Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Barbara Blida. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Barbara Blida. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 lutego 2013

Pułapka na Blidę (NIE, 23/2010)


Agent ABW uwodził Aleksis, żeby zdobyć zeznania obciążające polityka lewicy. Inna agentka miała byłej minister "wsiąść na psychikę". Nowe rewelacje o polowaniu, które przerwała śmierć. 25 kwietnia minęła 3. rocznica śmierci Barbary Blidy. Jednak niektóre fakty dopiero wychodzą na jaw.

Gdy pomimo wielomiesięcznego pobytu w więziennej celi przyjaciółka Blidy bizneswoman Barbara K. zwana Aleksis nic na Blidę powiedzieć nie chciała, ABW zaczęła ją urabiać, używając agenta-uwodziciela. Przyjaciel ów rozumiał przerażenie i uciążliwości aresztu, wspierał w trudnych chwilach, komplementował. I radził, by powiedziała to, co chcą "te skurwysyny", bo on już nie może patrzeć na jej cierpienie. Po 11 miesiącach pudła, straszeniu lub obiecywaniu wolności przez prokuratorów, Aleksis wreszcie rzuciła oskarżenie na byłą koleżankę, że w 1997 r. w jej imieniu zaniosła 80 tys. zł łapówki.

Agent ABW przekazał prokuratorowi radosną informację, że Aleksis pękła i chce gadać. Została więc wypuszczona z aresztu. Potem własnym lub służbowym samochodem woził ją na przesłuchania do prokuratury albo ABW, gdzie z miłością tulił i głaskał po rączce, gdy składała zeznania.
Gdy Aleksis gubiła się w zeznaniach, myliła wątki, agent-przyjaciel udzielał jej wsparcia. W razie czego "przypominał", co ma mówić. Również prokuratorzy "naprowadzali ją", jak powinna zeznawać. Dziś już wiadomo, że żadnej korupcji nie było. Prokuratura przedstawiła co prawda zarzuty korupcyjne trzem osobom w tym samym śledztwie, w którym miała je usłyszeć Blida. Jednak w lutym tego roku Sąd Rejonowy w Rudzie Śląskiej umorzył sprawę. Zrobił to przed odczytaniem aktu oskarżenia, uznając, iż prokuratura nie powinna w ogóle stawiać zarzutów, gdyż przestępstwa nie popełniono. Chodziło zaś wówczas o spektakularne rozbicie układu złożonego z polityków lewicy, biznesmenów i skorumpowanych urzędników.

