Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mariusz Mrozek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mariusz Mrozek. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 października 2014

Świst chybionych pocisków (Tygodnik NIE, nr 40/2014, str.3)

Świst chybionych pocisków

Funkcjonariusze z Wydziału Zwalczania Przestępczości Samochodowej Komendy Stołecznej Policji biją zatrzymanych, a też strzelają do niewinnych ludzi.
22 września ok. 22.00 było już ciemno. Czarek Skowroński, jego dziewczyna Andżelika i jej bliźniacza siostra Olga nawet nie zauważyli upływającego czasu. Siedzieli u Czarka w Stanisławowie, oglądali film, płynęły godziny. Rano trzeba wstać do szkoły! Olga miała nazajutrz klasówkę z chemii, a była kompletnie zielona. Nie wiedziała, co się stanie, gdy połączy się zasadę z kwasem. Kretyński przedmiot, który nigdy do niczego nie będzie jej potrzebny. Na pewno nie będzie łączyć kwasów z zasadami. Ale nauczyć się musi.
Dziewczyny poprosiły Czarka, żeby odwiózł je do babci. Od niej z Płochocińskiej jest bliżej do szkoły. Poza tym babcia ma już swoje lata, jest schorowana, obecność nastoletnich bliźniaczek dobrze jej robi.
Napad
Czarek wziął ojcowskiego citroena C4, kilka razy pomachał kluczykami prawie jak właściciel i pojechali. Na Płochocińską od niego jest rzut beretem, szybko więc dotarli przed dom pani Bogumiły, babci dziewczyn. Dojeżdżając do małego domku Czarek zauważył kilku mężczyzn w bluzach z kapturami. Zastanawiał się, czy może wypuścić dziewczyny same po ciemku.
– To pewnie Rysiek z kolegami wraca z melanżu – zaśmiały się dziewczyny i zaczęły wychodzić z samochodu.
Nagle zapiszczały. Czarek osłupiał. Zakapturzeni mężczyźni zaczęli biec w ich stronę. Nigdy nie widział z bliska pistoletu, ale szybko zrozumiał, że faceci w kapturach mają broń. Za chwilę miał się o tym przekonać, bo biegnący zaczęli strzelać w ich kierunku.
Świst i huk wystrzałów mieszał się z krzykiem dziewczyn, które przerażone uciekły do samochodu. Jedna z kul trafiła w siedzenie pasażera. Dobrze, że Andżelika zdążyła się położyć. Kolejna wbiła się w siedzenie kierowcy, tak, że Czarek był pewien, iż oberwał, tylko z powodu szoku nic nie czuje.
Kule świstały jak na wojennym filmie. Jedne przelatywały nad ich głowami, inne wbijały się w karoserię auta. Jeden z napastników podbiegł do samochodu i wybił przednią szybę. Dziewczyny płakały.
Ucieczka
Czarek postanowił uciec, ale nie mógł jechać szybciej niż 20 km/h, bo miał przestrzelone opony. Zadzwonił do rodziców, że ucieka, bo go napadli bandyci. Potem zadzwonił na policję. Opowiedział o ataku, o uzbrojonych bandziorach i samochodzie przeszytym kulami. I że jedzie do domu, bo bardzo się boi.
Ojciec chłopaka wsiadł w samochód zięcia i obaj pojechali na Płochocińską. Synowi kazał wracać do domu, nie patrząc na to, że z opon nic już nie zostało. Srał pies felgi, byle tylko ujść z życiem. Czarek po drodze spotkał dwoje rowerzystów jadących w stronę tej strzelaniny. Kazał im zawrócić, bo tam są bandyci i zrobią im krzywdę. Rowerzyści też zadzwonili na policję.
