Posłowie lubią zdzierać skóry z norek.
To
mógłby być artykuł o biednych zwierzętach i złych ludziach. Ale nie
będzie. Będzie o złych politykach. Tych, którzy dla własnego zysku
działają na szkodę kraju.
Gdy człowiek pierwotny skórą okrywał się
przed zimnem, nikt się nie dziwił. Dziś jednak, gdy mamy tysiące
rodzajów tkanin, obdzieranie zwierzaków ze skóry może zastanawiać.
Futro
znorek kosztuje ponad10 tys. zł. Jedna skórka z norki to około dwóch
stów. Norka rozmnaża się 3 lub 4 razy w roku. Ma około 10 młodych.
„Dobry” hodowca zapładnia samicę jeszcze częściej. Do dojrzałości
płciowej dożywają tylko te osobniki, które mają być rozpłodowcami.
Reszta obdzierana jest ze skóry wwieku „młodzieńczym”. Ze względu na
futro norki nie są zabijane przed obdzieraniem. Nie są także ogłuszane.
–
Łatwo ściąga się skórę – twierdzi pracownik fermy wWałbrzychu. To małe
zwierzę. Wystarczy przytrzymać je za ogon, dokonać odpowiednich nacięć
na brzuchu i gardle aż po nos i pociągnąć. Żyjącą wciąż norkę rzuca się
na stertę innych ciał.Umieraona nawet parę godzin.
I.
Norka
amerykańska jest nie tylko piękna. Jest przede wszystkim urodzonym
mordercą. I niszczy wszystko, co napotka na swojej drodze. Zjada ryby,
kury, ptaki, jaja i inne drobne zwierzęta. Z norką amerykańską kot nie
ma szans. Natychmiast przegryzamu gardło. Jeśli trafią się dwie sztuki,
bez problemu zabiją dużego psa. Poza tym roznoszą bakterie, na które
europejskie zwierzęta nie są uodpornione. Czasami wystarczy jedno
ugryzienie, żeby padła krowa.
Norki amerykańskie często uciekają z ferm.
Rolnicy
mają dość. Nie chcą mieć w sąsiedztwie ferm norek. Protestują. Piszą,
gdzie się da. Blokują drogi. Efekt? Żaden. Tymczasem powodów do tego, by
zamknąć takie fermy, są dziesiątki. Bo dosłownie każda z nich narusza
lub naruszyła prawo. A wszystko za zgodą i aprobatą władz.
5 kwietnia
2012 r. po kilku latach oczekiwania weszło w życie rozporządzenie
ministra środowiska w sprawie listy roślin i zwierząt gatunków obcych,
które w przypadku uwolnienia do środowiska przyrodniczego mogą zagrozić
gatunkom rodzimym i siedliskom przyrodniczym. Na tej liście nie ma już
norki amerykańskiej. Dlaczego? Co najmniej dwudziestu posłów posiada
fermy norek. Kilkakrotnie więcej jest zarejestrowanych na osoby
najbliższe politykom.
II.
Fermy norek rosną jak grzyby po deszczu.
– Inwestorzy mają takie pieniądze, że są w stanie kupić każdego urzędnika – mówi anonimowo urzędnik zBydgoszczy.
Wjego rejonie jest 65 ferm, a 30 czeka na pozwolenie. I się doczeka.
Większość
inwestorów to słupy. Głównym właścicielem zwykle jest obywatel Danii i
Holandii, gdzie prawo zdecydowanie mniej liberalnie traktuje hodowców.
Polska jest trzecim w świecie producentem skór z norek.
Lipiany to gmina w województwie zachodniopomorskim. Właśnie powstaje kolejna ferma norek.
Fermę
buduje się w bezpośrednim sąsiedztwie zabudowań mieszkalnych (40m) oraz
w niedalekim sąsiedztwie ponad 200-hektarowego ekologicznego
gospodarstwa rolno-rybackiego. Uciekające z ferm norki będą miały co
jeść. Ale to nie jedyny powód, by ta ferma tam nie powstała. Inwestorka
nie jest rolnikiem, do fermy nie ma dojazdu, obok jest obszar Natura
2000, no i nie zgadzają się na nią sąsiedzi.
Mieszkańcy już wiedzą, czym jest ferma norek. W okolicy zbudowano ich kilkadziesiąt.
–
One uciekają, duszą nam kury i inne ptactwo – mówi mieszkanka
Miedzynia. – Teren jest zanieczyszczony odchodami norek. Śmierdzi.
Burmistrz Lipian, który wydał zgodę na prowadzenie fermy, twierdzi, że nie miał innego wyjścia.
–
Wszystko było zgodne z przepisami. Norka amerykańska jest obecnie
zwierzęciem hodowlanym jak indyk czy kurczak. Nie mogłem zakazać
inwestycji – twierdzi Krzysztof Boguszewski.
To samo mówi starosta
Wiktor Tołoczko, który pomimo licznych braków w dokumentacji nie widzi
problemu w budowie nowej fermy. Może dlatego, że właściciele innych
okolicznych ferm norek bardzo wspierają finansowo gminę? Sponsorują
dożynki, zawody międzygminne itp. A może dlatego, że posłowie z tego
terenu są blisko związani z właścicielami tych ferm?
III.
