymanie, areszt, postawienie w stan oskarżenia? Nijak.
Dostajemy dziesiątki listów od zdesperowanych więźniów, którzy proszą o ratunek, bo prokurator oskarża ich o coś, czego nigdy nie zrobili. O dziwo dowody na ich niewinność bywają niezbite. Ale prokurator nie chce ich widzieć. Słyszymy i piszemy o tym, jak ludzie siedzą po kilka lat w areszcie tymczasowym za... wyłudzenie VAT. Gdy wychodzą zniszczeni fizycznie i psychicznie, pozbawieni majątków i dobrego imienia, prokurator wnioskujący o areszt pozostaje bezkarny. Gdy my, podatnicy, płacimy odszkodowania za niesłuszny areszt, prokurator w najlepsze odbiera swoją pensję i nie ponosi żadnej odpowiedzialności finansowej. Wielokrotnie piszemy o tym, jak prokuratorzy wymyślają przestępstwa, nie mając na to żadnych dowodów. A potem po to, by zatrzymani przyznali się do winy, stosują szantaż. Albo biorą zakładników. Aresztują żonę, matkę, dziecko zatrzymanego. Bo mogą mataczyć – argumentują w każdej sprawie.
Niewinnie oskarżeni latami dochodzą sprawiedliwości. Gdy zostają uniewinnieni przed sądem, nikt nie ściga prokuratora, który niesłusznie ich oskarżył.


Ileż jest w więzieniach samobójczych śmierci? A ile z nich to skutek niesłusznych aresztów... Za śmierć zagłodzonego Rumuna odpowiedziały władze więzienia. Prokurator, który niesłusznie wsadził go za kraty, nadal pracuje w krakowskiej prokuraturze i nadal podejmuje decyzje procesowe.
Czy ta rzeczywistość może się zmienić wraz z nowelizacją ustawy o prokuraturze nadającej jej samodzielność?
– Temu, co dzieje się w polskiej prokuraturze, bardzo sprzyjał klimat ziobryzmu. Areszty wydobywcze, niesłuszne oskarżenia, pokazowe zatrzymania. Ale tego nie da się zmienić nowelizacją ustawy – mówi prof. Jan Widacki. – Należy wprowadzić nadzór nad prowadzonymi postępowaniami. Najlepiej w sądzie, bo solidarność w środowisku korporacyjnym jest ogromna.
Pozbawić prokuratora immunitetu może jedynie sąd dyscyplinarny. Potocznie zwany „sądem kolesiów”. Na palcach można policzyć decyzje o uchyleniu immunitetu. Niezależne Stowarzyszenie Prokuratorów „Ad Vocem” broni każdego prokuratora. Może dlatego, że jego prezesem jest Małgorzata Bednarek – pomazaniec Zbigniewa Ziobry, bohaterka naszych artykułów.
Zbuntowane żaboty
– Nowelizacja ustawy daje mniejszy wpływ ministerstwa na postępowania prokuratorskie, ale powoduje większą odpowiedzialność za każdą sprawę prokuratora prowadzącego – mówi Ryszard Kalisz.
Dlatego zlikwidowano Prokuraturę Krajową. Lewica chciała zlikwidować jeszcze prokuratury apelacyjne. Niestety, bunt prokuratorów dotarł do posłów. Wykorzystali swoje wpływy w partiach politycznych, a posłowie się ugięli.
– To źle wróży na przyszłość – rzuca prof. Jan Widacki. – To ma być przykład odpolitycznienia prokuratury?
Prokurator prowadzący sprawę będzie niezależnie prowadził postępowanie. Jego przełożony będzie musiał każdą swoją sugestię procesową lub każdą próbę zmiany decyzji prokuratora prowadzącego podać na piśmie i dołączyć do akt.
