Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pedofil. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pedofil. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 grudnia 2013

Wszyscy jesteśmy PEDOFILAMI cz.2 (NIE Nr 36/2013)


Czytelnicy się skarżą.

Dla autorów tzw. nowej pedagogiki jakikolwiek kontakt cielesny z dzieckiem w przedszkolu jest objawem molestowania seksualnego. Można być blisko z dziećmi, będąc trzydzieści centymetrów od nich, nie naruszając intymnej strefy… – głoszą autorzy programu. Zabronione jest nie tylko przytulanie malucha, ale kategorycznie zakazane jest też wycieranie mu tyłka, gdy nie trafi papierem toaletowym we właściwe miejsce http://skibniewska.blogspot.com/2013/08/wszyscy-jestesmy-pedofilami-nie-nr.html („NIE”nr 29/2013). Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że temat ten wywoła u naszych Czytelników takie poruszenie. Dostaliśmy wiele listów, a w nich ludzkie dramaty.
*Najwięcej listów przyszło od nauczycieli, którzy latami czyścili swoje dobre imię po bezzasadnym oskarżeniu o pedofilię. Ten nauczyciel pracował w Iławie w szkole podstawowej. Już nie pracuje. Boi się.
Jestem nauczycielem historii. Pracuję z dziećmi od 23 lat. 3 lata temu zostałem oskarżony o molestowanie dzieci. Zniszczyło to całe moje życie. Prywatne i zawodowe. A było tak: uczennice z mojej klasy przygotowywały gazetkę ścienną o II wojnie światowej, na szkolnym korytarzu. Ponieważ musiały robić to na małej drabince, bałem się, że spadną, więc trzymałem drabinę, gdy one wieszały zdjęcia. Oskarżenie wniosła przypadkowo przechodząca matka dziecka z pierwszej klasy. Zgłosiła, że zaglądałem dziewczynkom pod spódnice. To kompletna bzdura. Podczas rozprawy okazało się nawet, że uczennice, które robiły gazetkę, były w spodniach. Drabinka miała raptem 3 stopnie, ja mam 180 cm wzrostu, więc nie mogłem widzieć nawet tych spodni. Oczywiście zostałem uniewinniony, ale rok trwało postępowanie prokuratorskie, gdzie mnie zwyczajnie szmacono. Potem prawie rok trwała sprawa przed sądem. Straciłem pracę, dobre imię, moje własne dzieci były pytane, czy je macam. Żona przypłaciła to depresją, ja zawałem.
* Okazuje się, że często ofiarami bezpodstawnego oskarżenia o molestowanie padają dziadkowie. Czytelnicy pisali o tym, że ich dzieci (rodzice)nie pozwalają im przytulać wnuków. W tym wypadku płeć nie ma znaczenia. Babcia jak i dziadek są równie niebezpieczni.
Zostałam oskarżona o molestowanie mojego wnuczka. Przyjeżdżał do mnie rzadko, więc gdy tylko mogłam z nim pobyć, to chłopiec spał ze mną w łóżku. Sam bardzo chciał. Oskarżenie wniosła moja synowa. Sąd uznał, że nie powinnam spać z 6-letnim chłopcem. Biegły stwierdził, że nie znalazł oznak pedofilii, ale spanie z wnukiem nie jest normalne. Zostałam skazana. Rok w zawieszeniu i jakieś głupie rady sędziego. Mam jeszcze troje wnuków, które mieszkają ze mną w jednym domu. Teraz, gdy zasną przed telewizorem w moim łóżku, od razu je przenoszę. Boję się. Ostatnio bałam się iść z moją 3-letnią wnuczką za rączkę do sklepu. Wszędzie widzę na sobie spojrzenia ludzi.
* Kolejny Czytelnik przeszedł koszmar przesłuchań. Podobnie jego wnuczka. Potem go nawet przeproszono, ale co z tego…
Pierdolec do Polski zawitał z USA i teraz policjanci na porannych odprawach, zamiast być uczulani na łapanie bandytów i złodziei, koncentrują się na urojonych pedofilach.
Byłem nauczycielem WF. Za to, jak traktowałem dzieci, byłbym dzisiaj nie tylko oskarżony, ale i skazany. Bo dotyk dla dziecka jest jak powietrze, zwłaszcza dla tych dzieci, które pieszczot w domu nie zaznają. Jeśli zaś, jak pani cytuje, „można być blisko z dziećmi, będąc trzydzieści centymetrów (czyto jakaś obliczona maksymalna długość penisa?) od nich, nie naruszając intymnej strefy…”, to twórcy takich przepisów to już nie zwykli biurokraci, to psychole, których jak najszybciej należałoby zamknąć w okrągłych pomieszczeniach wyłożonych filcem.