Pod
Nowogardem jest ferma posła Andrzeja Piątaka z Twojego Ruchu, a raczej
jego żony, bo warte 2 mln zł gospodarstwo przekazał żonie. Według
powiatowego lekarza weterynarii ferma Piątaka prowadzona jest wzorowo.
Tymczasem okoliczni mieszkańcy zrobili zdjęcia z wnętrza fermy.
Nakręcili też film. Wstrząsający. Wpłynęło doniesienie do prokuratury.
Wskazuję
na przestępstwo polegające na przetrzymywaniu zwierząt w niewłaściwych
warunkach bytowych, stosowaniu okrutnych metod w chowie i hodowli,
wywoływaniu u zwierząt zranień i okaleczeń oraz nieleczeniu zwierząt
chorych, przy zastosowaniu szczególnie dotkliwych i długotrwałych metod
zadawania cierpienia. Wnioskodawcy zrobili zdjęcia infrastruktury na
terenie fermy. A raczej pokazali, że jej brak. Przestępstwo z art. 182
kodeksu karnego dotyczy zanieczyszczania wód, powietrza i ziemi
substancjami ubocznymi (odchody zwierząt, zwłoki, ścieki), które mogą
być niebezpiecznie dla zdrowia ludzi i powodują zanieczyszczenia w
świecie roślinnym i zwierzęcym, a także mogą być przyczyną
niebezpieczeństwa w zakresie higieny i bezpieczeństwa epidemiologiczne
go. Dowodem miały być liczne zdjęcia tego, jak ścieki i odpadki lądują
na gołej ziemi.
Uzasadnienie wniosku do prokuratury robi wrażenie:
Stan utrzymania zwierząt zarówno fizyczny,jak i psychiczny jest
przerażający. Począwszy od chorób (oczu,dziąseł), dziwnych zachowań
zwierząt, ran, niezidentyfikowanych narośli, brak wystarczającej ilości
wody, brak karmideł, zatłoczenie w klatkach, wszechobecny panujący brud,
osobniki biegające poza klatkami i poza terenem fermy, a kończąc na
rozkładających się zwłokach. W niektórych klatkach zalegają
wielotygodniowe odchody, co powoduje rażące zaniedbanie, jeżeli chodzi o
higienę i bezpieczeństwo epidemiologiczne w warunkach fermowych. Rury
odpływowe zamontowano właśnie w taki sposób, że nieczystości trafiają do
gruntu i wód gruntowych. Całą tę konstrukcję starano się skrzętnie
ukryć, co jest widoczne na nagranych filmach. Poza teren fermy wyrzucane
jest również zanieczyszczone siano. Na terenie fermy jak i w jej
pobliżu jest bardzo brudno, leżą również zwłoki norek, co może mieć
poważne konsekwencje dla stanu środowiska, zdrowia innych zwierząt, a
przede wszystkim ludzi.
Prokuratura umorzyła postępowanie. Zaraz
potem w lokalnym radiu ukazał się reportaż, w którym dziennikarz
opowiadał, jak czysto, ekologicznie i humanitarnie jest na fermie
Piątaka. Teraz szykuje się on do budowy kolejnej takiej fermy w
okolicach Glicka.
– Chciwość może zabrać wrażliwość, po czym zabiera
rozum. Odhumanizowanie społeczeństwa, i to dla zysku, powoduje syndrom
rzeźnika. Oni powinni mieć opiekę psychologiczną, bo stają się
niebezpieczni nie tylko dla zwierząt, ale też dla najbliższych – mówi
psycholog Robert Rutkowski.
IV.
Najwyższa Izba Kontroli skontrolowała fermy norek. Wskazała wiele nieprawidłowości. I co? I nic.
Kontrole
ferm zwierząt futerkowych przeprowadzone przez właściwe inspekcje na
zlecenie NIK wykazały, że w 87 proc. tych ferm nie przestrzegano wymagań
ochrony środowiska, w 48 proc. działalność hodowlana prowadzona była w
obiektach nielegalnie wybudowanych lub użytkowanych, a w 35 proc.
niezgodnie z przepisami weterynaryjnymi.
Skontrolowano 23 fermy w
województwie wielkopolskim. Tylko jedna działała zgodnie z prawem! 21
nie miało nawet stosownych pozwoleń budowlanych. W 20 prowadzony był
nielegalny odzysk odpadów. Czyli że zwierzętom dawano do jedzenia padłe
lub zabite sztuki. W 8 fermach zwierzęta były w tak skandalicznych
warunkach, że powinny być natychmiast zamknięte, a zwierzęta powinny być
odebrane lub uśpione.
NIK stwierdza, że nie wykonano nawet
minimalnego zakresu kontroli weterynaryjnej. Dokumentacja z takiej
kontroli była niekompletna, nie przedstawiała tego, co się dzieje na
fermach, albo zwyczajnie zawierała nieprawdę. Nadzór budowlany w ogóle
nie istniał.
Według NIK powiatowy lekarz weterynarii w Poznaniu
stwierdził, że skontrolował 7 okolicznych ferm. Faktycznie skontrolował
tylko dwie. I to po łebkach.
To samo lekarz we Wrześni. Kwity z
kontroli są z siedmiu ferm. Naprawdę skontrolował dwie, a sama kontrola
polegała chyba na piciu kawy z właścicielem, bo wszystko tam było w jak
najlepszym porządku. Tymczasem liczba naruszeń prawa przez hodowcę jest
zastraszająca.
