środa, 28 sierpnia 2013

Dzieciomaniacy (NIE Nr 24/2013, 2013-06-07, str. 8)


Katolicki model rodziny: dwa plus nieskończoność.

Godson z rodziną

Poseł John Godson: Apeluję do Polaków, abyśmy się nie bali mieć więcej dzieci. Jeżeli możesz mieć jeden dziecko, też możesz mieć dwójkę. A jeżeli możesz mieć dwójkę, też możesz mieć trójkę.
Konstanty Radziwiłł, prezes Związku Dużych Rodzin „Trzy Plus”: Rodzina wielodzietna to miejsce, w którym ogromna większość ludzi przeżywa najszczęśliwsze chwile swojego życia.
Jarek, ojciec czwórki dzieci z podwarszawskich Ząbek: – Z ulg to niestety żadnej nie mamy. Woda – 130 zł, prąd – 150 zł. Czynsz ok. 6–7 stówek. Rząd to chuj. Ma w dupie rodziny wielodzietne.

Biała bluzka

Według wszystkich partii politycznych dzieci dla społeczeństwa są świetną, szybko zwracającą się inwestycją. Ale zanim się spłacą, na każde trzeba wydać co najmniej tyle, ile na dobre mieszkanie lub dom z ogrodem. Bo bachory to kasa, kasa, kasa… Niekończące się wydatki i problemy. Nieprzespane noce, zszargane nerwy przez choroby, pyskowanie, brak zdolności do matmy i kontakty z przerośniętym ego nauczycieli, którzy wszystko wiedzą lepiej.
– Mąż pracuje po 16 godzin dziennie. Ja muszę zostać w domu. Dzieci są za małe, żebym poszła do pracy, a mama nie ma zdrowia, żeby zająć się czwórką – mówi Agnieszka W., lat 29, z podwarszawskiej Kobyłki.
Agnieszka mówi, że jest szczęśliwa. Dumna z dzieci. Ale po dwóch godzinach rozmowy wszystko wygląda inaczej. I Agnieszka wygląda inaczej. Na początku spotkania ma na sobie ładną białą bluzeczkę. W między czasie jednak musiała ją zmienić, bo 5-miesięczna Kasia ją obrzygała. Karol wlazł na drzewo, zdejmując go z gałęzi, rozdarła więc rękaw tej, którą zmieniła po zarzyganej. Kolej na bluzka była już nie pierwszej czystości, bo Agnieszka nie ma czasu przeprać ubrań. W pralce mieszczą się ubranka dzieciaków i ciuchy męża. On musi wyglądać, bo przecież idzie do pracy, między ludzi. Ona siedzi w domu, nie musi więc zwracać uwagi na wygląd. Zresztą nie wstawi kolejnego prania, bo znowu przyjdzie straszny rachunek za wodę i ścieki. Na ten ostatni musiała wziąć pożyczkę w Providencie. Co prawda mniejszą niż na podręczniki w zeszłym roku, ale i tak już nie wyrabia ze spłatami.
Agnieszka była kiedyś wesołą dziewczyną. Często się śmiała, uwielbiała podróżować, nawet autostopem. Tak poznała męża. Co prawda teraz jej wypomina, że szlajała się po trasach szybkiego ruchu, ale młoda kobieta przywykła już do tego gadania. w końcu ma prawo, to on ją utrzymuje. Inne kobiety mają jeszcze gorzej. Widzi to przecież w programie „Dlaczego ja?” i w codziennych serialach.

Seks przez sen

Kiedyś dużo czytała. Dziś nie ma na to czasu ani siły. Gdy bachory zasną, marzy tylko o poduszce. Kiedyś uwielbiała seks. Dziś zdarza się, że robi to prawie przez sen.
– Zawsze chciałam mieć dużo dzieci. Taka prawdziwa polska rodzina – mówi Ewa, lat 31, z Otwocka.
Jest rasową kobietą. Szeroka w biodrach, obfity biust, włosy związane w kok. Na szyi złoty krzyżyk, który dostała od chrzestnej na komunię. Poza tym może być naprawdę dumna. Ma czterech synów. Przyszłych żołnierzy, lekarzy, może księży. Chowa ich na patriotów.
Byli w Licheniu i w Częstochowie. Oglądali pola Westerplatte. Chłopcy strugają miecze. Ciągle ze sobą walczą. Chcą być bohaterami narodowymi. Na razie skończyło się siedmioma szwami u Łukasza i złamaną ręką Wojtka. Ale to nie problem.
Jest problem z Michałem. Bił się ze starszym bratem i wpadł na drzwi od pokoju. Przeszklone. Szyba prawie ucięła mu rękę. Lekarze przyszyli ją w Krakowie, ale koszty leczenia są niewyobrażalne. Rehabilitacja pociągnęła za sobą już samochód dostawczy męża, telewizor, który dostali w prezencie od teściów, i zbiórkę sąsiadów.
To pewnie Michał zostanie księdzem, bo tyle wycierpiał. Cierpiętnik. Ewa jest dumna, ale więcej dzieci nie chce. Nie sypia już z mężem. Woli, żeby chodził do tej, co mieszka na rogu. Przynajmniej ma spokój i wie, że już więcej nie będzie rodzić. O środkach antykoncepcyjnych niby nie chce słyszeć, ale z rumieńcem na twarzy opowiada, że namawiała męża na prezerwatywę. 2 dni z nią nie rozmawiał. A ona nie ma na ginekologa. Nie pracuje. Zresztą gdyby teściowa zobaczyła w apteczce pigułki, to Ewa miałaby problemy.

Wpadka po wpadce

– Nie daję rady – dopiero od niedawna przyznaje Ania, lat 30, z Warszawy. – Póki byliśmy z mężem, jakoś wszystko szło, ale teraz mam już dość. Wyć mi się chce. Jestem na środkach antydepresyjnych.
Ania też ma czwórkę. Pierwsza córka to wpadka. Miała 16 lat. Po imprezie. Potem przyszły bliźniaki. Czwarte to też wpadka. Niezrozumiała, bo ze spiralą.
Najstarsza właśnie idzie do gimnazjum. Ania się martwi, bo dziewczynka podpala papierosy. Zaczęła farbować włosy. Kręci się też koło niej gość kilkanaście lat starszy. Kobieta czuje, że dzieje się coś złego.
Bliźniaki to dobre dzieciaki. Ale żywe. Zawsze coś zmalują. Nauczyciele wciąż wzywają ją do szkoły. Najmłodsza to sama słodycz. Blond cudo z loczkami. Ale chorowita. I uczulona na białko.
Męża miała dobrego. Kochali się naprawdę. Był dużo od niej starszy. Ale rok temu miał zawał. Potem wylew. Zawinął się w miesiąc.
Dzieci niby mają rentę po ojcu, ale był zarejestrowany na najniższą krajową, choć do ręki dostawał więcej, i teraz Ania dostaje prawie 700 zł. To starcza na mieszkanie na Targówku i czasem na prąd. Na wodę nie, bo nastolatka kąpie się 3 razy dziennie.
O czym marzy Ania? O ciszy i spokoju. I żeby mogła wysłać najstarszą na dodatkowy angielski. Żeby mogła stąd wyjechać. Z tego złodziejskiego kraju.

Kasa, skarbie, kasa…

Mając dwieście baniek w kieszeni, możemy myśleć o budowie niezłego domu albo o spłodzeniu potomka. Co jednak mają powiedzieć ci, którym rodzi się czwarte albo piąte?
Z danych Komisji Nadzoru Finansowego wynika, iż wychowanie dziecka do 18. roku życia kosztuje ok. 200 tys. zł, a dwójki dzieci do 24. roku (czyli do ukończenia studiów) – od 300 do 340 tys. zł.
Gdy zobaczymy na teście ciążowym zieloną kreskę, jesteśmy szczęśliwi. Bo tak trzeba. Tak jest po bożemu. Potem przychodzą wymioty, zgaga, zaparcia, bekanie i zero seksu.
Lawina wydatków rusza już na początku, tuż przed narodzinami dziecka. Pierwsza wyprawka dla niemowlaka kosztuje średnio 3,5 tys. zł. Na to składa się najtańsze łóżeczko za 200–300zł, wózek za ponad 1000 zł, przewijak za 100 zł, a do tego śpioszki, śliniaczki, ubrania, pieluchy, smoczki i zabawki. Oczywiście minimalistycznie, bo gdyby pojechać po bandzie, to wydamy ok. 7 tys. zł. Do 9. roku życia dziecka domowe wydatki rosną średnio o 25 proc. Gdy dzieciak ma od 10 do 15 lat, rosną o kolejne 30, a później o 40 proc.
Według badań Rzecznika Praw Dziecka rodziny z dziećmi (w ogóle z dziećmi) mają w Polsce przesrane. Ponad 60 procent rodzin zajmuje mieszkania o powierzchni od 21 mkw. Średnia to 40 mkw. Najczęściej posiadane sprzęty to: telefon komórkowy, pralka automatyczna, komputer, rower, podłączenie do internetu, samochód, odtwarzacz DVD, urządzenie do odbioru telewizji kablowej lub satelitarnej. To w rodzinach do dwójki dzieci. Ale i tam rodzice nie mogą kupić sobie tego, co by chcieli. Te wydatki, na które rodzina nie może sobie pozwolić, to: zmywarka, zestaw kina domowego, laptop, odtwarzacz blue-ray, telewizor LCD, PlayStation, skuter lub motor, biblioteka zawierająca więcej niż 50 książek.
Przeciętny łączny miesięczny dochód netto rodzin z dziećmi wynosi 2876 zł. W najlepszej sytuacji pod względem finansowym są rodziny z jednym dzieckiem – ich średni dochód to 2975 zł. Gospodarstwa z dwojgiem dzieci osiągają miesięcznie dochód w wysokości 2865 zł, natomiast z trojgiem dzieci – 2552 zł. W najtrudniejszej sytuacji materialnej są oczywiście rodziny z czworgiem i więcej dzieci. Tam zarabia się mniej, bo z reguły pracuje tylko jeden rodzic. Ich średnie miesięczne zasoby finansowe są najniższe – 2191 zł. Szczaw i mirabelki nie są zapewne obce ogromnej liczbie dzieci. Co piąta rodzina dysponuje dochodem do 1,6 tys. zł, a to nawet przy dwójce dzieciaków zwyczajna nędza. Dochód połowy badanych nie przekracza 3 tys. zł.
Jarosław Kaczyński, mówiąc w Radiu Maryja: Jeśli spojrzymy na statystyki dotyczące osób żyjących poniżej minimum egzystencji, udział rodzin wielodzietnych w tej grupie jest nieporównanie większy niż udział tych rodzin w społeczeństwie w ogóle, miał rację.
Co ósma rodzina z dziećmi znalazła się w sferze ubóstwa ustawowego – jej dochód w przeliczaniu na osobę stanowi podstawę do ubiegania się o świadczenia z pomocy społecznej. Czyli na osobę przypada mniej niż 351 zł miesięcznie.

W zdecydowanie najtrudniejszej sytuacji materialnej znajdują się rodziny z czwórką dzieci i więcej. Niemal dwie trzecie z nich lokuje się w sferze ubóstwa.

Co trzecie gospodarstwo spłaca raty za zakupy, 8,56 procent posiada zobowiązania finansowe wynikające z posługiwania się kartą kredytową, niemal tyle samo ma pożyczkę w zakładzie pracy. Co dziewiąte gospodarstwo posiada zobowiązania finansowe wobec krewnych.
Wydatki rodzin z jednym dzieckiem kształtowały się na poziomie 2426 zł, z dwójką dzieci – 2478 zł, z trójką – 2320 zł, a z czwórką i więcej – 2064 zł. Czyli im więcej dzieci, tym mniej pieniędzy.

