piątek, 27 grudnia 2013
Komornik u komornika (NIE Nr 43/2013, 2013)
Jackowi Rostowskiemu udało się jednak zrobić coś pożytecznego. Komornicy w Polsce bankrutują.
W ciągu ostatnich miesięcy, według danych Krajowej Rady Komorniczej, padło kilkadziesiąt kancelarii komorniczych. Nie ma z kogo ściągać długów. Polacy są już tak biedni, że ich wierzytelności są z reguły nieściągalne.
– Jest coraz gorzej – mówi komornik z Warszawy. – Nie stać nas na utrzymanie kancelarii.
Młodzi komornicy na starcie muszą w uruchomienie kancelarii zainwestować kwotę ok. 30 tys. zł.
Komornik jako funkcjonariusz państwowy i prawnik nie może zakupić pirackiego oprogramowania i zatrudniać ludzi na czarno. Asame programy komputerowe to ok. 3500 zł. Do tego zatrudnienie ludzi. Jak wiadomo, koszty pracownicze są duże. Komornik musi mieć od pięciu do ośmiu pracowników. Na każdego pracownika składka ZUS to ponad 1000 zł. Do tego samochód i paliwo. Trzeba wynająć lokal, co najmniej 4 pokoje. Na głupich znaczkach pocztowych można stracić niezłą kasę, bo miesięcznie wysyła się tysiące listów i pism. Znaczek kosztuje 4,50 zł. Poza tym koszty stałe. Bez prądu, ogrzewania czy wody nie da się prowadzić kancelarii. To już przestał być dobry biznes.
– Ci, co jeszcze w to grają, to jakoś tak z rozpędu – zapewnia anonimowo komornik.
No chyba że są poukładani…
Wdowi grosz do grosza
Ściąganie kasy z zadłużonych szpitali już się skończyło. Wycisnęli z tych placówek, ile mogli. Wiele szpitali padło. A na ściąganiu takich długów komornik robił najlepszy interes.
Wiedza ludowa, jak robić w balona urzędnika państwowego, jest coraz wyższa. Pensji oficjalnie bierze się 1600 zł. Na papierze. Tyle, ile jest kwoty wolnej od zajęcia. Reszta kasy idzie do łapy. Bogatsi przepisują majątki na żony, po czym robią rozdzielność majątkową.
Z czego więc żyją komornicy? Z emerytów i rencistów. Tylko wypłaty z ZUS i KRUS są pewniakiem. Komornik dziś ściąga tylko z tych najbiedniejszych…
W dobie kryzysu komornicy prowadzą 5 mln egzekucji.
Zablokowali 7 mln rachunków bankowych.
– Jest w kraju prowadzonych ponad 2 miliony egzekucji przeciwko emerytom i rencistom, którym ZUS i KRUS potrącają 25 proc. ze świadczeń i przesyłają do komorników. To jest ten, na razie, pewny grosz, który wpływa na konto komornika, a który daje im szansę nie zdechnąć z głodu – mówi Roman Sklepowicz, prezes Stowarzyszenia Pokrzywdzonych przez Banki.
Pracownik ma kwotę wolną od zajęcia, ale emeryt czy rencista już w żaden sposób chroniony nie jest. Niby można mu zabrać 25 proc. świadczenia, ale to fikcja.
– Biedni ludzie, dłużnicy, zabierane mają z lichutkiej renty czy emerytury faktycznie 45 proc.! Bo 25 proc. liczone jest od brutto plus potrącenia składek – dodaje Sklepowicz.
Jest wiele przypadków, gdy komornik potrafi zająć wszystko, co znajduje się na koncie emeryta. Dlaczego komornik narusza prawo? Bo bezradny świadczeniobiorca nie wie, co robić, aby odzyskać należne mu pieniądze. Komornicy zabierają też często świadczenia alimentacyjne, a zdarzało się, że zajmowali świadczenia z Ośrodków Pomocy Społecznej.
Słoik do słoika
Kilka dni temu krajem wstrząsnęła informacja, że komornik ze Szczecina Katarzyna Chudy zajęła kobiecie słoiki z przetworami. I to w asyście policji. Według kobiety urzędniczka zajęła 58 słoików syropu malinowego, 22 z przecierem pomidorowym, 27 z ogórkami kiszonymi, 6 z miodem i 13 z grzybami marynowanymi. W kancelarii komorniczej niezupełnie zgadzają się te liczby. Może Katarzyna Chudy zjadła wiktuały? Zjadła czy nie zjadła, jak ona to sprzeda? Czyżby miała zamiar stanąć na bazarze?
– Nie znajduję tutaj słów. To urąga godności komornika – mówi rzecznik Krajowej Rady Komorniczej Robert Damski. – Można być urzędnikiem, ale jest się przede wszystkim człowiekiem.
A właśnie człowieczeństwa tu zabrakło. Tam była po prostu bieda. Nie było czego zająć.
– Wtakiej sytuacji umarza się postępowanie – mówi Robert Damski. – Dług nie znika, ale może dłużnik będzie miał kiedyś z czego go spłacić. Na razie nie ma.
Zajęcie i ewentualna sprzedaż zgarniętych słoików nie pokryje nawet kosztów postępowania egzekucyjnego. A co otrzyma wierzyciel? W tym wypadku skarb państwa.
– Skarb państwa chyba nie chce, żeby obrotna komornik się nawpierdalała grzybków? – zastanawia się Roman Sklepowicz.
Na stronie internetowej szczecińskiej komornik są zdjęcia i lista licytowanego towaru. Rowerek dziecięcy czerwony, rowerek trójkołowy, hulajnoga, huśtawka, rowerek typu traktor plastikowy, taczka plastikowa trójkolorowa. Kolorowe zabawki, gry na play station, lampka, kinkiet, czarny abażur.
Biedak do biedaka
Ministerstwo Sprawiedliwości w tym roku zwiększy liczbę etatów komorniczych. Zamiar ten argumentuje rosnącą liczbą spraw wpływających do komorników i spadkiem skuteczności egzekucji. Obecnie w Polsce jeden komornik przypada na 35 tysięcy mieszkańców, a w tym roku proporcja ta ma się zmniejszyć do jednego na 30 tysięcy. Jak zapewnia ministerstwo, w pierwszym półroczu przybędzie około 200 nowych kancelarii komorniczych. Po co?
– Jeśli przy bezrobotnym dłużniku postawimy nawet trzech komorników i pięciu asesorów, to z tego tytułu nie stanie się on nagle wypłacalny, a przekazywanie akt pomiędzy kancelariami tylko przedłuży postępowanie – mówi Robert Damski.
Zmianie mają ulec też wynagrodzenia komorników, które ma zależeć od stopnia nakładu pracy. Teraz policzą sobie za każdy wysłany list, każdy telefon, wyjazd dodatkowo. Za każdego zgnojonego emeryta…
Obecnie wynagrodzenie komornika jest zależne od wielu czynników, przede wszystkim od wartości przedmiotu sporu, który podlega egzekucji. Np. zajęcie majątku sprzedawców warszawskiej hali KDT w 2009 r. przyniosło komornikom 892 tys. zł zysku.
Co do samych licytacji, to przystępują do niej golasy. Albo znajomi…
Niedawno warszawski komornik Ryszard Moryc zlicytował mieszkanie w centrum Warszawy – warte ponad 2 miliony – za 400 tys. zł. Toczy się w tej sprawie postępowanie w prokuraturze. Jak to się robi? Ma się swojego rzeczoznawcę, który robi zaniżony operat szacunkowy nieruchomości. Potem na licytację przychodzą konkretne osoby, znajomi. Kupuje swój. Szybko sprzedaje za właściwą cenę. Potem dzieli się różnicą z komornikiem.
Krzysztof Kłosowski, poseł Ruchu Palikota, uważa, że w sytuacji kryzysu z pewnością nowi komornicy będą potrzebni. Jest za tym, żeby odebrać prawo do pobierania opłaty przez komornika z powodu odwołania postępowania egzekucyjnego. „Jeśli w konsekwencji komornik nie wykonał swojej pracy, nie powinien dostawać wynagrodzenia” – mówi Kłosowski. Czyli będzie coraz więcej zajmowania słoików z grzybkami. I zajętych kont chorych, starych i bezradnych ludzi.
A emeryci i renciści zadłużają się coraz bardziej. Na prezenty dla wnuków przed świętami Bożego Narodzenia, na światło, gaz, leki…
Jeszcze rok temu liczba zadłużonych seniorów, których zaległości obsługiwane były przez Grupę KRUK, wynosiła około 135 tysięcy, dziś to już ponad 179 tysięcy.
Natomiast ich zadłużenie przekroczyło kwotę 910 mln zł.
Rośnie też średnia wysokość zadłużenia osoby po 65. roku życia. W2012 r. było to 3,5 tys. zł długu, teraz jest to 5 tys.
Okazuje się, że w Polsce jest już taka nędza, że tylko ci starzy ludzie utrzymują stado komorników. Ale jest nadzieja, że większość ich padnie.
Siedzieć jak to łatwo powiedzieć (NIE Nr 42/2013, 2013)
Siedzieć jak to łatwo powiedzieć
O porządnych bandziorach, ludzkich klawiszach i nieludzkim systemie więziennictwa „NIE” rozmawia z PAWŁEM MOCZYDŁOWSKIM, pułkownikiem Służby Więziennej, kryminologiem, byłym dyrektorem Centralnego Zarządu Zakładów Karnych.
– Co to jest więzienie?
– To jest tysiąc ludzi zamkniętych w kupie. To jest energia, która, zostawiona samej sobie, gotuje się jak wulkan i w pewnym momencie może wybuchnąć. Trzeba umieć tę energię zutylizować.
– Kto to ma zrobić? Funkcjonariusz za 1600 zł?
– Przy takim przeludnieniu dziwi fakt, że to wszystko nie wyleciało w powietrze i od 20 lat nie było buntów. To wszystko trzyma się tylko dzięki wysokiemu poziomowi moralności Służby Więziennej. Jest to najbardziej niedoceniana ze służb. Miewa tylko wpadki. Policjant złapie złodzieja i ogłasza sukces. Prokurator i sędzia wypychają go za kraty, a klawisz zostaje z całym tym bagnem.
– Mamy 80 tysięcy osadzonych. Drugie tyle czeka na miejsce w więzieniu.
– To jest przykład tego, jak nadrepresyjna polityka kryminalna doprowadza do bezkarności. Media i politycy straszyli społeczeństwo wszechogarniającą przestępczością. Straszyli wszyscy: Lepper, PC, media. To było takie sranie w wentylator. Niby jedno gówno, a wydawało się, że zasrane wszystko. I z tego strachu zaczęliśmy hurtowo wsadzać do więzień. Więcej i więcej. Doprowadziło to do sytuacji, że funkcjonariusz musi się nieźle napocić, żeby to ogarnąć.
– To się nazywa resocjalizacja…
– Jaka resocjalizacja? Dajcie warunki, to będzie resocjalizacja. Ten bajzel stanowi zaprzeczenie prawa. Przeludnione więzienia rodzą agresję i wyuczoną bezradność. Nie tylko nie ma tu miejsca na resocjalizację. Kryminał masowo produkuje ludzi ułomnych. Taki nie upierze sobie majtek, jajecznicy sobie nie zrobi. Jaka kobieta będzie chciała ułożyć sobie życie z brudasem i nierobem?
– I do tego roszczeniowcem. Miesięcznie osadzeni produkują setki skarg.
– I dobrze. Mają do tego prawo. Skazano ich na karę pozbawienia wolności, a nie na pozbawienie podstawowych praw obywatelskich. Skarga działa jak wentyl. Lepiej znęcać się nad papierem niż nad współwięźniem i wtykać mu chuja w dupę. Możliwość poskarżenia się daje nadzieję i wiarę w sprawiedliwość.
– Więzienie to nie sanatorium!
– Społeczeństwo jest żądne krwi. Dawniej gilotyny stały na ulicach. Niewiasty wynajmowały pokoje z widokiem na egzekucje. Stawały w oknie i podnosiły spódnice. W momencie spadania głowy szczytowały. To był orgazm gilotynowy. Tak jest nadal, tylko nie ma już gilotyn na ulicach. Są więzienia pełne przestępców, w których nie widzi się już człowieka.
– Klawisze biją?
– Już nie. Kiedyś bili. Dziś sami walczą o życie. W więzieniu w ryj dostać można zawsze. Trzeba tylko wybrać, za co. Jaka służba, taki klawisz.
– Za komuny było lepiej?
– Tak. Służba Więzienna miała gwarancję hermetyczności. Nic stąd nie wyszło, a jeśli nawet wyszło, to cenzura to wycofała. Dziś wyłazi wszystko. To dobrodziejstwo demokracji, którego nikt nie rozumie. Wyizolowane więzienia bez kontroli społecznej cynicznieją. Robi się państwo w państwie. Dziś przychodzi dziennikarz i trzeba się przed nim tłumaczyć. Cały czas ktoś z zewnątrz patrzy na ręce. A trudno być kryształowym. Stąd wziął się kryzys więziennictwa.
– A nie z braku pieniędzy?
– Też. Nikt nie pamięta, że więzienie to są koszty. I znowu wracamy do przeludnienia. My, podatnicy, płacimy za to więźniom odszkodowania. Niedawno padł pomysł, żeby wypłacały je zakłady karne. A to powinni płacić sędziowie. To nie klawisz wsadza, to nie on ma szukać miejsca dla więźnia.
– Czego uczy ta służba?
– Że bandzior to też przyzwoity człowiek.
– ??
– A kto paniom powiedział, że nie? Nauczyłem się, że bandzior też może mieć rację. To jest najtrudniejsza lekcja dla klawisza.
– A jednak bandzior to bandzior. Szybko wraca za kraty.
– Za powrót do przestępstwa odpowiedzialna jest rzeczywistość poza więzieniem, a nie samo więzienie. I przede wszystkim ludzie. Były więzień jest naznaczony – że siedział. I większość drzwi ma zamkniętych: do bliskich, do pracy, do przyjaciół. Pracodawcy mało takiemu płacą, mówią: „Siedź cicho, skurwysynu, bo i tak nikt inny cię nie przyjmie”. Pomoc społeczna się nie sprawdza, kuratorzy się nie sprawdzają. Fundacje, które mają im pomóc, zwyczajnie ich wykorzystują. Nie czepiam się ludzi, bo ci bywają porządni. Czepiam się systemu.
– Dlatego próbował Pan zrobić zamach na system.
– To się nie podobało. Postawiłem nie na penalizację, lecz na organizację. Więzień musi mieć „reżim”. Nie taki jak w łagrze, żeby pracował do utraty sił, ale żeby nie miał czasu na agresję. W Wielkiej Brytanii więźniowie pomagają tym, którzy sobie nie radzą, np. remontują staruszkom mieszkania. I to ma sens. A nasze społeczeństwo potrafi tylko zamykać. A potem krzyczy: „Zabrać im telewizory! Niech się pozabijają!”.
– No i się zabijają. Dlaczego?