Jeszcze lepszy był powiatowy weterynarz z Ostrowa
Wielkopolskiego. Stwierdził, że jednego roku skontrolował 18 ferm, a
drugiego 21. Naprawdę przez te 2 lata skontrolował dwie. Wyniki są
oczywiście kryształowe. Choć we wszystkich zamiast dopuszczalnych 5
tysięcy zwierząt było ponad 50 tysięcy.
V.
Protesty
spowodowały, że Ministerstwo Środowiska zastanawia się, czy znowu nie
umieścić norki amerykańskiej na liście zwierząt inwazyjnych. Ale
politycy na to nie pozwolą.
Sekretarz Stanu Kazimierz Plocke z
Ministerstwa Rolnictwa twierdzi, że ewentualne zmiany w rozporządzeniu
doprowadzą do likwidacji wielu ferm norek. Wiąże się to z utratą ok. 60
tys. miejsc pra cy.
Gówno prawda. WPolsce jest 611 ferm zwierząt
futerkowych. Lisów, jenotów, norek, szynszyli i królików. W fermach
pracują głównie członkowie rodzin właścicieli. W województwie
zachodniopomorskim pracują na czarno emigranci z Ukrainy i Białorusi. W
kontrolowanych przez NIK fermach norek z województwa wielkopolskiego
większość zatrudniała dwóch pracowników.
Za utrzymaniem ferm norek są politycy ze wszystkich opcji. Bo gdy w grę wchodzą duże zyski, potrafią pracować ponad podziałami.
Fermy
norek przynoszą rocznie miliard zysku. Dlatego politycy lubią tę
działalność gospodarczą… W Sejmie Andrzej Piątak z Twojego Ruchu od
dawna mówi, ze jego celem jest rozpowszechnianie w Polsce ferm zwierząt
futerkowych. Wtórują mu wszyscy posłowie z PSL. Otwarcie mówią, że nigdy
nie poprą wpisania norki amerykańskiej i jenota na listę gatunków
inwazyjnych. Stanisław Kalemba z PSL widzi wielką przyszłość w fermach.
Sam taką prowadził. Romuald Ajchler z SLD uważa kontrolowanie ferm norek
za idiotyzm i mówi jasno na posiedzeniu komisji rolnictwa: Mój klub nie
pozwoli na tak głęboką ingerencję ekologów, jak likwidacja
jakichkolwiek branż hodowli. Nie zgodzimy się na to. Ajchler
argumentował: Ta branża likwiduje w Polsce kilkaset tysięcy ton odpadów
porzeźniczych! Jeżeli to będziemy lekceważyć, to te kilkaset tys. ton
odpadów porzeźniczych trafi nam do lasów, trafinam w różne środowiska.
Albo jeszcze trzeba będzie ogromnych pieniędzy – także z budżetu państwa
– żeby to zneutralizować, żeby to zagospodarować. Niedawno Ajchler
zaprosił do Sejmu dzieci i młodzież. Wręczył im wszystkim kalendarzyki
promujące futra. Poseł PO Artur Dunin określa jasno stosunek jego partii
do wniosku obywateli o zmianę ustawy: Ustawa o ochronie zwierząt – z
podpisami obywateli – która została złożona do laski marszałkowskiej,
nie jest dobrą ustawą. Myślę, że nie powinniśmy się nią w ogóle
zajmować. Jego koledzy z Platformy już od dawna lobbują za budową nowych
ferm norek. Piotr Gruszczyński, senator PO, stwierdził, że norka jest
tak samo popularnym w Polsce zwierzęciem jak świnia czy krowa. Ferm
powinno być więcej iwięcej. Ci posłowie są blisko związani z innym
politykiem Platformy Romualdem Gąsiorkiem, potentatem hodowli norek
w Gnieźnie. Inny poseł PO Mirosław Koźlakiewicz mówi o miejscach pracy
w fermach norek. Gąsiorek sponsorował mu kampanię wyborczą. Krzysztof
Ardanowski z PiS też wie, czego chce on i jego ugrupowanie. Myślę, że
bylibyśmy dalecy od tego, żeby chcieć zniszczyć jakiś kierunek produkcji
– a szczególnie tak dochodowy i wartościowy kierunek produkcji, jakim
jest hodowla zwierząt futerkowych.
Joanna Skibniewska
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poseł. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poseł. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 29 grudnia 2013
środa, 27 marca 2013
Proszę wstać sąd kłamie (NIE 06/2013, 1.II.2013)
Historia o gównianej działce, gównianym przekręcie
i gównianej sprawiedliwości.
Ważniejsze osoby:
Elżbieta Żak - sędzia Sądu Okręgowego w Lublinie, która nic nie rozumie.
Wojciech Żak - mąż sędzi, wykładowca akademicki, który uprzedza, że się zezłości.
Jadwiga Szymańska - przyjaciółka Żaków, obecna właścicielka działki, która kończy rozmowę. Tomasz Trojak - sędzia, który sądzi co najmniej dziwnie.
Andrzej Stańczyk - sędzia, który przyznaje rację zmarłej.
Czy sfałszowanie testamentu może komuś ujść na sucho? Tak, pod warunkiem że jest się sędzią Sądu Okręgowego w Lublinie. Wtedy, nawet gdy nie ma żadnych wątpliwości, że jesteś oszustem, włos ci z głowy nie spadnie. Ochronią cię koledzy po fachu.