Gęby do karmienia


Najpoważniejszy wydatek gospodarstw domowych to żywność. Oczywiście im więcej bachorów, tym wyższe wydatki na jedzenie. W rodzinach wielodzietnych rzadko jada się mięso. Podstawą są podroby. Wołowiny praktycznie nie kupuje się tam wcale. Wciąż bazę stanowią zapychacze typu placki, kluchy, mleko. Poważną pozycję w domowym budżecie stanowią również opłaty eksploatacyjne. Na czynsz przeznaczano miesięcznie średnio 340 zł, na energię cieplną lub opał 157 zł, na energię elektryczną 125 zł.
Im starsze dziecko, tym wyższą kwotę rodzice przeznaczają na jego utrzymanie, czyli wiadomo: małe dziecko – mały kłopot…
Pieniądze wydawane na dzieci najczęściej przeznaczane są na zakup produktów i rzeczy socjalno-bytowych (86proc.), przyborów szkolnych (38,06),zabawek (13,93),środków higieny (12,65),dodatkowe zajęcia (11,48),leczenie (10,16),dojazd do szkoły (7,17),rozrywki (7proc.). Dzieciom w rodzinach wielodzietnych nie kupuje się innych książek niż podręczniki. O PlayStation mogą jedynie pomarzyć.
Ograniczanie zaspokajania potrzeb dzieci stanowi dla rodziców ostateczność, nawet w rodzinach wielodzietnych. Rodzice w pierwszej kolejności organizują zaspokajanie własnych potrzeb, dopiero gdy nie mają innego wyjścia, ograniczają lub rezygnują z zaspokojenia niektórych potrzeb dziecka. Bo to, że jest dużo dzieci, niekoniecznie oznacza patologię. Tam, gdzie nie ma choroby alkoholowej, dzieci po prostu ubierane są w używańcach, bawią się zabawkami po kuzynach lub kolegach i nie wyjeżdżają na wycieczki szkolne ani na zielone szkoły. Nie chodzą też zwykle do kina ani do teatru. Ale też znacznie częściej uprawiają sport. Używane korki można kupić już za 7 zł. Mają też bujniejszą wyobraźnię. Na bal przebierańców mama z babcią będą całą noc szyły wspaniały strój ze starego prześcieradła czy koca, a nie kupią gotowego ubrania Batmana. Nastolatki z familii typu 2+4są bardziej przedsiębiorcze od rówieśników – nie wyciągają ręki po kieszonkowe – dają korepetycje, roznoszą ulotki, sterczą przez 10 godzin na promocjach w hipermarkecie.

Wielodzietna przyszłość narodu

Po 1989 r. dzietność w Polsce spadła z 2,1 do 1,2 dzieci na kobietę w wieku prokreacyjnym. Konsekwencje takiego stanu zaczną być odczuwalne w 2015 r., kiedy osoby należące do ostatniego wyżu demograficznego odejdą na emeryturę. Nie wiadomo, kto będzie wtedy pracował na utrzymanie państwa. Bo dzieci z rodzin wielodzietnych może nie wystarczyć. Dziś jedyną formą wsparcia, jaką otrzymują od rządu, jest ulga podatkowa na trzecie (1600zł) i kolejne dziecko – 2200 zł). Najbiedniejsi (z dochodem do 504 zł netto) mogą liczyć na zasiłek rodzinny, biedni pracujący plasujący się powyżej tego progu – już nie.
Anna Klaja, kierownik projektu „Rodzina się liczy” Fundacji Dzieło Nowego Tysiąclecia jako główne przyczyny spadku urodzeń podaje kwestie mieszkaniowe, brak stabilności finansowej,ryzyko związane ze zwiększeniem wydatków oraz obawy Polaków, czy będą w stanie zaspokoić potrzeby swoich pociech.
Konstanty Radziwiłł twierdzi, że zmiany w prawie podatkowym są niewystarczające: Dzisiaj to, czy ktoś ma rodzinę, czy jej nie ma, jest bez większego znaczenia. Rodziny oprócz tego, że wypracowują dużo pieniędzy, są także konsumentami, a przy każdej konsumpcji płaci się VAT. To ogromne pieniądze. Propozycją jest ryczałtowy zwrot tego podatku w przypadku określonych potrzeb rodziny.
Premier mógłby też wreszcie zauważyć, że wysiłek wszystkich rodziców, którzy zrezygnowali z pracy zawodowej, aby poświęcić się wychowaniu dzieci, jest równorzędny pracy na etacie i jako taki powinien być postrzegany przez nasz system emerytalny.
Na razie Ministerstwo Pracy dało dłuższy urlop macierzyński. Od początku obecnej kadencji Władysław Kosiniak-Kamysz mami też dzieciorobów wizją ogólnopolskiej Karty Dużych Rodzin. Nie chce jednak zapędzać się w obietnicach: Jest za wcześnie, by przedstawiać założenia programowe. Na razie promuje ją w samorządach, a także na szczeblu wojewódzkim.

Joanna Skibniewska
Weronika Cichocka

Czy opłaca się siedzieć (NIE Nr 24/2013, 2013-06-07, str. 7)

Ile kosztuje ludzka godność, wolność, sprawiedliwość? Niewiele.


Dwaj bezpodstawnie oskarżeni i przetrzymywani w areszcie policjanci wystąpili o odszkodowanie. Uniewinnieni we wszystkich sądowych instancjach żądali od państwa miliona złotych zadośćuczynienia za to, co stracili. Dostali prawie jedną dziesiątą tej kwoty.
Policjanci Jacek Kowalczyk i Jan Handrysiak trafili do aresztu na zlecenie polityczne. Zbigniew Ziobro potrzebował układu, który będzie rozbijał w świetle jupiterów. Nadali mu się do tego policjanci. Szanowani, doświadczeni, nagradzani, z prawie 30-letnim stażem…
Polecenie Ziobry miała wykonać Bogumiła Tarkowska z łódzkiej prokuratury. Wywiązała się z zadania. Znalazła bandytę, który poszedł na współpracę w zamian za złagodzenie kary.

Do pudła!


Jarosław Kurzydlak to łobuz. Wielokrotnie karany za nielegalny handel bronią i amunicją, wielokrotne rozboje, porwania, podpalenia, podłożenie bomby i składanie fałszywych zeznań. Warto dodać, że łapali go właśnie ci dwaj aresztowani policjanci. Kurzydlak zeznał, że obaj policjanci przyjęli od niego korzyść majątkową.
To było najkrótsze przesłuchanie, jakie kiedykolwiek widzieli. Prokurator Tarkowska miała już wszystko przygotowane. Uprzedziła ich, że cokolwiek powiedzą, i tak pójdą siedzieć. Potem było najkrótsze posiedzenie przed obliczem sędzi Joanny Tomczak. Po trzech minutach wiedziała, że są winni. Areszt trwał ponad rok.
Kowalczyk i Handrysiak stracili wszystko. W więzieniu pozbawiono ich godności, zdrowia, pracy, szacunku, kontaktów z najbliższymi i wiary w sprawiedliwość. Trzymano ich za murami, żeby zmiękli. Nie przyznali się, bo nie mieli do czego. Silni, sprawni policjanci z aresztu wyszli jako kalecy.

Po latach zostali uniewinnieni we wszystkich instancjach. Sądy nie pozostawiły suchej nitki na prokurator Tarkowskiej. Sąd Najwyższy nazwał jej pracę zabawą w prawo.

Właśnie dostali odszkodowanie za areszt i utratę zdrowia oraz pracy. Po 150 tys. zł – nieco ponad 300 zł za dzień upokorzeń, pozbawienia wolności, choroby, bólu i rozpaczy.
Bogumiła Tarkowska nie pracuje już w wydziale przestępczości zorganizowanej w prokuraturze. Została przeniesiona do nadzoru nad prowadzonymi postępowaniami. Uczy młodych prokuratorów dobrej roboty.

Na łasce


– Nie więcej niż 20 procent sędziów zapoznaje się z aktami sprawy przy wniosku o areszt tymczasowy – mówi mecenas Kazimierz Pawelec, profesor prawa. – Ogromna większość nawet nie słucha argumentów obrony. Decyzja o odebraniu komuś wolności trwa chwilę. Wystarczy, że prokurator wnioskujący o areszt napisze, że istnieje podejrzenie uczestnictwa w zorganizowanej grupie przestępczej albo że podejrzany na pewno będzie mataczył. Sąd tego nie sprawdza.
Europejski Trybunał Praw Człowieka jest zarzucony pozwami przeciwko Polsce w związku z nieuzasadnionymi aresztami, które często tylko z nazwy są aresztami tymczasowymi. Pisaliśmy już o aresztach, które trwały nawet 3 lata. Przepisy mówią jasno – 3 miesiące to czas, w którym prokurator ma zebrać dowody. Po tym okresie areszt może być przedłużony tylko w wyjątkowych sytuacjach. Tymczasem w Polsce to fikcja. Prokuratorzy wnioskują o areszt na wszelki wypadek lub po to, by podejrzany zmiękł i się przyznał. Tak robią wyniki. Przyklepany przez sąd areszt to dla prokuratora sukces.
Areszt to zupełnie co innego niż życie po wyroku. Skazany ma ściśle określone prawa: widzenia, paczki, biblioteka itp. Aresztant nie ma żadnych praw. Jego życie i zdrowie jest w rękach prokuratora. Jeśli prokurator pozwoli na podanie leków, to aresztant je dostanie. Jeśli zgodzi się na przyniesienie z domu swetra, to aresztant będzie miał ciepło. Jeśli pozwoli przekazać mu książkę – to sobie poczyta. Prokuratorzy mają na wydanie takiej zgody 30 dni. W przypadku wielu osób jest to wystarczający czas nie tylko na to, aby stracić zdrowie, ale nawet aby umrzeć! Przykładem może być tu niewinnie aresztowana Dorota Mrugała, którą prokurator Dariusz Dryjas bezzasadnie oskarżył o zabójstwo męża i wsadził do aresztu, w którym zmarła, bo Dryjas nie wydał zgody na leczenie serca. Uniewinniono ją po śmierci… Albo rumuński aresztant Claudiu Crulic, który w walce o sprawiedliwość rozpoczął głodówkę, a krakowski prokurator nie nakazał jej przerwać. Crulic umarł w więziennej celi z głodu.

Ani grosza


Mnożą się więc wnioski o wysokie odszkodowania za niesłuszne zatrzymanie i areszt – zgodnie z art. 552 kpk. Prokuratura Generalna nie prowadzi statystyk, ile takich wniosków trafia do sądów cywilnych, ale adwokaci mówią, że na pewno jest ich kilkaset rocznie. Polska płaci grosze, ale trybunał w Strasburgu zasądza milionowe odszkodowania, za które płacą polscy podatnicy.
Prokuratorzy, którzy albo odrzucali dowody niewinności, albo wręcz preparowali dowody winy, nie ponoszą żadnej odpowiedzialności – ani karnej, ani dyscyplinarnej, ani finansowej. Podobnie sędziowie, którzy te areszty zatwierdzali bez sprawdzenia, czy dowody przeciwko podejrzanemu są wystarczające do pozbawienia go wolności.
Zgodnie z przepisami oni wcale nie muszą być bezkarni. Prawo wręcz tego zabrania. Tylko nikt z tych, którzy mają stać na straży praworządności, tego prawa nie stosuje.
Art. 557 kpk mówi, że w razie naprawienia szkody oraz zadośćuczynienia za krzywdę skarb państwa powinien mieć roszczenie zwrotne do osób, które swoim bezprawnym działaniem spowodowały niesłuszne skazanie, zastosowanie środka zabezpieczającego, niesłuszne tymczasowe aresztowanie lub zatrzymanie. Adresatem powództwa o zwrot zasądzonej kwoty na rzecz osób bezpodstawnie skazanych czy tymczasowo aresztowanych powinien być sędzia, a przede wszystkim prokurator. Oni podejmują decyzje, które prowadzą do wskazanych w art. 557 kpk rozstrzygnięć. Uprawnionymi do wytoczenia powództwa przeciwko nieuczciwemu prokuratorowi są… prokuratura oraz organ powołany do reprezentowania skarbu państwa. Organem tym jest Prokuratoria Generalna.
– Po zasądzeniu przez sąd odszkodowania i zadośćuczynienia za bezzasadne aresztowanie prokurator musi obowiązkowo zbadać, czy nie zostało ono spowodowane działaniem funkcjonariusza publicznego i w tym przedmiocie wydaje postanowienie, ale zamyka sprawę tylko w tym wypadku, gdy nie dopatrzył się podstaw do wytoczenia powództwa – tłumaczy sędzia Sądu Najwyższego, autor podręczników prawa.
Prokurator, który bada pracę kolegi, zresztą z tej samej prokuratury, nigdy nie widzi nic niewłaściwego w jego działaniach.

