Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiad. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 grudnia 2013

Siedzieć jak to łatwo powiedzieć (NIE Nr 42/2013, 2013)

Siedzieć jak to łatwo powiedzieć


O porządnych bandziorach, ludzkich klawiszach i nieludzkim systemie więziennictwa „NIE” rozmawia z PAWŁEM MOCZYDŁOWSKIM, pułkownikiem Służby Więziennej, kryminologiem, byłym dyrektorem Centralnego Zarządu Zakładów Karnych.

– Co to jest więzienie?
– To jest tysiąc ludzi zamkniętych w kupie. To jest energia, która, zostawiona samej sobie, gotuje się jak wulkan i w pewnym momencie może wybuchnąć. Trzeba umieć tę energię zutylizować.
– Kto to ma zrobić? Funkcjonariusz za 1600 zł?
– Przy takim przeludnieniu dziwi fakt, że to wszystko nie wyleciało w powietrze i od 20 lat nie było buntów. To wszystko trzyma się tylko dzięki wysokiemu poziomowi moralności Służby Więziennej. Jest to najbardziej niedoceniana ze służb. Miewa tylko wpadki. Policjant złapie złodzieja i ogłasza sukces. Prokurator i sędzia wypychają go za kraty, a klawisz zostaje z całym tym bagnem.
– Mamy 80 tysięcy osadzonych. Drugie tyle czeka na miejsce w więzieniu.
– To jest przykład tego, jak nadrepresyjna polityka kryminalna doprowadza do bezkarności. Media i politycy straszyli społeczeństwo wszechogarniającą przestępczością. Straszyli wszyscy: Lepper, PC, media. To było takie sranie w wentylator. Niby jedno gówno, a wydawało się, że zasrane wszystko. I z tego strachu zaczęliśmy hurtowo wsadzać do więzień. Więcej i więcej. Doprowadziło to do sytuacji, że funkcjonariusz musi się nieźle napocić, żeby to ogarnąć.
– To się nazywa resocjalizacja…
– Jaka resocjalizacja? Dajcie warunki, to będzie resocjalizacja. Ten bajzel stanowi zaprzeczenie prawa. Przeludnione więzienia rodzą agresję i wyuczoną bezradność. Nie tylko nie ma tu miejsca na resocjalizację. Kryminał masowo produkuje ludzi ułomnych. Taki nie upierze sobie majtek, jajecznicy sobie nie zrobi. Jaka kobieta będzie chciała ułożyć sobie życie z brudasem i nierobem?
– I do tego roszczeniowcem. Miesięcznie osadzeni produkują setki skarg.
– I dobrze. Mają do tego prawo. Skazano ich na karę pozbawienia wolności, a nie na pozbawienie podstawowych praw obywatelskich. Skarga działa jak wentyl. Lepiej znęcać się nad papierem niż nad współwięźniem i wtykać mu chuja w dupę. Możliwość poskarżenia się daje nadzieję i wiarę w sprawiedliwość.
– Więzienie to nie sanatorium!
– Społeczeństwo jest żądne krwi. Dawniej gilotyny stały na ulicach. Niewiasty wynajmowały pokoje z widokiem na egzekucje. Stawały w oknie i podnosiły spódnice. W momencie spadania głowy szczytowały. To był orgazm gilotynowy. Tak jest nadal, tylko nie ma już gilotyn na ulicach. Są więzienia pełne przestępców, w których nie widzi się już człowieka.