Oczekiwanie
Pani Bogumiła ma 76 lat. Od godziny czekała na wnuczki. Chciała zadzwonić, ale nie ogarnia tych komórkowych zabawek. Wiedziała, że opieprzy je, gdy wrócą. Kto to słyszał, żeby młode dziewczyny szlajały się po ciemku. Była zła, ale też zmartwiona. Okolica nieoświetlona, a one takie ładne i zgrabne. Tylu zboczeńców łazi po krzakach. Porywają dziewczęta do domów publicznych. Stała więc w oknie wyczulona na każdy ruch. Gdy podjechał citroen Skowrońskich, spadł jej kamień z serca. Wróciły. Ale i tak je opieprzy…
Wtedy usłyszała strzały. Była dzieckiem, gdy kończyła się wojna, ale nie miała wątpliwości, że są to kule. Podbiegła do okna i zobaczyła bandytów z pistoletami, którzy biegną do białego citroena. Zobaczyła dziewczynki wskakujące do samochodu i widziała, że łobuzy strzelają do nich jak do kaczek. Złapała za telefon, ale nie mogła sobie przypomnieć, czy to 997, 998 czy może 999? Wykręciła jakiś numer. Czy to była policja, nie wie, ale powiedziała, że jej wnuczki chcą porwać bandyci, że możliwe, iż już je zastrzelili, że trzeba ratować.
Niedługo potem ktoś zaczął walić do drzwi. Otworzyła. Weszło dwóch zakapturzonych mężczyzn. Tych, co strzelali. Odepchnęli babcię od drzwi, straciła równowagę. Weszli do pokoju, a że domek malutki i została im jeszcze tylko kuchnia i łazienka, zajrzeli tam bez słowa, po czym wyszli. Pani Bogumiła nic już więcej nie pamięta, chyba straciła przytomność. Dopiero gdy przyjechała po nią córka i zabrała do siebie, kobieta dowiedziała się, że dziewczynki żyją.
– Cud boski – powiedziała i znów zapadła w stan odrętwienia.
Zatrzymanie
Gdy ojciec Czarka przyjechał na miejsce, radiowóz już tam był. Ale co to? Dlaczego policjanci z bandytami prowadzą pogaduszki? Czemu się śmieją?
Słyszał tylko urywane fragmenty rozmowy. „Co to był za samochód? Pierdolony małolat. Fajna zabawa”. Któryś liczył wystrzelane naboje. Około 40.
Skowroński wybiegł z wozu i oniemiał. Spod rozpiętych bluz z kapturami wystawały blachy na srebrnych łańcuszkach. To byli policjanci.
– To wy strzelaliście do dzieciaków! – krzyknął.
Kilku rosłych mężczyzn dopadło do niego.
– To był twój syn? – zapytał jeden z policjantów. – Gdzie on jest?
Policjanci chcieli wejść do samochodu, którym przyjechał Skowroński i kazali się wieść do chłopaka.
– Co wy tu robicie bez samochodu? – pytał ojciec chłopaka.
– My tu 2 dni w tych krzakach siedzimy – rzucił któryś.
– Szukamy dziupli samochodowej – pochwalił się funkcjonariusz.
Po przyjeździe do domu Skowrońskich policjanci wpadli do kuchni, gdzie siedział przerażony nastolatek i zapłakane dziewczyny. Kilku go przesłuchiwało, inni robili oględziny samochodu. Kilkanaście kul w karoserii i wewnątrz wozu. Zabezpieczyli telefony komórkowe dzieciaków i plecaki szkolne pełne podręczników. Zabrali zeszyt do chemii, który leżał na tylnym siedzeniu, gdzie Olga usiłowała nauczyć się na klasówkę. Zeszyt był przestrzelony. Wokół dziury po kuli są czarne smugi.
– Jesteś zatrzymany – rzucił jeden z funkcjonariuszy.
– Za co? – spytał biały jak ściana Czarek.