Gówniane 800 m kw. - dziś warte ok. 8 tys. zł. Wtedy mniej. Niby gówniana okolica, a jednak warta przekrętu. Maszki pod Nałęczowem. I mała działeczka starej Figlarskiej - w kształcie trójkąta. Dziś zarośnięta, niewykorzystana.
- Ona teraz się mści - mówią mieszkańcy wsi. - Starego Jaśkę za to fałszerstwo na ludzkich oczach zabiła. - I wspominają, jak koń stanął dęba przy kapliczce i zadusił starego. Bo poświadczył nieprawdę.
- To nasz trójkąt bermudzki - mówią.
Marianna Figlarska mieszkała
samotnie w rozwalającej się chałupinie
na małej działce. Dzieci się nie dochowała, majątku nie zgromadziła. Ponieważ nie miała ani zdrowia, ani warunków, aby utrzymywać się z płodów rolnych, przeszła na rentę wypłacaną ze skarbu państwa w zamian za tę niewielką ziemię. Gdy się biedaczce zmarło, działka przeszła na skarb państwa. Był rok 1991. Niedługo potem chałupina się zapadła, tak że nawet wiejskie koty przestały tam przychodzić.
W 1999 r. wokół działki zaczęło się coś dziać. Ówczesny starosta lubelski Jan Łopata (późniejszy wojewoda, dziś poseł na Sejm z PSL) złożył do sądu wniosek o zasiedzenie owej działki przez... nieżyjącą od ponad 8 lat Mariannę Figlarską. Skarb Państwa jako spadkobierca ustawowy ma uzasadniony interes prawny w tym, aby pani Figlarska Marianna nabyła przez zasiedzenie w/w nieruchomość - napisał we wniosku Łopata.
- Nic takiego nie pisałem - powiedział nam teraz poseł Łopata i gadać dalej nie chciał. Nigdy nie miał żadnego interesu prawnego wobec tej działki, zapewniał nas nerwowo.
O tym, że taki interes miał, upewnia nas wniosek, który złożył 15 czerwca 1999 r., własnoręcznie przez niego podpisany, oraz wyrok sądu w Opolu Lubelskim sygn. akt I Ns 492/99, gdzie stoi jak byk, że to on wnioskował o zasiedzenie działki przez nieżyjącą Figlarską. Choć dziwi nas krótka pamięć pana posła, to po przestudiowaniu dokumentów nie dziwimy się, że chce się z tego wymiksować.
Świadkiem w sprawie był wówczas Wojciech Żak. Sąsiad. Tyle że przyszedł do wioski w 1995 r., czyli 4 lata po śmierci Figlarskiej, awypowiadał się na temat tego, jak ona zasiedziała działkę. I choć sędzia Andrzej Stańczyk dobrze wiedział, że rzekoma wnioskodawczyni dawno gnije na miejscowym cmentarzu, a świadek nie miał przyjemności nawet jej poznać, wydał wyrok o zasiedzeniu z dniem1 stycznia 1985 r. Datę wziął z kosmosu. Wspaniałomyślnie zwolnił Figlarską z kosztów sądowych. Widać skumał, że trudno będzie z niej to ściągnąć.
O tym, że takie cuda dzieją się wokół tej działki, nikt we wsi nie wiedział. A to był dopiero początek.
Ryszard Stefaniak zachwycił się Maszkami. I zamarzył, że
zbuduje tu wielki dom rodzinny,
w którym zamieszkają dzieciaki, brat, rodzice i inni bliscy. Wiosną wszyscy wspólnie będą oglądać wędrówki bocianów. Stefaniak kupił od gminy zrujnowaną remizę strażacką i zrobił z niej cacko. Sąsiadowała z nim zarośnięta działka w kształcie trójkąta - działka po starej Figlarskiej. Gdy okazało się, że to własność skarbu państwa, pobiegł do starostwa i dowiedział się, że lada dzień wystawią ją na sprzedaż i ogłoszą przetarg, a wtedy będzie miał prawo pierwokupu. Ale nagle odwołano przetarg, gdyż pojawili się spadkobiercy po Figlarskiej.
- Bzdura, pani. Marianna nikogo nie miała i nikomu by nic nie dała, bo wiedziała, że niczego nie ma - mówi mieszkaniec wsi, znajomy zmarłej.
A jednak... My niżej podpisani oświadczamy, że w dniu 21 września 1991 roku w Maszkach w naszej obecności Marianna Figlarska w swoim mieszkaniu oświadczyła, że na wypadek swojej śmierci cały swój majątek zapisuje kuzynce Jadwidze Szymańskiej. Uczyniła to mówiąc, że czuje się bardzo źle i boi się, że umrze - oto treść testamentu ustnego, którego świadkami byli rzekomo matka obdarowanej, miejscowy analfabeta (ten,którego koń udusił) i dyrektorka banku, która jako jedyna umiała to napisać. Obdarowaną majątkiem była sąsiadka Figlarskiej. Majątku tego w 1991 r. nie było, bo wyrok o nabyciu nieruchomości przez zasiedzenie wydano w 1999 r. Ustny testament ujrzał światło dzienne w roku 2000.
I choć cała wioska wiedziała, że to przekręt, nikt nie protestował, bo co komu ziemi żałować. Szymańska została właścicielką.