Bez reakcji


Polska jako jedyny kraj UE już w 2007 r. została upomniana przez Europejski Trybunał Praw Człowieka, że stosuje najwięcej aresztów i że są one zdecydowanie za długie i niewystarczająco uzasadnione. Polska to jedyny kraj europejski, który nagminnie stosuje takie praktyki. Ministerstwo Sprawiedliwości nawet na to nie odpowiedziało. Podobnie nie reaguje na wytyczne kierowane ze Strasburga, w których trybunał nakazuje poprawę warunków leczenia w zakładach karnych. Nikt się do tego nie stosuje, bo przecież

karę zasądzoną przez trybunał w Strasburgu zapłacą podatnicy, a nie prokuratorzy, sędziowie czy dyrektorzy więzień.

Zgodnie z kpk tymczasowe aresztowanie nie powinno być stosowane, gdy wystarczy inny środek zapobiegawczy, mimo to środek ten jest w Polsce nadużywany, o czym świadczą m.in.liczne przegrane przez Polskę sprawy przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka. Do Ministerstwa Sprawiedliwości dotarło wystąpienie trybunału, w którym prosi o zajęcie stanowiska w sprawie strukturalnego problemu ze stosowaniem tymczasowego aresztowania. To tzw. sygnalizacja – wyjątkowy, rzadko stosowany przez trybunał w Strasburgu instrument. Sięga po niego wówczas, gdy uzna, że naruszenia Europejskiej Konwencji Praw Człowieka w jakimś obszarze są tak masowe, że świadczą o konieczności zmiany prawa lub praktyk prawnych w danym kraju.
W skargach do Strasburga polscy aresztanci podnoszą, że po aresztowaniu prokuratura przestaje się nimi interesować. Nikt ich nie przesłuchuje i w ogóle niewiele się w ich sprawie dzieje.
Trybunał stwierdził: Problem zaczął nabrzmiewać od 2000 r., kiedy ministrem sprawiedliwości – prokuratorem generalnym został Lech Kaczyński. Wydał wtedy wytyczne dla prokuratorów, żeby w większości spraw występowali o areszt. Prokuratorzy posłuchali. I okazało się, że sądy masowo na te areszty się godzą.
W czerwcu 2007 r. Komitet Ministrów Rady Europy zalecił polskim władzom, żeby ograniczyły stosowanie aresztów. A także wprowadziły mechanizm kontrolny zabezpieczający przed ich nadużywaniem. I co? I nic. W2008 r. trybunał europejski upominał Polskę kolejny raz.

Do upadłego


25-letni obecnie Robert W. został zatrzymany i aresztowany 25 lipca 2007 r., a areszt uchylono mu 1 grudnia 2008 r. Przed aresztowaniem był uczniem prywatnej szkoły policealnej oraz pomagał ojcu i matce w prowadzeniu firm. Domagał się 76 tys. zł odszkodowania oraz 600 tys. zł zadośćuczynienia. Dostał 160 tys. zł odszkodowania.
Uzasadniając orzeczenie, sędzia Magdalena Kurczewska-Śmiech podkreśliła, że kwota przyznanego odszkodowania odpowiada rzeczywistym stratom – potwierdzonym w postępowaniu dowodowym – które mężczyzna poniósł w wyniku aresztowania.
– Pamiętać trzeba, że kwota zadośćuczynienia nie może prowadzić do nadzwyczajnego wzbogacenia się. Zdaniem sądu kwota 160 tys. zł będzie rekompensowała ten niesłuszny pobyt w areszcie – orzekła sędzia.
Sąd Okręgowy w Olsztynie przyznał lekarzowi 8 tys. zł za bezzasadny areszt. Roszczenie z tytułu utraty zarobków oddalił. Prokuratura postawiła mężczyźnie zarzut zabójstwa żony. Prokurator oskarżył lekarza o to, że żonę udusił. Tymczasem lekarze z gdańskiej akademii uznali, że przyczyną śmierci kobiety była miażdżyca tętnic wieńcowych.
Pracownica Urzędu Pracy w Nysie 3,5 miesiąca spędziła niewinnie w areszcie. Sąd Okręgowy w Opolu zasądził jej 35 tys. zł odszkodowania. Kobieta wróciła z aresztu chora. Prokuratura uważała, że to dużo i wystarczy jej 3500 zł. Odwoływano się do upadłego, uzasadniając, że to tylko nieco ponad 100 dni w areszcie. Nic takiego, przecież miała co jeść i gdzie spać…
O matce, która utopiła 4-letniego Michała, słyszała cała Polska. Prokurator brylował w mediach. Kobieta przesiedziała w areszcie 20 miesięcy, po czym została uniewinniona. Sąd ocenił, że na etapie śledztwa doszło do manipulacji materiałem dowodowym. Brednie, które przed kamerami opowiadał prokurator, okazały się preparowanymi dowodami winy. Kobieta dostała 110 tys. zł odszkodowania. Sędzia Jerzy Leder mówił, że przyznana kwota jest wyższa od przeciętnie zasądzanych w takich sprawach.

Instytucja tymczasowego aresztowania jako forma bezwzględnego pozbawienia wolności powinna być stosowana wyjątkowo, rozważnie, wtedy gdy to absolutnie niezbędne, a zgromadzone dowody pozwalają na przypuszczenie, że wobec oskarżonego zostanie orzeczona bezwzględna kara pozbawienia wolności. Ładnie to brzmi w teorii. W praktyce ludzi w Polsce sadza się szybko i na długo.

Joanna Skibniewska

Lekarz chorej miłości (NIE Nr 23/2013, 2013-05-31, str. 15)

Ja cię nękam, ty mnie nękasz, my się nękamy.


Marta Popiel została skazana za to, że jest chora. Skazano ją jak bandytę. Nikt nie ma sobie nic do zarzucenia.
Gdy 2 lata temu pisaliśmy o jej historii podczas aresztowania, jeszcze chciała walczyć o wolność i dobre imię. Dziś już nie chce.
http://skibniewska.blogspot.com/2013/03/miosc-ci-nic-nie-wybaczy-nie-232011.html
Ja już nie mam po co żyć. W ogóle nic już nie ma i nie ma mnie. Podjęłam decyzję, że się zabiję. Chciałam jednak, żeby ktoś odpowiedni dowiedział się, jak układ zamknięty załatwił mi 2 lata więzienia za domniemane winy. (…) Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale poddałam się. Pogodziłam się z własną śmiercią. Jestem jedną nogą na tamtym świecie i marzę już tylko o momencie, kiedy przestanę czuć i odpłynę w swoją śmierć.
Przyszli po nią rano. Z długą bronią. Wyciągnęli z łóżka w koszuli, nie pozwolili wziąć leków. Prowadzili przez podwórko w kajdankach, tak żeby widzieli sąsiedzi. Dlaczego? Bo miłość jest tylko dla normalnych...

Kiedy ty tak przyrzekałeś mi


Marta Popiel trafiła do chirurga Adama Sidorowicza w 2005 r. z polecenia.
Znajomy chirurg go chwalił. Dziewczyna miała jakiś niewielki problem żylny. Marta mówi, że młody lekarz zaprosił ją na kawę. Był miły. Bardziej niż miły. Raz, drugi, trzeci... Ona wtedy jak gdyby unosiła się nad ziemią. Zaczęła robić mu prezenty. Kubeczki, misie, raz dała płytę Stinga. Pisała dla niego wiersze i przynosiła białe tulipany. Zimą pisała ciepłe SMS-y: W moim zaułku serca siedzi miłość i uwielbienie dla cie bie. Twierdzi, że on także pisał. Wymienili się numerami telefonów i przeszli na ty.
Na początku nie mówił, że mu się to nie podoba. Dopóki nie wpadła na to jego narzeczona.

A ty jednak odszedłeś, zapomniałeś

Dziś chirurg wypiera się wszystkiego. Według niego widział ją tylko 2 razy i tylko w gabinecie. Przeczą temu świadkowie i jego SMS-y. Dziewczyna nie zachowała wszystkich, ale te, które są, nie świadczą tylko o relacji pacjent-lekarz.
W pierwszych zeznaniach na policji przyznał się, że flirtował z dziewczyną. w listopadzie na posiedzeniu sądu mówił, że utrzymywał z nią kontakty towarzyskie. Przez kilka miesięcy. Potem zmienił zeznania. Najchętniej powiedziałby, że w ogóle jej nie zna.
Kontakty trwały do dnia, gdy narzeczona (obecnieżona) zobaczyła, że jej Adam dostał kubek z wyznaniem miłości. Potem odebrała SMS-a skierowanego do męża. I odpisała Marcie.
Tego zwrotnego SMS-a czytały 3 postronne osoby i wszystkie podają taką samą treść. Narzeczona lekarza podobno napisała, że Adam jest jej i że Marta go nie poderwie:

Matka nie uczyła cię, jak się podrywa facetów?
Trzeba było mu zdjąć portki i dobrze obciągnąć.


Sidorowicz chyba nie wiedział o wysłanym przez narzeczoną kursie obciągania, bo zaraz potem wysłał Marcie swoje zdjęcie z uroczym uśmiechem na tle wieży Eiffla (ten MMS jest zachowany). I wtedy narzeczona powiedziała: albo ja, albo zniszczysz tę wariatkę. I zniszczył.