– Zabijają się ci, którzy przegrali życie na wolności, nie mają dokąd wracać, a jednocześnie w więzieniu stoją najniżej w hierarchii. Taki bił żonę i zgwałcił córkę. Tymczasem pobicie kobiety i zgwałcenie dziecka nie jest w więzieniu modne. Będzie codziennie bity i gwałcony. Dlatego wybiera trzecią drogę.
– Lubił Pan tę robotę?
– Jestem przekorny. Jeśli udaje się zrobić coś pomimo samych przeciwności, to można mieć satysfakcję.
Rozmawiały:
JOANNA SKIBNIEWSKA askibniewska@redakcja.nie.com.pl i
WERONIKA CICHOCKA weronika.cichocka@redakcja.nie.com.pl
Prawie wykończony (NIE Nr 41/2013, 2013)
Lekarz
może doprowadzić Cię do zagrożenia życia, do cierpienia i nie poniesie
za to odpowiedzialności. Nikt nie wyrówna Ci strat, bo biegli lekarze
zawsze będą bronić kolesia.
Tomasz Tomkutonis nie jest wybrańcem losu. W wieku 15 lat doznał rozległego wylewu krwi do mózgu. Z aktywnego chłopca w ciągu minut stał się rośliną. Porażenie 4-kończynowe, padaczka. Rok uczył się mówić, lata ćwiczył, aby choć częściowo poruszać rękami. Lata rehabilitacji powoli przynosiły efekty.
To wszystko legło w gruzach w maju zeszłego roku. Nieodpowiedzialność, lekceważenie i niewiedza lekarzy o mało nie doprowadziły go do śmierci. 3 dziury w jelicie, zapalenie otrzewnej, gnicie powłok brzusznych – to tylko niektóre efekty wyczynów chirurgów.
Dziś Tomek żyje, ale wygląda jak pocięty baleron.
•••
Miał kamienie żółciowe. Schorzenie niby żadne, dotykające tysięcy Polaków. Na maj zaplanowano zabieg chirurgiczny. Rodzice cieszyli się, że usunięcie woreczka odbędzie się metodą laparoskopową: mniejsze cierpienie, brak blizn pooperacyjnych. Dla chłopca na wózku inwalidzkim to wiele. Operacji dokonywał ceniony chirurg prof. Krzysztof Leksowski z 10. Wojskowego Szpitala Klinicznego w Bydgoszczy. Zaraz po zabiegu wyjechał w podróż służbową. Powiedział, że wszystko jest dobrze i tyle go widziano. Chłopak za 2 dni miał wyjść do domu. Profesor zapomniał jedynie wyznaczyć lekarza prowadzącego dla dopiero co operowanego chłopaka, a pozostali lekarze nie uznali tego za rzecz istotną.
•••
Już po kilku godzinach po zabiegu zaczęły się problemy. Tomek wył z bólu. Z godziny na godzinę jego zoperowany brzuch pęczniał. Chłopiec dostał gorączki. Poza rodzicami nikogo to jednak nie zainteresowało. To normalna reakcja – słyszał ojciec z ust lekarzy. Nikt pacjenta nawet nie zbadał. Ba, nikt mu nawet nie zajrzał pod opatrunek.
Wdrugiej dobie po operacji Tomek wyglądał jak napompowany balon. Mdlał z bólu i gorączki.
Wymiotował.
To wciąż było normalne dla pracujących tam lekarzy.
W trzeciej dobie zaczęły spadać parametry życiowe.
Wtedy wpadł lekarz i energicznie zerwał opatrunek. Czy nikt tutaj nie zaglądał? Co oni ci, chłopaku, zrobili? – zapytał, ale Tomek już nic nie słyszał. Miał sepsę, czyli zakażenie organizmu.
Biegiem wieziono go na salę operacyjną, gdzie zoperowano go po raz kolejny. Okazało się, że nastąpiła perforacja jelita. W trzech miejscach. To spowodowało zapalenie otrzewnej i ogrom komplikacji z nim związanych. Ropa i gnijąca treść jelitowa przedostała się już nie tylko do jamy brzusznej, ale nawet do osierdzia.
Na Oddziale Intensywnej Opieki Medycznej chłopiec przebywał 35 dni. Z ogromną dziurą koło pępka i czterema dziurami po bokach. Usunięto tyle tkanki martwiczej, że Tomek leżał z jelitami na wierzchu. Codziennie walczono o jego życie.
Wywalczono. Ale chłopak nie chce żyć. Efekty rehabilitacji odeszły w przeszłość.
•••
Ojciec chłopaka wystąpił o odszkodowanie. Zaśmiano mu się w twarz. Nikt nie wyda opinii korzystnej dla pana – powiedział jeden z lekarzy pracujących w Bydgoszczy. Miał rację. Nawet gdyby Tomasz wtedy umarł, i tak uznano by, że wszystko, co zrobiono na oddziale, było zgodne ze sztuką lekarską i procedurami. Bo – jak się okazuje – nie było zdarzenia medycznego.
•••
Samo powikłanie pooperacyjne w postaci zakażenia (…) mieściło się w dopuszczalnych granicach ryzyka w tego typu zabiegach – napisała Wojewódzka Komisja ds. Orzekania o Zdarzeniach Medycznych w Bydgoszczy, która została wyznaczona do zbadania sprawy. Do zdarzenia medycznego nie doszło – zapewniali członkowie komisji, cokolwiek to znaczy. Bo gdyby doszło, szpital musiałby zapłacić odszkodowanie. Według komisji doszło do powikłań wokół rany pooperacyjnej – z przyczyn nieznanych. O podziurawionym jelicie nie ma mowy. Napisano, że być może gazy z jelita przedostały się do jamy otrzewnowej, ale już nie napisano, że jelito było jak durszlak. Zabieg w obrębie jamy brzusznej obarczony jest ryzykiem powikłań zapalnych – napisano. Czyli Tomasz i jego rodzice wiedzieli, że usunięcie woreczka żółciowego grozi śmiercią. Zakażenie jest powikłaniem, a nie błędem medycznym – mądrze podsumowała komisja.
•••
Ciekawe było też posiedzenie całej komisji. Mamy nagranie z posiedzeń. Na posiedzeniu 4 czerwca 2013 r. w czasie przesłuchania jednego z lekarzy okazało się, że brakuje w dokumentacji karty przebiegu leczenia przez lekarza prowadzącego. Nie mogło jej być – jak twierdzi ojciec chłopca – gdyż lekarza prowadzącego nie powołano. I nigdy takiego dokumentu nie było.
Posiedzenie komisji przerwano i przewodniczący zezwolił świadkowi zadzwonić do szpitala. Ten kazał koledze przesłać mailem ów dokument. I nagle kwit się znalazł! Karta, której na pewno wcześniej nie było, nagle się pojawiła. Na dokumencie jest też mnóstwo nieprawdziwych informacji. Podobno 24 maja 2012 r. chłopak miał zrobione USG. Tymczasem pacjent leżał wtedy cały dzień w łóżku i wył z bólu. Nikt się nawet do niego nie pofatygował, choć ojciec, który cały czas przy nim czuwał, błagał o interwencję lekarską. Znalazł się wynik USG! Dobry. Tyle że bez żadnych danych identyfikacyjnych na dokumencie. Gdyby takie były, wiadomo byłoby, że to nie jest wynik Tomasza.
Nie dopuszczono też jako dowodu nagrania z operacji (wtym szpitalu przebieg wszystkich operacji jest nagrywany). Nagranie to pokazałoby wielkość usuniętej martwiczej skóry oraz zakażenia. Komisja nie widziała takiej potrzeby. W uzasadnieniu jest mowa o dokumentacji medycznej, której nigdy wcześniej nie było. Są to karty z dnia tuż po operacji, gdy nikt chłopaka nawet nie zbadał. Są aż 3 dokumenty, które mówią o tym, że wszystko jest w porządku, chłopak czuje się świetnie, a lekarze skaczą wokół niego jak wokół jajka.
– Byłem przy synu cały czas. To kłamstwo – zapewnia Wiktor Tomkutonis, ojciec chłopaka.
Innych dokumentów też nie było wcześniej w papierach chłopca. Są to karty z obserwacji opatrunku i oceny rany jako czystej. Nikt rany ani nie oglądał, ani opatrunków nie zmieniał aż do trzeciej doby, czyli do chwili, gdy chłopak umierał i trzeba było dokonać kolejnej operacji.
Podczas leczenia Tomasza Tomkutonisa nie popełniono żadnego błędu medycznego – napisali członkowie komisji.
•••
Za tę opinię wnioskodawca musiał zapłacić. Pod opinią podpisały się nieczytelnie 4 osoby. Przewodniczącym wojewódzkiej komisji jest Piotr Kulik – radca prawny. Przewodniczącym tej, która badała sprawę chłopaka, był Paweł Szafranek, adwokat. Poza nim w komisji byli: January Gralik – prawnik, Karolina Szewczyk-Golec, asystent z Collegium Medicum Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Lidia Wika, pracownik Collegium Medicum z Bydgoszczy. Mimo że opinię przyjmuje się w głosowaniu, tutaj żadnego głosowania nie było. A mogłoby wnieść wiele, bo obie lekarki odnosiły się krytycznie do leczenia chłopca. Przewodniczący Szafranek podyktował treść opinii końcowej, pod którą podpisali się wszyscy członkowie komisji. I pozamiatane…
Po przeczytaniu opinii mamy pewność, że chłopak o mało nie umarł bez powodu. A w ogóle to wszystkie powikłania były normalne i zawsze mogą się zdarzyć. Z winy chorego, który powinien być świadomy ryzyka poddawania się zabiegowi w placówce publicznej służby zdrowia
Tomasz Tomkutonis nie jest wybrańcem losu. W wieku 15 lat doznał rozległego wylewu krwi do mózgu. Z aktywnego chłopca w ciągu minut stał się rośliną. Porażenie 4-kończynowe, padaczka. Rok uczył się mówić, lata ćwiczył, aby choć częściowo poruszać rękami. Lata rehabilitacji powoli przynosiły efekty.
To wszystko legło w gruzach w maju zeszłego roku. Nieodpowiedzialność, lekceważenie i niewiedza lekarzy o mało nie doprowadziły go do śmierci. 3 dziury w jelicie, zapalenie otrzewnej, gnicie powłok brzusznych – to tylko niektóre efekty wyczynów chirurgów.
Dziś Tomek żyje, ale wygląda jak pocięty baleron.
•••
Miał kamienie żółciowe. Schorzenie niby żadne, dotykające tysięcy Polaków. Na maj zaplanowano zabieg chirurgiczny. Rodzice cieszyli się, że usunięcie woreczka odbędzie się metodą laparoskopową: mniejsze cierpienie, brak blizn pooperacyjnych. Dla chłopca na wózku inwalidzkim to wiele. Operacji dokonywał ceniony chirurg prof. Krzysztof Leksowski z 10. Wojskowego Szpitala Klinicznego w Bydgoszczy. Zaraz po zabiegu wyjechał w podróż służbową. Powiedział, że wszystko jest dobrze i tyle go widziano. Chłopak za 2 dni miał wyjść do domu. Profesor zapomniał jedynie wyznaczyć lekarza prowadzącego dla dopiero co operowanego chłopaka, a pozostali lekarze nie uznali tego za rzecz istotną.
•••
Już po kilku godzinach po zabiegu zaczęły się problemy. Tomek wył z bólu. Z godziny na godzinę jego zoperowany brzuch pęczniał. Chłopiec dostał gorączki. Poza rodzicami nikogo to jednak nie zainteresowało. To normalna reakcja – słyszał ojciec z ust lekarzy. Nikt pacjenta nawet nie zbadał. Ba, nikt mu nawet nie zajrzał pod opatrunek.
Wdrugiej dobie po operacji Tomek wyglądał jak napompowany balon. Mdlał z bólu i gorączki.
Wymiotował.
To wciąż było normalne dla pracujących tam lekarzy.
W trzeciej dobie zaczęły spadać parametry życiowe.
Wtedy wpadł lekarz i energicznie zerwał opatrunek. Czy nikt tutaj nie zaglądał? Co oni ci, chłopaku, zrobili? – zapytał, ale Tomek już nic nie słyszał. Miał sepsę, czyli zakażenie organizmu.
Biegiem wieziono go na salę operacyjną, gdzie zoperowano go po raz kolejny. Okazało się, że nastąpiła perforacja jelita. W trzech miejscach. To spowodowało zapalenie otrzewnej i ogrom komplikacji z nim związanych. Ropa i gnijąca treść jelitowa przedostała się już nie tylko do jamy brzusznej, ale nawet do osierdzia.
Na Oddziale Intensywnej Opieki Medycznej chłopiec przebywał 35 dni. Z ogromną dziurą koło pępka i czterema dziurami po bokach. Usunięto tyle tkanki martwiczej, że Tomek leżał z jelitami na wierzchu. Codziennie walczono o jego życie.
Wywalczono. Ale chłopak nie chce żyć. Efekty rehabilitacji odeszły w przeszłość.
•••
Ojciec chłopaka wystąpił o odszkodowanie. Zaśmiano mu się w twarz. Nikt nie wyda opinii korzystnej dla pana – powiedział jeden z lekarzy pracujących w Bydgoszczy. Miał rację. Nawet gdyby Tomasz wtedy umarł, i tak uznano by, że wszystko, co zrobiono na oddziale, było zgodne ze sztuką lekarską i procedurami. Bo – jak się okazuje – nie było zdarzenia medycznego.
•••
Samo powikłanie pooperacyjne w postaci zakażenia (…) mieściło się w dopuszczalnych granicach ryzyka w tego typu zabiegach – napisała Wojewódzka Komisja ds. Orzekania o Zdarzeniach Medycznych w Bydgoszczy, która została wyznaczona do zbadania sprawy. Do zdarzenia medycznego nie doszło – zapewniali członkowie komisji, cokolwiek to znaczy. Bo gdyby doszło, szpital musiałby zapłacić odszkodowanie. Według komisji doszło do powikłań wokół rany pooperacyjnej – z przyczyn nieznanych. O podziurawionym jelicie nie ma mowy. Napisano, że być może gazy z jelita przedostały się do jamy otrzewnowej, ale już nie napisano, że jelito było jak durszlak. Zabieg w obrębie jamy brzusznej obarczony jest ryzykiem powikłań zapalnych – napisano. Czyli Tomasz i jego rodzice wiedzieli, że usunięcie woreczka żółciowego grozi śmiercią. Zakażenie jest powikłaniem, a nie błędem medycznym – mądrze podsumowała komisja.
•••
Ciekawe było też posiedzenie całej komisji. Mamy nagranie z posiedzeń. Na posiedzeniu 4 czerwca 2013 r. w czasie przesłuchania jednego z lekarzy okazało się, że brakuje w dokumentacji karty przebiegu leczenia przez lekarza prowadzącego. Nie mogło jej być – jak twierdzi ojciec chłopca – gdyż lekarza prowadzącego nie powołano. I nigdy takiego dokumentu nie było.