I dopiero zaczęły się jazdy. Gdy Stefaniak (ten od remizy i rodziny w kupie) chciał zakładać światło, Szymańska protestowała. Gdy wodę, protestowała, szambo, protestowała, kotłownię, protestowała. Potem stwierdziła, że jej nowo nabyta działka jest większa i poszła do sądu z informacją, że Stefaniak ma się cofnąć z płotem. I tak facet, zamiast budować swój dom marzeń, biegał po sądach i opłacał mandaty i kolegia. Wreszcie wymiękł i sprzedał wyremontowaną remizę. Marzenia i pieniądze szlag trafił.
Nieruchomość kupił od niego młody człowiek - Zbigniew Zaręba. Też miał wielkie plany.
Chciał zrobić tu pensjonat,
wziął kredyt, złożył wniosek o dotację unijną. I pakował kasę. Jego matka zaprzyjaźniała się z mieszkańcami. Także z Szymańską, która obiecała, że żadnych problemów robić nie będzie.
Dlatego gdy kobieta dostała sądowy nakaz przesunięcia płotu do samego muru swojej posesji, mocno się zdziwiła. Znowu w sądzie pojawił się Wojciech Żak, który choć nawet nie przejeżdżał przez Maszki w latach 80., to widział u starej Figlarskiej płot pod samym domem Zarębów! Widział też studnię, której nigdy tam nie było.
I tak Zarębowie mieli przesunąć płot pod mur.
Zarębowa wiedziała, że jeśli tak będzie, to syn straci dotację unijną i pozwolenie na prowadzenie pensjonatu. Niemniej gdy szła do starostwa odebrać pozwolenie na budowę, wciąż wierzyła, że wszystko będzie dobrze. Przecież plan zagospodarowania przestrzennego mówił jasno, że granica przebiega 5 m od jej muru. Poszła ufna, wyszła zapłakana. Wstarostwie w Lublinie spotkała ją niespodzianka. Po raz kolejny pojawił się Wojciech Żak. Powiedział, że on się nie zgadza na pensjonat wMaszkach.
- Ja przyjeżdżam tu odpocząć, a nie żeby mi psy szczekały i koty łaziły - twardo stwierdził w starostwie.
Mimo że nie jest i nigdy nie był sąsiadem Zarębów! Nie jest też tam zameldowany na stałe, bo przyjeżdża jedynie rekreacyjnie.
Zarębowa wróciła z urzędu zdruzgotana. Stracili z synem oszczędności, zostali z kolosalnym kredytem, przyjęty przez unię projekt pensjonatu upadł.
Wstanie skrajnej rozpaczy spotkała ją dyrektorka banku, rzekomy świadek ustnego testamentu. Pękła. Popłakała się.
- Ja byłam pewna, że nikt przez to nie ucierpi.
Ja nie chciałam - mówiła przez łzy. - Przecież to ja pisałam ten testament pod dyktando sędzi Żak.
Oświadczam, że nigdy nie było żadnego ustnego oświadczenia nieboszczki Marianny Figlarskiej - napisała rzekomy świadek testamentu. Oświadczyła pisemnie (mamy to oświadczenie), że ów sfałszowany dokument pisany był w 2000 r., w 9 lat po śmierci Figlarskiej. Treść dokumentu dyktowała jej sędzia Sądu Okręgowego w Lublinie Elżbieta Żak, żona Wojciecha Żaka.
- Ela (sędzia Żak - przyp. autorki) przyszła i powiedziała, że co będziemy pozwalać, żeby ziemia Figlarskiej przeszła na skarb państwa, niech to Jadzia ma. Nie wiedziałam, że tu jest inna gra i że ludzie będą cierpieć.
- Teraz wiem, dlaczego Szymańska mi powiedziała, że nie może mi sprzedać tego trójkąta, bo już od dawna jest to obiecany grunt Żakom - mówi Zarębowa, która chciała odkupić działkę od Szymańskiej.
Działka Żaków leży po drugiej stronie działki Figlarskiej.
O fałszerstwie dowiedzieli się: Julia Pitera, Prokurator Generalny Andrzej Seremet, CBA i miejscowa prokuratura. Nikt nic nie zrobił.
Prokuratura umorzyła postępowanie
z powodu przedawnienia. Pitera zapytała: Czy zdajecie sobie sprawę, jakie tu są nazwiska?
Agencja Nieruchomości Rolnych Skarbu Państwa połapała się wprzekręcie. I chce odzyskać własność. Wystąpiła do sądu. Sprawę prowadzi sędzia Tomasz Trojak. Ten sam, który uznał w 2000 r. testament za prawdziwy i dał spadek Szymańskiej. Gdy agencja poprosiła o zmianę sędziego, nie zgodził się na to sędzia Andrzej Stańczyk. Ten sam, który przyznał działkę nieżyjącej Figlarskiej przez zasiedzenie.
Powołano wielu świadków.
- Żak bierze ich do adwokata, daje na kartce pytania, które sędzia będzie zadawał, i każe się nauczyć odpowiedzi - mówi jeden ze świadków.
Najciekawsze jest to, że sędzia Trojak zadaje dokładnie te same pytania, które są na kartce...
Nie zmienia to faktu, że z zeznań świadków jasno wynika, że testamentu nie było.