– Chciałeś nas zabić, próbowałeś nas przejechać samochodem – rzucił policjant i od razu uprzedził, że nie będzie odpowiadał na żadne pytania. Tutaj to on zadaje pytania.
Chłopak mało nie zemdlał. Trzeba było wezwać pogotowie. Dano mu jakiś zastrzyk, po czym policjanci zawieźli do Komendy Stołecznej Policji. Tam przesłuchiwali go 6 godzin.
– Dlaczego chciałeś nas zabić? – padały pytania, a funkcjonariusze zmieniali się jak w kalejdoskopie. Jedni byli mili, inni wydzierali gęby. Potem przyjechał naczelnik i też na niego krzyczał.
W nocy zawieziono go do prokuratury rejonowej przy ul. Jagiellońskiej w Warszawie. Tam prokuratorka postawiła mu zarzut czynnej napaści na funkcjonariuszy. Jego zeznania nie miały żadnego znaczenia. Dostał dozór policyjny, a to, że nie poszedł do aresztu, to wynik jego młodego wieku i chorowitego wyglądu.
O piątej rano zaprowadzono go na dołek. Przesiedział 30 godzin.
Odpowiedzi
Czarek ma 19 lat i chodzi do IV klasy technikum informatycznego. Jest wysoki i chudy. Andżelika i Olga mają po 18 lat. Uczą się w liceum.
Na stronie internetowej KSP pojawiła się informacja, że policjanci ze specjalnej grupy zajmującej się przestępczością samochodową odnieśli sukces. Na Płochocińskiej odzyskali skradzioną toyotę. Zatrzymali złodziei samochodów i Cezarego S., który chciał uciec. Został znaleziony w swoim domu, „gdzie się ukrywał”.
Zadaliśmy pytania policji i prokuraturze.
Otrzymaliśmy odpowiedź z KSP: „W odpowiedzi na Pani pytania informuję, że czynności w powyższej sprawie wykonuje Prokuratura Rejonowa Warszawa-Praga Północ w Warszawie w ramach śledztwa prowadzonego wraz z funkcjonariuszami Wydziału Zwalczania Przestępczości Samochodowej Komendy Stołecznej Policji o sygn. akt 6Ds 1582/14, przeciwko Grzegorzowi R. podejrzanemu o trzy czyny dotyczące kradzieży pojazdów marki Honda i Toyota oraz Adriannie B. i Ryszardowi R. podejrzanym o ukrycie ww. pojazdów pochodzących z przestępstwa. Dwóch sprawców przyznało się do zarzucanych im czynów, a złożone wyjaśnienia są obecnie przedmiotem weryfikacji procesowej. (…)
Podczas akcji Policji skierowanej na ujawnienie skradzionych pojazdów doszło do aktu czynnej napaści na dwóch funkcjonariuszy Policji poprzez ich potrącenie pojazdem, którym kierował Cezary S. Funkcjonariusze zostali zmuszeni do użycia broni palnej w celu zatrzymania sprawcy. Prokurator przedstawił Cezaremu S. zarzut dokonania czynu z art. 223 § 1 kk oraz zastosował wobec podejrzanego środek zapobiegawczy w postaci dozoru Policji. Śledztwo jest w toku”.
Podpisał rzecznik KSP Mariusz Mrozek.
W dwie minuty później dostaliśmy mail z prokuratury. Identyczny! Podpisane przez rzecznika POWP Renatę Mazur. Prokurator Mazur dodała także, że nie otrzymam zgody na zajrzenie do dokumentacji. Dla dobra śledztwa.
O funkcjonariuszach z Wydziału Zwalczania Przestępczości Samochodowej Komendy Stołecznej Policji niedawno pisałam artykuł „Kaci z policji” („NIE” nr 7/2014). Policjanci dotkliwie bili zatrzymanych, zakładali im worek na głowę i wpuszczali gaz, szczuli psami, tylko po to, by na siłę zrobić wynik. Tym razem o mało nie zabili trójki nastolatków.