** Polsce rocznie do prokuratury i na policję trafia wiele oskarżeń od byłych żon. Ojców molestujących dzieci jest coraz więcej. Oczywiście według prokuratorskich statystyk, bo to ulubiona broń zdradzonych lub skrzywdzonych kobiet. Z prowadzonych przez prokuratury postępowań niespełna 30 proc. w ogóle zasługuje na rozpatrzenie. Prokuratury jednak chętnie prowadzą takie sprawy, bo to im podnosi wyniki. Prokuratorzy często występują o areszt tymczasowy. Tylko 7 proc. spraw, które trafiają przed sąd, kończy się skazaniem. Nikt jednak nie zwróci ojcu odebranych lat kontaktów z dzieckiem. Nikt nie zapłaci za gnojenie podczas przesłuchań i ostracyzm społeczny w mieście czy na osiedlu.
Mnie osobiście to dotknęło. Matka mojego syna złożyła przeciw mnie wniosek do prokuratury. Śmiałem się wtedy z tego, bo wiedziałem, że to wierutna bzdura. Po pół roku nie było mi do śmiechu. Miałem zakaz kontaktów z synem aż do zakończenia rozprawy. Pisano o mnie w lokalnej prasie i na murze mojego bloku. Dzieci krzyczały za mną „pedofil”,sąsiadki zakazały przychodzić swoim dzieciom do dzieci mojej obecnej partnerki. Uniewinnili mnie po roku. Syn, gdy przyszedł do mnie po tym czasie pierwszy raz, bał się mnie. Powiedział, że nie może u mnie zostać na noc, bo wieczorem zamieniam się w wilkołaka. Mama mu tak powiedziała.
*Są też bezzasadne areszty, za które nikt nie odpowiada.
Mnie sąd zatrzymał na miesiąc. To jak widać standard działania matek, które przesiąknięte są nienawiścią do byłych… Nie tylko ja poniosłem straty, ale też państwo – przecież byłem na państwowym wikcie, jeździłem państwowymi furami. Moja była żona nie poniosła żadnych konsekwencji. Chociaż sprawa przeciwko mnie została umorzona i nawet nie postawiono mi zarzutów. Instytucje takie jak prokuratura, sąd, policja wiedzą o takich działaniach, wiedzą, z czego takie oskarżenia wynikają i gówno z tym robią. Bawią się naszymi dziećmi.
*Okazuje się, że nie tylko byłe żony walczą za pomocą tego skutecznego oręża.
Miałem dochodzenie prokuratorskie w sprawie molestowania dzieci mojej partnerki… Doniesienie złożył ich biologiczny ojciec. Podczas gdy można podejrzewać rodziców o walkę między sobą, to w moim przypadku byłem tym podłym i obrzydliwym konkubentem, który rozbił małżeństwo. I to ja zapłaciłem najwyższą cenę. Areszt, oskarżenie, stracone imię i zdrowie. Wygrałem w sądzie, ale przegrałem w życiu.
*Wiele było też próśb o pomoc. Oto jedna z nich.
Potrzebuję informacji i pomocy prawnej na temat niesłusznego oskarżenia o molestowanie dziecka. Sprawa wygląda w następujący sposób: mój brat został posądzony przez sąsiada o molestowanie jego 5-letniej córki. Dziewczynka ta kilkakrotnie przebywała w domu mojego brata, bawiąc się z jego 5-letnim synem i z 4-letnią córeczką. w tych kilku wizytach uczestniczyła też żona brata. Nigdy ani ja, ani nikt z rodziny czy znajomych nie zauważył niestosownego zachowania wskazującego na możliwość molestowania dzieci przez niego. Wychowuje on z żoną dwójkę swoich dzieci i jest dobrym ojcem, a dzieci rozwijają się bardzo dobrze. Sąsiad złożył doniesienie do prokuratury i mój brat został tymczasowo aresztowany na 3 miesiące. Jak się później okazało, sąsiad, który oskarżył mojego brata, oskarżył też swoją byłą żonę o molestowanie ich dzieci. Także jego dorosły już syn z poprzedniego związku, który czasowo u niego zamieszkiwał, miał do czynienia z tego rodzaju sprawą.
Mój brat jest teraz w areszcie, nie mamy z nim żadnego kontaktu. Jego żona została sama z dwójką dzieci. Błagam, pomóżcie. On jest niewinny.
* Kolejny list powiedział nam wszystko o założeniach nowej pedagogiki i zakazie brania dzieci na kolana przez nauczycieli przedszkolnych.
Jako zdeklarowanego pedofila ucieszył mnie pani artykuł. Ta „nowa pedagogika”, o której pani pisze, to młyn na naszą (pedofilów)wodę! Dzięki niej będzie rosnąć armia dzieci spragnionych i złaknionych kontaktu fizycznego. Jak jeszcze rodziców się oduczy przytulania dzieci, to już będzie raj dla pedofilów. A ja zawsze powtarzam, że prawdziwego pedofila poznaje się po tym, że to nie on się ugania za dziećmi, lecz dzieci za nim.