– Klawisze biją?
– Już nie. Kiedyś bili. Dziś sami walczą o życie. W więzieniu w ryj dostać można zawsze. Trzeba tylko wybrać, za co. Jaka służba, taki klawisz.
– Za komuny było lepiej?
– Tak. Służba Więzienna miała gwarancję hermetyczności. Nic stąd nie wyszło, a jeśli nawet wyszło, to cenzura to wycofała. Dziś wyłazi wszystko. To dobrodziejstwo demokracji, którego nikt nie rozumie. Wyizolowane więzienia bez kontroli społecznej cynicznieją. Robi się państwo w państwie. Dziś przychodzi dziennikarz i trzeba się przed nim tłumaczyć. Cały czas ktoś z zewnątrz patrzy na ręce. A trudno być kryształowym. Stąd wziął się kryzys więziennictwa.
– A nie z braku pieniędzy?
– Też. Nikt nie pamięta, że więzienie to są koszty. I znowu wracamy do przeludnienia. My, podatnicy, płacimy za to więźniom odszkodowania. Niedawno padł pomysł, żeby wypłacały je zakłady karne. A to powinni płacić sędziowie. To nie klawisz wsadza, to nie on ma szukać miejsca dla więźnia.
– Czego uczy ta służba?
– Że bandzior to też przyzwoity człowiek.
– ??
– A kto paniom powiedział, że nie? Nauczyłem się, że bandzior też może mieć rację. To jest najtrudniejsza lekcja dla klawisza.
– A jednak bandzior to bandzior. Szybko wraca za kraty.
– Za powrót do przestępstwa odpowiedzialna jest rzeczywistość poza więzieniem, a nie samo więzienie. I przede wszystkim ludzie. Były więzień jest naznaczony – że siedział. I większość drzwi ma zamkniętych: do bliskich, do pracy, do przyjaciół. Pracodawcy mało takiemu płacą, mówią: „Siedź cicho, skurwysynu, bo i tak nikt inny cię nie przyjmie”. Pomoc społeczna się nie sprawdza, kuratorzy się nie sprawdzają. Fundacje, które mają im pomóc, zwyczajnie ich wykorzystują. Nie czepiam się ludzi, bo ci bywają porządni. Czepiam się systemu.
– Dlatego próbował Pan zrobić zamach na system.
– To się nie podobało. Postawiłem nie na penalizację, lecz na organizację. Więzień musi mieć „reżim”. Nie taki jak w łagrze, żeby pracował do utraty sił, ale żeby nie miał czasu na agresję. W Wielkiej Brytanii więźniowie pomagają tym, którzy sobie nie radzą, np. remontują staruszkom mieszkania. I to ma sens. A nasze społeczeństwo potrafi tylko zamykać. A potem krzyczy: „Zabrać im telewizory! Niech się pozabijają!”.
– No i się zabijają. Dlaczego?
– Zabijają się ci, którzy przegrali życie na wolności, nie mają dokąd wracać, a jednocześnie w więzieniu stoją najniżej w hierarchii. Taki bił żonę i zgwałcił córkę. Tymczasem pobicie kobiety i zgwałcenie dziecka nie jest w więzieniu modne. Będzie codziennie bity i gwałcony. Dlatego wybiera trzecią drogę.
– Lubił Pan tę robotę?
– Jestem przekorny. Jeśli udaje się zrobić coś pomimo samych przeciwności, to można mieć satysfakcję.