Posiedzenie komisji przerwano i przewodniczący zezwolił świadkowi zadzwonić do szpitala. Ten kazał koledze przesłać mailem ów dokument. I nagle kwit się znalazł! Karta, której na pewno wcześniej nie było, nagle się pojawiła. Na dokumencie jest też mnóstwo nieprawdziwych informacji. Podobno 24 maja 2012 r. chłopak miał zrobione USG. Tymczasem pacjent leżał wtedy cały dzień w łóżku i wył z bólu. Nikt się nawet do niego nie pofatygował, choć ojciec, który cały czas przy nim czuwał, błagał o interwencję lekarską. Znalazł się wynik USG! Dobry. Tyle że bez żadnych danych identyfikacyjnych na dokumencie. Gdyby takie były, wiadomo byłoby, że to nie jest wynik Tomasza.
Nie dopuszczono też jako dowodu nagrania z operacji (wtym szpitalu przebieg wszystkich operacji jest nagrywany). Nagranie to pokazałoby wielkość usuniętej martwiczej skóry oraz zakażenia. Komisja nie widziała takiej potrzeby. W uzasadnieniu jest mowa o dokumentacji medycznej, której nigdy wcześniej nie było. Są to karty z dnia tuż po operacji, gdy nikt chłopaka nawet nie zbadał. Są aż 3 dokumenty, które mówią o tym, że wszystko jest w porządku, chłopak czuje się świetnie, a lekarze skaczą wokół niego jak wokół jajka.
– Byłem przy synu cały czas. To kłamstwo – zapewnia Wiktor Tomkutonis, ojciec chłopaka.
Innych dokumentów też nie było wcześniej w papierach chłopca. Są to karty z obserwacji opatrunku i oceny rany jako czystej. Nikt rany ani nie oglądał, ani opatrunków nie zmieniał aż do trzeciej doby, czyli do chwili, gdy chłopak umierał i trzeba było dokonać kolejnej operacji.
Podczas leczenia Tomasza Tomkutonisa nie popełniono żadnego błędu medycznego – napisali członkowie komisji.
•••
Za tę opinię wnioskodawca musiał zapłacić. Pod opinią podpisały się nieczytelnie 4 osoby. Przewodniczącym wojewódzkiej komisji jest Piotr Kulik – radca prawny. Przewodniczącym tej, która badała sprawę chłopaka, był Paweł Szafranek, adwokat. Poza nim w komisji byli: January Gralik – prawnik, Karolina Szewczyk-Golec, asystent z Collegium Medicum Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Lidia Wika, pracownik Collegium Medicum z Bydgoszczy. Mimo że opinię przyjmuje się w głosowaniu, tutaj żadnego głosowania nie było. A mogłoby wnieść wiele, bo obie lekarki odnosiły się krytycznie do leczenia chłopca. Przewodniczący Szafranek podyktował treść opinii końcowej, pod którą podpisali się wszyscy członkowie komisji. I pozamiatane…
Po przeczytaniu opinii mamy pewność, że chłopak o mało nie umarł bez powodu. A w ogóle to wszystkie powikłania były normalne i zawsze mogą się zdarzyć. Z winy chorego, który powinien być świadomy ryzyka poddawania się zabiegowi w placówce publicznej służby zdrowia
Głupi i głupsi (NIE Nr 41/2013, 2013)
Na kim żerować najłatwiej? Na biednych, bezradnych, przestraszonych i niemądrych.
– Pozostaje tylko linka i gałąź – mówi kobieta. – Ale nie mam tyle odwagi.
Jej sąsiadka już próbowała. Syn przyszedł nie w porę i odratował. Trafiła na oddział psychiatryczny. Inni nie.
Jest ich osiemnaścioro. Młodzi i starzy. Łączy ich bieda. Wszyscy nie pracują, nie mają na życie. Łączy ich też strach o nowy dzień, bo przecież w każdej chwili może przyjść komornik i powiedzieć: Wynocha! Łączy ich też Teresa Witkowska – właścicielka tuczarni świń i ogromnego pola. Pracodawczyni. Oszustka.
– Mam nóż na gardle, potrzebuję pomocy – mówiła każdemu z nich Witkowska. – Nie mam na światło, na opłaty. Podżyruj mi pożyczkę.
Wiedzieli, że jeśli tego nie zrobią, stracą robotę. Pracowali przy wszystkim. Oczywiście na czarno. Zbierali marchew, obierali cebulę dla świń. Robili też przy świniach. Zarabiali 2 zł na godzinę. Ale i to był dla nich majątek. Większość to bezrobotni bez prawa do zasiłku, samotne matki wychowujące małe dzieci i emeryci lub renciści. Dorobienie 20 zł dziennie dawało możliwość zjedzenia obiadu.
To miała być pożyczka w wysokości 2 tys. zł. Witkowska miała ją szybko spłacić. Tylko trzeba było złożyć podpis na kwitku. In blanco. Do SKOK w Kutnie przyjechali tuż przed zamknięciem. Każde osobno. W banku był tylko jeden pracownik.
– Wpychali nas w przeróżne drzwi. Wszystko było szybko – opowiada młody mężczyzna. – Tu podpisać, tam podpisać. Szybko, szybko, bo zamykamy… Nie odpowiadali na pytania, tylko mówili, żeby się o nic nie martwić.
I tyle. Nigdy więcej o sprawie nie rozmawiano. Nigdy też nie widzieli pieniędzy, które odbierała Witkowska. Reszta działa się już poza nimi. Oni mieli tylko wrócić do roboty przy świniach.
Nie mieli pojęcia, że ich pracodawczyni wzięła nie po 2 tys. zł, ale po 20 lub 40 tys. Nie przypuszczali, że nigdy nie będzie tego spłacać. Ani tego, że wcale nie są żyrantami pożyczek, ale pożyczkobiorcami. Dowiedzieli się o tym dopiero od prokuratora, który poinformował ich, że pójdą siedzieć co najmniej na rok.
SKOK w Kutnie rozwijał się nieźle. Podobnie jak jego dwoje pracowników – kierownik oddziału i jego asystentka. Kierownik Mariusz T. wielokrotnie udzielał kredytów na podstawie fałszywego zaświadczenia o zatrudnieniu.
W Kutnie i okolicy klienci SKOK o tym wiedzieli.
Witkowska z pobliskiego Żychlina też. Pewnego dnia przyszła do Mariusza T. po kredyt.
Nie miała zdolności kredytowej, bo wcześniej nie spłacała zaciągniętych w banku długów. Kierownik zeznał, że podjął współpracę z Witkowską ze strachu.
Zagroziła, iż zgłosi w centrali SKOK w Gdyni, że on udziela kredytów niezgodnie z procedurą.
Współpraca polegała nie tylko na przyznaniu jej jednorazowej pożyczki, ale na świetnie prosperującym mechanizmie wyciągania kasy z banku. Zaświadczenia o zarobkach dostarczała kierownikowi Witkowska. On dokonywał pozostałych koniecznych wpisów. Robił to w domu.
– Ja według zgromadzonych zaświadczeń miałam być kierowniczką pociągu – mówi rencistka.
– Ja miałam być urzędniczką miejską z Łęczycy, choć nigdy w życiu w Łęczycy nie byłam – mówi matka trójki dzieci.
– Ja niby prowadziłam firmę marketingową, a nawet nie wiem, co to jest ten marketing – rzuca starsza kobieta, emerytka.
Niektóre podpisy na oświadczeniach i dokumentach kredytowych Mariusz T. podrabiał sam. Udzielanie pożyczek na słupa szybko znudziło się kierownikowi. Zaczął wypełniać umowy krzyżowo, czyli pożyczkobiorcy byli też poręczycielami. To dawało możliwość zaciągnięcia kolejnych pieniędzy. I tak słup przyprowadzony przez Witkowską miał kilka umów kredytowych podpisanych swoim nazwiskiem.
Po kierowniku przejęła proceder jego asystentka Ilona D. Ona też podobno bała się Witkowskiej, bo ta zastosowała ten sam manewr co przy jej poprzedniku – zawiadomi centralę SKOK. Mariusz T. przyznał lewe pożyczki na kwotę 408 065,59 zł, a jego koleżanka na 300 478,19.
– Jeśli nie przyznacie się do winy, pójdziecie siedzieć na co najmniej rok – powiedział każdemu z nich prokurator Prokuratury Rejonowej w Kutnie Przemysław Ziółkowski.
Co nie było prawdą, bo ludzie nie mieli pojęcia, że zaciągali w SKOK kredyty. Prokurator potrzebował sukcesu i wyników, zrobił z nich więc współsprawców wyłudzenia pieniędzy z banku.
– Jeśli dobrowolnie poddacie się karze, nie będziecie musieli spłacać tych pożyczek. Zróbcie to dla swojego dobra – zapewniał prokurator.
Zrobili. Poszli na samoukaranie i założyli sobie tym pętlę na szyję. Prokurator zmusił ich do przyznania się do czegoś, czego nie zrobili. W akcie oskarżenia napisał, iż wiedzieli, że oszukują bank, że działali w charakterze pomocników Witkowskiej i że sami odbierali pieniądze z banku, które potem przekazywali pracodawczyni. Według kwitów prokuratorskich działali wspólnie i w porozumieniu w z góry zaplanowanym celu…
Podpisali to, choć nigdy nie zobaczyli pieniędzy. Wdokumentacji prokuratorskiej jest informacja, że dostali adwokata z urzędu. Jego też nigdy nie widzieli na oczy. O tym też dobrze wiedział prokurator.
Dostali po roku w zawiasach na 3 lata. W sądzie też nie było adwokata. Sędzia nie zwrócił uwagi na ten drobiazg.
– Mam do spłacenia 444 tys. zł – mówi młody mężczyzna.
Był kredytobiorcą i poręczycielem w dwóch innych umowach. Jego podpis na większości dokumentów został podrobiony. Jego partnerka ma 156 tys. zł do spłacenia. Razem wychowują dwie małe dziewczynki. Nie mają pracy, jak większość w Żychlinie.
Pozostali mają do spłaty też ok. 200 tys. zł. Wszystko przez odsetki, które w SKOK są spore. Miesięcznie dług rośnie każdemu z nich o ok. 3 tys. zł.
Władze SKOK Stefczyka nie czują się winne. Winnych pracowników zwolniono, a przecież te 18 osób przyznało się do winy. Zostały skazane.
– Jest mi strasznie przykro – twierdzi rzecznik SKOK Andrzej Dunajski, gdy poznaje prawdę. – Ale SKOK winny temu nie jest. W każdym banku zdarzają się takie sytuacje, wszędzie są umowy krzyżowe.
Prokuratura w Kutnie już nie prowadzi tej sprawy, zatem się nie wypowiada. Akty oskarżenia zostały skierowane do sądu, sąd wydał prawomocne wyroki.
– Nas interesuje okres od prowadzenia postępowania przygotowawczego aż do prawomocnego skazania. Teraz o Teresę Witkowską trzeba pytać w sądzie penitencjarnym – mówi szef kutnowskiej prokuratury Sławomir Erwiński.
Oszustka nie siedzi.
– Wszyscy jej szukamy – mówią ofiary Witkowskiej. – Zapadła się pod ziemię. Podobno trochę siedziała, ale wyszła i uciekła do Anglii.
Pracownik prokuratury w Kutnie powiedział anonimowo, że Witkowska poszła na współpracę z prokuratorem.
W Żychlinie zna wielu ludzi. Tych z wysoka też. I wiele o nich mogła powiedzieć. To miało zadziałać na jej korzyść. Jej sytuacja jest znacznie lepsza od sytuacji osiemnastu osób, które mają spłacać jej długi.
– Kiedyś spotkałam ją na ulicy. Zapytałam, co ona sobie wyobraża, zniszczyła tylu ludzi. To zaśmiała mi się w twarz i powiedziała, że sami się w to wpakowaliśmy – mówi młoda kobieta. Ma do spłacenia prawie 300 tys. zł.
Przed sądem, gdzie Witkowska występowała jako świadek w ich sprawie, utrzymywała, że ci ludzie brali kredyty dla siebie. Ona im tylko pomagała dotrzeć do skorumpowanych pracowników banku. Z dobroci serca. Zeznawała, że brali na okna, opał, podłogę, samochód. Nikt z nich nie ma nowych okien, nowej podłogi ani samochodu. Ta, która miała brać na opał, zimą była pensjonariuszką opieki społecznej z powodu zimna w domu.
Szef prokuratury zapewnia, że Witkowska została skazana.
Wszyscy zabawili się kosztem tych ludzi. Pracodawca, prokurator, sędzia, komornik, bank.
Większość oszukanych ma wykształcenie podstawowe. Nikt nie pracuje. Niektórzy dostają zasiłek z opieki społecznej w wysokości do 300 zł miesięcznie. Mają na utrzymaniu małe dzieci.
W Żychlinie kiedyś była cukrownia, zakład produkcji transformatorów, oddziały PGR. Żyło się spokojnie. W2009 r. wmieście powstała podstrefa Łódzkiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Działające tu zakłady pracy zostały sprzedane obcemu kapitałowi, głównie Włochom i Francuzom. W Żychlinie nie ma już pracy.
– Tylko linka i gałąź – mówi rencistka.
– Pozostaje tylko linka i gałąź – mówi kobieta. – Ale nie mam tyle odwagi.
Jej sąsiadka już próbowała. Syn przyszedł nie w porę i odratował. Trafiła na oddział psychiatryczny. Inni nie.
Jest ich osiemnaścioro. Młodzi i starzy. Łączy ich bieda. Wszyscy nie pracują, nie mają na życie. Łączy ich też strach o nowy dzień, bo przecież w każdej chwili może przyjść komornik i powiedzieć: Wynocha! Łączy ich też Teresa Witkowska – właścicielka tuczarni świń i ogromnego pola. Pracodawczyni. Oszustka.
– Mam nóż na gardle, potrzebuję pomocy – mówiła każdemu z nich Witkowska. – Nie mam na światło, na opłaty. Podżyruj mi pożyczkę.
Wiedzieli, że jeśli tego nie zrobią, stracą robotę. Pracowali przy wszystkim. Oczywiście na czarno. Zbierali marchew, obierali cebulę dla świń. Robili też przy świniach. Zarabiali 2 zł na godzinę. Ale i to był dla nich majątek. Większość to bezrobotni bez prawa do zasiłku, samotne matki wychowujące małe dzieci i emeryci lub renciści. Dorobienie 20 zł dziennie dawało możliwość zjedzenia obiadu.
To miała być pożyczka w wysokości 2 tys. zł. Witkowska miała ją szybko spłacić. Tylko trzeba było złożyć podpis na kwitku. In blanco. Do SKOK w Kutnie przyjechali tuż przed zamknięciem. Każde osobno. W banku był tylko jeden pracownik.
– Wpychali nas w przeróżne drzwi. Wszystko było szybko – opowiada młody mężczyzna. – Tu podpisać, tam podpisać. Szybko, szybko, bo zamykamy… Nie odpowiadali na pytania, tylko mówili, żeby się o nic nie martwić.
I tyle. Nigdy więcej o sprawie nie rozmawiano. Nigdy też nie widzieli pieniędzy, które odbierała Witkowska. Reszta działa się już poza nimi. Oni mieli tylko wrócić do roboty przy świniach.
Nie mieli pojęcia, że ich pracodawczyni wzięła nie po 2 tys. zł, ale po 20 lub 40 tys. Nie przypuszczali, że nigdy nie będzie tego spłacać. Ani tego, że wcale nie są żyrantami pożyczek, ale pożyczkobiorcami. Dowiedzieli się o tym dopiero od prokuratora, który poinformował ich, że pójdą siedzieć co najmniej na rok.