JOANNA SKIBNIEWSKA
askibniewska@poczta.onet.pl








czwartek, 3 kwietnia 2014

KACI Z POLICJI (NIE, Nr 07/2014, 2014-02-14, str. 1)



W warszawskiej komendzie policjanci biją. Zupełnie bezkarnie.
4 lutego około godz. 19.30. Paweł P. i Tomasz K. byli w Barze nad Wisłą w Górze Kalwarii. Właśnie zamówili coś do jedzenia. Zanim zdążyli się zorientować, knajpa była otoczona, a funkcjonariusze w czarnych mundurach zakładali im kajdanki.
– Wszystko trwało może kilka minut – mówi anonimowo świadek policyjnej akcji. – Na pewno wyszli cali i zdrowi z restauracji – zapewnia. Potwierdzają to inni świadkowie. Nie chcą podawać nazwisk. Boją się… policjantów. Kolejni świadkowie mówią, że już w knajpie obaj zatrzymani byli bici i kopani.
Była to popisowa akcja stołecznej policji z wydziału do zwalczania przestępczości samochodowej. Dzień wcześniej skradziono samochód. Policjanci znaleźli go w dziupli pod Warszawą. Od razu postawili na Pawła i Tomasza, specjalizujących się w samochodach. Ruszyła obława.
Zatrzymani zostali przewiezieni do komendy stołecznej na przesłuchanie. W parę godzin potem Paweł P. trafił na dołek. Był dotkliwie pobity. Nie zbadał go lekarz, choć Paweł P. o to prosił. Jego kolegę przewieziono do szpitala z licznymi obrażeniami, nieprzytomnego. Na oddziale pilnowali go funkcjonariusze, ale nie po to, by nie zwiał, bo i tak nie dałby rady, ale po to, by nikt nie zrobił mu zdjęcia, jak wygląda po policyjnym przesłuchaniu. Zakazano także lekarzom udzielać jakichkolwiek informacji o jego stanie zdrowia. Samym medykom powiedziano, że się samookaleczył podczas zatrzymania.


Worek i gaz

Obaj panowie są znani funkcjonariuszom z tego wydziału. Doskonale znają ich żony, matki, rodziny. Funkcjonariusze, mówiąc o nich, rzucają ksywami. Paweł i Tomasz wielokrotnie byli zatrzymywani, niezależnie, czy były ku temu podstawy, czy nie. Zwykle byli bici podczas przesłuchania. I nie tylko oni. Wszyscy, którzy kiedykolwiek byli w kręgu zainteresowań funkcjonariuszy z samochodówki, przeszli przez piekło rozmowy z policjantami. Co z niej zapamiętali najbardziej?

– Worek foliowy na głowę i psikanie gazem do środka – powtarzają wszyscy. Z 14-osobowej grupy, z którą rozmawialiśmy, każdy z osobna opowiadał o tych samych metodach pracy funkcjonariuszy z tego oddziału. Bicie, kopanie, uderzanie głową o ścianę, walenie pałką w gołe stopy. Odbite jądra, pięty i nerki to standardowe pozostałości po przesłuchaniu.
– Biją albo po to, żeby się przyznać, albo po to, żeby powiedzieć coś na kolegę. Często dają do podpisania protokół z zeznań, który sami tworzą i każą podpisać. Za niepodpisanie też jest wpierdol. A czasem biją po prostu, dla sportu – mówią ci, którzy parokrotnie mieli do czynienia z funkcjonariuszami ze stołecznego wydziału.

Bywa, że zabawiają się z nimi policyjne psy, szczute przez policjantów. Wtedy podobno funkcjonariusze mają największą zabawę.

W 2011 r. Kamil P. przez chwilę nagrywał telefonem komórkowym przesłuchanie. Widać tylko nogi bitego i bijących, ale słychać, co się dzieje w pokoju przesłuchań.
– Przyznasz się, kurwo?! – pyta policjant. Słychać głuche uderzenia o coś twardego. Krzyki i jęki bitego. – Powiesz, kurwo, czy nie?!
– Ty jebany psie – odpowiada bity. Wtedy w ruch idą nogi funkcjonariuszy. Film się urywa. Niedługo potem urywa się też świadomość bitego.
Po tym przesłuchaniu chłopaka nie oglądał lekarz, choć podobno parokrotnie tracił przytomność. Dopiero gdy przewieziono go do aresztu na Białołękę, został zbadany. Przez parę dni nie rozpoznawał nikogo.
– Był tak opuchnięty na twarzy, że z trudnością go rozpoznałam – mówi Sylwia, jego narzeczona. Wsadzili go do celi z kuzynem, żeby się nim opiekował. Po paru dniach próbował popełnić samobójstwo. Więzienna psycholog do dziś pamięta, jak wyglądał po przywiezieniu z warszawskiej komendy. I to, że nie rozpoznał ojca.