piątek, 27 września 2013

Szukamy Gila pedofila (NIE Nr 39/2013, 2013-09-13,)


Wszystkie media krzyczą, że ksiądz pedofil z Dominikany, oskarżony o molestowanie dzieci, zniknął gdzieś w Polsce. Tymczasem nikt nie ma zamiaru go szukać.




W dniu 3 czerwca 2013 roku sędzia Luis Liranzo z Santiago wydał nakaz aresztowania księdza Wojciecha Gila ksywa 'padre Alberto', w związku z dochodzeniem w sprawie kilkunastu przypadków molestowania seksualnego małych dzieci. I nie chodzi tu o dotykanie, głaskanie czy macanie, ale o konkretne kontakty seksualne, w zamian za podróż do Europy. Do Polski. W prasie dominikańskiej można przeczytać, że chłop jest podejrzany nie tylko o gwałcenie chłopców w wieku 7 – 11 lat, w których to lubował się najbardziej, ale nawet dziennikarze wspominają o tym, że najmłodsze z molestowanych dzieci miało kilkanaście miesięcy. „Ksiądz obecnie przebywa w bezpiecznej bo propedofilskiej Polsce” - pisze dominikański dziennik. I ma rację.
Ks. Wojciech Gil jest w zakonie w Markach. Przyjechał prosto z lotniska, gdzie dowiedział się (telefon z zakonu), że mają zamiar go zatrzymać jak tylko wyląduje w Dominikanie” - dowiedzieliśmy się. Autor informacji prosi o anonimowość. Koledzy z klasztoru nie potraktowaliby go najlepiej.
Gil przyjechał z kilkoma chłopcami z Dominikany do Warszawy. I do Marek. Ostatnio był proboszczem parafii św. Antoniego w Juncalito (archidiecezja Santiago de los Caballero) i kapelanem miejscowej policji. Sprawował jeszcze owe funkcje, gdy w towarzystwie dwóch kilkunastoletnich ministrantów i dorosłego znajomego wyjechał na miesiąc do Polski, żeby wykorzystać zaległy urlop. Mieli wrócić na Dominikanę 28 maja 2013, ale tego dnia przylecieli tylko towarzysze kapłana. Chłopców, którzy z nim wyjechali, od razu przesłuchano. Na lotnisku
powitali ich policjanci ze specjalnego wydziału do zwalczania przemocy seksualnej. Mieli zamknąć Gila. Ten jednak na lotnisku w Polsce otrzymał telefon...
Zadzwonili do niego z zakonu z Marek, że będzie zatrzymany. Żeby wracał.” - twierdzi nasz informator. Gil wrócił. Właśnie do Marek. Gdzie podobno przebywa do dziś.
Ponoć przebywa na terenie klasztoru. A teren jest piękny, obszerny i bardzo kameralny. I dobrze zamknięty. Ukryć się tu może każdy. Las, park, las, park, las...
Przez jakiś czas był w żeńskim zakonie Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi. Też w Markach. Ale, według informatora, już znowu przebywa u Michalitów.
  • Tak, dostaliśmy też taką informację – mówi dziennikarz z lokalnej gazety.
  • Nie da się go zobaczyć, bo oni sobie spacerują po tych ich krzaczorach – mówią okoliczni mieszkańcy. - Tam wszystko jest zasłonięte.
Informacji o obecności pedofila w klasztorze, nie otrzymali jednak miejscowi policjanci. W komisariacie w Markach pierwsze słyszą o jakimś Gilu. W każdym razie nikt nie poinformował komendy powiatowej w Wołominie, ani komisariatu w Markach, że w ogóle takowy gostek jest poszukiwany listem gończym. A to, że będzie znajdował się właśnie tam, jest co najmniej wysoce prawdopodobne.
Zakon Michalitów w Markach to matecznik Wojciecha Gila. Tu uczył się miłości do dzieci. Tutaj też przyjeżdżał z chłopaczkami z Dominikany. Pokazywać im nasz kraj. I nasze obyczaje.
  • Nie przyszły do nas żadne materiały, ani prokuratorskie, ani sądowe w sprawie Wojciecha Gila – mówi rzecznik prasowy Komendy Powiatowej w Wołominie Andrzej Sitek. - Stąd nie jesteśmy w stanie sprawdzić czy ten człowiek przebywa na terenie zakonu w Markach.
Nawet gdyby policjanci chcieli zatrzymać pedofila, to nie mają żadnych uprawnień. Nie mają też powodu, by wejść na teren zgromadzenia. A nikt ich tam nie wpuści, bo jest to teren dobrze strzeżony.
Wojciech Gil mógłby być też w Miejscu Piastowym, również w zakonie Michalitów. Tutaj też ma swoich nauczycieli. Oni też kochają dzieci, zgodnie z nauczaniem ich założyciela ojca Markiewicza. Już dziś błogosławionego.



Policja w Krośnie też nic nie wie, że Wojciech Gil zwiał z Dominikany przed aresztowaniem. Wydział prewencji, który zajmuje się Miejscem Piastowym pierwsze słyszy o dominikańskim pedofilu. A już na pewno nie słyszał, że może być na ich terenie. Ani, że w ogóle jest poszukiwany. Więc nikt go w klasztorze nie szuka. Bo niby czemu?
  • Nie dostaliśmy żadnych materiałów w tej sprawie – zapewniają policjanci z Krosna.
Podobnie jest w innych ośrodkach zakonu Michalitów. Nikt Gila nie szuka.

Gil bohater
Wojciech Gil pracował na wyspie od dziewięciu lat. Był proboszczem w górskiej wiosce Juncalito, gdzie prowadził internat dla chłopców i dziewcząt, współzakładał straż pożarną oraz grupę ratowników górskich. Tych ostatnich szkolili w Polsce TOPR-owcy i strażacy z Krakowa. Obietnice wycieczek do Europy miały być - zdaniem rodziców skrzywdzonych dzieciaków - przynętą dla dzieci. Grupa młodych parafian, z którą pracował, liczyła łącznie ok. 180 osób. Policja znalazła w pokoju Gila materiały pornograficzne z niepełnoletnimi. To nie były zdjęcia nagich pupek, to była ostra pornografia z dziećmi w roli głównej. Wedle aktu oskarżenia molestował kilkanaścioro dzieci z parafii katolickiej, w której pracował. Ale cały czas zgłaszają się na policję kolejne ofiary księdza.
Ksiądz Gil zaraz po postawieniu przez dominikańska prokuraturę zarzutów, otrzymał suspensę. Taką decyzję podjęli przełożeni katolickiego księdza - duchowni z zakonu Michalitów z parafii Santiago de los Caballeros. Co to oznacza? Nic. Gil nie może odprawiać mszy. Czyli nie może bezkarnie napić się mszalnego wina na ołtarzu. Ale może to już robić w klasztorze, bo suspensa nie zabrania mu tam przebywać. Ba, bracia Michalici są zobowiązani w takiej sytuacji otoczyć opieką zbłąkaną owieczkę, do czasu rozstrzygnięcia sprawy.