I ja sama wakacje spędzać mam


Marta jeszcze długo pisała wiersze i przesyłała misie. Wreszcie napisała: przecież obiecałeś, przecież nie tak miało być.
I zaczęła się batalia SMS-owa. Te wysłane podobno przez Martę lekarz zachował. Te, w których ponoć życzył jej śmierci, dziewczyna wykasowała. Nie jesteśmy w stanie tego zweryfikować, ale o tym, że dostawała SMS-y od niego, po których płakała, mówią jej bliscy i znajomi. Zaczęły się też pojawiać wpisy w internecie. Uwłaczające dla doktora. I pokazujące jasno, że ten, kto to pisał, albo jest chory psychicznie, albo robi wszystko, by wkopać dziewczynę.
Chirurg postanowił załatwić sprawę przez prokuraturę. Pomóc miał mu w tym były adwokat Jarosława Kaczyńskiego mec. Rafał Rogalski. Niewiele wtedy wskórano, bo sąd uznał, że nie ma żadnych dowodów, że te wpisy internetowe to robota Marty Popiel. Chirurg jednak nie odpuścił. I skupił się głównie na nagonce w internecie oraz w mediach. Był wszędzie. Biedny, nieszczęśliwy, nękany. Bał się Marty Popiel. Bał się o swoje życie. I przekonywał o tym prokuraturę. Ta mogła mieć pierwszą sprawę o stalking...
A jaka była Marta-przestępczyni? Była chora. 2 lata nie wychodziła z domu. W jej pokoju nie odsłaniało się okien, bo się bała. Mdlała ze strachu, gdy widziała obcych. Marta ma dwadzieścia parę lat i waży 130 kg. Gdy przyszła po nią policja, lekarz stwierdził stan zagrażający życiu (notatkalekarska). Mimo to prokurator Elżbieta Karwowska z warszawskiej Woli kazała zawieźć ją na „dołek”. Dla prokuratora i sędziego areszt był oczywisty. Sidorowicz się jej bał. Przedłużano więc ten najostrzejszy środek zapobiegawczy, bo prokurator twierdziła, że musi przebadać ją psychiatra. Który wciąż jej nie badał...
ASidorowicz nadal dostawał SMS-y, choć Marta była w areszcie. I wariowała. Podcinała sobie żyły.
Według prokuratora dowody są pośrednie domniemane, cokolwiek to znaczy... Materiał dowodowy opierał się na zeznaniach dr. Sidorowicza. Marta więc siedziała.
– Środki stosowane wobec podejrzanej są zasadne – twierdził mec. Rogalski.
I powiedział nam, że nic nie jest sprzeczne z jego sumieniem. Na pytanie, czy nie widzi, że dziewczyna jest chora, nie odpowiedział. Uważa, że Marta powinna siedzieć. Twierdzi, że powinna ponieść karę za próbę rozbicia rodziny. Bo rodzina jest święta.
Sam dr Sidorowicz cieszy się, że dziewczyna jest w więzieniu. Poczuł ulgę. Bo się bał.
Rogalski i Sidorowicz dopięli swego. Marta Popiel została skazana. Na 2 lata bezwzględnego pozbawienia wolności. I 40 tys. zł zadośćuczynienia dla doktora. Choć na wniosek badających ją psychiatrów wypuszczono ją z aresztu. Bo to, że dziewczyna jest chora, widzi nawet laik. Lęki, autoagresja, próby samobójcze. Ma przerwę i leczy się psychiatrycznie. Tymczasem sąd stwierdził, że dziewczyna musi być pod specjalnym nadzorem penitencjarnym, gdyż w więzieniu nie została zresocjalizowana.
Marta błagała prezydenta o ułaskawienie. Jej sprawę rozpatrywał sędzia, który przez rok przedłużał jej areszt. Adwokaci łącznie wyciągnęli od niej 160 tys. zł. Poradzili jej pogodzić się z wyrokiem. I wszyscy od niej uciekali albo ona ich zwalniała.
Marta boi się ludzi. Bo Marta jest chora...

I siedząc, wspominam tamte dni

Zabiję się, jeśli zapadnie konieczność powrotu do więzienia, gdyż więzienie jest niewyobrażalnym piekłem. Ten wyrok jest dla mnie wyrokiem śmierci. Nie histeryzuję. Każdy, kto nie jest menelem i posiedzi, po wyjściu nadaje się na śmietnik. Chciałam jednak, zanim umrę, na klęczkach błagać panią o pomoc i ujawnienie bandyctwa, jakie mnie spotkało. Moje ponadludzkie cierpienie nie może iść całkiem na mar ne.

Marta Popiel dostała 2 lata bezwzględnego więzienia. Więcej niż gwałciciel ze Szkoły Podoficerskiej PSP z Bydgoszczy i więcej niż ksiądz z Kołobrzegu za zgwałcenie dwójki dzieci.

Tyle samo, co bandyta z Zielonej Góry, który pobił do nieprzytomności chłopca, bo nie chciał mu dać na piwo. 2 lata dostali napastnicy, którzy o mało nie zabili dostawcy pizzy w Lublinie, bo mieli ochotę na pizzę. W Koninie – za napad z bronią w ręku na sklepikarza – też wymierzono karę 2 lat pozbawienia wolności. Tyle że w zawiasach, bo napastnicy byli młodzi i mieli szansę na resocjalizację.
Marta nie ma szans na resocjalizację. Marta jest chora. Musi wrócić do więzienia. Dr Adam Sidorowicz nadal się boi. Lekarz nie ma sobie nic do zarzucenia. w swoim gabinecie poprawia paniom cycki i oferuje znakomity środek na poprawę skóry dłoni. Jego żona pozwała Martę o odszkodowanie w wysokości 250 tys. zł za naruszenie miru domowego.

ZASZCZUCI (NIE Nr 22/2013, 2013-05-24, str. 10)

Biuro Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej Policji – psy ścigające psy.






Policjanci masowo odchodzą ze służby – co miesiąc około 500 funkcjonariuszy. Co drugi mówi, że boi się nieuczciwej gry Biura Spraw Wewnętrznych (BSW)– że zostanie niewinnie oskarżony dla czyjegoś wyniku. Ze statystyk i ludzkich dramatów wynika, że gliniarze mają powody się bać.
Komendant główny policji nadinspektor Marek Działoszyński często mówi, że zna pracę policjanta od podszewki, bo zaczynał od krawężnika. Mówi o ciężkiej pracy, o misji, poświęceniu i służbie publicznej. Mówi o tym, że policjanta trzeba wspierać i szanować. Rzadko wspomina okres, gdy pracował, a potem szefował BSW. Ale policjanci pamiętają…
– Srogie karanie i pokazywanie ludzkich dramatów działa prewencyjnie – stwierdził kiedyś Działoszyński.
BSW niejednokrotnie szuka czegokolwiek na siłę. Dowody zbierane są w sposób naruszający wszystkie przepisy.

Policjanta z legionowskiej drogówki oskarżono na siłę o przyjęcie łapówki. Policjant miał żonę, która przygadała kiedyś funkcjonariuszce z BSW. Pocięły się baby o jakąś głupotę w drzwiach komisariatu. Niby nic, ale gdy mąż został zatrzymany, gliniara z BSW od razu sobie kłótnię przypomniała.
– Albo się pan przyzna, albo trafi pan do aresztu, a wie pan, co tam robią z policjantami – powiedział glinie prokurator.
Wiedział. Przyznał się do 50-złotowej łapówki. Dziś tego żałuje. Okazuje się, że przez rok BSW zbierało dowody przeciwko niemu. Właśnie ta funkcjonariuszka…
Kamery z radiowozu nie przyniosły spodziewanych efektów. Nagrania z trzech zainstalowanych w samochodzie i przy mundurze policjanta też nic nie dały. Zabrano mu notatniki służbowe i sprawdzano każdą notatkę, która kończyła się pouczeniem lub niewystawieniem mandatu.
– Pouczać możecie w przedszkolu, tu macie karać – powiedział im kiedyś komendant i wlepiał kary za więcej pouczeń niż 3 proc. Pisali więc, że kontrola trzeźwości albo że rutynowa kontrola bez pouczenia.
– Czasami trzeba być po prostu człowiekiem. Nie każdemu trzeba od razu wlepiać mandat – twierdzą policjanci.
Prokuratura przesłuchała 150 osób. BSW przesłuchało ponad 100 z notatnika policjanta. Przesłuchania te wyglądały inaczej, niż mogło się zdawać. Radiowóz przyjeżdżał do domu osoby z notatnika, czasem o 6.00. Zaczynało się straszenie – już w radiowozie. Jeśli się nie przyzna, że dawał policjantowi łapówkę, to on i cała rodzina będzie miała przerąbane.
Przesłuchiwani nie mieli pojęcia, o co chodzi. Jaka kontrola drogowa? Kiedy? Podawano zatem im miejsce, datę i nazwisko policjanta, który niby miał wziąć. Z ponad 100 osób przyznały się 4. Ale nie pamiętają wyglądu policjanta. Wygląd podała im funkcjonariuszka.
Mówią, że byli zastraszani, ale czy się do tego przyznają przed sądem, nie wiadomo.
– Nie chcę mieć na głowie komendy głównej do końca życia – mówi jeden ze świadków. – Apolicjanta nie znam, nie obchodzi mnie…
Policjant jest zawieszony. Już tak długo, że lada chwila zostanie zwolniony ze służby. Nikt nie będzie czekał na prawomocny wyrok. Pracy znaleźć nie może. Zresztą nie wolno mu pracować, bo cały czas jest policjantem, tylko zawieszonym. Nie ma z czego żyć.

Hanna Weinzieher była pracownicą Wydziału Kontroli Służb Mundurowych Departamentu Kontroli, Skarg i Wniosków Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji. Mówiąc krócej, była doświadczonym, doskonale przygotowanym kontrolerem. Przy tym policjantką. Do wydziału kontroli i do niej bezpośrednio wpływały skargi na pracę funkcjonariuszy BSW. Mnożyły się odszkodowania wypłacane za przekroczenie uprawnień. Postanowiła to skontrolować. Dołączył do niej cywil, Adam Kamecki, też doświadczony kontroler. Szefem BSW był wówczas Marek Działoszyński. Powołany w 2006 r. – po to, aby pomóc ówczesnej władzy szukać układów mafijnych w policji.
Działoszyński spotkał się z kontrolerką. Postanowił wskazać, co jej wolno kontrolować i gdzie. Ustalił, z kim ma rozmawiać, a kogo omijać. Dorzucił też obszary, których ma nie tykać. I cały czas kontrolował pracę zespołu. Przychodzili do nich funkcjonariusze imówili, co się dzieje. Było o czym opowiadać.
Kontrolującymi wstrząsnęła historia funkcjonariusza, który został oskarżony o pobicie zatrzymanego tylko dlatego, że był podobny do sprawcy. A prawdziwy sprawca był funkcjonariuszem BSW, tak więc zebrano materiał, by to nie on odpowiadał za pobicie. Niewinny glina stracił wszystko, bo BSW preparowało dowody. Winny ma się dobrze i nadal ściga kolegów.
Kontrolerzy znaleźliby jeszcze niejeden taki kwiatek, gdyby nie to, że MSWiA wstrzymało kontrolę, a Hannie Weinzieher i Adamowi Kameckiemu… postawiono zarzuty. Dziś są z nich oczyszczeni. Ale co z tego. MSWiA natychmiast powołało inny zespół kontrolny, który z zebranego wcześniej materiału wyciągnął inne wnioski niż poprzedni zespół kontrolny.
Nie wiadomo jakie, bo raport utajniono.

W Szczytnie powstał inny tajny raport na temat postępowań karnych prowadzonych przeciwko policjantom. Raport jest wygładzony, ale można w nim znaleźć dane, które mówią same za siebie. To, jak zajęto się poszukiwaniem przestępczości wśród funkcjonariuszy, pokazuje fakt, że w 2002 r. zarzuty postawiono 551 policjantom. Ale już w 2006 r. takich funkcjonariuszy było 1566. Za przyjęcie łapówki prowadzono na podstawie pomówienia przedstawicieli świata przestępczego aż 519 spraw, a o pobicie – 12. Aż 79 proc. spraw to zgłoszenia świadków koronnych lub tych przestępców, którzy poszli na współpracę z policją. Tylko 9 proc. spraw to ustalenia własne prokuratury. 23 proc. spraw toczy się dłużej niż rok, co skutkuje utratą pracy przez policjanta (po2 latach zawieszenia wydala się go ze służby), niezależnie od tego, czy zostanie uniewinniony, czy nie. 43 procent funkcjonariuszy zostaje aresztowanych. Aż 60 proc. spraw wszczynanych przez prokuraturę jest potem umarzanych – zwykle po kilku latach, gdy policjant już nie jest policjantem, jest za to wykończony finansowo. Najczęściej okazuje się, że czyn, o który oskarża się policjanta, nie ma znamion czynu zabronionego albo brak jest dowodów, żeby czyn ten popełniono. Z tych spraw, które trafiają do sądu, ogromna większość kończy się uniewinnieniem lub zwrotem do ponownego zebrania dowodów przez prokuraturę.
Funkcjonariusze BSW twierdzą, że działają na korzyść policjantów i policji.
– Dyskrecja w takich sprawach jest w interesie policjantów. Większość takich spraw rozgrywa się po cichu, bo przecież dotyczy bardzo delikatnej materii – mówi dyrektor BSW inspektor Ryszard Walczuk. – Z tego samego powodu nie odnotowujemy tego wstatystykach. I pewnie dlatego ta strona naszej działalności jest zbyt mało znana.
Bardzo znana jest jednak ta druga strona. Szukania na siłę.