- Elu, to ty mi to dyktowałaś - powiedziała do sędzi Elżbiety Żak rzekoma świadek testamentu podczas sądowej konfrontacji. Sędzia Trojak od tego momentu próbuje za wszelką cenę podważyć wiarygodność świadka.
Jadwiga Szymańska nie chce z nami rozmawiać. Prycha. Gdy pytamy, jak to z tym testamentem było, odpowiada: - Uważam rozmowę za zakończoną.
I rzuca słuchawką.
Nawet nie możemy napisać, że Szymańska została fałszywie oskarżona. A dobrze by było, bo Szymańska to nauczycielka i powinna być wzorem.
- To już pani sprawa, czy będzie pani o tym pisać - powiedział Wojciech Żak, informując o konsekwencjach po ukazaniu się artykułu.
Sędzia Elżbieta Żak nie chce z nami rozmawiać. Pewnie nie ma czasu. Jest bowiem sędzią wizytatorem, była naczelnikiem wydziału ksiąg wieczystych i jako fachowiec z tej dziedziny prowadzi wykłady.
Np. o tym, jak sporządzić ustne przyrzeczenie woli.
Joanna Skibniewska
Ważniejsze osoby: Elżbieta Żak - sędzia Sądu Okręgowego w Lublinie, która nic nie rozumie. Wojciech Żak - mąż sędzi, wykładowca akademicki, który uprzedza, że się zezłości. Jadwiga Szymańska - przyjaciółka Żaków, obecna właścicielka działki, która kończy rozmowę. Tomasz Trojak - sędzia, który sądzi co najmniej dziwnie. Andrzej Stańczyk - sędzia, który przyznaje rację zmarłej.
Etykiety:
Andrzej Stańczyk,
działka,
Elżbieta Żak,
Jadwiga Szymańska,
Jan Łopata,
Joanna Skibniewska,
Lublin,
poseł,
Sąd Okręgowego w Lublinie,
sędzia,
testament,
Tomasz Trojak,
Wojciech Żak
środa, 27 lutego 2013
Pamiątka pierwszej skrobanki - wywiad z Marią Jaszczuk (NIE, 21/2006)
„NIE” rozmawia
z MariĄ Jaszczuk, 91-letnią byłą posłanką, która w roku 1956 wprowadzała ustawę
o dopuszczalności przerywania ciąży.
W połowie lat 50. brała Pani udział w tworzeniu projektu ustawy o dopuszczalności przerywania ciąży.
Wszystko zaczęło się od rozpaczliwych listów kobiet, które zmuszane do rodzenia dzieci nie miały ani warunków, ani sił na ich utrzymanie i wychowanie. Potem pojawiły się alarmujące statystyki medyczne. Aż 50 procent pacjentek oddziałów ginekologicznych to kobiety, które w przerażających warunkach dokonywały nielegalnych skrobanek. Niestety, wiele z tych pań umierało albo pozostawało okaleczonych na całe życie. Środowisko lekarskie biło na alarm.
Czy wielu wówczas było oponentów?
W zasadzie spotkaliśmy się z aprobatą. Każdy widział, jak tragiczna jest sytuacja rodzin wielodzietnych. Pamiętam, że największym moim opozycjonistą w tej kwestii był poseł Jan Dobraczyński, którego wypowiedź sprowadzała się głównie do roli i miejsca rodziny w społeczeństwie i konieczności jej ochrony.
Czy ten katolik mówił, że aborcja to zbrodnia, że jest to dokonywanie mordu, nazywał Panią dzieciobójczynią – tak jak to dziś argumentują posłowie?
W żadnym wypadku! Chyba nikt w tamtym Sejmie nie reprezentował takiego poziomu.
Sięgnęłam do stenogramu z tamtego posiedzenia Sejmu. Rozbawiło mnie, że Dobraczyński mówił: Weźmy do serca te piękne i głębokie słowa Makarenki odwołując się do prorodzinnych postaw radzieckiego zwolennika wychowania dla komunizmu.
Oto przykład, jak każda demagogia znajdzie autorytet na miarę czasów. Wtedy wskazywano Makarenkę jako obrońcę rodziny, a dziś Jan Paweł II ma być symbolem walki o dobro rodziny i „życie poczęte”.
Ustawę z 1956 roku dopuszczającą przerywanie ciąży dziś nazywa się „stalinowską”. To bzdura, ona powstała na fali destalinizacji.
Po pierwsze Stalin umarł w 1953 roku, a po drugie to właśnie on wprowadził całkowity zakaz przerywania ciąży nakładając dotkliwe kary zarówno na lekarzy dokonujących aborcji, jak i na kobiety. Dopiero ustawa z 1955 roku zmieniała to w ZSRR.
Mówi się też, że ustawa, którą Pani referowała w Sejmie, pozwalała na pełną swobodę, co doprowadziło do „aborcji na życzenie”.
To kolejna bzdura. Ustawa określała rozsądne ograniczenia. Jej wprowadzenie miało służyć temu, by kobiety mogły bezpiecznie i w godziwych warunkach pozbyć się ciąży, która zagrażała matce i powodowała degradację życiową rodziny. Nikomu nie przyszło do głowy, żeby traktować ustawę jako środek antykoncepcyjny.
O prawa kobiet walczy Pani od dawna. Skąd się to wzięło?