Gil odrzucony
Oficjalne oświadczenie kurii mówi co innego.
W związku z pytaniami kierowanymi do Kurii Generalnej Zgromadzenia św. Michała Archanioła informuję, że:
1. Ks. Wojciech G. kapłan Zgromadzenia św. Michała Archanioła już jako kleryk przygotowywał się do pracy na Karaibach. Na Dominikanę wyjechał w 2006 roku i odtąd bezpośrednio podlega przełożonym Delegatury Karaibskiej i Biskupowi Archidiecezji Santiago de los Caballero.
2. Przełożony Generalny natychmiast po otrzymaniu informacji o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez ks. Wojciecha G. i wszczęciu dochodzenia przez prokuraturę Republiki Dominikańskiej, podjął następujące decyzje:
- zakazał ks. Wojciechowi G. sprawowania wszelkich czynności kapłańskich do czasu zakończenia sprawy,
- nakazał powrót na Dominikanę i podjęcie współpracy z organami sprawiedliwości, zgodnie z prawem Republiki Dominikańskiej, w celu definitywnego wyjaśnienia wszystkich zarzutów zgodnie z prawdą i w duchu sprawiedliwości.
3. W chwili rozpoczęcia postępowania w sprawie ks. Wojciecha G., podejrzany przebywał w Polsce na urlopie, który przysługiwał mu zgodnie z prawem.
4. Aktualnie Ks. Wojciech G. nie przebywa w żadnej placówce Zgromadzenia w kraju ani za granicą.
Marki, dnia 04.09.2013 r.
Rzecznik prasowy Zgromadzenia Św. Michała Archanioła,
ks. Tadeusz Musz CSMA
- Jest w zakonie w Markach – upiera się nasz informator.
Dlaczego akurat tu?
Bo tutaj cały czas przebywają dzieci. A to czy Wojciech Gil też z nimi przebywa pozostanie tajemnicą, bo większość to dzieci niepełnosprawne.

Gil wśród dzieci
Parafia św. Andrzeja Boboli w Markach jest obsługiwana przez księży Michalitów. Obok plebanii mieści się również Kuria Generalna, Ośrodek Szkolno-Wychowawczy, internat i

Wydawnictwo Michalineum. Michalici prowadzą też od 2010 roku katolickie gimnazjum. Ośrodek Szkolno – Wychowawczy jest prowadzony na terenie zakonu od dziesiątków lat. Zakon opiekuje się tutaj dziećmi upośledzonymi lub kalekimi. Zwykle są to sieroty lub dzieci opuszczone. Czyli takie, które nie będą o siebie walczyć, ani też nikt nie wystąpi w ich obronie.Zgromadzenie prowadzi wiele podobnych placówek wychowawczych w różnych regionach kraju. Ale to właśnie w Markach tych dzieciaków jest najwięcej. Specjalny Ośrodek Szkolno-Wychowawczy im. św. Andrzeja Boboli wraz z gimnazjum i szkołą zawodową oraz internatem w Markach-Strudze, oprócz zadań opiekuńczo-wychowawczych biednej młodzieży męskiej, ośrodek strużański zyskał rangę siedziby generalnej władz Zgromadzenia św. Michała Archanioła oraz erygowaną parafię. Powstał także duży zakład poligraficzny Wydawnictwa Michalineum z naczelnym organem zgromadzenia – miesięcznikiem „Powściągliwość i praca” oraz czasopismem specjalistycznym „Któż jak Bóg”. Pracują tu niepełnosprawni. Przy wydawnictwie istnieje także duża księgarnia katolicka. W niej książki dla najmłodszych i podręczniki do lekcji religii. I czytelnia dla dzieci.
Zakon żeński Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi w Markach, gdzie ponoć Gil też sobie urzęduje, także prowadzi ośrodek szkolno – wychowawczy im. abepe Felińskiego, tyle, że dla dziewcząt. 80 dziewczynek specjalnej troski na wyciągnięcie ręki.Siostrzyczki, prowadzą też ośrodki dla chłopców z problemami szkolnymi i dla chłopców z rodzin patologicznych. Oba zakony, michalicki i franciszkański, na terenie Marek współpracują ze sobą. Głownie „w kwestii wychowania dzieci i młodzieży” - czytamy na stronie internetowej obu zgromadzeń. Wychowawcy odwiedzają się w swoich ośrodkach, prowadzą zajęcia dodatkowe, dzielą się doświadczeniami. Zapewne ksiądz Gil również.


Gil nietykalny
Nic sobie nie robi z oskarżenia” - zapewnia nas anonimowo informator. Twierdzi, że Gil śmieje się z „całego tego cyrku”. I ma rację. Przecież wciąż jest nietykalny. I zapewne tak pozostanie. A to co przez czas pobytu w Markach zrobi przebywającym tam dzieciom, i tak nigdy nie ujrzy światła dziennego.