Wydział ma wyniki

– Parę lat temu byłem zatrzymany na gorącym – mówi Maciek B. – Odsiedziałem i słusznie, było za co. Co prawda ukradłem jeden samochód, a przybili mi jeszcze dwa, ale wtedy faktycznie ukradłem. Dziś wyszedłem z branży, mam dziecko, pracę, ale cały czas jestem zatrzymywany przez ten wydział. Zawsze dostaję trzymiesięczną sankcję, bo pomawia mnie policjant z samochodówki. Po trzech miesiącach, gdy prokurator znowu wnioskuje o areszt, ja przedstawiam dowody, że nie mogłem tego zrobić. Byłem gdzie indziej, raz nawet 300 km od miejsca zdarzenia.
Zwykle wychodzę do domu, ale co odsiedzę za nic i ile dostanę podczas przesłuchania, to moje. Wydział do zwalczania przestępczości samochodowej ma dobre wyniki. Zwykle zarzuty opierają się na zeznaniach samych funkcjonariuszy z tego wydziału. W2011 roku mł. asp. Damian Kozina zeznał w śledztwie, że widział Pawła P., gdy ten kradł wypasioną hondę. Podobno stał niedaleko. Nie interweniował, bo „byłtrudny teren”. To było wWarszawie. Zatrzymał go następnego dnia. To samo zeznał, gdy zatrzymano Damiana P. Tym razem warunki pogodowe przeszkadzały mu w interwencji. Zatrzymano sprawcę po 12 godzinach od kradzieży. Takich, których widział podczas złodziejskiej roboty, jest paru. Zatrzymani w knajpie w Górze Kalwarii też są oskarżani przez tego policjanta. Ponoć widział ich przy robocie. Innych dowodów nie ma. Macieja B. oskarżał inny policjant z tej grupy. Też widział, jak Maciej B. kradł auto.
Po czasie okazuje się, że to wszystko brednie, bo kiedy niby miało się to wydarzyć, wskazani przez policjantów sprawcy byli zupełnie gdzie indziej. Imają na to niezbite dowody. Zdarzyło się nawet, że w czasie gdy policjant widział kradnących na Woli, sam był wtedy w Śródmieściu…

Ustalmy, że on nie krzyczał

Rzecznik stołecznej policji Mariusz Mrozek nie chce udzielić odpowiedzi na pytania dotyczące pobić na komendzie.
– Zapraszam do nas – mówi.
Gabinet naczelnika wydziału do zwalczania przestępczości samochodowej Ireneusza Ambroziaka jest ciasny, a sam naczelnik duży. Siada przede mną i prezentuje pokaźny brzuch. Jest miły. Przez chwilę, bo gdy zaczynam zadawać niewygodne pytania, wrzeszczy i próbuje mnie zastraszyć.
– Podczas doskonałej akcji zatrzymania Tomasz K. próbował uciekać na pierwsze piętro i wyskoczyć przez okno. Wtedy mogły wystąpić otarcia naskórka.
– Pan obrażenia Tomasza K. nazywa otarciami naskórka? On trafił nieprzytomny do szpitala z poważnymi obrażeniami.
– Została mu udzielona pomoc i lekarz stwierdził, że musi zostać w szpitalu na obserwacji.
– Z powodu otarć naskórka?
– Tomasz K. oczywiście symulował.
– Symulował utratę przytomności?
– Tak, symulował utratę przytomności. Biegły lekarz sądowy stwierdził, że nic mu nie jest.
– Wcale tak nie stwierdził, pan kłamie. Stwierdził jedynie, że można go przesłuchać.


– Pani nie będzie mnie przesłuchiwać!!!
– Teraz ja będę mówił, nie pani!!! Pani mi przerywa jak Monika Olejnik!!! Teeeeeraaaaz jaaaa móóóówię!!!