 Układ zrodził się w umysłach władców IV RP, miał się objawić na Śląsku. Barbara Blida stanowiła pierwsze ogniwo układanki. Miała trafić do aresztu tymczasowego, żeby zmięknąć. Jej zatrzymanie miały pokazać telewizje, by każdy mógł się przekonać, jak skuteczna w walce z układem jest IV RP. Lista osób, które znalazłyby się następnie w kręgu podejrzeń, jest długa: c, Marek Borowski, Krzysztof Janik, Wacław Martyniuk, Andrzej Szarawarski, Zbigniew Zaborowski, Jerzy Markowski... W akcję mającą przygwoździć śląski układ zaangażowały się prokuratura i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego. W akcji zatrzymania Blidy brało udział pięciu funkcjonariuszy ABW. W listopadzie zeszłego roku rozpoczął się proces jednego z nich - Grzegorza S., odpowiedzialnego za akcję w domu Blidy. Postawiono mu zarzut niedopełnienia obowiązków służbowych. Proces został utajniony. Dodajmy, że Grzegorz S. jest dobrze znany Czytelnikom "NIE". Jako oficer UOP uczestniczył w skandalicznym zatrzymaniu Krzysztofa Porowskiego, biznesmena kojarzonego z lewicą ("Wilczy dół dla lewicy", "NIE" nr 5/2005). Porowski został oczyszczony ze wszystkich zarzutów. Jest to póki co jedyny oficer ABW, którego pociągnięto do odpowiedzialności za akcję wymierzoną w Blidę. Skromnie, szczególnie wobec zeznań Ryszarda O., aresztanta, który udając, że śpi podczas transportu do prokuratury, podsłuchał rozmowę dwóch agentów. Konwojenci mówili o akcji w domu Blidy: Funkcjonariusz siedzący koło mnie mówił do tego z przodu, że oni mieli zielone światło z góry na wszystkie działania w domu p. Blidy. Padło stwierdzenie, że funkcjonariusz kobieta (podał imię tej kobiety, ale nie pamiętam) miała za zadanie denerwować p. Blidę, miała również chodzić za nią w trakcie zatrzymania. Funkcjonariuszka miała straszyć p. Blidę więzieniem, aresztem, że w tym areszcie co jej tam zrobią, jak tam będzie. O tym, że miała tak postępować, zadecydował jej naczelnik. (...) Pamiętam, że padło dosłownie sformułowanie ze strony mężczyzny siedzącego obok mnie, że funkcjonariuszka miała jej wsiąść na psychikę.
Aresztant opisał to w liście do naczelnika więzienia w Bydgoszczy. List przeleżał w szufladzie do wyborów jesienią 2007 r. Naczelnik przesłał go przełożonym dopiero w styczniu 2008 r. Ryszard O. opisał rozmowę agentów jeszcze przed przegranymi przez PiS wyborami, gdy w prokuraturze i ABW rządzili ludzie Ziobry. Narażał się na szykany ze strony wymiaru sprawiedliwości, a na pewno mu na tym nie zależało. Mało prawdopodobne, by kłamał. Funkcjonariuszka jak do tej pory nie usłyszała zarzutów. Może zaniedbanie to nadrobi sejmowa komisja śledcza badająca okoliczności śmierci posłanki. Powołanie jej mogło nastąpić dopiero po przegranej rządu PiS. Wcześniej PiS za wszelką cenę blokowało jej powstanie. Dziś działająca pod przewodnictwem Ryszarda Kalisza komisja jest na finiszu swoich prac. - Komisja miała zakończyć prace w kwietniu, niestety, tragedia pod Smoleńskiem nie pozwoliła na to - wyjaśnił nam Kalisz. - Planujemy w lipcu ogłosić raport końcowy. Przed nami ostatnie przesłuchania. Zeznawać będą Jerzy Engelking, Janusz Kaczmarek, Zbigniew Ziobro, Jarosław Kaczyński i mąż Barbary Blidy, Henryk Blida. - Czy da się już powiedzieć, kto zawinił? - Formuła komisji jest taka, że my nie możemy ścigać winnych, lecz jedynie wskazywać wady i błędy, tak by nigdy więcej się nie powtórzyły - powiedział nam poseł Kalisz. - Niemniej na pewno zostaną złożone zawiadomienia do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstw. Jedno już wpłynęło. Poza tym zapewne pojawią się wnioski dotyczące zmian w prawie. Kalisz nie ukrywa, że rezultat pracy komisji nie będzie w pełni zadowalający. Świadkowie (prokuratorzy i agenci ABW) zasłaniali się tajemnicą operacyjną lub tajemnicą śledztwa. Niektóre akta oznaczono klauzulą ściśle tajne, do innych komisja w ogóle nie dotarła. Urąga to sensowi. Dokumenty i dowody w postaci zeznań świadków utajnia się przed sejmową komisją mającą kontrolować poczynania, które pozostają dla niej tajemnicą.
Można powiedzieć, że za to zdarzenie (śmierć Blidy - przyp. J. S.) odpowiada środowisko SLD, które tolerowało relacje pani Blidy z osobami z mafii węglowej. To były fakty powszechnie znane - mówił
w 2007 r. w Telewizji Trwam Zbigniew Ziobro, wówczas minister sprawiedliwości i prokurator generalny. Dziś już wiadomo, że to nie SLD zabił Blidę, a aparat represji nadzorowany przez kaczystów popełnił wobec niej wiele nadużyć. Jednak ani Ziobro, ani Kaczyński nie zostaną pociągnięci do odpowiedzialności nawet za naciski, jakie wywierali na podwładnych w sprawie Blidy.