Rozmawiały:
JOANNA SKIBNIEWSKA askibniewska@redakcja.nie.com.pl i
WERONIKA CICHOCKA weronika.cichocka@redakcja.nie.com.pl

wtorek, 26 marca 2013

Szatan pierwsza klasa (NIE 03/2013, 11.I.2013)


Nie tylko o Kościele 
"NIE" rozmawia z 
ARMANDEM RYFIŃSKIM, posłem Ruchu Palikota.

- Walczy Pan z Kościołem i dlatego....
- Stop! Nie walczę z Kościołem, tylko z dominacją Kościoła w życiu publicznym. Ta dominacja, a nie istnienie Kościoła, powoduje szkody gospodarcze i społeczne, choćby wychowawcze. Na przykład opisywana przez "NIE"skandaliczna działalność Komisji Majątkowej powodowała realne, liczone w setkach milionów złotych, straty finansowe państwa, czyli wspólnoty obywateli.
- Księża nie mają powodu, żeby Pana kochać. A zwykli ludzie?
- W sylwestra przez 4 godziny odpisywałem na życzenia noworoczne.
- Kto czego Panu życzy?
- Większość życzy sukcesów w walce o nowoczesne, świeckie państwo. Nieliczni po chrześcijańsku życzą mi śmierci, wyzywając od śmieci, bydlaków i kreatur. W podobnym duchu ukarała mnie Komisja Inkwizycji Poselskiej, czyli Komisja Etyki Poselskiej. Dostałem naganę za wypowiedź, że "Kościół jest instytucją szkodliwą społecznie", użytą w związku z ukrywaniem i tuszowaniem pedofilii w Kościele.
- A za nazwanie obrazu Madonny z Częstochowy bohomazem ukarała Pana własna partia...
- Dostałem upomnienie, bo w odbiorze społecznym rzeczownikiem "bohomaz"nie powinno się określać rzeczownika "Madonna". Ja tak nie uważam. Chciałem pomóc człowiekowi, którego aresztowano na 3 miesiące, mimo że został złapany na gorącym uczynku i przyznał się do winy. W przypadku Amber Gold nie spieszono się z aresztowaniami. Piotra P., radnego PiS, który pobił na śmierć człowieka w sylwestra w Zakopanem, też nie aresztowano. Wszyscy są równi wobec prawa, ale niektórzy są równiejsi. To też przejaw dominacji Kościoła.
- Bohomazem zainteresował się prokurator.
- Wniosek posłów Solidarnej Polski jest zbyt słaby merytorycznie, żeby jakiś prokurator postawił mi zarzuty, ale oczywiście można się spodziewać wszystkiego.
- Śledzi Pan proces przeciwko członkom Komisji Majątkowej?
- Poprosił mnie o pomoc główny świadek oskarżenia pan Dariusz Moskała, dzięki któremu za ten największy przekręt w III RP ktoś wreszcie zostanie ukarany. Ale oczywiście można się spodziewać wszystkiego.
- Ten proces to postęp, kropla, która drąży dwutysięczną skałę Kościoła? Może doczekamy takich czasów, że przed sądem stanie ojciec Rydzyk za bezprawne nadawanie reklam w Radiu Maryja.
- Jestem pewien, że pozycja Kościoła będzie słabła. W nowoczesnym państwie świeckim, którym Polska stanie się prędzej czy później, pasożytowanie Kościoła na państwie uda się znacząco ograniczyć lub wyeliminować. Marzę, żeby w szkole zamiast lekcji religii znów była higienistka i dentysta. I żeby zamiast kościołów budowano szpitale, place zabaw dla dzieci, biblioteki czy noclegownie dla bezdomnych, którzy zamarzają na ulicy i nie mogą się ogrzać nawet w najbliższym kościele, bo na noc jest zamykany.
- Tak, słyszałam... Chce Pan opodatkować Kościół na powszechnych warunkach i nakazać wprowadzenie kas fiskalnych w każdej parafii. Przecież to nierealne.
- Nawiązuje pani do życzeń noworocznych, które złożyłem wyborcom na swoim blogu. Jeżeli Ruch Palikota będzie sprawował władzę, to zmieni kierunek przepływu pieniędzy: nie z budżetu państwa do Kościoła, tylko z Kościoła do budżetu państwa.
- Prędzej będą kasy fiskalne w parafiach, niż Ruch Palikota obejmie władzę.
- Nie docenia pani zmian, które już zachodzą w polskim społeczeństwie, a z biegiem czasu nabiorą tempa.
- Czy jedną z tych zmian ma być postulowane przez Pana czynne prawo wyborcze dla 16-latków? Przecież to jeszcze dzieci! Zagłosują na wokalistę zespołu rapowego, a nie na program tej czy innej partii.
- Zbadań wynika, że w Polsce - wskutek wzmożonej emigracji młodych ludzi i starzenia się społeczeństwa - panuje nadreprezentacja wyborcza ludzi w podeszłym wieku, którzy przeważnie głosują na prawicę. Chciałbym wprowadzić również inne zmiany w ordynacji: głosowanie przez internet, przez kilka dni, a nie tylko w niedzielę, kiedy to księża powszechnie łamią ciszę wyborczą.
- Dlaczego Palikotowi tak trudno idzie dogadywanie się z Millerem? Nie chcecie, żeby SLD pomógł Wam np. w walce z Kościołem?
- SLD tolerował obrzydliwe praktyki Komisji Majątkowej. Przez wiele lat liderzy tej partii prowadzali się pod rękę z biskupami. SLD w walce z dominacją Kościoła jest Po prostu niewiarygodny. Jeżeli jest lewicą, to chyba lewicą chadecką.

rozmawiała J. Skibniewska

wtorek, 26 lutego 2013

Lothansa (NIE, 46/2004)

„NIE” rozmawia z Markiem Grabarkiem, prezesem PLL LOT. 
 