– To spowoduje, że przełożony nie będzie mógł potajemnie wpływać na postępowanie w konkretnej sprawie – zapewnia Kalisz.
Nawet jeśli nikt mu nic złego nie narzuci, to nikt go nie skontroluje.
Prof. Piotr Kruszyński, dyrektor Instytutu Prawa Karnego UW:
– To dobrze, że już prokurator generalny nie jest jednocześnie ministrem sprawiedliwości, ale niedobrze, że prokuratorzy pozostają bez indywidualnej kontroli. To, co się dzieje w prokuraturach, to patologia i zmiana ustawy może być przyczynkiem do zmiany tej sytuacji. Posłowie muszą jednak chcieć...
Prof. Kruszyński od lat pracuje nad projektem powołania jednostki nadzorującej prokuratorów. Musi być ona ramieniem sądu, bo kontrola prokuratorów przez prokuratorów jest i będzie farsą. W swoim projekcie proponuje powołanie sędziego śledczego, który miałby kontrolę merytoryczną nad postępowaniami.
– Nazwa jest nieistotna – podkreśla profesor. – Wiadomo, że musi to być obiektywna instytucja, a taką nie jest prokuratura – strona w procesie.
Jego projekt ustawy o powołaniu takiej instytucji leży w Sejmie od... lipca 2008 r.
Prezent dla Kaczyńskiego
„Przyjęte w ustawie rozwiązania prowadzą do powstania kolejnej prawniczej korporacji zawodowej, tym razem jednak wyposażonej w potężne instrumentarium władzy publicznej, a pozostającej poza realną, bieżącą kontrolą władz państwa” – stwierdził Lecz Kaczyński.
Muszę zgodzić się z opinią prezydenta. W znowelizowanej ustawie pojawia się gremium kontrolujące pracę prokuratury. Krajowa Rada Prokuratury składająca się z 25 członków. Ministra sprawiedliwości, prokuratora generalnego, przedstawiciela prezydenta, czterech posłów, dwóch senatorów, prokuratora wojskowego, prokuratora IPN, trzech prokuratorów wybranych przez prokuratora generalnego oraz jedenastu prokuratorów z prokuratur apelacyjnych. Gdzie tu niezależność i brak stronniczości? Przecież to prawie sami prokuratorzy.
Na początku tego roku prof. Zbigniew Hołda, wiceprezes Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, powiedział, że patologia i zła praca prokuratury nie wynika z tego, że minister i prokurator generalny to ta sama osoba (...), to wynika z przyzwolenia na brak moralności tych, którzy na straży prawa powinni stać, a nagminnie je naruszają.
– Wszystko zależy od pierwszego prokuratora generalnego – mówi Jan Widacki. – Musi zostać wybrany kompetentny, apolityczny, doświadczony sędzia. Powinien orzekać co najmniej od pięciu lat, wtedy wiadomo, że nie zajmował się polityką. Wówczas jest szansa na unormowanie tej prokuratorskiej samowoli.
Tymczasem posłowie zrobili Lechowi Kaczyńskiemu prezent. To on będzie wybierał nowego prokuratora generalnego. Co prawda otrzyma dwie kandydatury, ale już dziś żaden doświadczony i uczciwy sędzia nie chce brać tej funkcji. Natomiast bardzo palą się do niej prokuratorzy.