W lutym tego roku Prokuratura Okręgowa w Łodzi prowadząca śledztwo w sprawie okoliczności śmierci Barbary Blidy umorzyła śledztwo w wątku prokuratorów i nacisków na nich ze strony polityków i przełożonych. Nic w tym dziwnego, trudno sobie bowiem wyobrazić, żeby znający prawo Ziobro lub Kaczyński dopuścili się w tej sprawie jawnego przestępstwa. W ogóle coś takiego, jak naciski w instytucji zhierarchizowanej i dowodzonej jak wojsko, którą jest prokuratura, są praktycznie nie do udowodnienia. Nie twierdzimy, że nie ma żadnej mafii węglowej. Dalecy jesteśmy od poglądu, że wszystkie śląskie interesy, w tym węglowe, są czyste. Nieraz tygodnik "NIE" pokazywał, że tak nie jest. Barbara Blida jednak do żadnej mafii nie należała, co już niepodważalnie ustalono. Mimo to wszczęto przeciw niej wiele bezprawnych działań, by postawić jej fikcyjne zarzuty. Popełniła samobójstwo, lecz naprawdę broń do jej piersi przystawili architekci IV RP. Przyjazna i pokojowa twarz Jarosława Kaczyńskiego ma zatrzeć wspomnienie o tamtych czasach. Jeśli kaczyści dostaną władzę po raz drugi, zostaną utwierdzeni w przekonaniu, że ich działania były słuszne i - co najważniejsze - bezkarne. Nie ponieśli przecież żadnej odpowiedzialności za śmierć Blidy ani za aferę gruntową, ani za załamanie transplantologii po zatrzymaniu doktora G. czy za liczne nielegalne akcje CBA. Gdyby PiS zyskało jakąkolwiek władzę w państwie, okazałoby się wówczas, że za dobrotliwą maską kryje się żądza odwetu i zamordyzm na jeszcze większą skalę. Wtedy będzie jednak już za późno. ?

Klapa, rąsia, Kempa, Ziobro... (Tygodnik Przedląd 1/2008)

Szara eminencja PiS. Ma ogromne parcie na szkło i na sejmową mównicę. Teraz znowu zabłyśnie



Gwiazda PiS. Czuje się zaszczuta jak Barbara Blida. Chce ją zniszczyć wszechobecny \"układ\". Beata Kempa, sycowianka, była wiceminister sprawiedliwości, ulubienica i prawa ręka Zbigniewa Ziobry.
Ukończyła prawo administracyjne na Uniwersytecie Wrocławskim. Aktywnie działa w Kole Prawników Katolickich. Przez 15 lat była kuratorem dla dorosłych.
Pierwsze polityczne kroki stawiała w sycowskiej radzie miejskiej. Poszła tam z nienawiści do burmistrza Stanisława Czajki (PSL), który rządził miasteczkiem przez cztery kadencje. Nigdy nie zapomniała mu, że w urzędzie nie dał jej wymarzonej pracy.
- Musiałam szukać pracy poza miastem - skarżyła się lokalnemu dziennikarzowi.
Postanowiła rozwalić układ od środka i w 1998 r. została radną Sycowa.
- Bardzo agresywnie atakowała burmistrza - mówi jeden z ówczesnych radnych. W 2002 r. sama postanowiła zostać burmistrzem. Przegrała w drugiej turze. W kampanii powtarzała jak katarynka, że za wszystkim, co złe w mieście, stoi \"sycowski układ\". Sprawdziliśmy - w okresie, w którym radną była Kempa, żadną sprawą, w którą zamieszane byłyby władze miasta, nie zajmowała się prokuratura, a jedyna sprawa sporna to budowa hali sportowej, która kosztowała dwa razy drożej, niż planowano.
Beata Kempa również wtedy często wspominała o spisku. Oczywiście spiskował sycowski układ, a wszystko po to, żeby ją \"upokorzyć\". Pikietowała pod szpitalem, manifestowała na ulicach Sycowa. Mieszkańcy uważali więc, że jest oddana im całym sercem. Tylko nieliczni widzieli w jej wystąpieniach populizm.
Gdy w maju 2006 r. zadomowiła się w Ministerstwie Sprawiedliwości, w sycowskim urzędzie zaroiło się od kontrolerów. RIO, urząd wojewódzki, NIK. Kempa mówi, że nie miała z tym nic wspólnego...