Funkcjonariusze BSW są najwyżej wynagradzani w policji. Ich uposażenie jestz najwyższego pułapu, ponieważ są traktowani jako pracownicy Komendy Głównej Policji. Są dodatkowo wynagradzani za wyniki, stąd parcie na oślep, byleby tylko wszcząć postępowanie przeciwko kolegom.
Według szeregowych funkcjonariuszy żaden uczciwy policjant nie pójdzie do pracy do BSW.

Układ bez Gajosa (NIE Nr 21/2013, 2013-05-17, str. 6)


Kilka tysięcy ludzi pozbawiono pracy. Dlaczego? Bo dwóch panów miało kaprys i poleciało do prokuratora. A ten już wiedział, co robić…

Sąd Apelacyjny w Krakowie rozwiązał spółkę Kraków Business Park (KBP)w Zabierzowie. Bo mniejszościowi wspólnicy spółki złoszczą się, że są mniejszościowi. Czyli mniej mogą. Najlepiej więc rozwiązać interes. Mają w ręku prawie 10 tysięcy ludzi. Ich egzystencję.
Tymczasem nie ma żadnych podstaw, by rozwiązać spółkę, która pomimo wieloletniego szykanowania przez cały aparat państwowy (prokuratura, ABW, CBA, Straż Graniczna, Izba Celna, CBŚ, wszystkie oddziały urzędu skarbowego itp.) dobrze prosperuje, nie zalega z płatnościami, reguluje zobowiązania i zatrudnia tysiące ludzi. Firma, która miała paść kilka lat temu, wciąż świetnie sobie radzi. I to chyba boli najbardziej.

Biznes jak marzenie

O historii Kraków Business Park pisaliśmy. Przypomnijmy, co spotkało małopolskiego biznesmena.
Zaczęło się jak zwykle od marzeń. Adam Świech i jego ojciec robili biznes w USA. Ale wciąż myśleli, że powinni pracować na swoim w Polsce. Wpadli na pomysł wielkiego międzynarodowego przedsięwzięcia. Dla tysięcy pracowników.

Niedaleko Krakowa, na starym dzikim wysypisku śmieci, na 15 ha ziemi stanęło wspaniałe biznesowe miasteczko.

Budowali je przez 11 lat. Firma deweloperska. Rosły wielkie oszklone biurowce. Adam Świech wziął 78 mln euro kredytu. Dobrał jeszcze dwóch udziałowców, którzy dorzucili 1/3kasy, resztę dołożył sam. Już w 2008 r. wynajęto 33 tys. m kw. biur, 6 tysięcy ludzi znalazło tu pracę. Wyrosła własna stacja kolejowa Kraków Business Park, aby pracownicy mogli dojeżdżać do pracy.
I wtedy, w 2008 r. Świech usłyszał ultimatum od wspólników – Jana Domanusa i Andrew Kozlowskiego (25proc. udziałów w spółce): albo sprzedajesz interes kontrahentowi, którego ci przedstawimy, albo zrobimy wszystko, żebyś wylądował w więzieniu. Miał też podzielić się z nimi nieco inaczej niż wskazywałyby na to prawo i logika. Czyli nie 25 proc. ich udziałów, tylko znacznie więcej.
Świech w zasadzie zgodził się na sprzedaż. Ale – pomyślał – oszukać się nie da. I to był jego błąd. Domanus i Kozlowski dali mu czas do 30 czerwca do północy. Potem – prokurator. Aże wówczas Świech nie bał się prokuratora, bo uważał, że jest czysty, to trwał przy swoim. Miesiąc później krakowski prokurator Piotr Krupiński wszczął śledztwo (DsIV49/08)i zaraz potem wydał nakaz aresztowania Świecha i jego dwóch kontrahentów – DerekaL. i Mieczysława K. Przy aresztowaniu był uśmiechnięty pełnomocnik Domanusa i Kozlowskiego mec. Rutkowski, który nie tylko zwracał się po imieniu do prokuratora Krupińskiego, ale wydawał mu polecenia. Może fakt, że sam był jeszcze niedawno prokuratorem, ma tu pewne znaczenie?... Rutkowskiego interesował przede wszystkim jeden kwit – postanowienie o zajęciu udziałów Świecha. Kwit, który bez zwłoki otrzymał od Krupińskiego. Posiedzenie w sprawie aresztu trwało 5 minut i odbyło się o 2.00. Decyzję prokuratora… przyklepał asesor sędziowski Majcher. 5-stronicowe uzasadnienie odczytał po 5 minutach posiedzenia.

Zarzuty prokuratorskie: pranie brudnych pieniędzy, grupa przestępcza, działanie na szkodę spółki i wspólników.

I choć ci wspólnicy byli od początku istnienia firmy w jej zarządzie i osobiście podpisywali uchwały, o ich działaniach na szkodę spółki nikt nawet nie wspominał. Drobiazgiem zapewne jest fakt, że w aktach sprawy nie ma żadnych dowodów na potwierdzenie tez prokuratora Krupińskiego. Aresztowania dokonano w dniu, gdy miało się odbyć walne zebranie KBP, na którym Świech miał podać się do dymisji i przedstawić propozycję, kto ma zostać jego następcą. A to bardzo nie podobało się wspólnikom mniejszościowym.

 

Zaangażowany prokurator

Co dzieje się od tamtego czasu? Świech i dwaj kontrahenci oczywiście siedzą. A prokurator Krupiński prowadzi postępowanie. Tyle że dziwnie. Jak gdyby był stroną w sporze. Osobiście biegał do Urzędu Kontroli Skarbowej i Krajowego Rejestru Sądowego, żeby biznesmeni nie mogli prowadzić działalności. Sam pisał do Agencji Rynku Rolnego, aby nie przyznawała dopłat. Rzecznik prokuratury na łamach prasy określał podejrzanych jako groźnych międzynarodowych przestępców, członków mafii. Mówił o 50 mln euro wywiezionych za granicę. O 15 osobach podejrzanych o popełnienie 25 przestępstw, w tym 13 skarbowych. Zgromadzono 800 tomów akt, 160 tys. stron papieru. Rzekomych dowodów, mocnych i porażających – jak mówił krakowski prokurator – dodając już teraz, że wyprowadzano setki milionów za granicę, że pieniądze zamiast do firmy trafiały na prywatne konta zarządu.
Ale niektóre wątki przestały się kleić. Nigdzie nie było wystarczających dowodów na przekręty. Nie znaleziono żadnego świadka (poza wspólnikami Świecha), który potwierdziłby tezy prokuratury. Zatem Krupiński każdemu, kto nie chciał z nim współpracować, stawiał zarzuty. Kuriozalne. Przesłuchał wszystkich pracowników KBP, nawet sprzątaczki. Wielokrotnie wzywał pracowników przed swoje oblicze i przesłuchiwał ich godzinami. Byleby tylko powiedzieli cokolwiek na swojego pracodawcę. Przesłuchał też wszystkich znajomych Świecha, żonę, jej znajomych, szkolnych kumpli i nauczycieli ich dzieci. Same dzieci były przesłuchiwane wielokrotnie. Funkcjonariusze CBŚ wyciągali ich teatralnie z lekcji, prokurator zabrał im komputery, a gdy córka Świecha nagrała telefonem komórkowym Krupińskiego podczas czynności procesowych, zabrał jej komórkę jako dowód w sprawie.
Ryszard Świech to ojciec Adama. Starszy schorowany pan. Gdyby udało się przymknąć tatusia, Adam na pewno by pękł i przyznałby się do wszystkiego. Gdy o 6.00 przyjechali po ojca, akcja zakończyła się wezwaniem pogotowia i oddziałem reanimacyjnym w szpitalu. A tam przy szpitalnym łóżku prokurator postawił funkcjonariusza jak przy najgroźniejszym przestępcy. U ojca Świecha szukał wszystkiego. Nawet lewego oprogramowania komputerowego.
Prokurator powołał około 20 biegłych, na same opinie wydał kilkaset tysięcy złotych, wielokrotnie wyjeżdżał za granicę, aby przesłuchać świadków, przesłuchał ponad 1000 osób, w tym 9-letnie dziecko jednego z zatrzymanych.
Śledztwo zaczęło się rozpadać. Urząd Kontroli Skarbowej nie potwierdził zarzutów prokuratury. Nie znaleziono wskazanych przez prokuraturę uszczupleń podatkowych. Podobnie wypowiedziała się Izba Skarbowa. Prokurator Krupiński napuścił więc na te instytucje CBA. Gdy bank, który dał kredyt na budowę KBP, stwierdził, że wszystkie międzynarodowe transfery pieniężne firmy były kontrolowane i nie ma tam żadnych machlojek, natychmiast na wniosek prokuratora zaczęła się kontrola banku.

Adam Świech do dziś dostaje propozycje sprzedaży KBP na warunkach wspólników mniejszościowych. Sprzedaż firmy miał nadzorować… prokurator Krupiński.

Z wielkiej chmury mały deszcz


Ku zdziwieniu wszystkich KBP nadal działa. I daje pracę 6 tysiącom ludzi. Prokurator Piotr Krupiński wciąż przesłuchuje każdego nowego kontrahenta krakowskiej spółki. Co jakiś czas do KBP wpadają funkcjonariusze CBŚ i zabezpieczają dokumenty. Co kilka dni ktoś jest po raz kolejny przesłuchiwany. Adam Świech wciąż nie może pełnić funkcji prezesa, ma zajęty majątek. Zabezpieczono mu 34 mln zł. Na poczet przyszłych kar. Jakich?
Po 3 latach powstał akt oskarżenia. Zamiast 50 mln euro pozostało wyłudzenie przez prezesa rocznego wynagrodzenia w wysokości… 12 tys. zł brutto (1000zł miesięcznie). I wyłudzenie z Agencji Rynku Rolnego dopłaty, która się należała.
Świechowi niewiele można zrobić, najlepszą zabawą byłoby więc zlikwidowanie mu firmy. Tylko na jakiej podstawie? Sąd Okręgowy w Krakowie już stwierdził, że to wierutna bzdura, bo firma pomimo poważnych problemów funkcjonuje znakomicie. Nie zalega z podatkami, nikomu nie zawadza. Jedynie Domanusowi, Kozlowskiemu i prokuratorowi Krupińskiemu.
I gdy wydawać się mogło, że o likwidacji nie ma mowy, znalazł się sędzia, który opierając się na opinii stworzonej na polecenie prokuratora Krupińskiego do postępowania przygotowawczego (zresztą już trzeciej z kolei, bo poprzednie były nie po jego myśli), stwierdził, że konflikt między udziałowcami jest wystarczającym powodem do likwidacji spółki. Sędzia Andrzej Struzik, jąkając się, powiedział po wydaniu wyroku: Sąd Apelacyjny stoi na stanowisku, że w sytuacji konfliktu pomiędzy wspólnikami, który wpływa na realizację uprawnień wspólników w tejże spółce, może stanowić podstawę do rozwiązania tejże spółki. Oczywiście... yyyyy... ten konflikt, który istnieje pomiędzy wspólnikami, nie wpływa na bieżącą działalność... yyyyy... spółki, bo oczywiste jest, że większościowy wspólnik przegłosuje każdą uchwałę... yyyy... Powołał już likwidatora, który zarobi 20 tys. zł miesięcznie, a za każdy jego ruch zapłaci spółka. Straty są nieopisywalne. Tym bardziej że firma ma się dobrze i świetnie utrzymuje się na rynku. Zatrudnia prawie 10 tysięcy ludzi! 6 tysięcy to mieszkańcy Krakowa i okolic. Często całe rodziny. Każdy z prawem do zasiłku dla bezrobotnych. A to będzie kosztowało miasto co miesiąc prawie 4 mln zł. Pozostali to pracownicy międzynarodowych korporacji (Shell,UBS, HSBC), które uznały, że w Polsce można robić biznes. Już tak nie myślą. Zerwą kontrakty. Zwolnią ludzi.