– PLL LOT wprowadza program oszczędnościowy. Czy w firmie jest tak źle?
– Wejście w struktury unijne wymusza na nas, by być firmą konkurencyjną na rynku europejskim. Nasze koszty operacyjne są co najmniej o 20 proc. wyższe niż u podobnych przewoźników.
– Zatrudniono w tym celu firmę doradczą. Dotychczas wypłacono jej prawie 8 mln zł. W budżecie przeznaczono na to 12 mln zł. To raczej wątpliwa polityka oszczędnościowa.
– Lotnictwo to biznes niezwykle skomplikowany. Dobrze jest, jeśli doradza ktoś z zewnątrz, bo więcej widzi. I tak było w przypadku LOT. Te pieniądze się zwrócą. Ważne są przecież ostateczne efekty – trwałe zmniejszenie rocznych kosztów o 500 mln zł.
– LOT zamierza zwolnić około 800 pracowników. Dlaczego?
– Musimy być firmą efektywną. To konieczne posunięcia oszczędnościowe. Nie wpłyną one na bezpieczeństwo lotów ani na jakość usług.
– Czemu więc stewardesy mają od lat niewykorzystane urlopy wypoczynkowe, ściąga się je do pracy w czasie wolnych dni, skoro jest ich za dużo?
– Być może coś szwankuje w koordynowaniu. Nie pierwszy raz będziemy musieli to poprawić.
– Po ostatniej akcji strajkowej słyszy się o represjach wobec protestujących. Pracownicy muszą pisać raporty o tym, kto rozdawał ulotki, kierownicy przesłuchują pracowników. Mobbing?
– Żadną miarą nie można oceniać tej akcji jako strajk. Działanie protestujących nie jest takie, jakie byśmy akceptowali i jakich byśmy oczekiwali od oddanych pracowników. Rozdawanie ulotek pasażerom i straszenie ich spadkiem stanu bezpieczeństwa jest nieobyczajne. Nie można mieszać pasażerów do wewnętrznych spraw firmy.
– LOT nawiązał współpracę z Lufthansą. Likwidujemy polskie biura sprzedaży, usługi i zlecenia oddajemy Lufthansie. Znak firmowy LOT znika z portów europejskich.
– Cieszyłbym się, gdyby LOT był firmą globalną i nasz znak firmowy był rozpoznawalny wszędzie. Jest tylko jedno „ale”. Na to po prostu potrzeba pieniędzy. Co do biur sprzedaży, to liczba sprzedawanych biletów w zlikwidowanych biurach była niewielka, wpływy tak samo, zaś koszty utrzy-mania biur duże. Jeśli pewne rozwiązania szczegółowe są mniej dla nas korzystne, może to wynikać z nieumiejętności negocjacyjnych poszczególnych służb.
– Może my nie musimy wcale mieć narodowego przewoźnika? Nie utrzymujmy atrapy dla prestiżu.
– To poważny problem. Myślę jednak, że 38 milionów potencjalnych pasażerów zasługuje na swojego przewoźnika, a LOT jest w stanie to udźwignąć. Tyle że LOT musi udowodnić, że wart jest funkcjonowania na rynku. Myślę jednak, że to nie jest pytanie do mnie. Dla kraju i władz posiadanie własnego przewoźnika to swoisty atrybut państwowości, jak policja, wojsko czy własna waluta. Myślę, że to przekonanie się jednak zmienia.
– LOT powołał do życia spółkę-córkę – Nowego Przewoźnika. Flotę i załogę pilotów „dostanie” od LOT. Będzie trzeba pakować w nią pieniądze, jeśli nie cały czas, to przynajmniej na początku.
– Spółka nic od nas nie dostanie za darmo. Za wszystko zapłaci zgodnie ze stawkami rynkowymi. W pierwszej fazie pracy będzie korzystać z samolotów, które kiedyś latały u nas. Mam też nadzieję, że piloci skorzystają z jej propozycji. LOT nie ma też zamiaru udzielać wsparcia, o jakim pani mówi.
– Co będzie, jeśli nowa firma padnie?
– Nie przyjmuję takiego scenariusza. Rynek przewozów niskokosztowych rozwija się najszybciej. LOT musi mieć swój udział w tym wzroście.
– Czy większość infrastruktury LOT jest zastawiona?
– To, czym dysponujemy, jest finansowane w różny sposób. Na przykład na budynek, w którym rozmawiamy, wzięto kredyt. Flota, z której korzystamy, to są miliardy złotych. Ale to również nie jest majątek LOT.
– Zarząd chce podpisać umowę na zakup nowej floty jeszcze w tym roku. Realizacja zamówienia miałaby być w 2008 r. Czemu taki pośpiech?
– Musimy odpowiedzieć na pytanie, czym chcemy latać nad Atlantykiem – samolotami lepszymi czy „dojrzałymi”. Brak decyzji w tej sprawie do końca roku może spowodować, że LOT nie wymieni samolotów wcześniej niż przed rokiem 2011. Takie są prawa rynku. Mogę panią zapewnić, że oferty obu producentów rozważamy bardzo starannie.
– Ale czy firmę stać na taką kosztowną inwestycję?
– Tego nie można teraz jeszcze powiedzieć.
– Oferentów jest dwóch – Airbus i Boeing. Dlaczego tylko Pan wie, jakie są oferty cenowe? Jak zarząd ma dokonać właściwego wyboru?
– Na tym etapie ktoś musiał wziąć odpowiedzialność. Jestem przekonany, że poprawia to komfort pracy zespołu ekspertów.
– Władza absolutna?
– Pani raczy żartować. Poza tym, gdyby to był taki lekki kawałek chleba, pewnie nie zostałbym tu prezesem.
– Może pomogło to, że w trakcie trwania konkursu na stanowisko prezesa do ówczesnego przewodniczącego Rady Nadzorczej PLL LOT przyszedł faksem list od ministra skar-
bu państwa Piotra Czyżewskiego mówiący o tym, że minister popiera Pańską kandydaturę.