SKOK w Kutnie rozwijał się nieźle. Podobnie jak jego dwoje pracowników – kierownik oddziału i jego asystentka. Kierownik Mariusz T. wielokrotnie udzielał kredytów na podstawie fałszywego zaświadczenia o zatrudnieniu.
W Kutnie i okolicy klienci SKOK o tym wiedzieli.
Witkowska z pobliskiego Żychlina też. Pewnego dnia przyszła do Mariusza T. po kredyt.
Nie miała zdolności kredytowej, bo wcześniej nie spłacała zaciągniętych w banku długów. Kierownik zeznał, że podjął współpracę z Witkowską ze strachu.
Zagroziła, iż zgłosi w centrali SKOK w Gdyni, że on udziela kredytów niezgodnie z procedurą.
Współpraca polegała nie tylko na przyznaniu jej jednorazowej pożyczki, ale na świetnie prosperującym mechanizmie wyciągania kasy z banku. Zaświadczenia o zarobkach dostarczała kierownikowi Witkowska. On dokonywał pozostałych koniecznych wpisów. Robił to w domu.
– Ja według zgromadzonych zaświadczeń miałam być kierowniczką pociągu – mówi rencistka.
– Ja miałam być urzędniczką miejską z Łęczycy, choć nigdy w życiu w Łęczycy nie byłam – mówi matka trójki dzieci.
– Ja niby prowadziłam firmę marketingową, a nawet nie wiem, co to jest ten marketing – rzuca starsza kobieta, emerytka.
Niektóre podpisy na oświadczeniach i dokumentach kredytowych Mariusz T. podrabiał sam. Udzielanie pożyczek na słupa szybko znudziło się kierownikowi. Zaczął wypełniać umowy krzyżowo, czyli pożyczkobiorcy byli też poręczycielami. To dawało możliwość zaciągnięcia kolejnych pieniędzy. I tak słup przyprowadzony przez Witkowską miał kilka umów kredytowych podpisanych swoim nazwiskiem.
Po kierowniku przejęła proceder jego asystentka Ilona D. Ona też podobno bała się Witkowskiej, bo ta zastosowała ten sam manewr co przy jej poprzedniku – zawiadomi centralę SKOK. Mariusz T. przyznał lewe pożyczki na kwotę 408 065,59 zł, a jego koleżanka na 300 478,19.
– Jeśli nie przyznacie się do winy, pójdziecie siedzieć na co najmniej rok – powiedział każdemu z nich prokurator Prokuratury Rejonowej w Kutnie Przemysław Ziółkowski.
Co nie było prawdą, bo ludzie nie mieli pojęcia, że zaciągali w SKOK kredyty. Prokurator potrzebował sukcesu i wyników, zrobił z nich więc współsprawców wyłudzenia pieniędzy z banku.
– Jeśli dobrowolnie poddacie się karze, nie będziecie musieli spłacać tych pożyczek. Zróbcie to dla swojego dobra – zapewniał prokurator.
Zrobili. Poszli na samoukaranie i założyli sobie tym pętlę na szyję. Prokurator zmusił ich do przyznania się do czegoś, czego nie zrobili. W akcie oskarżenia napisał, iż wiedzieli, że oszukują bank, że działali w charakterze pomocników Witkowskiej i że sami odbierali pieniądze z banku, które potem przekazywali pracodawczyni. Według kwitów prokuratorskich działali wspólnie i w porozumieniu w z góry zaplanowanym celu…
Podpisali to, choć nigdy nie zobaczyli pieniędzy. Wdokumentacji prokuratorskiej jest informacja, że dostali adwokata z urzędu. Jego też nigdy nie widzieli na oczy. O tym też dobrze wiedział prokurator.
Dostali po roku w zawiasach na 3 lata. W sądzie też nie było adwokata. Sędzia nie zwrócił uwagi na ten drobiazg.
– Mam do spłacenia 444 tys. zł – mówi młody mężczyzna.
Był kredytobiorcą i poręczycielem w dwóch innych umowach. Jego podpis na większości dokumentów został podrobiony. Jego partnerka ma 156 tys. zł do spłacenia. Razem wychowują dwie małe dziewczynki. Nie mają pracy, jak większość w Żychlinie.
Pozostali mają do spłaty też ok. 200 tys. zł. Wszystko przez odsetki, które w SKOK są spore. Miesięcznie dług rośnie każdemu z nich o ok. 3 tys. zł.
Władze SKOK Stefczyka nie czują się winne. Winnych pracowników zwolniono, a przecież te 18 osób przyznało się do winy. Zostały skazane.
– Jest mi strasznie przykro – twierdzi rzecznik SKOK Andrzej Dunajski, gdy poznaje prawdę. – Ale SKOK winny temu nie jest. W każdym banku zdarzają się takie sytuacje, wszędzie są umowy krzyżowe.
Prokuratura w Kutnie już nie prowadzi tej sprawy, zatem się nie wypowiada. Akty oskarżenia zostały skierowane do sądu, sąd wydał prawomocne wyroki.
– Nas interesuje okres od prowadzenia postępowania przygotowawczego aż do prawomocnego skazania. Teraz o Teresę Witkowską trzeba pytać w sądzie penitencjarnym – mówi szef kutnowskiej prokuratury Sławomir Erwiński.
Oszustka nie siedzi.
– Wszyscy jej szukamy – mówią ofiary Witkowskiej. – Zapadła się pod ziemię. Podobno trochę siedziała, ale wyszła i uciekła do Anglii.
Pracownik prokuratury w Kutnie powiedział anonimowo, że Witkowska poszła na współpracę z prokuratorem.
W Żychlinie zna wielu ludzi. Tych z wysoka też. I wiele o nich mogła powiedzieć. To miało zadziałać na jej korzyść. Jej sytuacja jest znacznie lepsza od sytuacji osiemnastu osób, które mają spłacać jej długi.
– Kiedyś spotkałam ją na ulicy. Zapytałam, co ona sobie wyobraża, zniszczyła tylu ludzi. To zaśmiała mi się w twarz i powiedziała, że sami się w to wpakowaliśmy – mówi młoda kobieta. Ma do spłacenia prawie 300 tys. zł.
Przed sądem, gdzie Witkowska występowała jako świadek w ich sprawie, utrzymywała, że ci ludzie brali kredyty dla siebie. Ona im tylko pomagała dotrzeć do skorumpowanych pracowników banku. Z dobroci serca. Zeznawała, że brali na okna, opał, podłogę, samochód. Nikt z nich nie ma nowych okien, nowej podłogi ani samochodu. Ta, która miała brać na opał, zimą była pensjonariuszką opieki społecznej z powodu zimna w domu.
Szef prokuratury zapewnia, że Witkowska została skazana.
Wszyscy zabawili się kosztem tych ludzi. Pracodawca, prokurator, sędzia, komornik, bank.
Większość oszukanych ma wykształcenie podstawowe. Nikt nie pracuje. Niektórzy dostają zasiłek z opieki społecznej w wysokości do 300 zł miesięcznie. Mają na utrzymaniu małe dzieci.
W Żychlinie kiedyś była cukrownia, zakład produkcji transformatorów, oddziały PGR. Żyło się spokojnie. W2009 r. wmieście powstała podstrefa Łódzkiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Działające tu zakłady pracy zostały sprzedane obcemu kapitałowi, głównie Włochom i Francuzom. W Żychlinie nie ma już pracy.
– Tylko linka i gałąź – mówi rencistka.
Zabawy z BRONIĄ (NIE Nr 37/2013)
Ktoś z sitwy postrzelił człowieka. Sitwa kryje sprawcę. Sprawiedliwość po polsku.
W roku 2012 jesień była piękna. Długo utrzymywała się ładna pogoda. 54-letni Andrzej Kępski, rolnik z okolic Bełżyc, jeszcze 20 października mógł orać pole. Wyjechał ciągnikiem bardzo wcześnie, bo roboty było dużo. Nie dokończył. Został postrzelony z kałasznikowa w klatkę piersiową. Kula wpadła przez szybę ciągnika, przeszyła kręgosłup i płuca. Uszkodziła rdzeń kręgowy. Kępski stracił przytomność. Plama krwi na zaoranej ziemi…
Kępski jest kaleką i pozostanie nim do końca życia. Ma porażone kończyny dolne i górne w wyniku przerwania rdzenia kręgowego. Zatorowość centralna. Złamanie kręgosłupa. Z każdym miesiącem może być tylko gorzej.
Kępski nie ma żadnej pomocy. Nikt nie próbuje dochodzić sprawiedliwości. Winna zajściu jest elita Bełżyc i Lublina. Wszyscy są ze sobą powiązani. Policja i prokuratura robi wszystko, żeby sprawa się rozmyła.
– Janusz Watras ma zbyt wiele do stracenia, aby pozwolić na zbadanie tej sprawy – powiedziała policjantka, gdy była w domu Kępskiego zbadać jego ciągnik.
Dół
Wśród pól jest wielki dół – pozostałość po kopalni piasku.
– Od lat odbywają się tu ćwiczenia albo zawody strzeleckie – mówi Krystyna H. z Kątów. – Strzelają dorośli i dzieci z ostrej broni. Strach wyjść na pole albo do lasu na grzyby.
Ten piaskowy lej nie jest strzelnicą. I nie może nią być, bowiem nie spełnia wymogów ustawy o broni i amunicji. Art. 45 mówi: Broń, która jest zdolna do rażenia celów na odległość, może być używana w celach szkoleniowych i sportowych tylko na strzelnicach. Art. 46 pkt 1 precyzuje: Strzelnice powinny być zlokalizowane, zbudowane i zorganizowane w sposób nienaruszający wymogów związanych z ochroną środowiska oraz wykluczający możliwość wydostania się poza ich obręb pocisku wystrzelonego z broni ze stanowiska strzeleckiego w sposób zgodny z regulaminem strzelnicy.
Nie ma wokół dołu wałów wysokich na 6m. Nie ma kulołapów. Wodległości wielu kilometrów nie powinno być skupisk ludzkich. Tymczasem tu jest zaraz las, są pola uprawne i siedliska, w których mieszkają ludzie.
Przy dziurze w ziemi nie ma żadnych oznaczeń. Nie wisi tu żaden regulamin. Teren w planie zagospodarowania przestrzennego jest wyrobiskiem piasku. Niedaleko jest znak drogowy przy wyjeździe z drogi gruntowej – cały podziurawiony przez kule.
Strzał
Zawody na tej pseudostrzelnicy organizują od lat władze Bełżyc i Liga Obrony Kraju w Lublinie. Feralnego dnia zawody organizował zrzeszony przy lubelskim LOK Klub Żołnierzy Rezerwy o nazwie nomen omen Rykoszet. Na strzelanie wydał ustną zgodę wójt Zenon Madzelan – jak za każdym razem.
– Nic o strzelaniu tam nie wiedziałem – zapewnia wójt Madzelan. – To wyrobisko to teren prywatny.
Na wszystkich zawodach burmistrz Bełżyc, Ryszard Góra, funduje puchar swojego imienia.
– O wypadku dowiedziałem się z mediów. Jestem na długim zwolnieniu lekarskim. Nie mogę się spotkać w tej sprawie – zapewnia Góra.
Tymczasem burmistrz Góra jest w pracy. Nie ma go tylko dla mediów. Wtedy, gdy postrzelono rolnika, był na nielegalnych zawodach.
Kilka miesięcy wcześniej Madzelan uśmiechał się do zdjęć na zawodach z okazji Dnia Dziecka.
Wtedy z ostrej broni strzelały dzieciaki prominentów.
Stał i uśmiechał się tuż przy dziurze traktowanej jak strzelnica. Razem z nim zęby szczerzył burmistrz Góra z pucharem w ręku.
Celem zawodów było doskonalenie umiejętności strzeleckich dzieci i młodzieży z terenu gminy Bełżyce w bezpośredniej rywalizacji strzeleckiej, zacieśnianie koleżeńskich więzi wśród uczestników zawodów oraz wyłonienie najlepszych zawodników wśród dzieci i młodzieży – można dziś przeczytać na internetowej stronie gminy Bełżyce. I jeszcze, że wszyscy uczestnicy zostali zapoznani z zasadami bezpieczeństwa.
Lubelski oddział LOK zapewnił nas pisemnie, że nic nie wiedział o tych zawodach. Podobno odbyły się poza rocznym planem imprez. Plan imprez ustala Janusz Watras.
Janusz Watras, główny strzelający na zawodach i wielokrotny sędzia, to szef klubu Rykoszet. Organizator. To on wtedy strzelał z kałasznikowa. Jak zwykle – z ostrej amunicji.
Impreza
Gdy znaleziono rolnika, strzelający wpadli w panikę. Chłop orał pole 300 m dalej. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że strzały padły właśnie z wyrobiska.
– Wielu z nich uciekło wtedy do lasu – mówi mieszkaniec gminy. – Oni byli po prostu pijani. Jak zawsze.
Na miejsce od razu przyjechała policja.
– Wszyscy byli trzeźwi – zapewnia Arkadiusz Arciszewski z Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie.
Nikogo nie szukano w lesie. Zabezpieczono broń. Tych, którzy zostali. Kępskiemu z kręgosłupa wyjęto kulę jako dowód w sprawie.
Postępowanie prowadziła wówczas prokuratura w Kraśniku. Szybko się z tego wymiksowała. Jak wynika z oficjalnego oświadczenia, jednym z organizatorów imprezy był oficer policji z Bełżyc, dobrze znany prokuratorom Kraśnika.
– Oni sobie tutaj pikniki razem urządzają – zapewniają okoliczni rolnicy.
Prokuratura z Lublina zwróciła postępowanie prokuraturze z Kraśnika. Ta znowu się wymiksowała. Ale Lublin znów zwrócił sprawę Kraśnikowi. I tak w koło Macieju. Obecnie sprawa trafiła do Świdnika. Prokurator prowadzący postępowanie twierdzi, że dopiero wrócił z urlopu i jeszcze nie zapoznał się z materiałami.
Od postrzelenia minął prawie rok. Do dziś prokurator nie był w stanie powołać biegłego balistyka, który mógłby określić, z jakiej broni wystrzelono pocisk. Nie oznacza to jednak, że prokurator z Kraśnika nic nie robił. Owszem, szukał braku uprawnień rolnika do prowadzenia ciągnika. Sprawdzał też, czy ciągnik był w dobrym stanie technicznym. Poinformował rolnika, że w ciągniku powinien mieć szybę… kuloodporną. Wysłał także czworo funkcjonariuszy, aby dokładnie zbadali ciągnik rolnika i znaleźli cokolwiek. Wtedy żona Kępskiego nie wytrzymała.
– A gdyby on orał na ośle, to co byście zrobili? – zapytała.
Policjantka jej odpowiedziała: – Watras ma zbyt wiele do stracenia, żeby pozwolić na zbadanie tej sprawy.