Pierwszy kandydat na prokuratora generalnego to obecny prokurator krajowy Edward Zalewski, drugą zainteresowaną jest Ewa Koj z katowickiego IPN, pogromczyni Jaruzelskiego i zwłok gen. Sikorskiego.
Jeśli pozostaną te dwie kandydatury, prezydent wybierze sobie bliższą, czyli Koj. A wtedy w prokuraturze może być tylko gorzej.
•••
– Widziała pani, ile jest godzin poświęconych różnym gałęziom prawa na zajęciach z aplikacji prokuratorskiej? – spytał mnie sędzia warszawskiego sądu okręgowe go. – Na przy­kład z prawa gospodarczego mają dosłownie parę godzin. Oni są po prostu niedouczeni...
Ignorant mający władzę staje się niebezpieczny.


JOANNA SKIBNIEWSKA

środa, 27 lutego 2013

Cycek dla królewny (NIE, 09/2008)

Do czytania w turbulencji.
PLL LOT był zawsze dobrym kąskiem. Choć nieźle zadłużony, to wciąż przewoźnik narodowy o ogromnych możliwościach. Każda ekipa przy władzy obsadza zarząd swoimi ludźmi. Co mądrzejsze ekipy zostawiały przynajmniej kilku fachowców. Ale nie PiS.
Pisowski zarząd wyrzucił wszystkich tych pracowników, którzy nie byli z ich bajki. Ostatnio dobrze poinformowani politycy mówią, że tym razem 28 lutego wyleci cały pisowski komplet prezesów i dyrektorów. Trzeba więc w biegu podpisać kontrakty.
* * *
PLL LOT wydaje dwa pisemka pokładowe – „Kaleidoscope” i „Wings”. Wydaje je nie ponosząc kosztów, ale otrzymując ustalony procent z zysków wydawców. Wydawcą „Kaleidoscope” jest Bonnier Business (Polska) sp. z o.o., zaś „Wings” – Business Consulting and Media. Są to gazetki branżowe, utrzymujące się z reklam.
Dotychczas były to periodyki skierowane do pasażerów – stosunkowo poważne, stabilne, prezentujące całkiem dostojną markę. Wydawane były przez duże i znane wydawnictwa. Miały ciekawą formę graficzną i doświadczony zespół dziennikarski. W ostatnim roku dzięki reklamodawcom przynosiły coraz wyższe dochody, szczególnie „Kaleidoscope”.
Piotr Samson, obecny dyrektor biura marketingu i produktu PLL LOT, w latach 2000–2002 był dyrektorem do spraw marketingu wydawnictwa Business Press, ówczesnego wydawcy „Kaleidoscope”. Po wygranych wyborach przez PO Samson zaczął mówić o konieczności zmian w „Kaleidoscope” i „Wings” oraz ogłoszeniu konkursu na nowego wydawcę. W listopadzie ogłoszono konkurs.
* * *
Warunki konkursu były jasne – duże doświadczone wydawnictwa, których podstawowym zakresem działania jest wydawanie gazet. Oferenci mieli przedstawić koncepcję merytoryczną pisma, projekt graficzny, projekt umowy finansowej. Wydawnictwa musiały też przedstawić dotychczasowe dokonania, duże projekty wydawnicze oraz status prawny i finansowy. Dopisano również, że intencją LOT jest to, aby wydawca rozważył zatrudnienie obecnej redakcji „Kaleidoscope”.
Do konkursu przystąpiło 16 oferentów. Między innymi Edipresse Polska, Media Profil, Agora, Bauer, Bonnier Business, Newman – czyli duże, poważne wydawnictwa. Znalazła się też maleńka Agencja Wydawniczo-Reklamowa Kava Kava. W chwili ogłoszenia konkursu powtarzano sobie z ust do ust, że wygra... Kava Kava. Wygrała – wbrew wcześniej ogłaszanym warunkom. Kava Kava nie mogła przedstawić ani dotychczasowych dokonań na tym rynku, bo ich nie miała, nie mogła przedstawić dużych projektów ani nawet pochwalić się możliwościami finansowymi. Jeszcze niedawno firma nie miała nawet strony internetowej. Nie mogła nawet pokazać odpisu z KRS, bo w krajowym rejestrze... nie ma takiej firmy. Kava Kava jest spółką cywilną o niewielkich dochodach rocznych, ale ma ogromny atut – Celestynę Król, córkę Marka Króla z „Wprost”.
Tygodnik „Wprost” popierał i popiera PiS, a Jarosława Kaczyńskiego wybrał w Człowiekiem Roku 2005.
* * *
– Firma Kava Kava przedstawiła doskonałą ofertę merytoryczną – mówi Wojciech Kądziołka, rzecznik PLL LOT, przewodniczący komisji konkursowej na pisemka pokładowe. – Wspaniałe portfolio, a jej oferta finansowa zapewnia, że zyski LOT wzrosną o 100 proc. Poza tym ma nowatorską koncepcję.
Kądziołka mówił mi to wszystko będąc na urlopie. Podobno jeździł na nartach na tym samym austriackim stoku, na którym szusowali też Celestyna Król i jej narzeczony. Ale to pewnie przypadek...
Nowatorstwo propozycji Kava Kava polega na tym, że gazeta czytana normalnie będzie pisana po polsku, a czytana od tyłu – po angielsku. Kava Kava nie zatrudni dotychczasowego zespołu redakcyjnego. Poprzedni wydawca musi ich zwolnić, wypłacić odprawy. Na pytanie, dlaczego narodowy przewoźnik podpisał umowę z firmą, która jest małą spółką cywilną bez doświadczenia na rynku wydawniczym, Kądziołka nie potrafił odpowiedzieć. Sprawiał wrażenie zdziwionego. Kądziołka nie był zdziwiony, gdy zapytałam, czy podstawowym kryterium wyboru nie jest przypadkiem nazwisko Król.
– To nie ma żadnego znaczenia. Pani Celestyna Król będzie sekretarzem redakcji – podsumował.
Umowę podpisano na 5 lat (do tej pory podpisywano na 3 lata) i podobno jest tak skonstruowana, że przyszłe władze LOT będą miały spore trudności, gdyby chciały ją zerwać.
* * *
Pisowskie władze LOT się spieszą. Parę dni temu jeden z szefów LOT próbował podpisać kontrakt na prawie 10 mln zł na oprogramowanie. Bez przetargu, bo już nie ma czasu. Rada nadzorcza po raz kolejny nie przyjęła projektu budżetu przedstawionego przez LOT-owski zarząd. Spółka-córka – Centralwings – przyniosła w minionym roku 57 mln zł strat.