W razie czego jest kobietą

Sycowianie długo mówili o niej - nasza radna. Do czasu. Kabaret Klika występujący podczas dożynek w Sycowie za przedmiot żartów wziął sobie Ziobrę i Gosiewskiego. Kempa nie wytrzymała. Wskoczyła na scenę, wyrwała artystom mikrofon i krzyknęła: - Jeszcze dzisiaj możecie się bawić, jeszcze dzisiaj burmistrzem jest mój przeciwnik polityczny, który wam wypłaci honorarium. Bawcie się, bo już jutro może być za późno.
Sycowianie wygwizdali ją wtedy, a kabareciarze zażartowali, że może chce, by wyprowadzono ich w kajdankach ze sceny.
Zbigniew Ziobro - bożyszcze Kempy. \"Zaszczutemu przez komuchów\", gdy Julia Pitera zgłosiła wotum nieufności wobec ministra, gorąco deklarowała:
- Panie ministrze! Będę z panem do końca.
Uwielbiała też Marcinkiewicza. Dopóki był premierem, gdy jednak zastąpił go Kaczyński, stwierdziła, że Marcinkiewicz był niekompetentny.
Dziś wiesza psy na Kazimierzu M. Ujazdowskim, a to właśnie on uczył ją pracy parlamentarnej i to on namówił ją, by startowała w wyborach z list PiS, bo ona chciała wstąpić do PO. Jej drugim PiS-owskim protektorem był Przemysław Gosiewski. Podobno zachwycił się nią, gdy krzyczała do Piekarskiej zgłaszającej poprawki do ustawy o CBA, że broni układu.
- Tak, budowa IV Rzeczypospolitej wymaga rozliczenia republiki kolesiów. Tak, to koniec dyktatury przestępców w białych kołnierzykach!
Wtedy to Gosiewski wsadził ją do nadzwyczajnej podkomisji CBA. To ona była największą zwolenniczką zakładania przez ludzi Kamińskiego podsłuchów.
W Sejmie słynie z tego, że gdy już brakuje jej argumentów, a słowo \"układ\" powtórzyła dziesięć razy, robi oburzoną minę i mówi, że przecież jest kobietą i należy jej się szacunek.