– Pańscy ludzie biją zatrzymanych. Wkładają im na głowę foliowy worek, wpuszczają gaz, kopią i pan o tym wie.
– Nie mam wpływu na to, co mówią zatrzymani.
– Dlaczego pańscy funkcjonariusze pomawiają zatrzymanych? Kłamią w prokuraturze. Robicie sobie dobrą statystykę?
– Nigdy przestępcy nie złożyli doniesienia o składanie fałszywych zeznań.
– Dlaczego bijecie ludzi?
– Nigdy nikt nie zgłaszał zażalenia na zatrzymanie.

Ponieważ naczelnik Ambroziak już tylko krzyczał i machał łapami, dalsza rozmowa nie miała sensu.
– Stracił panowanie, bo pani go zdenerwowała – próbował tłumaczyć naczelnika rzecznik Mariusz Mrozek.
– I pan mi chce wmówić, że on panuje nad sobą, gdy zatrzymany nazywa go jebanym psem? – pytam.
– Ustalmy, że on nie krzyczał na panią. Ustalmy, że pani tego nie napisze wartykule…

To tylko podejrzany

Tomasz K. jest już w areszcie na Białołęce. Pilnujący go w szpitalu funkcjonariusze niezupełnie się sprawdzili. Przypadkowa osoba zrobiła film telefonem komórkowym. Mamy go. Młody mężczyzna jest pokrwawiony, opuchnięty, ma krwawe dziury wgłowie i świeże szwy na czole. Widok robi wrażenie.
Na oddziale przesłuchiwała go prokurator z prokuratury rejonowej z warszawskiej Pragi. Widziała jego obrażenia. Widziała, wjakim jest stanie. Nie wszczęła z urzędu postępowania przeciwko policjantom. Sędzia z Sądu Rejonowego dla Warszawy Pragi zasądzająca trzymiesięczny areszt też widziała torturowanego człowieka. Powiedział, że pobili go policjanci. Nie zareagowała. Bo to tylko podejrzany…
Bicie przez funkcjonariuszy policji to częste przypadki, jednak niewielu z poszkodowanych to zgłasza. Bo tylko w jednostkowych sytuacjach kończy się ukaraniem funkcjonariusza – mówi prawnik dr Piotr Kładoczny z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. – Pobici podwójnie się obawiają, bo zwykle słyszą, że ich sytuacja procesowa tylko się pogorszy, jeśli wystąpią przeciwko policji. Trzeba pamiętać, że jest wielu dobrych policjantów. To naprawdę ciężka służba. Jeżeli jednak policjant jest tak wypalony, że zaczyna stosować przemoc, powinien natychmiast odejść ze służby. Tak się, niestety, nie dzieje. Gdy policja nadużywa władzy, to jest największy dramat i największa demoralizacja państwa.