Joanna Skibniewska 

czwartek, 29 sierpnia 2013

Wszyscy jesteśmy pedofilami (NIE Nr 29/2013, 2013-07-12)



Szaleństwo ochrony przed pedofilią doprowadziło do tego, że absurd goni absurd. Nauczycielki przedszkola nie powinny przytulać dzieci ani brać ich na kolana.

Społeczeństwo oszalało. Wszędzie rodzice i psychologowie widzą molestowanie. W każdym drobnym geście można dostrzec element pedofilii. To doprowadziło do coraz częstszych oskarżeń o molestowanie.
Takiej głupoty nikt się nie spodziewał. Według fachowców od psychologii, nauczycielki przedszkola nie powinny przytulać podopiecznych, ani brać ich na kolana. O podtarciu tyłka też nie ma mowy.
– Śmiejemy się z tego – mówi Katarzyna, nauczycielka przedszkola na warszawskiej Białołęce. – To jest po prostu nierealne. Jeśli mamy dziecku zastąpić dom przez te parę godzin, to musimy zapewnić im poczucie bezpieczeństwa i bliskości, a czasami tylko przytulenie daje to dziecku.

Nowa pedagogika

Na wydziale pedagogiki Uniwersytetu Warszawskiego mówi się o tym „nowa pedagogika”.
Według wykładowców utulenie dziecka w przedszkolu jest nikomu niepotrzebne. Należy ten „nawyk” całkowicie wyeliminować. Nauczycielka wcale nie musi brać dziecka na kolana. Ma prowadzić zajęcia edukacyjne.
Jeśli czyta książkę, siedzi na dywanie obok, jeśli pociesza, to raczej głaszcze 
po głowie. Według psychologów, nie jest to tylko próba uniknięcia zarzutów molestowania, tylko szacunek dla integralności cielesnej danego dziecka.
Wychodzi na to, że przytulając dziecko, naruszamy jego intymność cielesną. A takie naruszenie może powodować... traumatyczne przeżycia. Można być bardzo blisko z dziećmi, będąc trzydzieści centymetrów od nich, nie naruszając intymnej strefy – czytamy w notatkach studentki pedagogiki.
– To jest jakiś absurd – mówi prof. Zbigniew Lew-Starowicz, seksuolog psychiatra. – Ciekawe, co za Einstein to wymyślił.
To jest już chore. Dziecko potrzebuje takiego kontaktu i odbieranie mu go jest krzywdzeniem dziecka.
A co z 3-latkami,które dopiero rozpoczynają przygodę z przedszkolem? Zalęknione i zapłakane mają siedzieć w kącie, gdzie nauczycielka stojąca 30 cm od niego będzie go głaskać po główce?
– Nieprzytulenie byłoby okrucieństwem – mówi Joanna, nauczycielka w grupie maluchów. – Taki maluch boi się zostać sam, bez rodziców. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której dziecko nie może przytulić się do opiekunki. Zresztą pedofilami raczej bywają tulący ojcowie niż przedszkolanki.
Wrzesień to miesiąc bolących kolan u nauczycielek przedszkola. Oblepione chlipiącymi maluchami są także woźne i wszyscy pracownicy przedszkola, którzy gotowi są wziąć malucha na kolana. Według nowej pedagogiki, wrzeszczący do ucha malec, powtarzający jak katarynka „mama” i „do domu” ma być, dla przytulającego go dorosłego, symbolem seksu.
– Czym innym jest bezpieczeństwo dziecka i tutaj chodzi o edukację, a czym innym ukojenie jego rozpaczy – mówi psycholog Maria Rotkiel. – Dotyk wżyciu dziecka jest bardzo ważny. Koi, daje poczucie bezpieczeństwa. Zrozpaczone, nieutulone dziecko ma poważne problemy emocjonalne.
Inna czynność seksualna

Czynnością seksualną ma być także wycieranie zafajdanej pupy, bo dorosły w przedszkolu nie może dotykać stref intymnych dziecka.
– Maluch rzadko umie trafić papierem toaletowym we właściwe miejsce – mówi Katarzyna z Białołęki. – Jeśli nie wytrze się mu pupy, to za godzinę cierpi z powodu odparzeń.
Czy dbanie o higienę dziecka i dotykanie krocza jest już molestowaniem?! Oczywiście nie. Jednak właśnie ze względu na tę szczególną opiekuńczą rolę nauczyciela przedszkola, trudno jest ustalić granicę pomiędzy „dobrym” i „złym dotykiem”, a tym bardziej udowodnić jej przekroczenie – czytamy w studenckich notatkach. Lepiej więc zakazać tego całkowicie.
– Nie wiem, czy śmiać się, czy płakać – mówi prof. Lew-Starowicz. – To szaleństwo już przekroczyło granice.
Według danych z Ministerstwa Sprawiedliwości, nie było dotychczas w Polsce postępowania prowadzonego w sprawie molestowania dziecka przez nauczycielkę przedszkola. Dlaczego więc ten krzyk? Bo według danych naukowych 20 procent wszystkich molestantów to kobiety, czyli pedofilki. Tyle że wykrycie tego jest bardzo trudne.