Specjalistka od klawiszów


W Ministerstwie Sprawiedliwości Beata Kempa miała zajmować się więziennictwem.
- Osoba skrajnie niekompetentna - ocenia wieloletni funkcjonariusz służby więziennej. Jej twarz musiała otwierać każde forum penitencjarne. Tam chwaliła się sukcesami. Mówiła, że dzięki \"jej\" rządowi do służby walą drzwiami i oknami nowi funkcjonariusze, a ci, którzy już są w służbie, dostali podwyżki.
- Rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej - mówi jeden z wychowawców więziennych.
- Funkcjonariusze uciekają, mamy niezapłacone od miesięcy za nadgodziny, a nasze pensje można spokojnie nazwać głodowymi.
26 marca 2007 r. strażnik z sieradzkiego zakładu karnego, Damian C., ostrzelał samochód policyjny, w wyniku czego zginęło dwóch policjantów, a więzień i policjant zostali ranni. Nieudolnie prowadzona akcja ratunkowa spowodowała, że pomoc do ciężko rannych dotarła dopiero po dwóch godzinach.
- Sytuacja w jednostce została perfekcyjnie opanowana, te dwie dramatyczne godziny nie zaburzyły jej pracy. To był absolutny, niewyobrażalny przypadek, którego nie można było przewidzieć - zapewniała po zdarzeniu Kempa w mediach.
Wielokrotnie powtarzała, że nie pozostawi tej sprawy, że wyciągnie wnioski. Wyciągnęła.
- Poprosiłam w Sejmie, aby uczcić pamięć poległych policjantów minutą ciszy i w ten sposób łączyć się w bólu z rodzinami.
To niejedyna reakcja Kempy. Trzy tygodnie po strzelaninie w Sieradzu dyrektor generalny Służby Więziennej, płk dr Jacek Pomiankiewicz, wezwał wszystkie jednostki do udziału we mszy pojednawczej.
Delegacje funkcjonariuszy ze wszystkich zakładów karnych jechały na mszę specjalnie podstawionymi autokarami. Na przykład z Zakładu Karnego w Łupkowie (gmina Komańcza) na
500-kilometrową wyprawę wybrały się cztery osoby. Za państwowe pieniądze. Potwierdziliśmy bowiem, że koszty przewozu pokrywał Zarząd Służby Więziennej. Tymczasem funkcjonariusze więziennictwa od dłuższego już czasu nie dostają należności za nadgodziny. Tych nadgodzin jest w całej Polsce ponad 2 mln (!). Średnia pensja klawisza to 1,1-1,3 tys. zł. Kempa jednak zareagowała na incydent w Sieradzu...

Reorganizacja po swojemu

Ambitne plany Kempy przeprowadzenia reorganizacji w więziennictwie, czyli obsadzenia stanowisk swoimi ludźmi, spełzły na niczym, gdy PiS przegrało wybory. Kempa zaczęła wykonywać nerwowe ruchy.
I tak 11 listopada prezydent mianował dwóch generałów. Byli to funkcjonariusze Służby Więziennej. To, że nie czekali na ów awans tak jak inni funkcjonariusze, jest niczym w sytuacji, gdy jeden z nich jeszcze chwilę temu był... majorem.
Poza tym posypały się nominacje na kierownicze stanowiska. I tak szefem wydziału nadzoru i kontroli został człowiek, którym jeszcze niedawno zajmowała się prokuratura.
Obecnie podpułkownik, a jeszcze niedawno kapitan Adam Zaremba był zastępcą dyrektora Aresztu Śledczego na warszawskim Służewcu. W skrócie można powiedzieć, że ów dyrektor poświadczył nieprawdę, sfałszował dokumentację i coś tam zachachmęcił przy amunicji.
Sprawą zajęła się Prokuratura Rejonowa Warszawa Mokotów. \"(...) Stwierdzić trzeba, że zachowanie w/wym. wypełnia ustawowe znamiona określonego w art. 271 kk przestępstwa\", napisała prokurator Krystyna Krysiak. Wszczęto postępowanie dyscyplinarne. Niedługo potem władze służby więziennej ukarały dyrektora... awansując go na stanowisko specjalisty w Wydziale Inspe-kcji Centralnego Zarządu Służby Więziennej ze znacznie wyższą pensją niż wcześniej. Otrzymał też trzypokojowe mieszkanie na warszawskim Mokotowie, które ponoć już zamienił na większe.
Przed odejściem Kempy nazwisko Zaremby znalazło się na biurku dyrektora generalnego z \"zaleceniem\" mianowania go na stanowisko szefa wydziału nadzoru i kontroli. Dyrektor Pomiankiewicz co prawda był zdziwiony, ale warto było się liczyć się z \"zaleceniami\", bo zbliżał się
11 listopada i nominacje na generałów. Adam Zaremba szybko został szefem wydziału nadzoru i kontroli. Pomiankiewicza mianowano na generała.
W dokumentacji Zaremby nie ma nawet śladu po postępowaniu prokuratorskim.
Czym w więziennictwie jeszcze zasłynęła Beata Kempa? Organizowaniem kaplic w zakładach karnych. W Wadowicach w tym celu zlikwidowała świetlicę. W wadowickim więzieniu jest o 120 więźniów więcej niż miejsc. Teraz nie mają także świetlicy...