Prezes
Co Janusz Watras ma do stracenia? Rzeczywiście dużo. Poza tym, że jest szefem klubu Rykoszet, jest członkiem zarządu wojewódzkiego LOK w Lublinie. Zasiada w Radzie Krajowej i w Zarządzie Głównym LOK. W 2011 r. został odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi. W powiecie lubelskim należy też do komisji bezpieczeństwa i porządku. Brał udział w opracowywaniu Powiatowego Programu Zapobiegania Przestępczości. Niedawno był honorowym gościem na obchodach „Pamięci o Żołnierzach Wyklętych”. Siedział przy proboszczu. Od wielu lat jest dyrektorem Zarządu Dróg Powiatowych w Lublinie z siedzibą w Bełżycach.
– Tak mu zrobili, żeby miał blisko do pracy – zapewnia anonimowo pracownik urzędu w Lublinie.
Milczenie
Andrzej Kępski stracił wszystko. Jego 84-letni ojciec wyjeżdża za niego w pole. Tym samym ciągnikiem bez szyb kuloodpornych. Na to samo pole, niedaleko śmiercionośnego leju.
– Nie mamy na rehabilitację, na leki – mówi żona rolnika.
Kilka miesięcy po wypadku napisała do wójta Madzelana prośbę o pomoc. Otrzymała odpowiedź, że wójt nie ma nic wspólnego ze strzelaniem, że strzelnica znajduje się na terenie prywatnym i że kobieta może iść do opieki społecznej albo wystąpić o alimenty od dorosłych dzieci. Incydent, którego pan stał się ofiarą, zdarzył się na terenie nienależącym do Urzędu Gminy – napisał wójt. Dodał, że już pomógł Kępskim w kwocie 12 tys. zł.
– Poszłam do niego, bo nigdy nie dał nam żadnych pieniędzy. Może nie dotarły – mówi żona Kępskiego.
Wójt kazał jej wypierdalać z gabinetu. Zagroził, że wezwie policję. Zaraz po niej do gabinetu wszedł Watras. Wójt przyjął go serdecznie.
– Do zakończenia postępowania nie będę wypowiadał się w sprawie – warczy Watras.
Gdy udawaliśmy układnych pismaków z lokalnej gazety, powiedział, że czeka na ułagodzenie sprawy. Potem się wypowie.
W roku 2012 jesień była piękna. Długo utrzymywała się ładna pogoda. 54-letni Andrzej Kępski, rolnik z okolic Bełżyc, jeszcze 20 października mógł orać pole. Wyjechał ciągnikiem bardzo wcześnie, bo roboty było dużo. Nie dokończył. Został postrzelony z kałasznikowa w klatkę piersiową. Kula wpadła przez szybę ciągnika, przeszyła kręgosłup i płuca. Uszkodziła rdzeń kręgowy. Kępski stracił przytomność. Plama krwi na zaoranej ziemi…
Kępski jest kaleką i pozostanie nim do końca życia. Ma porażone kończyny dolne i górne w wyniku przerwania rdzenia kręgowego. Zatorowość centralna. Złamanie kręgosłupa. Z każdym miesiącem może być tylko gorzej.
Kępski nie ma żadnej pomocy. Nikt nie próbuje dochodzić sprawiedliwości. Winna zajściu jest elita Bełżyc i Lublina. Wszyscy są ze sobą powiązani. Policja i prokuratura robi wszystko, żeby sprawa się rozmyła.
– Janusz Watras ma zbyt wiele do stracenia, aby pozwolić na zbadanie tej sprawy – powiedziała policjantka, gdy była w domu Kępskiego zbadać jego ciągnik.
Dół
Wśród pól jest wielki dół – pozostałość po kopalni piasku.
– Od lat odbywają się tu ćwiczenia albo zawody strzeleckie – mówi Krystyna H. z Kątów. – Strzelają dorośli i dzieci z ostrej broni. Strach wyjść na pole albo do lasu na grzyby.
Ten piaskowy lej nie jest strzelnicą. I nie może nią być, bowiem nie spełnia wymogów ustawy o broni i amunicji. Art. 45 mówi: Broń, która jest zdolna do rażenia celów na odległość, może być używana w celach szkoleniowych i sportowych tylko na strzelnicach. Art. 46 pkt 1 precyzuje: Strzelnice powinny być zlokalizowane, zbudowane i zorganizowane w sposób nienaruszający wymogów związanych z ochroną środowiska oraz wykluczający możliwość wydostania się poza ich obręb pocisku wystrzelonego z broni ze stanowiska strzeleckiego w sposób zgodny z regulaminem strzelnicy.
Nie ma wokół dołu wałów wysokich na 6m. Nie ma kulołapów. Wodległości wielu kilometrów nie powinno być skupisk ludzkich. Tymczasem tu jest zaraz las, są pola uprawne i siedliska, w których mieszkają ludzie.
Przy dziurze w ziemi nie ma żadnych oznaczeń. Nie wisi tu żaden regulamin. Teren w planie zagospodarowania przestrzennego jest wyrobiskiem piasku. Niedaleko jest znak drogowy przy wyjeździe z drogi gruntowej – cały podziurawiony przez kule.
Strzał
Zawody na tej pseudostrzelnicy organizują od lat władze Bełżyc i Liga Obrony Kraju w Lublinie. Feralnego dnia zawody organizował zrzeszony przy lubelskim LOK Klub Żołnierzy Rezerwy o nazwie nomen omen Rykoszet. Na strzelanie wydał ustną zgodę wójt Zenon Madzelan – jak za każdym razem.
– Nic o strzelaniu tam nie wiedziałem – zapewnia wójt Madzelan. – To wyrobisko to teren prywatny.
Na wszystkich zawodach burmistrz Bełżyc, Ryszard Góra, funduje puchar swojego imienia.
– O wypadku dowiedziałem się z mediów. Jestem na długim zwolnieniu lekarskim. Nie mogę się spotkać w tej sprawie – zapewnia Góra.
Tymczasem burmistrz Góra jest w pracy. Nie ma go tylko dla mediów. Wtedy, gdy postrzelono rolnika, był na nielegalnych zawodach.
Kilka miesięcy wcześniej Madzelan uśmiechał się do zdjęć na zawodach z okazji Dnia Dziecka.
Wtedy z ostrej broni strzelały dzieciaki prominentów.
Stał i uśmiechał się tuż przy dziurze traktowanej jak strzelnica. Razem z nim zęby szczerzył burmistrz Góra z pucharem w ręku.
Celem zawodów było doskonalenie umiejętności strzeleckich dzieci i młodzieży z terenu gminy Bełżyce w bezpośredniej rywalizacji strzeleckiej, zacieśnianie koleżeńskich więzi wśród uczestników zawodów oraz wyłonienie najlepszych zawodników wśród dzieci i młodzieży – można dziś przeczytać na internetowej stronie gminy Bełżyce. I jeszcze, że wszyscy uczestnicy zostali zapoznani z zasadami bezpieczeństwa.
Lubelski oddział LOK zapewnił nas pisemnie, że nic nie wiedział o tych zawodach. Podobno odbyły się poza rocznym planem imprez. Plan imprez ustala Janusz Watras.
Janusz Watras, główny strzelający na zawodach i wielokrotny sędzia, to szef klubu Rykoszet. Organizator. To on wtedy strzelał z kałasznikowa. Jak zwykle – z ostrej amunicji.
Impreza
Gdy znaleziono rolnika, strzelający wpadli w panikę. Chłop orał pole 300 m dalej. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że strzały padły właśnie z wyrobiska.
– Wielu z nich uciekło wtedy do lasu – mówi mieszkaniec gminy. – Oni byli po prostu pijani. Jak zawsze.
Na miejsce od razu przyjechała policja.
– Wszyscy byli trzeźwi – zapewnia Arkadiusz Arciszewski z Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie.
Nikogo nie szukano w lesie. Zabezpieczono broń. Tych, którzy zostali. Kępskiemu z kręgosłupa wyjęto kulę jako dowód w sprawie.
Postępowanie prowadziła wówczas prokuratura w Kraśniku. Szybko się z tego wymiksowała. Jak wynika z oficjalnego oświadczenia, jednym z organizatorów imprezy był oficer policji z Bełżyc, dobrze znany prokuratorom Kraśnika.
– Oni sobie tutaj pikniki razem urządzają – zapewniają okoliczni rolnicy.
Prokuratura z Lublina zwróciła postępowanie prokuraturze z Kraśnika. Ta znowu się wymiksowała. Ale Lublin znów zwrócił sprawę Kraśnikowi. I tak w koło Macieju. Obecnie sprawa trafiła do Świdnika. Prokurator prowadzący postępowanie twierdzi, że dopiero wrócił z urlopu i jeszcze nie zapoznał się z materiałami.
Od postrzelenia minął prawie rok. Do dziś prokurator nie był w stanie powołać biegłego balistyka, który mógłby określić, z jakiej broni wystrzelono pocisk. Nie oznacza to jednak, że prokurator z Kraśnika nic nie robił. Owszem, szukał braku uprawnień rolnika do prowadzenia ciągnika. Sprawdzał też, czy ciągnik był w dobrym stanie technicznym. Poinformował rolnika, że w ciągniku powinien mieć szybę… kuloodporną. Wysłał także czworo funkcjonariuszy, aby dokładnie zbadali ciągnik rolnika i znaleźli cokolwiek. Wtedy żona Kępskiego nie wytrzymała.
– A gdyby on orał na ośle, to co byście zrobili? – zapytała.
Policjantka jej odpowiedziała: – Watras ma zbyt wiele do stracenia, żeby pozwolić na zbadanie tej sprawy.
Prezes
Co Janusz Watras ma do stracenia? Rzeczywiście dużo. Poza tym, że jest szefem klubu Rykoszet, jest członkiem zarządu wojewódzkiego LOK w Lublinie. Zasiada w Radzie Krajowej i w Zarządzie Głównym LOK. W 2011 r. został odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi. W powiecie lubelskim należy też do komisji bezpieczeństwa i porządku. Brał udział w opracowywaniu Powiatowego Programu Zapobiegania Przestępczości. Niedawno był honorowym gościem na obchodach „Pamięci o Żołnierzach Wyklętych”. Siedział przy proboszczu. Od wielu lat jest dyrektorem Zarządu Dróg Powiatowych w Lublinie z siedzibą w Bełżycach.
– Tak mu zrobili, żeby miał blisko do pracy – zapewnia anonimowo pracownik urzędu w Lublinie.
Milczenie
Andrzej Kępski stracił wszystko. Jego 84-letni ojciec wyjeżdża za niego w pole. Tym samym ciągnikiem bez szyb kuloodpornych. Na to samo pole, niedaleko śmiercionośnego leju.
– Nie mamy na rehabilitację, na leki – mówi żona rolnika.
Kilka miesięcy po wypadku napisała do wójta Madzelana prośbę o pomoc. Otrzymała odpowiedź, że wójt nie ma nic wspólnego ze strzelaniem, że strzelnica znajduje się na terenie prywatnym i że kobieta może iść do opieki społecznej albo wystąpić o alimenty od dorosłych dzieci. Incydent, którego pan stał się ofiarą, zdarzył się na terenie nienależącym do Urzędu Gminy – napisał wójt. Dodał, że już pomógł Kępskim w kwocie 12 tys. zł.
– Poszłam do niego, bo nigdy nie dał nam żadnych pieniędzy. Może nie dotarły – mówi żona Kępskiego.
Wójt kazał jej wypierdalać z gabinetu. Zagroził, że wezwie policję. Zaraz po niej do gabinetu wszedł Watras. Wójt przyjął go serdecznie.
– Do zakończenia postępowania nie będę wypowiadał się w sprawie – warczy Watras.
Gdy udawaliśmy układnych pismaków z lokalnej gazety, powiedział, że czeka na ułagodzenie sprawy. Potem się wypowie.
Etykiety:
Andrzej Kepski,
Bełżyce,
Janusz Watras,
Joanna Skibniewska,
Krasnik,
Liga Obrony Kraju w Lublinie,
Lublin,
Nie,
prokuratura,
Rykoszet,
Zabawy z BRONIĄ
Wszyscy jesteśmy PEDOFILAMI cz.2 (NIE Nr 36/2013)
Czytelnicy się skarżą.

Dla autorów tzw. nowej pedagogiki jakikolwiek kontakt cielesny z dzieckiem w przedszkolu jest objawem molestowania seksualnego. Można być blisko z dziećmi, będąc trzydzieści centymetrów od nich, nie naruszając intymnej strefy… – głoszą autorzy programu. Zabronione jest nie tylko przytulanie malucha, ale kategorycznie zakazane jest też wycieranie mu tyłka, gdy nie trafi papierem toaletowym we właściwe miejsce http://skibniewska.blogspot.com/2013/08/wszyscy-jestesmy-pedofilami-nie-nr.html („NIE”nr 29/2013). Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że temat ten wywoła u naszych Czytelników takie poruszenie. Dostaliśmy wiele listów, a w nich ludzkie dramaty.
*Najwięcej listów przyszło od nauczycieli, którzy latami czyścili swoje dobre imię po bezzasadnym oskarżeniu o pedofilię. Ten nauczyciel pracował w Iławie w szkole podstawowej. Już nie pracuje. Boi się.
Jestem nauczycielem historii. Pracuję z dziećmi od 23 lat. 3 lata temu zostałem oskarżony o molestowanie dzieci. Zniszczyło to całe moje życie. Prywatne i zawodowe. A było tak: uczennice z mojej klasy przygotowywały gazetkę ścienną o II wojnie światowej, na szkolnym korytarzu. Ponieważ musiały robić to na małej drabince, bałem się, że spadną, więc trzymałem drabinę, gdy one wieszały zdjęcia. Oskarżenie wniosła przypadkowo przechodząca matka dziecka z pierwszej klasy. Zgłosiła, że zaglądałem dziewczynkom pod spódnice. To kompletna bzdura. Podczas rozprawy okazało się nawet, że uczennice, które robiły gazetkę, były w spodniach. Drabinka miała raptem 3 stopnie, ja mam 180 cm wzrostu, więc nie mogłem widzieć nawet tych spodni. Oczywiście zostałem uniewinniony, ale rok trwało postępowanie prokuratorskie, gdzie mnie zwyczajnie szmacono. Potem prawie rok trwała sprawa przed sądem. Straciłem pracę, dobre imię, moje własne dzieci były pytane, czy je macam. Żona przypłaciła to depresją, ja zawałem.
* Okazuje się, że często ofiarami bezpodstawnego oskarżenia o molestowanie padają dziadkowie. Czytelnicy pisali o tym, że ich dzieci (rodzice)nie pozwalają im przytulać wnuków. W tym wypadku płeć nie ma znaczenia. Babcia jak i dziadek są równie niebezpieczni.
Zostałam oskarżona o molestowanie mojego wnuczka. Przyjeżdżał do mnie rzadko, więc gdy tylko mogłam z nim pobyć, to chłopiec spał ze mną w łóżku. Sam bardzo chciał. Oskarżenie wniosła moja synowa. Sąd uznał, że nie powinnam spać z 6-letnim chłopcem. Biegły stwierdził, że nie znalazł oznak pedofilii, ale spanie z wnukiem nie jest normalne. Zostałam skazana. Rok w zawieszeniu i jakieś głupie rady sędziego. Mam jeszcze troje wnuków, które mieszkają ze mną w jednym domu. Teraz, gdy zasną przed telewizorem w moim łóżku, od razu je przenoszę. Boję się. Ostatnio bałam się iść z moją 3-letnią wnuczką za rączkę do sklepu. Wszędzie widzę na sobie spojrzenia ludzi.