Psycholożki i pedofilki

Dlatego badania i sondaże dotyczące molestowania gromadzone są na kilka sposobów: analizowane są zachowania dzieci w różnym wieku, przeprowadzane są anonimowe ankiety wśród dorosłych (niektórzy z nich dopiero po latach ujawniają, że byli molestowani), na pytania badaczy odpowiadały też same sprawczynie. Na podstawie tych wszystkich danych stworzono ogólny portret statystycznej „pedofilki”. Może nią być... każda kobieta.
Molestowane są dzieci w każdym wieku, jednak badaczom udało się wyszczególnić 2 przedziały wiekowe, które są najbardziej narażone na przemoc seksualną ze strony kobiet: maluchy do lat 5 oraz dzieci między 7. a 14. rokiem życia. Ofiary z pierwszej grupy to często niespokojne i nerwowe szkraby. Ich opiekunki za pomocą pieszczot miejsc intymnych próbują je uspokoić, uśpić, odstresować lub ulżyć im, cokolwiek to znaczy.
Według badań 35 procent kobiet i 29 procent mężczyzn było w dzieciństwie wykorzystywanych seksualnie. Prawie 17 procent kobiet i 9 procent mężczyzn miało te kontakty z najbliższymi członkami rodziny. Ponad 10 procent badanych kobiet i 3 procent mężczyzn przeżyło w dzieciństwie gwałt; prawie żadna z tych osób nie ujawniła nikomu własnych przeżyć i nie korzystała z żadnych form pomocy lekarskiej, psychologicznej ani prawnej. To są dane zdobyte dzięki „odkrywaniu pamięci” w gabinetach psychologicznych.
Tymczasem często badania te nie są warte funta kłaków. Owo „odkrywanie” molestowania seksualnego w pamięci pacjentów okazało się nieźle prosperującym biznesem, który nadal ma się dobrze. Psychobiznes... Wystarczy odpowiednio nakierować pacjenta i już twierdzi, że był w dzieciństwie molestowany. A to pierwszy krok do sukcesu. Na terapii psychologowie robią czasami zawrotne kariery i spore pieniądze.
W sprawach o molestowanie seksualne dziecka bardzo często najważniejszym dowodem są opinie psychologiczne, mimo że dotychczasowa metodologia badawcza nie daje podstaw do stawiania jednoznacznych diagnoz wobec dzieci z podejrzeniem wykorzystywania seksualnego. Udowodniono, że nie istnieje coś takiego, jak specyficzny syndrom dziecka wykorzystanego seksualnie. Tutaj wszystko jest dowolne. Interpretacja uzyskanych wyników badań takimi metodami sprawia, że diagnozujący „układa”dany przypadek według własnych przekonań światopoglądowych. Często wyrok sądowy od nastawienia biegłego.
Do prokuratur rocznie trafia około 3 tys. zgłoszeń o molestowanie dziecka. Według Lwa-Starowicza tylko 30 proc. z nich zasługuje na zbadanie. Większość to obrażone żony, które chcą odebrać byłemu mężowi kontakt z dzieckiem. Sporo jest też mściwych nastolatek, które chcą dopiec nauczycielowi. Albo głupich rodziców.

Bo czochrał po głowie

Pan C., przed sześćdziesiątką, był kierowcą gimbusa. Woził maluchy z zerówki oraz starsze dzieci. Traktowały go jak dziadka, siadały na kolanach. Pewnego dnia C. został oskarżony o molestowanie dwóch dziewczynek. Trafił do aresztu. Miał szczęście – z opinii psychologa wynikało, że bez złych zamiarów przytulił dzieci. Od razu rzucił pracę. Sąsiedzi na ulicy zaczęli się mu dziwnie przyglądać.
Były nauczyciel WF z Trąbek Wielkich zaszył się w domu. Przestał wychodzić i pokazywać się ludziom. Według nauczyciela, kłopoty się zaczęły w momencie, gdy o pomoc poprosiła go 15-letnia dziewczynka, która miała problemy emocjonalne. Rozmowy wuefisty z gimnazjalistką wywołały plotki, po trzech tygodniach nauczyciel postanowił więc wytłumaczyć uczennicy, że kontynuacja spotkań może mieć dla niego
złe skutki. Kamera nagrała, jak na 3–4minuty nauczyciel i uczennica wchodzą do łazienki. O nagraniu, które dyrektor gimnazjum schował w szufladzie, powiadomiono co najmniej kilkanaście osób. Plotka się rozrastała, wzbogacana o kolejne „szczegóły”. Nauczyciel został zmuszony do rezygnacji z pracy. I choć sąd uznał, że nie molestował dziewczynki, całe miasto opowiadało o rzekomych ekscesach wuefisty.
Prokuratura badała 5 rzekomych zdarzeń z udziałem nauczyciela: 3 z zeszłego roku, a 2 z lat 90. XX w. Miały one polegać na obejmowaniu uczennic ramieniem, dotykania ich po plecach i tułowiu, Śledczy przesłuchali dorosłe już uczennice. Żadna nie stwierdziła, że nauczyciel zachowywał się nieodpowiednio. Wreszcie jedna z nauczycielek doniosła dyrektorce szkoły, że widziała, jak jej kolega z pracy dotknął w ramię uczennicę.
Tymczasem nauczyciel miał specyficzny styl bycia, o czym wiedziano od 30 lat. Rozmawiał z nimi na przerwach, obejmował ramieniem, „czochrał” włosy. Uczniowie nie odbierali tych zachowań jako molestowanie. Nie było żadnych seksualnych podtekstów. Zwłaszcza, że do tych kontaktów dochodziło na zatłoczonym szkolnym korytarzu, podczas przerwy w lekcjach. Nauczyciel nie wrócił do pracy. Przypłacił to ciężką chorobą.