Powstanie nowy film…


Miał być wielki przekręt. Międzynarodowy, na kilkadziesiąt czy kilkaset milionów euro.

Trzej ludzie stracili zdrowie w aresztach. Jednego trzymano w 42-osobowej celi z recydywistami. Innego umieszczono na najcięższym oddziale więziennym.

Jeszcze innego zgnojono tak, że próbował odebrać sobie życie. Zaszczuto im żony i dzieci. Teraz jedną decyzją ograbiono skarb państwa z wielu milionów wypłacanych na zasiłki, wyprodukowano kilka tysięcy bezrobotnych. Z całej tej historii powstanie jeszcze jeden film o układzie zamkniętym, a państwo wypłaci horrendalne odszkodowania za zniszczenie znakomicie prosperującej firmy. Rzesza nowych bezrobotnych stanie w kolejce po zasiłek. Może ktoś sięgnie po alkohol albo po stryczek…

askibniewska@redakcja.nie.com.pl

czwartek, 18 kwietnia 2013

„Dziewczę i klecha” (NIE NIE 16/2013, 12.03.2013)


Miział czy nie miział? Bo, że ululał, to raczej pewne. Ale czy sobie pomiział? Już się chyba nie dowiemy, bo zaginęły w prokuraturze dowody.

Dobry gospodarz
Bojano to mała miejscowość pod Wejherowem. Mieszka tu około 2 tys. duszyczek, w zasadzie wszystkie zgromadzone wokół domu pana. I wokół swojego proboszcza Mirosława Bużana. Potężny, muskularny, silny. Chłop jak bóg przykazał. Rządził tutejszą parafią od początku jej istnienia, czyli od prawie 15 lat. To on patrzył jak powstaje architektoniczny ogromny potworek z badziewnymi obrazami i prymitywną rzeźbą. To on zna najlepiej swoich parafian. Bo bardzo pilnuje spowiedzi w ostatni piątek miesiąca. Wie kto co ma za pazurami. Wie też , który dzieciak przyprawia rodziców o ból głowy i potrafi z takim bachorem od razu sobie dać radę. Raz nawet stanął za to przed sądem. Przywalił gówniarzowi w kościele. Sąd uznał go winnym pobicia chłopca, ale rodzice mu wybaczyli i sędzia umorzył postępowanie. Bo w Bojanie mieszkańcy mają respekt przed księdzem i wiedzą co wolno a co nie. Jedynie rodzice 15-letniej Aleksandry
okazali się nielojalni i podli. Mieszkańcy wioski już się postarali, by ci źli ludzie zapamiętali swój haniebny czyn.

Pomocny duszpasterz
Aleksandra przygotowywała się do sakramentu bierzmowania. A to nie w kij dmuchał. Przygotowaniem dzieci do komunii jak i do bierzmowania zajmował się osobiście ksiądz Bużan. Żeby nie było fuszery. Olę też przygotowywał. Znał ją prawie od urodzenia. Był też jej osobistym spowiednikiem.
Tamtego dnia Ola przyszła do spowiedzi. Co mu naopowiadała i jakie grzeszki poruszyły tak bardzo Bużana, nie wiadomo. Ksiądz nie wyjawił przed sądem. Twierdził, że dziewczyna miała myśli samobójcze. Chciał jej pomóc. Dał jej zaraz po spowiedzi numer telefonu do siebie. Kazał zadzwonić i przyjść do niego wieczorem. Porozmawiają o jej problemach. On je rozwiąże.
Ola przyszła. Bużan zorganizował alkohol. Wódkę i soki. Zrobił drinki. Tak w każdym razie zeznała w prokuraturze. „Pokrzywdzona twierdziła, że podczas jej pobytu na plebanii oskarżony nakłonił ją do picia i dostarczył napoje alkoholowe w postaci wódki oraz drinków, które ona wypiła”. A potem zaczęła się ostra jazda.
Duchowny, według zeznań dziewczyny, całował ją po szyi, uchu, plecach i w usta. Głaskał jej ciało.
- Gdyby wikary nie wrócił na plebanię, to pewnie córka z tym zboczeńcem w sutannie straciłaby cnotę. - wykrzykuje Edmund M., tata Aleksandry.
Upita dziewczynka wróciła w nocy do domu. Kiedy o wszystkim opowiedziała rodzicom, ci nie chcieli jej uwierzyć. Czy młoda dostała w papę za to, że wróciła zalana, nie wiadomo. Grunt, że z małolatą nikt za bardzo gadać nie chciał. Dopóki matka nie przeczytała wysłanego z komórki księdza o 1,55 sms. „naskarżyłaś na mnie”.
Rano pobiegli do prokuratury. Mieszkańcy wsi się od nich odwrócili, a sama dziewczyna miała częste wizyty
Bużan
sióstr zakonnych i księży.

Wielka rana kościoła
Niedługo potem ksiądz stanął przed sądem. Tam sędzia Grzegorz Kachel pochylił się nad przedsiębiorczością i oddaniem księdza. Mówił o pięknej świątyni, którą zbudował.
- Teraz ten sam duchowny i jego sprawa stały się "wielką raną dla kościoła" – rzekł wzniośle sędzia Grzegorz Kachel.
Jego znajomość wytycznych Kongregacji Nauki i Wiary jest zaiste budująca.
- Smutnym obliczem tej sprawy są próby nakłonienia rodziców pokrzywdzonej do zmiany zeznań, żeby sprawa nie trafiła przed oblicze wymiaru sprawiedliwości. Z podwójnym smutkiem należy stwierdzić, że uczestniczyły w tym fakcie osoby świeckie, ale i duchowni - grzmiał sędzia Kachel. - Tymczasem wytyczne Kongregacji Nauki i Wiary kładą nacisk na współpracę przełożonych osoby oskarżonej przed cywilnym wymiarem sprawiedliwości i stosowanie się do zasad prawa świeckiego. Takich spraw nie można zamiatać pod dywan.
Duchowny został skazany na rok i cztery miesiące pozbawienia wolności w zawieszeniu na 4 lata, 2 tys. zł grzywny oraz dwuletni zakaz prowadzenia działalności związanej z wychowaniem i katechizacją małoletnich oraz opieką nad nimi (z wyłączeniem posługi sakramentalnej).
- To spisek przeciwko mnie – mówił Bużan. I zapewnił, że to udowodni.
Według niego rodzice dziewczyny wzięli pieniądze od miejscowego biznesmena, który nie lubił księdza. Nieoficjalnie obaj robili te same lewe interesy i Bużan miał mu przeszkadzać w biznesie. Według księdza dziewczyna przyszła do niego pijana. Zadzwonił więc do jej ojca i powiedział, że młoda się ululała, żeby ojciec zwrócił na nią uwagę. Ojciec zaś powiedział mu przez telefon, że dziewucha twierdzi, że piła u księdza. Ten sms „naskarżyłas na mnie” miał być reakcją na słowa ojca. Zresztą pisząc go ksiądz był tak samo ululany jak małolata.
Ksiądz twierdzi, że rodzina dziewczyny zaraz potem zaczęła remontować dom.
- Mam dokumenty, ze wziąłem na to kredyt – zapewnia ojciec Aleksandry. I faktycznie ma. Kredyt w wysokości 40 tys. zł. będzie spłacał jeszcze wiele lat. Jako kierowca śmieciarki, będzie brał wiele dodatkowych dyżurów.
Niestety sąd drugiej instancji też uznał księdza winnym. Nic nie wskazywało na to, że biznesmen spiskował z nastolatką.

Spisek
Bużan postanowił więc walczyć o dobre imię na własną rękę. Do Prokuratury Okręgowej w Gdańsku trafiły nowe dowody w tej sprawie. To rozmowy na taśmach i dwie ekspertyzy fonoskopijne wykonane przez biegłego.
Młody człowiek, krewny księdza, miał specjalnie zaprzyjaźnić się z siedemnastoletnią dziś oskarżycielką, by wydobyć od niej informacje na temat okoliczności rzekomego molestowania. Chłopak miał rozkochać dziewczę i doprowadzić do osobistych zwierzeń. Czyżby przejął po wujku umiejętność manipulacji i udało mu się to zrobić?
Dziewczęcy głos z taśmy przyznaje, że do molestowania nie doszło, nastolatka piwo wypiła przed wizytą na plebanii, a za oskarżenie księdza miał zapłacić jej rodzicom skonfliktowany z proboszczem biznesmen.
Prokuratura Okręgowa wszczęła więc śledztwo w sprawie kierowania fałszywych oskarżeń, tworzenia podstępnych, fałszywych zabiegów dokonywanych celem oskarżenia księdza i zatajenia dowodów jego niewinności.
- Ale to nie mój głos – zapewnia dziewczę.
Prokuratura, która otrzymała od księdza 4 (słownie cztery!) dyktafony z nagraniami, oddała je do ekspertyzy do zakładu kryminalistyki. Tam uznano, że nagrania są zmanipulowane. Śledztwo umorzono.

Zaginione dowody
Ksiądz Bużan się załamał, ale postanowił walczyć dalej. „Zostałem zeszmacony, wyrzucony poza nawias. Ciągle zadaję sobie pytanie o sens cierpienia. Człowiek pokutuje, jeśli zawini. A w tym przypadku? Proszę uwierzyć, że od momentu tamtego oskarżenia każdego dnia budzę się z tą myślą.” – powiedział Dziennikowi Bałtyckiemu.
Poprosił prokuraturę o zwrot 4 złożonych tam dyktafonów, bo chce oddać je niezależnym biegłym.
I tu spotkała go niespodzianka. Prokurator Aleksandra Badtke z gdańskiej prokuratury okręgowej, zagubiła dowody rzeczowe. Akurat te dyktafony zaginęły. 4 (słownie cztery!) dyktafony szlag trafił.
- To niemożliwe żeby zginęły aż 4 dowody rzeczowe – śmieje się jej kolega po fachu.
O prokurator Badtke już kilka razy pisaliśmy. I o jej braku kompetencji. Ale czy tym razem Badtke była tak nieroztropna czy tak cwana, żeby zagubić owe dyktafony? Czy były tam dowody, że miział, czy że nie miział? Chcielibyśmy to wiedzieć.

Poniósł karę
Proboszcz Bużan już proboszczem nie jest. Odwołano go. Ale nadal jest członkiem elitarnej Kapituły Kolegiaty Staroszkockiej, powołanej przez metropolitę gdańskiego abp. Sławoja Leszka Głódzia.
- Ten ksiądz poniósł konsekwencje, nie będzie już proboszczem parafii - twierdzi ks. Filip Krauze.
Kapitułę Staroszkocką powołał abp Sławoj Leszek Głódź po przeniesieniu swojej siedziby z gdańskiej Oliwy do dzielnicy Stare Szkoty. Zamieszkał w dworku sąsiadującym z parafią św. Ignacego Loyoli, która została podniesiona do rangi kolegiaty. W kwietniu br. arcybiskup powołał kapitułę tej kolegiaty - właśnie Kapitułę Staroszkocką. Kapituła, w której skład weszło dziewięciu duchownych, między nimi Bużan, ma być m.in. głosem doradczym i moralnym, a także zajmować się duchowością i moralnością wiernych.
Sam Bużan nadal cierpi. Chyba Bóg wystawia go na próbę, bo niedługo po wyroku został złapany jak prowadził po pijaku. Dobrowolnie poddał się karze. Gdy napisano o tym w prasie lokalnej, już był pewien, że jednak chcą go zniszczyć.

Joanna Skibniewska

piątek, 12 kwietnia 2013

LEWO i Sprawiedliwość (NIE 15/2003, 5.04.2003)

Jak wyglądają święte krowy? Jak sędziowie III wydziału karnego sądu okręgowego w Świdnicy.