* Kolejny Czytelnik przeszedł koszmar przesłuchań. Podobnie jego wnuczka. Potem go nawet przeproszono, ale co z tego…
Pierdolec do Polski zawitał z USA i teraz policjanci na porannych odprawach, zamiast być uczulani na łapanie bandytów i złodziei, koncentrują się na urojonych pedofilach.
Byłem nauczycielem WF. Za to, jak traktowałem dzieci, byłbym dzisiaj nie tylko oskarżony, ale i skazany. Bo dotyk dla dziecka jest jak powietrze, zwłaszcza dla tych dzieci, które pieszczot w domu nie zaznają. Jeśli zaś, jak pani cytuje, „można być blisko z dziećmi, będąc trzydzieści centymetrów (czyto jakaś obliczona maksymalna długość penisa?) od nich, nie naruszając intymnej strefy…”, to twórcy takich przepisów to już nie zwykli biurokraci, to psychole, których jak najszybciej należałoby zamknąć w okrągłych pomieszczeniach wyłożonych filcem.
** Polsce rocznie do prokuratury i na policję trafia wiele oskarżeń od byłych żon. Ojców molestujących dzieci jest coraz więcej. Oczywiście według prokuratorskich statystyk, bo to ulubiona broń zdradzonych lub skrzywdzonych kobiet. Z prowadzonych przez prokuratury postępowań niespełna 30 proc. w ogóle zasługuje na rozpatrzenie. Prokuratury jednak chętnie prowadzą takie sprawy, bo to im podnosi wyniki. Prokuratorzy często występują o areszt tymczasowy. Tylko 7 proc. spraw, które trafiają przed sąd, kończy się skazaniem. Nikt jednak nie zwróci ojcu odebranych lat kontaktów z dzieckiem. Nikt nie zapłaci za gnojenie podczas przesłuchań i ostracyzm społeczny w mieście czy na osiedlu.
Mnie osobiście to dotknęło. Matka mojego syna złożyła przeciw mnie wniosek do prokuratury. Śmiałem się wtedy z tego, bo wiedziałem, że to wierutna bzdura. Po pół roku nie było mi do śmiechu. Miałem zakaz kontaktów z synem aż do zakończenia rozprawy. Pisano o mnie w lokalnej prasie i na murze mojego bloku. Dzieci krzyczały za mną „pedofil”,sąsiadki zakazały przychodzić swoim dzieciom do dzieci mojej obecnej partnerki. Uniewinnili mnie po roku. Syn, gdy przyszedł do mnie po tym czasie pierwszy raz, bał się mnie. Powiedział, że nie może u mnie zostać na noc, bo wieczorem zamieniam się w wilkołaka. Mama mu tak powiedziała.
*Są też bezzasadne areszty, za które nikt nie odpowiada.
Mnie sąd zatrzymał na miesiąc. To jak widać standard działania matek, które przesiąknięte są nienawiścią do byłych… Nie tylko ja poniosłem straty, ale też państwo – przecież byłem na państwowym wikcie, jeździłem państwowymi furami. Moja była żona nie poniosła żadnych konsekwencji. Chociaż sprawa przeciwko mnie została umorzona i nawet nie postawiono mi zarzutów. Instytucje takie jak prokuratura, sąd, policja wiedzą o takich działaniach, wiedzą, z czego takie oskarżenia wynikają i gówno z tym robią. Bawią się naszymi dziećmi.
*Okazuje się, że nie tylko byłe żony walczą za pomocą tego skutecznego oręża.
Miałem dochodzenie prokuratorskie w sprawie molestowania dzieci mojej partnerki… Doniesienie złożył ich biologiczny ojciec. Podczas gdy można podejrzewać rodziców o walkę między sobą, to w moim przypadku byłem tym podłym i obrzydliwym konkubentem, który rozbił małżeństwo. I to ja zapłaciłem najwyższą cenę. Areszt, oskarżenie, stracone imię i zdrowie. Wygrałem w sądzie, ale przegrałem w życiu.
*Wiele było też próśb o pomoc. Oto jedna z nich.
Potrzebuję informacji i pomocy prawnej na temat niesłusznego oskarżenia o molestowanie dziecka. Sprawa wygląda w następujący sposób: mój brat został posądzony przez sąsiada o molestowanie jego 5-letniej córki. Dziewczynka ta kilkakrotnie przebywała w domu mojego brata, bawiąc się z jego 5-letnim synem i z 4-letnią córeczką. w tych kilku wizytach uczestniczyła też żona brata. Nigdy ani ja, ani nikt z rodziny czy znajomych nie zauważył niestosownego zachowania wskazującego na możliwość molestowania dzieci przez niego. Wychowuje on z żoną dwójkę swoich dzieci i jest dobrym ojcem, a dzieci rozwijają się bardzo dobrze. Sąsiad złożył doniesienie do prokuratury i mój brat został tymczasowo aresztowany na 3 miesiące. Jak się później okazało, sąsiad, który oskarżył mojego brata, oskarżył też swoją byłą żonę o molestowanie ich dzieci. Także jego dorosły już syn z poprzedniego związku, który czasowo u niego zamieszkiwał, miał do czynienia z tego rodzaju sprawą.
Mój brat jest teraz w areszcie, nie mamy z nim żadnego kontaktu. Jego żona została sama z dwójką dzieci. Błagam, pomóżcie. On jest niewinny.
* Kolejny list powiedział nam wszystko o założeniach nowej pedagogiki i zakazie brania dzieci na kolana przez nauczycieli przedszkolnych.
Jako zdeklarowanego pedofila ucieszył mnie pani artykuł. Ta „nowa pedagogika”, o której pani pisze, to młyn na naszą (pedofilów)wodę! Dzięki niej będzie rosnąć armia dzieci spragnionych i złaknionych kontaktu fizycznego. Jak jeszcze rodziców się oduczy przytulania dzieci, to już będzie raj dla pedofilów. A ja zawsze powtarzam, że prawdziwego pedofila poznaje się po tym, że to nie on się ugania za dziećmi, lecz dzieci za nim.
Groszowi BANDYCI (Tygodnik NIE, Nr 40/2013)
Do więzień trafiają nie tylko przestępcy, ale też pechowcy. Chorzy, starzy, bezradni. Sędziowie wsadzają, ale nie myślą.
– Z liczbami trudno dyskutować – mówi Krzysztof Olkowicz, dyrektor Okręgowej Służby Więziennej zKoszalina. – Mamy 120 tysięcy osadzonych, z czego tylko 40 tysięcy to przestępcy, którzy powinni być izolowani. Reszta to ludzie, którzy często po prostu nie radzą sobie w życiu. Trafiają do więzienia za prowadzenie roweru po pijanemu, za nieodebranie wezwania do zapłaty, za niezapłacenie grzywny. A jak mają ją zapłacić, skoro zwykle nie mają nawet na bilet autobusowy, aby dojechać na pocztę czy do sądu?
Olkowicz zapewnia, że ogromna liczba osadzonych to ludzie biedni, starzy i bezradni.
– Prawo karne zastępuje dziś opiekę społeczną i socjalną – zapewnia. – Do nich powinien przyjść pracownik socjalny, a nie policjant.
Do więzienia w Koszalinie dzisiaj ma się zgłosić 1320 skazanych na karę 5 dni pozbawienia wolności. Za niezapłacenie mandatu, za jazdę bez biletu czy kradzież kotleta.
Sądu nie interesuje, że ci ludzie nie płacą, bo nie mają z czego. Albo że ukradli jedzenie, bo byli głodni.
Nikt nie robi statystyk, ile z tych osób próbuje popełnić w celi samobójstwo. A jest ich sporo. Nikt nie kontroluje, do jakich cel trafiają staruszkowie, którzy nie mieli na bilet kolejowy, by dojechać do lekarza. Ilu z nich jest gnębionych przez współwięźniów?
Ogromna większość skazanych na 5 dni to ludzie chorzy psychicznie. Nie sposób zdiagnozować takiego przez tak krótki czas. Bywa, że odstawienie leków powoduje opłakane skutki.
Nikt o tych ludzi się nie upomina. Są to zwykle osoby opuszczone.
Kara śmierci za sto złotych
Sąd Rejonowy w Radomiu tak bardzo przyłożył się do próby odzyskania 100 zł grzywny, że doprowadził do śmierci człowieka. Włodzimierz M. został skazany za handel podróbkami markowych towarów – dostał 700 zł grzywny. Rozłożono mu to na raty. Płacił po 100 zł. Spłacił prawie wszystko, ale ostatnia wpłata gdzieś zaginęła. Przyszli po niego policjanci, bo sędzia zamienił mu tę stówę na 5 dni odsiadki. Oczywiście zaocznie, bo inaczej Włodzimierz M. udowodniłby, że ratę wpłacił. Funkcjonariusze zatrzymali go przed domem i nie pozwolili zadzwonić do rodziny, aby przyniosła dowód wpłaty. M. cały czas mówił, że zapłacił wszystko. Nikt go nie słuchał. Tak go traktowano podczas przyjmowania do więzienia, że mężczyzna się powiesił. Dowód wpłaty znalazł się już po jego śmierci. Zaginął w sądzie. Sędzia nie ma sobie nic do zarzucenia.
Marian D. trafił do więzienia dla recydywistów o zaostrzonym rygorze, bo zarysował sąsiadowi samochód. Tak twierdzi sąsiad. Sąd skazał D. na 600 zł grzywny. Mężczyzna nie zapłacił, bo nie miał z czego. Miesięcznie dostaje 500 zł socjalnej renty. Sąd ukarał go więzieniem: 60 dni odsiadki. Marian D. jest ciężko chory. Ma raka. Gdy dostał wezwanie do stawienia się w więzieniu, był w trakcie chemioterapii. Odwołał się, ale sędzia nie miał czasu rozpatrzyć jego sprawy. Wadowickie więzienie odebrało mu szansę na powrót do zdrowia.
W Pile do mieszkania samotnej matki
wkroczyła policja, żeby odprowadzić ją do więzienia. 2 listopada bezrobotna Magdalena W. samotnie wychowująca 7-letniąMartynę i 4-letniego Miłosza miała stawić się w areszcie śledczym w Bydgoszczy, aby odbyć karę 15 dni więzienia. Rok wcześniej została ukarana przez straż miejską mandatem w wysokości 300 zł. Pies, którego była współwłaścicielką, wybiegł zza ogrodzenia i ugryzł kobietę. Na szczęście niegroźnie, ale mandat został wystawiony. Magdalena W. mandatu nie zapłaciła, bo nie miała z czego. Nie pracuje i korzysta z pomocy społecznej. To, co ma, nie wystarcza nawet na rachunki. Niebawem więc pojawił się u niej komornik. Nie miał z czego ściągnąć należności. Sprawa nie zakończyła się umorzeniem. Magdalena W. dowiedziała się, że ma się stawić w areszcie. W Sądzie Rejonowym w Pile przewodniczący wydziału karnego Jerzy Paliwoda wydał postanowienie o karze zastępczej – 15 dni aresztu, uznając, że zamiana grzywny na pracę społecznie użyteczną jest niecelowa. Posiedzenie było niejawne, bez udziału prokuratora i zainteresowanej. Ale – jak tłumaczy sędzia – wszystko odbyło zgodne z przepisami i sądową procedurą. Poza tym nie ma sobie nic do zarzucenia.
W Opolu Joanna W. została doprowadzona do aresztu, a jej malutkie dzieci trafiły do pogotowia opiekuńczego. Za 2 tys. zł grzywny. Funkcjonariusze przyszli do mieszkania kobiety ok. 22.00, bo o takiej porze prawdopodobieństwo zastania kogoś w domu jest zwykle większe. Policjanci nie wiedzieli, że osoba, którą mają zatrzymać, to matka samotnie wychowująca dwójkę dzieci. Ale szybko sobie z tym poradzili – oddali dzieci do pogotowia opiekuńczego. W piżamach. Gdy ruszyło ich sumienie, było już za późno. Dzień po interwencji zwrócili się do sądu, aby wypuścił kobietę na wolność. Sąd się nie zgodził. Dzieci pozostały w pogotowiu opiekuńczym, choć w każdej chwili mogła się nimi zająć babcia.
Więzienie za rzut jabłkiem
We wrześniu kary zastępcze do 30 dni więzienia odbywało ponad 900 osób, w tym 50 zostało skazanych na karę krótszą niż 5 dni.
15 dni za kradzież łososia, 15 dni za kradzież anteny radiowej, 15 dni za kradzież czterech butelek piwa, 2 dni za kradzież rury metalowej, 10 dni za kradzież paliwa na stacji benzynowej, 15 dni za kradzież skrzynek z winem, 20 dni za kradzież żelu do golenia.
Na 4 dni aresztu skazano osobę jadącą komunikacją miejską na gapę, 10 dni dostała kobieta jadąca pociągiem bez biletu. 5 dni w więzieniu za psa, który zerwał się z łańcucha i wybiegł na ulicę. 11 dni za picie w miejscu publicznym. Ciekawy był też wyrok dla 19-latka dostał 5 dni aresztu za prowadzenie roweru bez trzymania kierownicy.
Sędziowie nie lubią żartów. Zbójem okazał się chłopak, który jeździł na cudzym wózku inwalidzkim dla zabawy albo taki, który dostał 10 dni za rzucenie jabłkiem na straganie w człowieka, który wcześniej rzucił w niego mandarynką.
– Takie jest prawo – mówi sędzia Sławomir Przykucki, rzecznik Sądu Okręgowego wKoszalinie. – Można byłoby ewentualnie zwiększyć wachlarz kar zastępczych. Proszę bardzo, niech politycy o to zadbają.
Biurokracja aresztancka
Mamy około 70 tysięcy osób, które ukrywają się przed wymiarem sprawiedliwości. Do tego 50 tysięcy czeka w kolejce na odbycie kary.
– Nie ma miejsc dla prawdziwych przestępców, tymczasem w zakładach karnych są ludzie, którzy nigdy nie powinni się tu znaleźć – mówi Waldemar Osiowy, wychowawca z Zakładu Karnego w Koszalinie.
Przyjęcie skazanego nawet na 5 dni kosztuje. Niemało. Dużo więcej niż dług, za który tu trafił.
Taki gość kojarzy się przede wszystkim z dodatkowym pilnowaniem, żeby się nie powiesił albo żeby nie umarł. I z wypełnianiem papierków.
Część A akt osobowych skazanego na 10 dni zawiera: wyciąg z kartoteki skazanych, zgłoszenie zmiany ewidencji z aresztu śledczego, wyniki badań lekarskich, kartę identyfikacyjną, kartę ewidencji widzeń, protokół z rozmowy wstępnej, protokół z rozmowy końcowej, obliczenie kary dokonane przez wydział ewidencji, nakaz przyjęcia do odbycia kary, zawiadomienie o niezgłoszeniu się do odbycia kary, protokół zatrzymania, zawiadomienie o osadzeniu w zakładzie karnym skierowane do Wojskowej Komendy Uzupełnień i skierowane tam zawiadomienie o zwolnieniu…
Poza tym opowiadanie, że więźniowie mają jak u Pana Boga za piecem, ciepły posiłek, wyrko, książkę i telewizor, to fikcja. Jeździmy po więzieniach, zbierając materiał prasowy i bywa, że siedzimy wśród szczurów, pluskiew i karaluchów. I mamy świadomość, że udostępniono nam celę, w której jest lepiej niż normalnie… Stawka żywieniowa na dobę to 4,80 zł.