– Nic o tym nie wiem.
– Dziś ten sam Czyżewski jest przewodniczącym Rady Nadzorczej PLL LOT?
– Tak.
– Czy to nie wymiana przysług?
– To pytanie jest dla mnie obraźliwe. I chyba nie tylko dla mnie.
– Jak się układają Pana stosunki z pracownikami?
– Wydaje mi się, że na tyle poznałem branżę i emocje pracowników, że rozumiemy się dobrze.
– Wszystkie działające w LOT związki wystąpiły z wnioskiem o odwołanie Pana ze stanowiska prezesa.
– To może oznaczać, że ze strony związków nie ma zrozumienia i zgody na program oszczędnościowy. I to mnie martwi najbardziej. Bez oszczędności nie przetrwamy, inne scenariusze to po prostu miraże.
– Czy to prawda, że dostał Pan w gębę od jednego z pilotów?
– Nic takiego nie miało miejsca.
– Niedługo po pierwszej publikacji w „NIE” na temat LOT umówił się Pan z Jerzym Urbanem.
– Umówiłem się na spotkanie, bo zabiegam o dobre imię LOT i będę to czynił wszędzie, gdzie tylko możliwe. Byłem zmartwiony, że przedstawiła pani wyrywkowe racje. Zrobiłem to w trosce o LOT.
– Mówił Pan w firmie, że Urban za ten artykuł obiecał wywalić mnie z roboty. Obiecał także, że więcej krytycznych tekstów o LOT na łamach „NIE” nie będzie. Urban mówi, że to kłamstwa.
– O pani w ogóle nie rozmawialiśmy. Natomiast w tym, iż miałem chwalić się, że wywalę panią z roboty, jest tyle prawdy, jak w tym, że dostałem po gębie.
Dziękuję za rozmowę.