To nie tylko niecodzienna sytuacja, to kuriozum. W Sądzie Okręgowym w Świdnicy orzekał sędzia, któremu odebrano immunitet. Wydawał wyroki, a ich uzasadnienia pisał ławnik, bo sędzia nie miał takich uprawnień. A wszystko po to, by nie wyszły na jaw uchybienia i naruszanie prawa przez jego kolegów i przełożonego.

Sędzia po pijaku
Sędzia Sądu Okręgowego w Świdnicy Tomasz Białek 12 stycznia 2012 r. został zatrzymany gdy jechał po pijaku. Nic nadzwyczajnego. http://skibniewska.blogspot.com/2013/03/sedzia-i-jego-kac-nie-372012.html
Od razu wpłynęła informacja do jego przełożonych o zaistniałej sytuacji. Zgodnie z przepisami.
- Natychmiast powinno być wszczęte postępowanie dyscyplinarne, powinien zostać pozbawiony immunitetu i zawieszony w czynnościach sędziego – dowiedzieliśmy się w Krajowej Radzie Sądownictwa. Stanowi też
o tym wyraźnie Prawo o Ustroju Sądów Powszechnych, obowiązujące bezwarunkowo sędziów.
Tymczasem nic takiego się nie stało. Wtedy w styczniu postanowiono wyciszyć sprawę.
- Nikt miał się o tym nie dowiedzieć – mówi anonimowo pracownik świdnickiego sądu. – Sprawa była trzymana w tajemnicy.
Latem ze świdnickiego sądu wyciekła szczątkowa informacja. Zaraz potem, dzięki naszej publikacji, o sprawie dowiedzieli się inni. Poza tym w Poznaniu prowadzone było w tej sprawie postępowanie karne. Trzeba było coś zrobić. W lipcu 2012 roku sędziemu Tomaszowi Białkowi uchylono immunitet. Ale nie zawieszono go w czynnościach… Dlaczego? 

 Sędzia bez immunitetu
Bo sędzia Białek prowadził, uchylony do ponownego rozpatrzenia, proces, który był oczkiem w głowie jego szefa, Macieja Jedlińskiego. Gdyby wówczas zmienił się skład sędziowski, mogłyby wyjść na wierzch uchybienia zarówno Jedlińskiego jak i jego podwładnych. Białek musiał kontynuować sprawę zgodnie z jego zaleceniami.
- Miał za wszelką cenę dokończyć proces „gangu bokserów” – mówią informatorzy. – Sędzia Jedliński nakazał szybko skazać oskarżonych.
Wcześniej skazał ich na długoletnie więzienie sędzia Mirosław Bagrowski.
Wyrok, jako naruszający rażąco przepisy prawa, w sprawie pseudogangu został przez sąd odwoławczy uchylony i wrócono sprawę do ponownego rozpoznania. Teraz Tomasz Białek nie mógł tego zepsuć, bo postępowanie to, zostało uznane przez media, za sukces tutejszego wymiaru sprawiedliwości. Postępowanie, które z prawem, a już na pewno ze sprawiedliwością nie miało nic wspólnego. Podzielone na wiele wątków, oparte jedynie na zeznaniach świadków koronnych, było tylko spektaklem dla tłumów, którzy chcieli igrzysk.
- Musze skończyć sprawę do końca sierpnia – mówił na rozprawie Białek, gdy odrzucał wszelkie wnioski dowodowe obrony.
I skończył. Wyrok w sprawie pseudogangu (III K 154/06) wydał 23 sierpnia. Oczywiście zgodnie z oczekiwaniami Jedlińskiego i Bagrowskiego. Był taki jak poprzedni, ten uchylony.
Dopiero po wydaniu tego wyroku, 7 września 2012 r. Tomasza Białka zawieszono w czynnościach.
Od lipca orzekał w sprawach, chociaż nie miał immunitetu.
- Orzekał bez immunitetu??!! – pyta zszokowany sędzia Jarema Sawiński, wiceprzewodniczący Krajowej Rady Sądownictwa. - Jest to powód do natychmiastowego wszczęcia postępowania dyscyplinarnego przeciwko temu sędziemu.
A kto powinien wszcząć postępowanie w tej kolejnej sprawie?
- Sędzią zastępującym na tym terenie rzecznika dyscyplinarnego jest Mirosław Bagrowski ze Świdnicy – dowiadujemy się w Sądzie Apelacyjnym we Wrocławiu.

Sędzia który nie jest sędzią
Jak gdyby tego wszystkiego było mało, uzasadnienie owego wyroku wydanego przez sędziego bez immunitetu, napisał … ławnik. Owego ławnika wyznaczył 13 września 2012 r. szef III wydziału karnego Maciej Jedliński. Wydał on wówczas zarządzenie, że „w związku z uchwałą sądu dyscyplinarnego czyli Sadu Apelacyjnego w Poznaniu o sygn. ASDo 2/2012” (zawieszającą sędziego w czynnościach – przyp. autorki) uzasadnienie ma sporządzić Józef Kostrzewa, ławnik, bo sędzia Białek nie posiada takich uprawnień. Ławnik Józef Kostrzewa napisał uzasadnienie wyroku wydanego przez Białka. W 90 % przepisał to, co napisał Bagrowski uzasadniając swój wcześniejszy wyrok.
Prawo o Ustroju Sądów Powszechnych z dnia 27 lipca 2001 roku, obowiązujące wszystkich sędziów wyraźnie stanowi, że jeśli sędzia zostanie przyłapany na gorącym uczynku, dokonując przestępstwa umyślnego, zostaje natychmiast zawieszony w czynnościach, a sprawa z urzędu trafia do sądu lub prokuratury. Czyli od 13 stycznia sędzia Tomasz Biełek nie miał prawa założyć sędziowskiego łańcucha. Tymczasem on cały czas orzekał! Za zgodą i aprobatą jego przełożonego Macieja Jedlińskiego i przy aplauzie rzecznika dyscyplinarnego Mirosława Bagrowskiego. Rozpatrywał sprawy dotyczące ludzkiej wolności.
Nawet jeśli jego szef go nie zawiesił, Białek sam miał obowiązek wyłączyć się z prowadzonych postępowań. Nie zrobił tego, narażając ludzi na kolejne stresy i straty finansowe. Wiele procesów musiało wrócić do ponownego rozpoznania, bowiem zmienił się skład sędziowski.

Sędziowie, którzy są bez zobowiązań
Sędzia Maciej Jedliński wystąpił przeciwko nam do sądu o odszkodowanie za to, że o nim piszemy. Napisaliśmy na przykład o tym, że 3 osoby oskarżają go branie łapówek. 
„My nie podważamy, że ktoś tam mówił, że sędzia Jedliński brał łapówki, my uważamy, że gazeta nie miała prawa o tym pisać” 
– uzasadniał swoje stanowisko adwokat Macieja Jedlińskiego.
Świadkami tego, że Jedliński „wcześniej był pogodnym człowiekiem, a po tych artykułach się załamał” byli… sędzia Tomasz Białek i Mirosław Bagrowski. Na pytanie Jedlińskiego, czy Białek miał jakieś zobowiązania wobec niego i wobec Bagrowskiego, Białek odpowiedział na sali sądowej:
- Nie mam żadnych zobowiązań wobec Macieja Jedlińskiego i Mirosława Bagrowskiego.
Oj, nieładnie, panie sędzio tak kłamać.

Joanna Skibniewska

Parasprawiedliwość cd. (NIE 15/2003, 5.04.2003)

Parasprawiedliwość cz.1 (NIE 38/2012)
http://skibniewska.blogspot.com/2013/03/parasprawiedliwosc-nie-382012.html

Gdy napisaliśmy, że sędzia Sądu Okręgowego w Świdnicy Maciej Jedliński jest nierzetelny, stronniczy i narusza prawo, Jedliński wniósł przeciwko nam oskarżenie o naruszenie dóbr. Chce wyrwać
od nas pieniądze za straty moralne. I to nawet nie na sierotki czy bezdomne zwierzątka, ale sobie do kieszeni
W poniedziałek Sąd Apelacyjny we Wrocławiu powiedział o nim to samo co my. Maciej Jedliński wydał wyrok z rażącym naruszeniem prawa. Nie dał oskarżonemu prawa do obrony, rozprawę prowadził tendencyjnie a sam nie wykazał się zasadą bezstronności sądu.

***

O sędzim Macieju Jedlińskim pisaliśmy kilkakrotnie. Nie bez powodu. Sposób prowadzenia przez niego rozpraw i wyjątkowa stronniczość, budziła nasze oburzenie. Tym bardziej, że ofiarami jego najprawdopodobniej osobistych niechęci, często padały osoby niewinne. Jak Marek Lisowski.
Niepełnosprawny. Sparaliżowany od 22 lat. Z porażeniem czterokończynowym. Czyli zupełnie bezradny, bez możliwości jakiegokolwiek ruchu, przez cały czas zdany na pomoc innych.
Został pomówiony przez świadka koronnego. Bandytę, który w zamian za odpuszczenie mu win, poszedł na współpracę z prokuraturą. Zrobił z Marka Lisowskiego handlarza narkotyków i wytwórcę lewych banknotów. I choć od początku było jasne, że cwany bandzior kłamie, prokuratura ogłosiła sukces. I zamknęła Lisowskiego do aresztu.
Tam sparaliżowany mężczyzna umierał bez opieki. Z odleżynowych ran leciała krew. Bez możliwości zawołania pomocy, bez szans by się napić czy zjeść, był „zmiękczany” by przyznał się do tego, czego nie zrobił. Gdy odwiedził go świdnicki prokurator Jarosław Dyko, ponoć powiedział „albo się przyznasz, albo tu zdechniesz”.
Nie poddał się. Z aresztu wyszedł w agonii. Prosto na OIOM niemieckiej kliniki, gdzie cudem uratowali mu życie.
Prokurator Dyko dopiął swego. Napisał akt oskarżenia, robiąc z niego herszta świdnickiej bandy. Bez żadnych dowodów. Jedynie na podstawie zeznań bandyty.
 
***

O tym, że sprawę Marka Lisowskiego będzie sądził sędzia Maciej Jedliński, wiadomo było dużo wcześniej. Szef wydziału karnego w świdnickim sądzie był osobiście zaangażowany w sprawie Lisowskiego. Oficjalnie mówiono, że bezlitośnie niszczy świat przestępczy. Nieoficjalnie, że niszczy każdego kto z nim nie „współpracuje”.
Rozprawa przeciwko Markowi Lisowskiemu to była farsa.
Świadek mówił, że dobrze zna oskarżonego Lisowskiego. Kupował od niego amfetaminę. Spotykali się w lesie, Lisowski przyjeżdżał samochodem. Zawsze przyjeżdżał sam. Wysiadał z samochodu, podchodził, brał amfę, płacił i odjeżdżał. Według świadka Lisowski to bardzo wysoki mężczyzna. Tymczasem Lisowski, skurczony na inwalidzkim wózku, zdeformowany od 22 lat, patrzył na świadka z niedowierzaniem.
Jedliński łapał się za głowę. Wielokrotnie prosił świadka, żeby rozejrzał się po sali i wskazał Lisowskiego. Ten go jednak nie rozpoznawał, choć siedział tuż obok niego. Sędzia mówił mu, że może to był niepełnosprawny, informował jaką ksywkę miał mieć Lisowski.
Podane przez sędziego przezwisko „Paralita” jednak niewiele mówiło świadkowi.
Świadek, który tak naprawdę, nigdy nie widział Lisowskiego, nie rozumiał, że ma rozpoznać właśnie siedzącego niedaleko na wózku człowieka.
Jeszcze kilka razy sędzia Jedliński próbował nakierować świadka, ale ten uparcie nie rozpoznawał Lisowskiego. Wreszcie Jedliński kazał ojcu Lisowskiego podwieźć go wózkiem pod nos świadka i zwrócił się do chorego:
- Panie Marku Lisowski, czy pan jest "Paralita"?
Na postawie takich zeznań sędzia Maciej Jedliński skazał Marka Lisowskiego na 5 lat bezwzględnego więzienia. W ten sposób skazując go na śmierć. W swoim uzasadnieniu wyroku powołał się na wyrok, który dopiero miał zapaść!