Ostatnia bomba (wiadro na odchody) w polskich więzieniach została zlikwidowana kilka lat temu, u progu XXI wieku!
W więzieniach jest 74,5 tys. miejsc według znacznie zmniejszonego metrażu na skazańca. Mniej więcej 3 razy mniej niż w krajach europejskich, a w niektórych wypadkach nawet 7 razy mniej. Osadzonych obecnie jest w nich o prawie 30 tysięcy więcej skazanych, niż nakazuje norma.
Więźniowie wychodzą na spacer. Jak można nazwać spacerniakiem wysoką blaszaną klatkę o wymiarach 6 na 8 kroków czy 4 na 11 kroków albo podobny mały pokoik na dachu budynku z wybitą dziurą w suficie, gdzie nie ma czym oddychać.
W więzieniach, niezgodnie z międzynarodowym prawem, wciąż istnieją cele dźwiękoszczelne, potocznie zwane dźwiękami. W więzieniu w Świdnicy nazywa to się celą dyscyplinującą. Po co jest wygłuszona? Żeby nie było słychać krzyków, gdy klawisze biją…
Polska mistrzem wsadzania
Resocjalizacja w polskim więziennictwie jest papierkową fikcją. Jednym z powodów jej praktycznego braku jest niedostatek odpowiedniej liczby profesjonalistów. Jeden wychowawca na oddział 140-osobowyna pewno nic nie zrobi. Ani jeden psycholog na cały więzienny pawilon – bywa, że ma do obsłużenia nawet 600 osób.
Rozmowa skazanego z wychowawcą to zwykle 1–3minuty potrzebne do wypisania kwitu dyscyplinarnego lub wniosku nagrodowego. Bywa, że na taką rozmowę czeka się kilka dni. Kilkunastominutowa rozmowa psychologa z osadzonym zdarza się, gdy ten podetnie sobie żyły. Średnio 10 minut zajmuje rozmowa z wychowawcą dyżurnym, który przyjmuje skazanego do zakładu karnego, gdy tworzy jego kartotekę. Za zbyt częste zawracanie głowy wychowawcy można dostać kwit dyscyplinarny. A to zakaz paczek i widzeń z bliskimi. Raz na pół roku więzień staje przed komisją penitencjarną; wychowawca szybko czyta dyrektorowi kilka zdań opinii, którą dyrektor hurtem zatwierdza dla kilkuset skazanych. Wychowawcy mają tyle biurokratycznej roboty, że często pracują po godzinach, aby temu podołać, zamiast resocjalizować osadzonych.
W aresztach i więzieniach system widzeń z osadzonymi wymusza na rodzinach i bliskich wielogodzinne stanie w kolejce zimą, na mrozie czy na deszczu, aż doczekają łaski wpuszczenia do sali widzeń. Rodzina czy bliscy nielubianego więźnia mogą czekać dłużej niż inni i nawet nie doczekać się widzenia danym dniu.
– Czy na pewno musimy być liderem światowym we wsadzaniu za kraty?
– pyta dyrektor Olkowicz.
Zapłacił on grzywnę za chorego na schizofrenię i ubezwłasnowolnionego mężczyznę, który trafił do więzienia w Koszalinie za kradzież batonika o wartości 0,99 zł.
niedziela, 10 listopada 2013
Cmoknijcie Ikonowicza
Bronisław
Komorowski jak Łukaszenka – też ma własnego więźnia
politycznego.
Osoby dramatu
Piotr – Ikonowicz,
działacz społeczny i polityczny, socjalista. Osadzony w wiezieniu.
Niesłusznie skazany.
Agata – Nosal –
Ikonowicz, Zona Piotra działaczka społeczna, feministka. Głoduje pod aresztem śledczym.
Roberto – Cobas
Avivar, ekonomista, działacz ONZ, dziennikarz. Przyjaciel.
Jacek –
Kwiatkowski, polityk, poseł RP z ramienia Twojego Ruchu.
Karolina –
Ikonowicz, córka Piotra i Agaty.
Beata, Agnieszka,
Iwona, Kinga, Bogdan, Tomek i wielu, wielu innych – przyjaciele. Działacze
społeczni.
list do Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej. „Dłużej już nie dam rady. Myślę już tylko jak z tym skończyć. Tylko poprzez śmierć” - pisze 32-letnia kobieta. Ale ma małe dzieci. Co wtedy z nimi? Właśnie dostała nakaz eksmisji. Gdzie pójdzie?
Za stolikiem siedzi
Agata. Czyta. Pisze. Dzwoni.
- Tutaj mamy
jeszcze czas na odpowiedź na pozew. Sprawa jest w toku. Damy radę
– mówi do telefonu. Słychać, że ktoś po drugiej stronie
płacze.
Potem dzwoni do tej
od dramatycznego listu.
- Zobaczę
wszystkie papiery, na pewno da się coś zrobić – mówi do
kobiety. Pyta o dzieci. Coś tam opowiadają o klockach lego, coś o
czekolada wymazanej buzi. Już słychać, że obie się śmieją.
Wgłębi namiotu
stoją rozkładane łóżka. Śpiwory, koce, kołdry. W dzień równo
zaścielone. Każdy na nich siada. Trochę dalej piecyk na ropę.
Zabytkowy. Wygląda jakby był tylko atrapą, a jednak trochę
grzeje.
Musi. Pierwsze noce spali w samochodzie. To był koszmar.
Agnieszka skończyła z zapaleniem płuc. Teraz przy piecu w namiocie
jest trochę cieplej. Wystarczy, że okręcą się jednym kocem.
Drugi namiot jest
mały, pomarańczowy. Jeszcze z logo Ruchu Palikota. Tam też stoi
mały stolik i krzesełko. Nad namiotem napis: Kancelaria
Sprawiedliwości Społecznej. Czynne całą dobę. Przychodzą ludzie
potrzebujący pomocy. Każdy wchodzi z płaczem, wychodzi znacznie
spokojniejszy.
Roberto.
Zawsze uśmiechnięty. Długie siwe włosy szaleją na wietrze.
Ciemna twarz, ogromne czarne oczy.
Jest przy Agacie
cały czas. Dogląda pieca, kontroluje śledzie od namiotów, pilnuje
żeby napiła się gorącej herbaty. Na początku próbował namówić
ją chociaż na łyżeczkę cukru, ale ona nie chce słyszeć. Więc
Roberto wzdycha i czuwa. Sam niewiele je, żeby Agacie nie robić
przykrości. Kawałek kurczaka łyka za namiotem.
Wyszedł tylko raz,
na chwilę. Trzeba było pojechać po córkę do szkoły.
Zachorowała. Zasłabła. Biegiem na pogotowie. Ale już dobrze.
Tylko wirus. Choć wyjątkowo wredny.
Teraz pompuje
balony. Czerwone. Dziewczyny patrzą z udawanym zachwytem.
- Ale ty fajnie
dmuchasz!
Zaraz będzie
rozwieszał plakaty z apelem o wstrzymanie eksmisji na bruk i o
uwolnienie Ikonowicza. Cały czas coś robi. I cały czas z
uśmiechem.
Beata.
Szczuplutka. Wiele przeszła. Ale nie pokazuje. Tylko ciągle jej
zimno. Owija się śpiworem jak kokonem. Dzieli swój dzień na
kancelarię, namioty, dzieciaki w domu i protesty pod Pałacem
Prezydenckim.
- Śniła mi się
prezydentowa Komorowska – mówi rano, gdy w namiocie otwiera oczy.
- Naśmiewała się z nas.- Eeeee tam, przecież wychowała dużo dzieci, powinna znać życie – rzuca rozespana Agata.
- Oj, chyba nie – rzuca ktoś. I robi się smutno.
Beata zerka na Agatę czy nie za mocno rżnie chojraka. Wie, kiedy Agata blednie, kiedy traci błysk w oku.
Agnieszka też
to wie. Wróciła do namiotu. Chora, ale już przynajmniej nie ma
gorączki. Wpada tylko od czasu do czasu do swoich dziewczynek. A u
nich zimno. Ma do zapłacenia 4 tys. zł za prąd. Ma mieszkanie
komunalne bez centralnego ogrzewania. Wszystko elektryczne. A ona
samotna matka. Więc w domu mają 11 stopni. Tylko w jednym pokoju
jest 16. Jak tam wchodzi to każe otwierać okna, bo tu tak gorąco.
W nocy spała w samochodzie. Rano na szybach był szron. A ona spała
przy otwartym oknie...
Bogdan i Tomek co
chwila coś załatwiają i reperują. A to piec się zepsuł, a to
koc się przypalił, a to plakaty trzeba przywieść, a to klej do
plakatowania. I tak biegają. Stefan znowu jeździ. Coś
trzeba przywieść, coś odwieźć, coś wysłać, kogoś podrzucić
do przystanku itd. I sprawdzić jak czuje się Agata.
Jacek też
głoduje od paru dni. Nigdy nie mówił, że myśli tak jak Piotrek,
ale nie rozumie jak można być tak bezdusznym jak ci, którzy
Ikonowicza wsadzili do więzienia.- Od lat bezinteresownie pomaga ludziom. 90 dni w wiezieniu to strata dla najbardziej potrzebujących.
Jacek jest posłem. Jest taki cichy. Jakby tylko obserwował otoczenie. Jakby go nie było. Ale gdy się uśmiechnie, nagle jest swój. Jakby się go znało od lat.
Śpi w samochodzie.
Jest za lekko ubrany.
- Zmień buty na
mniej sejmowe – śmiejemy się z jego wyglansowanych bucików. Ale
on nie ma w sejmowym hotelu ciepłych butów. Musiałby jechać do
domu do Konina.- Jesteś głodny?
- Nie wiem. Jestem pusty i boli mnie brzuch.
Zapewnia, że będzie
głodował, aż zasłabnie. Wie, że naraża życie.
Agata słabnie.
Pod więzieniem jest cały czas. Cały czas pracuje. I udaje, że
czuje się dobrze. Jaka jest?
Inna niż Piotr. Cicha, spokojna,
łagodna. On jest ekspresyjny, szalony. Ale to tylko pozory. Jest
twarda. Nie rezygnuje z marzeń. Życie jej nie głaskało. Tutaj w
namiocie głoduje. Pije tylko kawę i herbatę. Bez cukru. Nawet nie
chce słyszeć o sokach. Kopci dziesiątki papierosów. Rano kręci
jej się w głowie, ale udaje, że się potknęła. Żeby Roberto się
nie martwił. Cały czas się uśmiecha. Nie potrafi tylko grać, gdy
słyszy, że Karolina tęskni, że nie chce spać, że płacze. Wtedy Agata milknie. Zacina się.-Ja chcę się spotykać z mamą w domu, a nie w tym namiocie – mówi dziewczynka. Płacze, łapie Agatę za kolana. Nie patrzymy Agacie w oczy. Ona też na nas nie patrzy.
Gdy wracam ze
spotkania z Piotrem wbiega do namiotu.
- Jak on się
czuje? Jak wygląda? Czy jest blady? Czy smutny – strzela jak
karabin maszynowy.
Gdy pokazuję jej
zdjęcie z celi, jest jak mała dziewczynka czekająca na wymarzone
lody.
- To zdjęcie
tylko dla ciebie. Piotrek przesyła ci buziak – mówię cicho, a
Agata udaje, że wcale nie jest wzruszona. Ale wpatruje się w fotkę
Piotra z ustami w ciup.
- Walczę razem z
mężem o memorandum w sprawie eksmisji ludzi na bruk. Będę razem
z nim głodowała.
Głoduje. I jest jej
bardzo zimno. Gorzej od głodu znosi chłód.
Piotrek ma
dobrą celę. Jeden alimenciarz. Miał 500 zł alimentów, ale
rozchorowała mu się matka. Przestał płacić. Drugi podżyrował
kumplowi pożyczkę. Nawet nie wiedział przez wiele lat, że coś
się wokół tego dzieje. Trzeci miał zakaz prowadzenia roweru. Ale
jechał do pracy...
Jest blady i bardzo
schudł. Traci siły, dużo śpi. Pije tylko przegotowaną wodę. Ale
umysł ma jasny.
- Jak ona się
czuje? - to pierwsze pytanie jakie zadaje mi jeszcze w drzwiach
celi. - Ona jest krucha... - ale wie, że Agata jest twarda.
Pyta o Karolinę.
Ktoś mu powiedział, że widział ją pod bramą więzienia. Od
tamtej pory ma wizję małej ciemnowłosej dziewczynki wbitej buzią
między kraty.
Pyta o ludzi. Łapie
się za głowę, gdy mówię o proteście, o namiotach, o pikietach
pod pałacem. Jest wzruszony, że ci ludzie wciąż o nim pamiętają.
Milknie, gdy mówię o akcjach międzynarodowych, o francuskich i
kanadyjskich parlamentarzystach, którzy piszą petycje do Bronisława
Komorowskiego.
Zdarzają się też
interwencje. Raz chcieli rozpędzić protestujących.
-To nielegalne
zgromadzenie.Ale pikietujący obiecali, że pokrzyczą sobie pokojowo. I było pokojowo.
Raz ktoś zgłosił,
że Roberto... biega z siekierą. A on wbijał śledzie do namiotu.
Próbowali więc złożyć
doniesienie, że ścina drzewa. Ale wokół
nie było drzew.
Funkcjonariusze nie
chcą ich straszyć.
- Gdyby nie
Ikonowicz, to mój brat wylądowałby pod mostem – mówi młody
funkcjonariusz. Anonimowo. Bo Ikonowicz to oficjalnie wróg
społeczny. Przestępca.
Joanna Skibniewska
niedziela, 20 października 2013
Święta Niemcem kryta 3 ( NIE Nr 27/2013, 2013-06-28, str. 15)
Kolejny sądowy zakaz dla „NIE”.
Sąd Okręgowy w Warszawie postanowił pokazać, jak wyglądają w Polsce wolność słowa i demokracja. Sędzia Jacek Tyszka na posiedzeniu niejawnym wydał postanowienie (XXIVC 445/13) w ramach zabezpieczenia procesowego zakazujące mówić Ewarystowi Walkowiakowi, że jest synem zakonnicy, siostry Joanny Lossow ze Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża.On i jego prawdziwa matka byli już bohaterami naszych publikacji. Mężczyzna dowiedział się po latach, że jego matką była zakonnica ważna dla polskiego Kościoła katolickiego. W zgromadzeniu nazywana siostrą Joanną od Jedności. Walczyła o jedność różnych wyznań. Dziecko swoje i niemieckiego oficera, urodzone przed wojną, porzuciła z nakazu zakonu. Walkowiak zgromadził niezbite dowody, znalazł świadków, że Joanna Lossow oddała go, gdy miał pół roku. Dziś chce odnaleźć tożsamość, ale Zgromadzenie Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża w Laskach robi wszystko, aby prawda nie wyszła na jaw.