Najuczciwsza

Beata Kempa będzie badać sprawę aresztowania Barbary Blidy. Mówi, że tylko ona będzie naprawdę uczciwa.
Tymczasem okazało się, że dzięki podsłuchom także jej korupcyjnymi propozycjami zajmuje się CBA. Podobno miała obiecać ustawienie prokuratorów i umorzenie śledztwa przeciwko doktorowi Mirosławowi G.
- Jestem tak samo przedmiotem brutalnych ataków jak Barbara Blida - grzmiała z sejmowej mównicy.
Zbigniew Ziobro jednak nie krzyknął:
- Pani minister! Będę z panią do końca!
Ani nikt inny.

środa, 27 lutego 2013

Dopaść Blidę (NIE, 34/2009)

Barbara Blida

Nowe relacje o produkcji dowodów na przestępczą działalność posłanki SLD i innych polityków lewicy.
W marcu tego roku adwokat Barbary Kmiecik złożył zeznania przed komisją śledczą badającą śmierć Barbary Blidy. Umknęły one uwadze opinii publicznej. A szkoda. Adwokat Marek L. opisał, jak szyto „układ katowicki” i jak próbowano wplątać w mafię węglową Barbarę Blidę.
 




 Prokurator
W sierpniu 2006 r. do domu prokuratora Mirosława P. wtargnęli inni prokuratorzy z wydziału przestępczości zorganizowanej w Katowicach. U ich boku stało czterech zamaskowanych antyterrorystów. Zaczęli przetrząsać dom. Brali co popadało. Nic z tego, co wzięli, do dziś nie uznano za dowody rzeczowe ani nie zwrócono. Partnerka Mirosława P., z którą mieszka, też jest prokuratorem. Żeby przeszukać mieszkanie prokuratora, musi on być pozbawiony immunitetu. Nie dopełniono tego obowiązku. Nie pokazano także decyzji o przeszukaniu. Takowa została doręczona w... 2,5 roku później.
Po rewizji w domu prokurator Mirosław P. poszedł bez wezwania do prokuratury wyjaśnić sprawę. Sam zgłosił też w sądzie dyscyplinarnym wniosek o uchylenie mu immunitetu, aby sprawa mogła nabrać biegu. Czekał kilka godzin pod gabinetem prokuratora Sebastiana Chmielewskiego, aż ten wróci z Warszawy, i tam został zatrzymany. Dokonali tego funkcjonariusze ABW na ustne polecenie prokuratora. Nie istnieje otóż przepis mówiący, że na ustne polecenie można kogokolwiek zatrzymać. Wydaje się pisemne zarządzenie z uzasadnieniem. Poza tym najpierw trzeba postawić zarzuty. Nie uczynili tego. Prokuratura obawiała się, że Mirosław P. ucieknie. Dlaczego, skoro sam zgłosił się do prokuratury?
Mirosławowi P. zarzuca się przyjęcie łapówki w zamian za informację na temat prowadzonego postępowania. Oto zeznania tego, który twierdzi, że dał pieniądze: (...) powiedział mi, że nie udzieli żadnych informacji, bo sprawa jest bardzo utajniona i prowadzi ją prokurator, z którym on nie ma kontaktu. I kazał mi się nie interesować zbytnio sprawą. Podobno za te właśnie niezwykle pomocne mu informacje zapłacił kilkanaście tysięcy złotych. Mirosław P. pasuje do układu, bo zawsze mówiło się, że jest komuch, nie chodzi do kościoła. Ale przede wszystkim znał sprawę mafii węglowej.
 