Joanna Skibniewska

czwartek, 18 kwietnia 2013

„Dziewczę i klecha” (NIE NIE 16/2013, 12.03.2013)


Miział czy nie miział? Bo, że ululał, to raczej pewne. Ale czy sobie pomiział? Już się chyba nie dowiemy, bo zaginęły w prokuraturze dowody.

Dobry gospodarz
Bojano to mała miejscowość pod Wejherowem. Mieszka tu około 2 tys. duszyczek, w zasadzie wszystkie zgromadzone wokół domu pana. I wokół swojego proboszcza Mirosława Bużana. Potężny, muskularny, silny. Chłop jak bóg przykazał. Rządził tutejszą parafią od początku jej istnienia, czyli od prawie 15 lat. To on patrzył jak powstaje architektoniczny ogromny potworek z badziewnymi obrazami i prymitywną rzeźbą. To on zna najlepiej swoich parafian. Bo bardzo pilnuje spowiedzi w ostatni piątek miesiąca. Wie kto co ma za pazurami. Wie też , który dzieciak przyprawia rodziców o ból głowy i potrafi z takim bachorem od razu sobie dać radę. Raz nawet stanął za to przed sądem. Przywalił gówniarzowi w kościele. Sąd uznał go winnym pobicia chłopca, ale rodzice mu wybaczyli i sędzia umorzył postępowanie. Bo w Bojanie mieszkańcy mają respekt przed księdzem i wiedzą co wolno a co nie. Jedynie rodzice 15-letniej Aleksandry
okazali się nielojalni i podli. Mieszkańcy wioski już się postarali, by ci źli ludzie zapamiętali swój haniebny czyn.

Pomocny duszpasterz
Aleksandra przygotowywała się do sakramentu bierzmowania. A to nie w kij dmuchał. Przygotowaniem dzieci do komunii jak i do bierzmowania zajmował się osobiście ksiądz Bużan. Żeby nie było fuszery. Olę też przygotowywał. Znał ją prawie od urodzenia. Był też jej osobistym spowiednikiem.
Tamtego dnia Ola przyszła do spowiedzi. Co mu naopowiadała i jakie grzeszki poruszyły tak bardzo Bużana, nie wiadomo. Ksiądz nie wyjawił przed sądem. Twierdził, że dziewczyna miała myśli samobójcze. Chciał jej pomóc. Dał jej zaraz po spowiedzi numer telefonu do siebie. Kazał zadzwonić i przyjść do niego wieczorem. Porozmawiają o jej problemach. On je rozwiąże.
Ola przyszła. Bużan zorganizował alkohol. Wódkę i soki. Zrobił drinki. Tak w każdym razie zeznała w prokuraturze. „Pokrzywdzona twierdziła, że podczas jej pobytu na plebanii oskarżony nakłonił ją do picia i dostarczył napoje alkoholowe w postaci wódki oraz drinków, które ona wypiła”. A potem zaczęła się ostra jazda.
Duchowny, według zeznań dziewczyny, całował ją po szyi, uchu, plecach i w usta. Głaskał jej ciało.
- Gdyby wikary nie wrócił na plebanię, to pewnie córka z tym zboczeńcem w sutannie straciłaby cnotę. - wykrzykuje Edmund M., tata Aleksandry.
Upita dziewczynka wróciła w nocy do domu. Kiedy o wszystkim opowiedziała rodzicom, ci nie chcieli jej uwierzyć. Czy młoda dostała w papę za to, że wróciła zalana, nie wiadomo. Grunt, że z małolatą nikt za bardzo gadać nie chciał. Dopóki matka nie przeczytała wysłanego z komórki księdza o 1,55 sms. „naskarżyłaś na mnie”.
Rano pobiegli do prokuratury. Mieszkańcy wsi się od nich odwrócili, a sama dziewczyna miała częste wizyty
Bużan
sióstr zakonnych i księży.

Wielka rana kościoła
Niedługo potem ksiądz stanął przed sądem. Tam sędzia Grzegorz Kachel pochylił się nad przedsiębiorczością i oddaniem księdza. Mówił o pięknej świątyni, którą zbudował.
- Teraz ten sam duchowny i jego sprawa stały się "wielką raną dla kościoła" – rzekł wzniośle sędzia Grzegorz Kachel.
Jego znajomość wytycznych Kongregacji Nauki i Wiary jest zaiste budująca.
- Smutnym obliczem tej sprawy są próby nakłonienia rodziców pokrzywdzonej do zmiany zeznań, żeby sprawa nie trafiła przed oblicze wymiaru sprawiedliwości. Z podwójnym smutkiem należy stwierdzić, że uczestniczyły w tym fakcie osoby świeckie, ale i duchowni - grzmiał sędzia Kachel. - Tymczasem wytyczne Kongregacji Nauki i Wiary kładą nacisk na współpracę przełożonych osoby oskarżonej przed cywilnym wymiarem sprawiedliwości i stosowanie się do zasad prawa świeckiego. Takich spraw nie można zamiatać pod dywan.
Duchowny został skazany na rok i cztery miesiące pozbawienia wolności w zawieszeniu na 4 lata, 2 tys. zł grzywny oraz dwuletni zakaz prowadzenia działalności związanej z wychowaniem i katechizacją małoletnich oraz opieką nad nimi (z wyłączeniem posługi sakramentalnej).
- To spisek przeciwko mnie – mówił Bużan. I zapewnił, że to udowodni.
Według niego rodzice dziewczyny wzięli pieniądze od miejscowego biznesmena, który nie lubił księdza. Nieoficjalnie obaj robili te same lewe interesy i Bużan miał mu przeszkadzać w biznesie. Według księdza dziewczyna przyszła do niego pijana. Zadzwonił więc do jej ojca i powiedział, że młoda się ululała, żeby ojciec zwrócił na nią uwagę. Ojciec zaś powiedział mu przez telefon, że dziewucha twierdzi, że piła u księdza. Ten sms „naskarżyłas na mnie” miał być reakcją na słowa ojca. Zresztą pisząc go ksiądz był tak samo ululany jak małolata.
Ksiądz twierdzi, że rodzina dziewczyny zaraz potem zaczęła remontować dom.
- Mam dokumenty, ze wziąłem na to kredyt – zapewnia ojciec Aleksandry. I faktycznie ma. Kredyt w wysokości 40 tys. zł. będzie spłacał jeszcze wiele lat. Jako kierowca śmieciarki, będzie brał wiele dodatkowych dyżurów.
Niestety sąd drugiej instancji też uznał księdza winnym. Nic nie wskazywało na to, że biznesmen spiskował z nastolatką.