Teraz robi to rękami sędziów i adwokatów.
•••

Pełnomocnik obrotnych siostrzyczek nam też postanowił zamknąć usta. Wbrew prawu… Postanowienie sędziego Tyszki zakazuje mówienia o pokrewieństwie Walkowiaka z zakonnicą; o tym, że zakon zmusił ją do oddania dziecka obcym ludziom; oraz o tym, że została zmuszona do złożenia przysięgi, że nigdy nie spotka się z synem. Tymczasem Walkowiak ma wiele dowodów i znalazł świadków mówiących o tym, że dokładnie tak było. My także posiadamy dowody.
Nie wolno nam napisać też o tym, że zakon próbuje za wszelką cenę zatuszować sprawę, nawet wykopując szczątki swojej zmarłej służebnicy (Na co także są dowody)! Nie wolno nam nawet pisać o kuzynce siostry Joanny, która według badań genetycznych jest krewną Ewarysta Walkowiaka. Ani o tym, że po siostrze Joannie został ogromny majątek, którego Kościół nie chce stracić.
Siostrzyczki poprzez swojego pełnomocnika zakazały nam pisać o tej sprawie. Morda w kubeł... Jeśli nie zastosujemy się do zakazu, będziemy mieli na karku kolejny pozew sądowy.
•••
Tymczasem przesłanie do nas postanowienia i zakazania nam pisania jest naruszeniem prawa. Bo postanowienie to nie jest prawomocne! Walkowiak złożył zażalenie, które zostało przyjęte przez sąd nadrzędnej instancji. Wyroku na temat macierzyństwa siostry Joanny Lossow nadal nie ma! Sąd gromadzi kolejne dowody i słucha kolejnych świadków. A ci wskazują na to, że
moralne i na wskroś uczciwe siostrzyczki ze zgromadzenia próbowały podmienić ciało badanej zakonnicy, byleby tylko prawda nie wyszła na jaw.
Pełnomocnik siostrzyczek wysłał też do Ewarysta Walkowiaka oświadczenie, które nakazał mu podpisać. Walkowiak ma podpisać dokument, w którym twierdzi, że głoszona przez niego teza, iż siostra Joanna Lossow była jego matką, jest kłamliwa i naruszająca dobra zakonu.
•••
Informujemy siostrzyczki, że wykopywanie trupów, podmienianie materiału genetycznego i zakazywanie ludziom mówienia prawdy niczego nie zmieni. Sędzia Jacek Tyszka, wydając postanowienie o zabezpieczeniu i zakazując Walkowiakowi mówienia o jego prawowitej matce, też wybiegł przed szereg, bo wyroku dotyczącego macierzyństwa Joanny Lossow jeszcze nie ma.
A my wierzymy, że Ewaryst Walkowiak i cały świat usłyszą wreszcie prawdę o siostrze Joannie od Jedności, o jej zakonie i o tym, co tam się dzieje.
Joanna Skibniewska
piątek, 27 września 2013
Szukamy Gila pedofila (NIE Nr 39/2013, 2013-09-13,)
Wszystkie
media krzyczą, że ksiądz pedofil z Dominikany, oskarżony o
molestowanie dzieci, zniknął gdzieś w Polsce. Tymczasem nikt nie
ma zamiaru go szukać.
W
dniu 3 czerwca 2013 roku sędzia Luis Liranzo z Santiago wydał nakaz
aresztowania księdza Wojciecha Gila ksywa 'padre Alberto', w związku
z dochodzeniem w sprawie kilkunastu przypadków molestowania
seksualnego małych dzieci. I nie chodzi tu o dotykanie, głaskanie
czy macanie, ale o konkretne kontakty seksualne, w zamian za podróż
do Europy. Do Polski. W prasie dominikańskiej można przeczytać, że
chłop jest podejrzany nie tylko o gwałcenie chłopców w wieku 7 –
11 lat, w których to lubował się najbardziej, ale nawet
dziennikarze wspominają o tym, że najmłodsze z molestowanych
dzieci miało kilkanaście miesięcy. „Ksiądz obecnie przebywa w
bezpiecznej bo propedofilskiej Polsce” - pisze dominikański
dziennik. I ma rację.
„Ks.
Wojciech Gil jest w zakonie w Markach. Przyjechał prosto z lotniska,
gdzie dowiedział się (telefon z zakonu), że mają zamiar go
zatrzymać jak tylko wyląduje w Dominikanie”
- dowiedzieliśmy się. Autor informacji prosi o anonimowość.
Koledzy z klasztoru nie potraktowaliby go najlepiej.
Gil
przyjechał z kilkoma chłopcami z Dominikany do Warszawy. I do
Marek. Ostatnio
był proboszczem parafii św. Antoniego w Juncalito (archidiecezja
Santiago de los Caballero) i kapelanem miejscowej policji. Sprawował
jeszcze owe funkcje, gdy w towarzystwie dwóch kilkunastoletnich
ministrantów i dorosłego znajomego wyjechał na miesiąc do Polski,
żeby wykorzystać zaległy urlop. Mieli wrócić na Dominikanę 28
maja 2013, ale tego dnia przylecieli tylko towarzysze kapłana.
Chłopców, którzy z nim wyjechali, od razu przesłuchano. Na
lotnisku
powitali ich policjanci ze specjalnego wydziału do
zwalczania przemocy seksualnej. Mieli zamknąć Gila. Ten jednak na
lotnisku w Polsce otrzymał telefon...
„Zadzwonili
do niego z zakonu z Marek, że będzie zatrzymany. Żeby wracał.”
- twierdzi nasz informator. Gil wrócił. Właśnie do Marek. Gdzie
podobno przebywa do dziś.
Ponoć
przebywa na terenie klasztoru. A teren jest piękny, obszerny i
bardzo kameralny. I dobrze zamknięty. Ukryć się tu może każdy.
Las, park, las, park, las...
Przez
jakiś czas był w żeńskim zakonie Zgromadzenia Sióstr
Franciszkanek Rodziny Maryi. Też w Markach. Ale, według
informatora, już znowu przebywa u Michalitów.
- Tak, dostaliśmy też taką informację – mówi dziennikarz z lokalnej gazety.
- Nie da się go zobaczyć, bo oni sobie spacerują po tych ich krzaczorach – mówią okoliczni mieszkańcy. - Tam wszystko jest zasłonięte.
Informacji
o obecności pedofila w klasztorze, nie otrzymali jednak miejscowi
policjanci. W komisariacie w Markach pierwsze słyszą o jakimś
Gilu. W każdym razie nikt nie poinformował komendy powiatowej w
Wołominie, ani komisariatu w Markach, że w ogóle takowy gostek
jest poszukiwany listem gończym. A to, że będzie znajdował się
właśnie tam, jest co najmniej wysoce prawdopodobne.
Zakon
Michalitów w Markach to matecznik Wojciecha Gila. Tu uczył się
miłości do dzieci. Tutaj też przyjeżdżał z chłopaczkami z
Dominikany. Pokazywać im nasz kraj. I nasze obyczaje.
- Nie przyszły do nas żadne materiały, ani prokuratorskie, ani sądowe w sprawie Wojciecha Gila – mówi rzecznik prasowy Komendy Powiatowej w Wołominie Andrzej Sitek. - Stąd nie jesteśmy w stanie sprawdzić czy ten człowiek przebywa na terenie zakonu w Markach.
Nawet
gdyby policjanci chcieli zatrzymać pedofila, to nie mają żadnych
uprawnień. Nie mają też powodu, by wejść na teren zgromadzenia.
A nikt ich tam nie wpuści, bo jest to teren dobrze strzeżony.
Wojciech
Gil mógłby być też w Miejscu Piastowym, również w zakonie
Michalitów. Tutaj też ma swoich nauczycieli. Oni też kochają
dzieci, zgodnie z nauczaniem ich założyciela ojca Markiewicza. Już
dziś błogosławionego.
Policja
w Krośnie też nic nie wie, że Wojciech Gil zwiał z Dominikany
przed aresztowaniem. Wydział prewencji, który zajmuje się Miejscem
Piastowym pierwsze słyszy o dominikańskim pedofilu. A już na pewno
nie słyszał, że może być na ich terenie. Ani, że w ogóle jest
poszukiwany. Więc nikt go w klasztorze nie szuka. Bo niby czemu?
- Nie dostaliśmy żadnych materiałów w tej sprawie – zapewniają policjanci z Krosna.
Podobnie
jest w innych ośrodkach zakonu Michalitów. Nikt Gila nie szuka.
Gil
bohater
Wojciech
Gil pracował na wyspie od dziewięciu lat. Był proboszczem w
górskiej wiosce Juncalito, gdzie prowadził internat dla chłopców
i dziewcząt, współzakładał straż pożarną oraz grupę
ratowników górskich. Tych ostatnich szkolili w Polsce TOPR-owcy i
strażacy z Krakowa. Obietnice wycieczek do Europy miały być -
zdaniem rodziców skrzywdzonych dzieciaków - przynętą dla dzieci.
Grupa młodych parafian, z którą pracował, liczyła łącznie ok.
180 osób. Policja znalazła w pokoju Gila materiały pornograficzne
z niepełnoletnimi. To nie były zdjęcia nagich pupek, to była
ostra pornografia z dziećmi w roli głównej. Wedle aktu oskarżenia
molestował kilkanaścioro dzieci z parafii katolickiej, w której
pracował. Ale cały czas zgłaszają się na policję kolejne ofiary
księdza.
Ksiądz
Gil zaraz po postawieniu przez dominikańska prokuraturę zarzutów,
otrzymał suspensę. Taką decyzję podjęli przełożeni
katolickiego księdza - duchowni z zakonu Michalitów z parafii
Santiago de los Caballeros.
Co to oznacza? Nic. Gil nie może odprawiać mszy. Czyli nie może
bezkarnie napić się mszalnego wina na ołtarzu. Ale może to już
robić w klasztorze, bo suspensa nie zabrania mu tam przebywać. Ba,
bracia Michalici są zobowiązani w takiej sytuacji otoczyć opieką
zbłąkaną owieczkę, do czasu rozstrzygnięcia sprawy.
Gil
odrzucony
Oficjalne
oświadczenie kurii mówi co innego.
W
związku z pytaniami kierowanymi do Kurii Generalnej Zgromadzenia św.
Michała Archanioła informuję, że:
1.
Ks. Wojciech G. kapłan Zgromadzenia św. Michała Archanioła już
jako kleryk przygotowywał się do pracy na Karaibach. Na Dominikanę
wyjechał w 2006 roku i odtąd bezpośrednio podlega przełożonym
Delegatury Karaibskiej i Biskupowi Archidiecezji Santiago de los
Caballero.
2.
Przełożony Generalny natychmiast po otrzymaniu informacji o
podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez ks. Wojciecha G. i
wszczęciu dochodzenia przez prokuraturę Republiki Dominikańskiej,
podjął następujące decyzje:
-
zakazał ks. Wojciechowi G. sprawowania wszelkich czynności
kapłańskich do czasu zakończenia sprawy,
-
nakazał powrót na Dominikanę i podjęcie współpracy z organami
sprawiedliwości, zgodnie z prawem Republiki Dominikańskiej, w celu
definitywnego wyjaśnienia wszystkich zarzutów zgodnie z prawdą i w
duchu sprawiedliwości.
3.
W chwili rozpoczęcia postępowania w sprawie ks. Wojciecha G.,
podejrzany przebywał w Polsce na urlopie, który przysługiwał mu
zgodnie z prawem.
4. Aktualnie
Ks. Wojciech G. nie przebywa w żadnej placówce Zgromadzenia w kraju
ani za granicą.
Marki,
dnia 04.09.2013 r.
Rzecznik
prasowy Zgromadzenia Św. Michała Archanioła,
ks.
Tadeusz Musz CSMA
-
Jest w zakonie w Markach – upiera się nasz informator.
Dlaczego
akurat tu?
Bo
tutaj cały czas przebywają dzieci. A to czy Wojciech Gil też z
nimi przebywa pozostanie tajemnicą, bo większość to dzieci
niepełnosprawne.
Gil
wśród dzieci
Parafia
św. Andrzeja Boboli w Markach
jest obsługiwana przez księży Michalitów.
Obok plebanii mieści się również Kuria Generalna, Ośrodek
Szkolno-Wychowawczy, internat i
Wydawnictwo Michalineum. Michalici prowadzą też od 2010 roku katolickie gimnazjum. Ośrodek Szkolno – Wychowawczy jest prowadzony na terenie zakonu od dziesiątków lat. Zakon opiekuje się tutaj dziećmi upośledzonymi lub kalekimi. Zwykle są to sieroty lub dzieci opuszczone. Czyli takie, które nie będą o siebie walczyć, ani też nikt nie wystąpi w ich obronie.Zgromadzenie
prowadzi wiele podobnych placówek wychowawczych w różnych
regionach kraju. Ale to właśnie w Markach tych dzieciaków jest
najwięcej. Specjalny Ośrodek Szkolno-Wychowawczy im. św. Andrzeja
Boboli wraz z gimnazjum i szkołą zawodową oraz internatem w
Markach-Strudze, oprócz
zadań opiekuńczo-wychowawczych biednej młodzieży męskiej,
ośrodek strużański zyskał rangę siedziby generalnej władz
Zgromadzenia św. Michała Archanioła oraz erygowaną parafię.
Powstał także duży zakład poligraficzny Wydawnictwa Michalineum z
naczelnym organem zgromadzenia – miesięcznikiem „Powściągliwość
i praca” oraz czasopismem specjalistycznym „Któż jak Bóg”.
Pracują tu niepełnosprawni. Przy wydawnictwie istnieje także duża
księgarnia katolicka.
W niej książki dla najmłodszych i podręczniki do lekcji religii.
I czytelnia dla dzieci.
Zakon
żeński Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi w Markach,
gdzie ponoć Gil też sobie urzęduje, także prowadzi ośrodek
szkolno – wychowawczy im. abepe Felińskiego, tyle, że dla
dziewcząt. 80 dziewczynek specjalnej troski na wyciągnięcie ręki.Siostrzyczki, prowadzą też ośrodki dla chłopców z problemami szkolnymi i dla chłopców z rodzin patologicznych. Oba zakony, michalicki i franciszkański, na terenie Marek współpracują ze sobą. Głownie „w kwestii wychowania dzieci i młodzieży” - czytamy na stronie internetowej obu zgromadzeń. Wychowawcy odwiedzają się w swoich ośrodkach, prowadzą zajęcia dodatkowe, dzielą się doświadczeniami. Zapewne ksiądz Gil również.
![]() |
Gil
nietykalny
„Nic
sobie nie robi z oskarżenia” - zapewnia nas anonimowo informator.
Twierdzi, że Gil śmieje się z „całego tego cyrku”. I ma
rację. Przecież wciąż jest nietykalny. I zapewne tak pozostanie.
A to co przez czas pobytu w Markach zrobi przebywającym tam
dzieciom, i tak nigdy nie ujrzy światła dziennego.
Joanna
Skibniewska
Subskrybuj:
Posty (Atom)