Adwokat
Jedna osoba to za mało na grupę przestępczą. Znaleziono więc adwokata związanego ze środowiskiem lewicowym. I z liberałami. Pasował jak ulał. Marek L. był pełnomocnikiem Barbary Kmiecik (patrz ramka). To on głośno mówił, że prokuratura stosuje wobec jego klientki areszt wydobywczy. Powiedział też sędziemu, który przedłużył kolejny raz areszt śląskiej „Alexis”, że takie decyzje to może podejmować sąd w „republice bananowej”, ale nie w centrum Europy. Mówił o tym, że w aktach sprawy Kmiecikowej są zeznania ludzi, którzy nigdy takich nie składali, a na sfałszowanych protokołach przesłuchań nie ma ich podpisów. Był niewygodny.
Dziś mecenas L. zeznaje, że prokurator Sebastian Chmielewski także jego nakłaniał do złożenia fałszywych zeznań i złamania tajemnicy adwokackiej. Powiedział, że będę miał postawione kolejne zarzuty, o wiele poważniejsze niż dotychczasowe i na dzień dzisiejszy według jego oceny mam prawie jak w banku sześć lat. Prokurator podkreślał, że mi pomoże (...) jeżeli udzielę mu informacji. Generalnie interesowały go informacje związane z panią Kmiecik i Blidą oraz osobami, które brały od Kmiecikowej pieniądze. Wymienił nazwiska Markowski, Martyniuk, Zaborowski. Są to nazwiska działaczy SLD. Teraz adwokat „Alexis” pan L. nie chce mówić o sprawie. Przesiedział kilkanaście miesięcy za nakłanianie klienta do składania fałszywych zeznań w procesie karnym i pobieranie za to korzyści majątkowej. Czyli siedział za to, że ustalał linię obrony z klientem i nie robił tego bezinteresownie. Siedział za wykonywanie swojej pracy, ale nie tylko. Poza tym powiedział jednemu z gangsterów, że zna paru prokuratorów... Taka sugestia to już rzeczywiście może być trop przestępstwa.
 

Tajniak
Kolejny członek układu to Andrzej W. Wysoki rangą funkcjonariusz CBŚ. Doświadczony, przygotowany, skarbnica wiedzy. Prowadził śledztwo w sprawie mafii węglowej i paliwowej. Poznał też wszystkie szyte przez prokuratora wątki polityczne w obu tych postępowaniach. Znał Kmiecik i Blidę. Wiedział zbyt wiele. Od lat związany ze śląskim środowiskiem lewicowym. On też przesiedział 9 miesięcy w odizolowanej celi. Dlaczego? Według prokuratury uprzedził właścicieli bazy paliwowej w Tychach, handlujących olejem opałowym jako napędowym, że będzie u nich nalot. Za tę rzekomą ochronę wziął kasę. Prokuratura jednak nie zauważyła, że ów nalot Andrzej W. sam wykonał na wniosek przełożonych i to natychmiast, zanim sporządzono nakaz przeszukania. Nie zwrócono też uwagi, że zarekwirował dwie cysterny paliwa po 29 tys. litrów i że zatrzymał zeszyt z wpisami transakcji, który był niezbitym dowodem przestępczej działalności. Ci ludzie zostali więc zatrzymani i oskarżeni na podstawie dowodów, które on znalazł. Czy tak wygląda ochrona, za którą się płaci? Poza tym prokuratura zagubiła notatkę służbową sporządzoną przez jego przełożonych, z której niezbicie wynikało, że W. w dniu, w którym niby miał poinformować właścicieli bazy paliwowej, nie mógł nic wiedzieć o planowanym nalocie, bo wtedy nawet jego przełożeni o tym nie wiedzieli.
Andrzej W. przez długie miesiące więziennej izolatki nie był przesłuchiwany. 9 miesięcy bez żadnej czynności procesowej.
 