***

Właśnie ten wyrok rozpatrywał Sąd Apelacyjny we Wrocławiu. Rozprawa nie była łatwa. Marek Lisowski musiał udowodnić, że świadek koronny jest niewiarygodny a prowadzący rozprawę Maciej Jedliński miał z góry założoną tezę, że Lisowski jest winny. Problemem było to, że Marek Lisowski jest w bardzo złym stanie. Nie mógł stawić się do sądu. Tymczasem wszyscy biegli lekarze z okolicy dostali zakaz zbadania go i wydania oświadczenia, że jego stan nie pozwala na jego udział w rozprawie. Zakrywali się brakiem czasu, nawałem pracy, a nawet niekompetencją, byleby tylko nie zadrzeć z przedstawicielami świdnickiego wymiaru sprawiedliwości. Lisowski miał nie przyjechać choć wezwano go prawidłowo, a lekarze nie usprawiedliwili jego nieobecności.
Nie zmieniło to jednak decyzji sądu apelacyjnego, który uchylił wyrok wydany przez Jedlińskiego jako wydany z rażącym naruszeniem prawa. 
Sąd apelacyjny stwierdził, że Jedliński nie dał Lisowskiemu prawa do obrony, że rozprawy prowadzone były niewłaściwie, a sam Maciej Jedliński w rażący sposób naruszył zasadę bezstronności sądu.
Sprawa wraca do ponownego rozpatrzenia.
Jeśli wróci do Sądu Okręgowego w Świdnicy, znowu Lisowski zostanie skazany bez jakichkolwiek dowodów. W Świdnicy wiadomo, że sędziowie z wydziału, którym kieruje Maciej Jedliński nie mogą podważyć jego wyroku.
- Chciałbym dożyć dnia, kiedy usłyszę sprawiedliwy wyrok, czyli niewinny – mówi Lisowski.
My też chcielibyśmy usłyszeć taki wyrok.

Joanna Skibniewska

środa, 10 kwietnia 2013

Bandyta minus noga (NIE 13/2013, 22.III.2013)


Policja nie jest od tego, aby dokonywać linczu. Nawet na przestępcach.
Kazali ściągnąć mi buty, założyli mi worek na głowę i kazali się położyć na podłodze, bili mnie pałką i kopali, między innymi po wcześniej skręconej nodze, kazali uklęknąć, kopali i bili pałką po stopach, mocno ścisnąłem pośladki, bo chcieli mi włożyć pałkę... To fragment zeznań jednego z nastolatków zatrzymanych przez wrocławską policję. Zeznania dotyczą tych, którzy powinni stać na straży prawa - policjantów. Katowanie odbywało się na komisariacie przy ul. Jaworowej we Wrocławiu. Przy pełnej wiedzy Prokuratury Rejonowej Wrocław-Krzyki.

I

Było ich trzech. Patryk, Tomek i Rysiek. Dwaj bracia i kuzyn. Dopiero co poczuli dorosłość. 18 lat. Tak naprawdę nie wiadomo, dlaczego napadli tamtego gościa. Znali małolata. Od razu się przyznali.
Postawa samego napadniętego też mocno zastanawia. Przed sądem powiedział, że policjanci kazali mu zeznawać, tak jak im pasowało. Nie chciałem składać żadnego doniesienia, nic takiego się nie stało, ale policjant powiedział, ze jak nie zeznam tak jak on chce, to nie odzyskam swojej własności.
W prokuraturze było tak samo. Powiedział, że nie ma żadnych pretensji do sprawców, że nie chce sprawy, ale prokurator nie słuchał i przepisał do protokołu te złożone wcześniej podyktowane przez policjanta zeznania. Prokurator zaznaczył, że jeśli zechce je zmienić, pożałuje.
I choć sprawa wydawałaby się prosta, jest czarne i białe, źli i dobrzy, to najprawdopodobniej najbardziej poszkodowanym w tej sprawie jest jeden ze sprawców.


II

Wszyscy trzej, Patryk, Tomek i Rysiek M., po policyjnym przesłuchaniu wyglądali jak sina, opuchnięta śliwka. Byli po prostu skatowani. W takim stanie stanęli przed wrocławskim sądem na posiedzeniu w sprawie zastosowania aresztu. Zarówno prokurator, jak i sędzia widzieli obrażenia nastolatków. Tym bardziej że błagali o lekarza i o to, by kto inny ich konwojował do aresztu. Obok bowiem stali ci, którzy ich tak pobili. Mówili o bestialskim traktowaniu przez funkcjonariuszy. Fakt pobicia oskarżonego przez funkcjonariuszy policji wykonujących czynności, z użyciem białych gumowych pałek z ołowiem w środku został zgłoszony już do protokołu posiedzenia aresztowego - napisał obrońca chłopaków. W licznych protokołach z posiedzeń sądu młodzi mężczyźni opowiadali sędziemu i prokuratorowi, jak byli bici. Nikt nie zareagował. Padło nawet z ust sędziego, że skoro oni kogoś pobili, to i ich pobito...
Oskarżonym nie została udzielona żadna pomoc medyczna, jakiej wówczas wymagali, a również później w warunkach izolacyjnych, w których pozostawali w toku postępowania, nie zostało podjęte jakiekolwiek leczenie, pomimo licznych próśb i wniosków w tym zakresie. Odniesione obrażenia wobec braku interwencji medycznej już spowodowały daleko idące skutki dla stanu zdrowia Patryka M.
Patryk M. podczas posiedzenia sądu był nie tylko posiniaczony i pokrwawiony, ale także nie mógł stanąć na nogdze. Wił się z bólu. Błagał o pomoc lekarza.
Noga była wykrzywiona, spuchnięta i zdeformowana. Bo najprawdopodobniej policjanci mu ją złamali. Dlaczego najprawdopodobniej? Przecież nie trudno ustalić, czy noga była złamana. Nietrudno, pod warunkiem że wykona się stosowne badania lekarskie. Choć od tych zdarzeń minęło już 9 miesięcy, ani sam zatrzymany, ani jego rodzice, ani też obrońca nie mogą doprosić się diagnozy. Rodzice błagali o przeprowadzenie badań na ich koszt, jeśli jest to jakiś problem dla prokuratury i zakładu karnego. Bez reakcji. A noga już się zdążyła krzywo zrosnąć. Jest zdeformowana, opuchnięta, z siniejącymi palcami. Obecnie już nie boli. Chłopak stracił czucie w stopie.

 III

Młodzi napastnicy zostali ukarani. Nie tylko poprzez policyjne manto. Dostali w lutym tego roku po 3 lata. Jeden pół roku więcej. Dwóch wypuszczono z aresztu tymczasowego. Mają czekać na wezwanie do zakładu karnego. Trzeci został. Który? Ten, którego tak skatowano. Dlaczego został w pudle? Powodów merytorycznych nie ma. Jego sytuacja procesowa jest dokładnie taka sama jak jego dwóch kolegów. Sąd w ustnym uzasadnieniu wyroku nie odniósł się w żaden szczególny sposób do osoby Patryka M. ani do pozostałych, uznając, że czyny każdego z oskarżonych charakteryzował taki sam stopień społecznej szkodliwości. Areszt akurat w tym jednym tylko wypadku jest więc kompletnie niezrozumiały. Chłopak siedzi. Asesor Anna Presz z prokuratury rejonowej bardzo utrudniała też widzenia. Po co to wszystko? Bo rodzice zobaczyliby, co się dzieje z jego nogą. Chłopak nie wychodzi z aresztu, bo na wolności natychmiast poszedłby do szpitala, gdzie bez żadnych wątpliwości stwierdzono by, że ktoś zrobił z niego kalekę. Poza tym zeznaje przeciwko policjantom i wskazuje na brak reakcji, a wręcz aprobatę ze strony prokuratora. Powinien więc ponieść karę.

IV

Zapytaliśmy prokuraturę.
1. Czy prawdą jest, że Patrykowi M. i Tomaszowi M. odmówiono wykonania badań lekarskich w związku z rzekomym pobiciem przez funkcjonariuszy policji, a dodatkowo nie zdiagnozowano Patryka M. pomimo takiej potrzeby?
2. Jeśli tak, to dlaczego, jeśli nie, to co uczyniono w sprawie udokumentowania obrażeń ciała zatrzymanych?
3. Czy prokuratura prowadzi obecnie postępowanie wyjaśniające odnośnie ewentualnego pobicia ww. oskarżonych?
4. W jakich okolicznościach doszło do obrażeń ciała i uszkodzenia nogi u Patryka M.?

Odpowiedzi na powyższe pytania nie otrzymaliśmy. Prokuratura nie czyta ze zrozumieniem.
Postępowanie przeciwko Ryszardowi M., Tomaszowi M. i Patrykowi M. prowadziła Prokuratura Rejonowa dla Wrocławia-Krzyki-Zachód. Postępowanie to zakończone zostało skierowaniem w dniu 22 października 2012r. aktu oskarżenia do Sądu Rejonowego dla Wrocławia-Krzyków,Wydział II Karny. Całą trójkę oskarżono o dokonanie napadu rabunkowego na szkodę Alana Ch. (sprawcy kopali pokrzywdzonego po całym ciele) oraz o miłowanie rozboju na szkodę Roberta Ł. (w tym przypadku sprawcy także kopali pokrzywdzonego). (...) Wyrokiem w/w Sądu z dnia 14 lutego 2013r. uznano oskarżonych za winnych zarzucanych im czynów.
Odnośnie sprawy o sygnaturze 2 Ds. 239/12/S Prokuratury Rejonowej dla Wrocławia-Fabryczna informuję, iż postępowanie to dotyczy przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy Komisariatu Policji Wrocław - Krzyki oraz służbę zdrowia Aresztu Śledczego we Wrocławiu wobec Patryka, Tomasza i Ryszarda M., to jest czynu z art. 231 par. 1 kk. Śledztwo jest obecnie w toku. Z uwagi na dobro postępowania obecnie żadnych szczegółów ujawnić nie mogę.


Napisała rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu Małgorzata Klaus. Informacja, że sprawcy kopali pokrzywdzonego, ma być jak widać odpowiedzią na zadane przez nas pytania. Na zasadzie - kopali, to i byli kopani.
W prokuraturze w Oleśnicy już toczyło się postępowanie przeciwko funkcjonariuszom Pawłowi Z. i Łukaszowi Sz. Umorzono. Poszkodowani, jako skazani bandyci, byli niewiarygodni. Obrażeń doznali wcześniej. Funkcjonariusze policji złożyli spójne zeznania.

V

 Patryk M. siedzi i czeka na badania. Lekarz więzienny pisze, że chłopak czeka na konsultację ortopedyczną. I na bandaż elastyczny... Konsultacja nie jest pilna - zapewnia na piśmie więzienny medyk. A w ogóle od kwietnia będzie go rehabilitował.
Rodzice próbują wyciągnąć chłopaka chociaż na chwilę, żeby można go było zbadać. Tym bardziej że ortopedzi, z którymi się konsultowali, mówią, że może dojść do martwicy, a wtedy pozostaje tylko amputacja nogi. Piszą prośbę za prośbą o zwolnienie z aresztu. Bezskutecznie. Nie dostają nawet uzasadnienia sędziowskiej decyzji. Nie, bo nie. A przyczyna trzymania go w areszcie wydaje się jedna. Wyjdzie na jaw, kto robi z zatrzymanego kalekę.

Joanna Skibniewska.