Joanna Skibniewska
askibniewska@redakcja.nie.com.pl

•Przed paroma dniami funkcjonariusze Biura Spraw Wewnętrznych KGP, na polecenie prokuratury, zatrzymali trzech warszawskich funkcjonariuszy z KRP Śródmieście i jednego funkcjonariusza z Pragi. Panowie interweniując na imprezie u małolatów, mocno się zdenerwowali. Jeden z biesiadników bowiem, nazwał ich brzydko, porównując do męskich genitaliów. Zatrzymali trzech chłopaków. Bezpodstawnie. Zawieźli na komisariat przy ul. Wilczej. Tam rozdzielili ich i tłukli gdzie popadło. Już złożyli zeznania. Twierdzą, że to małolat rzucił się na nich. Biedactwa, musieli się bronić. Tak bardzo, że chłopak ma obrażenia wewnętrzne.
•Małgorzata i Jarosław Jabłońscy z Jarosławia wracali nad ranem z restauracji. Podjechał radiowóz, policjanci z Jarosławia zwrócili im uwagę, że idą jezdnią i powinni przejść na chodnik. Policjanci ich skuli, bo Jabłońscy nie byli zbyt mili. Zawieźli na komisariat. Kobieta została dotkliwie pobita. Była też kopana. Jej głową uderzano o ścianę. Kobieta po opuszczeniu dołka natychmiast trafiła do szpitala. Opinia lekarska: Dotkliwe pobicie. Rozległe sińce, krwiaki i obrażenia. Prokuratura postawiła jej zarzut czynnej napaści na funkcjonariuszy. Czterech rosłych chłopów i jedna policjantka zostali zaatakowani tak bardzo, że musieli stosować „obronę konieczną”.
•W Nowym Targu policjanci interweniujący w sprawie awanturującego się chorego na schizofrenię mężczyzny skatowali go na śmierć. Wiedzieli, że jest chory i ma atak. Mimo to kopali i bili. Aż zabili. Policjanci pracują i mają się dobrze… •17-letniKamil z Ostrzeszowa powiedział, że został pobity w tamtejszej komendzie. Ukradł miedziany drut. Według relacji Kamila przesłuchanie trwało ponad 6 godzin. Policjanci bili go w pośladki, brzuch, żebra. Lekarz potwierdził pobicie.
•15-letniPatryk z Wambierzyc wyszedł wieczorem do sklepu po chleb. W centrum wsi strażacy właśnie dogaszali pożar, chłopiec zatrzymał się, by popatrzeć. Stamtąd wywlekli go policjanci iwywieźli daleko pozawieś. Grożąc i bijąc, próbowali go nakłonić, żeby przyznał się do wybicia szyby w innym radiowozie. Chłopak się nie przyznał, a funkcjonariusze zostawili go w polu. Do domu wracał nocą parę godzin. Przestał wychodzić z domu i opuszczał lekcje, bo się bał, że znowu go za coś złapią. Niedługo potem Patryk się powiesił. Ci policjanci niedawno dostali wyrok, ale nie za Patryka, lecz za gwałt na 16latce.
•Piotrek Karbowiak został brutalnie pobity przez policjantów. Jest upośledzony. Raz policjanci wzięli go do radiowozu wieczorem pod zarzutem burdy w domu. Około pierwszej w nocy pogotowie znalazło go nieprzytomnego parę ulic dalej. Pobitego. Trafił na OIOM. Prokuratura prowadzi postępowanie pod kątem udziału Piotra w bójce. Postępowania przeciwko funkcjonariuszom w ogóle nie wszczęto. Podobno obrażenia upośledzonego chłopaka nie mają nic wspólnego z interwencją policjantów.
•W Adamowie w Lubelskiem niepełnosprawny Paweł Kruk został pobity do nieprzytomności. Przed knajpą funkcjonariusze chcieli go wylegitymować. Ale on się uparł, że nie powie, jak się nazywa. Skopali go. Trafił do szpitala na oddział ratunkowy. Ledwo przeżył. Funkcjonariusze jednak opowiedzieli, że Paweł nie był bity, a urazy odniósł w wyniku… padaczki alkoholowej, której nigdy nie miał. Sprawy nie było – brak czynu zabronionego.
•Sebastian Walczak nie chciał na żądanie policjantów wejść do radiowozu. Został pobity, a gdy zaczął bluzgać, jeden z funkcjonariuszy przeładował broń i wycelował w niego. Co na to prokuratura? Walczakowi przedstawiono zarzut naruszenia nietykalności cielesnej funkcjonariuszy.
•35-latekz dzielnicy Biały Kamień w Wałbrzychu trafił na V Komisariat Policji w Wałbrzychu. Po przesłuchaniu zwolniono go do domu. Po kilku godzinach zmarł. Sekcja zwłok wykazała, że zmarł wskutek doznanych obrażeń. Na komisariat trafił cały i zdrowy.
•W podwarszawskim Legionowie Paweł Lewandowski został zatrzymany i skopany na komisariacie. Złożył w Prokuraturze Rejonowej w Legionowie doniesienie. Opinia lekarska potwierdziła drastyczne pobicie. Mimo to prokurator umorzył postępowanie, nie dopatrując się przekroczenia uprawnień przez policjantów. W tym samym czasie ta sama prokuratura wszczęła postępowanie o znieważenie funkcjonariuszy. 3 dni później Lewandowski popełnił samobójstwo. Rodzina wystąpiła do trybunału w Strasburgu. Trybunał uznał, że Polska ma zapłacić 10 tys. euro odszkodowania. Nie zostawił na polskiej prokuraturze suchej nitki.