Byłam wtedy dzieckiem, miałam może 10 lat. Sąsiadka przyszła do mojej mamy i pamiętam, że płakała. Była w ciąży. Miała już wtedy ośmioro dzieci. Nie chciała dziewiątego. Po paru tygodniach zmarła z powodu zakażenia. Pamiętam ten pogrzeb, te osierocone dzieci i mnóstwo kobiet, które szły za trumną. Wszystkie trzymały świece w ręku. To było coś w rodzaju protestu. Do dziś pamiętam ten wstrząsający kondukt. A potem, w Lidze Kobiet, jeździłam na wieś i widziałam podobne tragedie na własne oczy. Pamiętam, jak pewna młoda kobieta piekła chleb i dzieliła go na dwanaście części, bo tyle było dzieci, a one wygłodniałe się temu przyglądały. Pamiętam zagrzybione piwnice, gdzie akuszerki przerywały ciąże drutem. Pamiętam dziecko w słoju...
Dziecko w słoju?
Pewna młoda dziewczyna poroniła samoistnie sporą ciążę. Bardzo cierpiała, bo to było pierwsze dziecko. Włożyła martwy płód do słoja i poszła z nim do księdza, żeby je pochował. Ksiądz kopnął słój, krzyczał na dziewczynę i kazał zabrać „to” z jego oczu, bo przez nią nie będzie mógł jeść przez cały dzień.
A czy to możliwe, żeby wówczas księża na wsi nie wiedzieli, że kobiety dokonują nielegalnie aborcji?
Oczywiście. Przymykali na to oko. Zwykle dawali też rozgrzeszenie, bo wiedzieli, że i tak nie dałyby rady wychować niepożądanego dziecka. Dziś jest tak samo, tylko krzyczy się głośniej z ambony i używa się dosadniejszych słów. Hipokryzja i obłuda.
Ostentacyjnie zrobiono ostatnio pogrzeb usuniętych płodów.
To, mówiąc delikatnie, głęboki brak zdrowego rozsądku. Co tu chować? Płód do 8 tygodni? Paromilimetrowy zarodek? Dawniej mówiono, że z pierwszym krzykiem dziecka wchodzi w jego ciało dusza. Dziś już w połączeniu plemnika z komórką jajową widzą człowieka.
Maria Jaszczuk, mgr filozofii. Przed wojną działała w Organizacji Młodzieży Socjalistycznej „Życie”. Jeździła na obozy m.in. z Jankiem Krasickim. W czasie wojny przesłuchiwana przez gestapo i przetrzymywana w alei Szucha, więźniarka Pawiaka, potem obozu w Oświęcimiu (numer obozowy 64407), skąd w marszu śmierci szła do obozu w Ravensbrück. Wykupiona przez szwedzki Czerwony Krzyż. Po wojnie posłanka do KRN, a następnie w latach 1947–1956 posłanka na Sejm. Zasiadała we władzach Stronnictwa Demokratycznego, przez pewien czas była sekretarzem Zarządu Głównego Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Przez 25 lat działała aktywnie w Lidze Kobiet.
W połowie lat 50. brała Pani udział w tworzeniu projektu ustawy o dopuszczalności przerywania ciąży.
Wszystko zaczęło się od rozpaczliwych listów kobiet, które zmuszane do rodzenia dzieci nie miały ani warunków, ani sił na ich utrzymanie i wychowanie. Potem pojawiły się alarmujące statystyki medyczne. Aż 50 procent pacjentek oddziałów ginekologicznych to kobiety, które w przerażających warunkach dokonywały nielegalnych skrobanek. Niestety, wiele z tych pań umierało albo pozostawało okaleczonych na całe życie. Środowisko lekarskie biło na alarm.
Czy wielu wówczas było oponentów?
W zasadzie spotkaliśmy się z aprobatą. Każdy widział, jak tragiczna jest sytuacja rodzin wielodzietnych. Pamiętam, że największym moim opozycjonistą w tej kwestii był poseł Jan Dobraczyński, którego wypowiedź sprowadzała się głównie do roli i miejsca rodziny w społeczeństwie i konieczności jej ochrony.
Czy ten katolik mówił, że aborcja to zbrodnia, że jest to dokonywanie mordu, nazywał Panią dzieciobójczynią – tak jak to dziś argumentują posłowie?
W żadnym wypadku! Chyba nikt w tamtym Sejmie nie reprezentował takiego poziomu.
Sięgnęłam do stenogramu z tamtego posiedzenia Sejmu. Rozbawiło mnie, że Dobraczyński mówił: Weźmy do serca te piękne i głębokie słowa Makarenki odwołując się do prorodzinnych postaw radzieckiego zwolennika wychowania dla komunizmu.
Oto przykład, jak każda demagogia znajdzie autorytet na miarę czasów. Wtedy wskazywano Makarenkę jako obrońcę rodziny, a dziś Jan Paweł II ma być symbolem walki o dobro rodziny i „życie poczęte”.
Ustawę z 1956 roku dopuszczającą przerywanie ciąży dziś nazywa się „stalinowską”. To bzdura, ona powstała na fali destalinizacji.
Po pierwsze Stalin umarł w 1953 roku, a po drugie to właśnie on wprowadził całkowity zakaz przerywania ciąży nakładając dotkliwe kary zarówno na lekarzy dokonujących aborcji, jak i na kobiety. Dopiero ustawa z 1955 roku zmieniała to w ZSRR.