Cwaniak
Wszyscy panowie siedzieli z pomówienia jednej osoby. Tomasza W., lokalnego cwaniaczka, wyłudzacza i oszusta, który w zamian za złagodzenie kary mówi, że słyszał, jak ci trzej panowie naradzali się ze sobą w sprawie pomocy gangsterom. Podobno przy nim mówili o łapówkach... Tomasz W., właściciel firmy Propagator, oferującej mydło, powidło, komputery, alarmy, dziwnym trafem wygrywający większość przetargów ogłaszanych przez policję, swymi zeznaniami stworzył i skleił ów układ prokuratorsko-adwokacko-policyjny. Żądał za to uchylenia aresztu. Prokurator Sebastian Chmielewski uchylił mu więc areszt. Uzasadnił to tym, że wskazał nowe okoliczności, w tym zwłaszcza wskazał inne osoby, zasługuje więc na zmianę środka zapobiegawczego. Tomasz W. przypomniał sobie wtedy jeszcze o bazie paliwowej w Tychach i łapówkach za pomoc.
 

Świadek
Zeznania W. nagle uwiarygodnił nowy świadek, Cezary Janeczek. Nadworny świadek prokuratur w Katowicach i Krakowie. Zawsze stosuje ten sam manewr. Opowiada o tym, jak tworzył na potrzeby zorganizowanej grupy przestępczej potrzebne im faktury, po czym dobrowolnie poddawał się niskiej karze. Ludzie przez niego pomawiani hurtowo tracili wolność. Dziś zmienił nazwisko, żeby go nie znaleźli. Dowody, które posiadamy, wskazują, że Janeczek już dawno powinien mieć postawione zarzuty.
Żadne z rewelacji obu donosicieli nie zostały zweryfikowane. Obecnie sprawę prowadzi prokuratura krakowska. Prokurator Mirosław P. do dziś nie otrzymał możliwości zajrzenia do akt w celu zapoznania się z powodami jego zatrzymania i wnioskiem o areszt, choć mu się to należy. Prokuratura Okręgowa w Krakowie owszem postanowiła udostępnić mu: odpis postanowienia o wszczęciu śledztwa, postanowienie o postawieniu zarzutów oraz protokół przesłuchania. A gdzie powody? Już prawie rok Mirosław P. buja się z krakowską prokuraturą. Powołuje się na przepisy i wyrok Trybunału Konstytucyjnego, ale prokuratura albo w ogóle mu nie odpowiada, albo przysyła odpowiedzi kompletnie bez sensu. Poza tym, jak w wielu tego typu sprawach, skargę na prokuratora referenta rozpatruje... prokurator referent.
W maju weszła w życie ustawa o możliwości składania skargi na przedłużające się postępowanie prokuratorskie. Mirosław P. już taką złożył. Bo to, co dzieje się w sprawie „układu katowickiego”, jak szumnie w mediach nazywali tę sprawę przedstawiciele PiS, zakrawa na kpinę. A nad całą sprawą unosi się trup Barbary Blidy.
 

•••
Na pożegnalnym spotkaniu w Prokuraturze Krajowej Zbigniew Ziobro powiedział do swoich prokuratorów: Musicie to przetrwać. Ja tu jeszcze wrócę. A na jednym z czatów internetowych po uzyskaniu mandatu europosła napisał: Zawsze w prowadzonych przeze mnie sprawach kierowałem się sercem. Najważniejszy był dla mnie człowiek.

                                                                                   JOANNA  SKIBNIEWSKA 

Barbara Kmiecik
W połowie lat 90. była jedną z najbogatszych osób w Polsce. Zajmowała się głównie pośrednictwem w handlu węglem. Jest nazywana „Alexis polskiego górnictwa” lub „śląską Alexis”. W roku 2005 została aresztowana pod zarzutem korumpowania wysokich rangą urzędników państwowych. Celem korupcji było wprowadzanie korzystnych dla firm Barbary Kmiecik rozwiązań w polskim prawie. Sprawę szumnie nazwano mafią węglową. To ona obciążyła Barbarę Blidę. Na podstawie zeznań Kmiecik prokuratura prowadzi także śledztwo w sprawie nielegalnego finansowania partii politycznych w latach 1994–2004.