Rząd się znów wyżywi (NIE, 35/2007)

 
Ministrowie rządu PiS widząc, że gabinet J. Kaczyńskiego wkrótce padnie, załatwiają sobie trwałe, spokojne, równie dobrze płatne stanowiska.
  Jarosław Pinkas jest podsekretarzem stanu w Ministerstwie Zdrowia. Jako wiceminister odpowiada za Departament Nauki i Polityki Zdrowotnej. Nadzoruje wiele instytucji, akademie medyczne, instytuty badawcze. Jest też odpowiedzialny za nadzór nad Państwowym Zakładem Higieny (PZH).
W maju Ministerstwo Zdrowia ogłosiło konkurs na dyrektora PZH. Konkurs nadzorował właściwy minister, czyli Pinkas. 29 czerwca ogłoszono wyniki konkursu. Wygrał go... Pinkas. Nie spełniał warunków konkursu, ale to już drobiazg.
Pinkas został nominowany na dyrektora PZH 1 sierpnia. Nie złożył dymisji w ministerstwie. Obecnie jest zarówno wiceministrem, jak i dyrektorem PZH. Nadal, jako podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia, nadzoruje PZH.
W PZH pracy nie świadczy, bo od razu poszedł... na urlop. Zbigniew Religa udzielił mu bezterminowego urlopu „na czas pełnienia funkcji podsekretarza stanu”.
Rok temu miała miejsce podobna sytuacja – ówczesny podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia – Andrzej Wojtyła – wygrał konkurs na głównego inspektora sanitarnego. Też nie spełniał warunków konkursu. Główny Inspektorat Sanitarny (GIS) to też jednostka podległa Ministerstwu Zdrowia.
Obejmując stanowisko w GIS Wojtyła także nie zrezygnował z ministro-wania. Nie był nawet urlopowany, jak dziś Pinkas. Zatroszczył się o niego sam premier i w trybie nadzwyczajnym Kancelaria Premiera wydała opinię prawną, w której napisano, że sprawowanie funkcji podsekretarza stanu „nie koliduje” z pełnieniem jednocześnie funkcji głównego inspektora sanitar-nego. Fakt, że jako wiceminister będzie kontrolował sam siebie, nie przeszkadzał w nominacji i wydaniu takiej opinii. Wojtyła siedział na dwóch stołkach od 19 maja do 5 września 2006 r.
O tym, że obaj panowie są działaczami partii, która już tylko w nazwie ma prawo i sprawiedliwość, pisać nie musimy.
* * *
Zasadnicza pensja podsekretarza stanu wynosi 7597,70 zł plus dodatek funkcyjny 2072,10 zł, co daje 9669,80 zł bez dodatku za wysługę lat.
Stanowisko wiceministra zdrowia to spora odpowiedzialność. W służbie zdrowia wrze. Strajkują lekarze, pielęgniarki, zamykane są kolejne szpitale. Pacjenci tułają się od placówki do placówki w poszukiwaniu pomocy. Brakuje pieniędzy na podwyżki, na leki, na sprzęt, na remonty... Na czele resortu stoi chory profesor Religa. Mający go wspierać wiceministrowie, zamiast ciężko pracować na swoją niemałą pensję, załatwiają sobie równie dobrze płatne fuchy na przyszłość.