Spisek
Bużan postanowił więc walczyć o dobre imię na własną rękę. Do Prokuratury Okręgowej w Gdańsku trafiły nowe dowody w tej sprawie. To rozmowy na taśmach i dwie ekspertyzy fonoskopijne wykonane przez biegłego.
Młody człowiek, krewny księdza, miał specjalnie zaprzyjaźnić się z siedemnastoletnią dziś oskarżycielką, by wydobyć od niej informacje na temat okoliczności rzekomego molestowania. Chłopak miał rozkochać dziewczę i doprowadzić do osobistych zwierzeń. Czyżby przejął po wujku umiejętność manipulacji i udało mu się to zrobić?
Dziewczęcy głos z taśmy przyznaje, że do molestowania nie doszło, nastolatka piwo wypiła przed wizytą na plebanii, a za oskarżenie księdza miał zapłacić jej rodzicom skonfliktowany z proboszczem biznesmen.
Prokuratura Okręgowa wszczęła więc śledztwo w sprawie kierowania fałszywych oskarżeń, tworzenia podstępnych, fałszywych zabiegów dokonywanych celem oskarżenia księdza i zatajenia dowodów jego niewinności.
- Ale to nie mój głos – zapewnia dziewczę.
Prokuratura, która otrzymała od księdza 4 (słownie cztery!) dyktafony z nagraniami, oddała je do ekspertyzy do zakładu kryminalistyki. Tam uznano, że nagrania są zmanipulowane. Śledztwo umorzono.

Zaginione dowody
Ksiądz Bużan się załamał, ale postanowił walczyć dalej. „Zostałem zeszmacony, wyrzucony poza nawias. Ciągle zadaję sobie pytanie o sens cierpienia. Człowiek pokutuje, jeśli zawini. A w tym przypadku? Proszę uwierzyć, że od momentu tamtego oskarżenia każdego dnia budzę się z tą myślą.” – powiedział Dziennikowi Bałtyckiemu.
Poprosił prokuraturę o zwrot 4 złożonych tam dyktafonów, bo chce oddać je niezależnym biegłym.
I tu spotkała go niespodzianka. Prokurator Aleksandra Badtke z gdańskiej prokuratury okręgowej, zagubiła dowody rzeczowe. Akurat te dyktafony zaginęły. 4 (słownie cztery!) dyktafony szlag trafił.
- To niemożliwe żeby zginęły aż 4 dowody rzeczowe – śmieje się jej kolega po fachu.
O prokurator Badtke już kilka razy pisaliśmy. I o jej braku kompetencji. Ale czy tym razem Badtke była tak nieroztropna czy tak cwana, żeby zagubić owe dyktafony? Czy były tam dowody, że miział, czy że nie miział? Chcielibyśmy to wiedzieć.

Poniósł karę
Proboszcz Bużan już proboszczem nie jest. Odwołano go. Ale nadal jest członkiem elitarnej Kapituły Kolegiaty Staroszkockiej, powołanej przez metropolitę gdańskiego abp. Sławoja Leszka Głódzia.
- Ten ksiądz poniósł konsekwencje, nie będzie już proboszczem parafii - twierdzi ks. Filip Krauze.
Kapitułę Staroszkocką powołał abp Sławoj Leszek Głódź po przeniesieniu swojej siedziby z gdańskiej Oliwy do dzielnicy Stare Szkoty. Zamieszkał w dworku sąsiadującym z parafią św. Ignacego Loyoli, która została podniesiona do rangi kolegiaty. W kwietniu br. arcybiskup powołał kapitułę tej kolegiaty - właśnie Kapitułę Staroszkocką. Kapituła, w której skład weszło dziewięciu duchownych, między nimi Bużan, ma być m.in. głosem doradczym i moralnym, a także zajmować się duchowością i moralnością wiernych.
Sam Bużan nadal cierpi. Chyba Bóg wystawia go na próbę, bo niedługo po wyroku został złapany jak prowadził po pijaku. Dobrowolnie poddał się karze. Gdy napisano o tym w prasie lokalnej, już był pewien, że jednak chcą go zniszczyć.

Joanna Skibniewska