Mówi się też, że ustawa, którą Pani referowała w Sejmie, pozwalała na pełną swobodę, co doprowadziło do „aborcji na życzenie”.
To kolejna bzdura. Ustawa określała rozsądne ograniczenia. Jej wprowadzenie miało służyć temu, by kobiety mogły bezpiecznie i w godziwych warunkach pozbyć się ciąży, która zagrażała matce i powodowała degradację życiową rodziny. Nikomu nie przyszło do głowy, żeby traktować ustawę jako środek antykoncepcyjny.
O prawa kobiet walczy Pani od dawna. Skąd się to wzięło?
Byłam wtedy dzieckiem, miałam może 10 lat. Sąsiadka przyszła do mojej mamy i pamiętam, że płakała. Była w ciąży. Miała już wtedy ośmioro dzieci. Nie chciała dziewiątego. Po paru tygodniach zmarła z powodu zakażenia. Pamiętam ten pogrzeb, te osierocone dzieci i mnóstwo kobiet, które szły za trumną. Wszystkie trzymały świece w ręku. To było coś w rodzaju protestu. Do dziś pamiętam ten wstrząsający kondukt. A potem, w Lidze Kobiet, jeździłam na wieś i widziałam podobne tragedie na własne oczy. Pamiętam, jak pewna młoda kobieta piekła chleb i dzieliła go na dwanaście części, bo tyle było dzieci, a one wygłodniałe się temu przyglądały. Pamiętam zagrzybione piwnice, gdzie akuszerki przerywały ciąże drutem. Pamiętam dziecko w słoju...
Dziecko w słoju?
Pewna młoda dziewczyna poroniła samoistnie sporą ciążę. Bardzo cierpiała, bo to było pierwsze dziecko. Włożyła martwy płód do słoja i poszła z nim do księdza, żeby je pochował. Ksiądz kopnął słój, krzyczał na dziewczynę i kazał zabrać „to” z jego oczu, bo przez nią nie będzie mógł jeść przez cały dzień.
A czy to możliwe, żeby wówczas księża na wsi nie wiedzieli, że kobiety dokonują nielegalnie aborcji?
Oczywiście. Przymykali na to oko. Zwykle dawali też rozgrzeszenie, bo wiedzieli, że i tak nie dałyby rady wychować niepożądanego dziecka. Dziś jest tak samo, tylko krzyczy się głośniej z ambony i używa się dosadniejszych słów. Hipokryzja i obłuda.
Ostentacyjnie zrobiono ostatnio pogrzeb usuniętych płodów.
To, mówiąc delikatnie, głęboki brak zdrowego rozsądku. Co tu chować? Płód do 8 tygodni? Paromilimetrowy zarodek? Dawniej mówiono, że z pierwszym krzykiem dziecka wchodzi w jego ciało dusza. Dziś już w połączeniu plemnika z komórką jajową widzą człowieka.
| Ustawa z 27
kwietnia 1956 r. o warunkach dopuszczalności przerywania ciąży zakładała,
że zabiegu może dokonać jedynie uprawniony do tego lekarz, a za przerwaniem
ciąży przemawiają: – trudne warunki życiowe kobiety ciężarnej, – podejrzenie, że ciąża powstała w wyniku przestępstwa, – wskazania lekarskie dotyczące zdrowia dziecka i ciężarnej. O tym, że przerwanie ciąży jest wskazane, nie decydowała jedynie ciężarna, ale lekarz, pracownik pomocy społecznej, prokurator, a w pewnym okresie specjalnie powoływana komisja. Obecnie obowiązująca ustawa, która weszła w życie w roku 1993, dopuszcza aborcję tylko w razie zagrożenia życia lub zdrowia kobiety, gwałtu lub nieodwracalnego uszkodzenia płodu. Według tej ustawy aborcja może być dokonana jedynie w państwowym szpitalu. Karze pozbawienia wolności do lat 3 podlega każdy, kto z naruszeniem przepisów ustawy przerywa ciążę za zgodą kobiety, udziela jej w tym pomocy lub ją do tego nakłania. O dopuszczalności przerwania ciąży decyduje inny lekarz niż dokonujący zabiegu lub prokurator. W rzeczywistości lekarze odmawiają dokonywania aborcji często twierdząc, że powody są niewystarczające, a np. zmiany płodu nie muszą być nieodwracalne. Prokuratorzy tak odwlekają procedury, żeby dokonanie aborcji było niemożliwe z powodu przekroczenia 12. tygodnia ciąży. |
Maria Jaszczuk, mgr filozofii. Przed wojną działała w Organizacji Młodzieży Socjalistycznej „Życie”. Jeździła na obozy m.in. z Jankiem Krasickim. W czasie wojny przesłuchiwana przez gestapo i przetrzymywana w alei Szucha, więźniarka Pawiaka, potem obozu w Oświęcimiu (numer obozowy 64407), skąd w marszu śmierci szła do obozu w Ravensbrück. Wykupiona przez szwedzki Czerwony Krzyż. Po wojnie posłanka do KRN, a następnie w latach 1947–1956 posłanka na Sejm. Zasiadała we władzach Stronnictwa Demokratycznego, przez pewien czas była sekretarzem Zarządu Głównego Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Przez 25 lat działała aktywnie w Lidze Kobiet.
Subskrybuj:
Posty (Atom)