piątek, 27 grudnia 2013

Wyrwać chwasta (NIE Nr 43/2013)


Zakłady karne zamieniają się w zakłady psychiatryczne. Pacjentami są więźniowie i klawisze.

Właśnie mijają 2 lata od dnia, gdy dyrektor więzienia w Sztumie zabił więźnia. Kilkanaście pchnięć nożem. 2 śmiertelne. Pod żebro. Nóż był kuchenny. Więzień wkurwiający. Pogoda jesienna. Sprawca niepoczytalny.
Było głośno. Przez chwilę, bo Służbie Więziennej udało się sprawę wyciszyć. Dziś nikt już o tym nie mówi. Sprawę o zabójstwo umorzono. Dyrektor żyje spokojnie nawolności. Więźnia jedzą robale. Czyli wszystko jest w porządku…
W Sztumie jest wielkie więzienie. Jest też bezrobocie. Na 10 tysięcy mieszkańców prawie 4 tysiące to bezrobotni.
„Nie będziesz orał, nie będziesz kosił, będziesz jak tatuś kluczyki nosił” – powtarza się w Sztumie. Bo to właśnie w więzieniu jest najwięcej sztumskich pracowników. To sypialnia klawiszy zakładu karnego. I nie każdy kto tu trafia powinien tam być. Bo to nie jest robota dla wszystkich. Szczególnie w tym zakładzie. Ciężkim. Dla recydywistów i pomyleńców.
Klawisze tworzą zamknięty klan. Mieszkańcy wiedzą, że więzienie to miejsce, które daje im chleb. I trzeba bronić jego istnienia, a o tym, co się dzieje w środku – milczeć.
Milczą od lat.

Klaustrofobia

Duszne wnętrza ponurego pruskiego gmaszyska z początku XX w. robią wrażenie. Grube ściany i nisko wiszące nad głową sufity przyprawiają o mdłości. Nawet jeśli nie masz klaustrofobii, poznasz jej smak. Gdy pruski rząd w1910 r. zdecydował o budowie więzienia, było ono obliczone na 500 skazanych. Dziś przebywa tam 1050 osadzonych – od pospolitych złodziei po gwałcicieli i morderców. Zdecydowanie za dużo.
Z lotu ptaka sztumskie więzienie przypomina krzyż. Grypsujący nie mówią więc, że garują w Sztumie, lecz w „krzyżaku”.
To z pewnością nie sanatorium. Wiadomo „jednostka typu zamkniętego przeznaczona dla mężczyzn recydywistów”.
– To straszne miejsce – mówi jeden ze stałych pensjonariuszy polskich zakładów karnych. Twardy gość.
– Ci, którzy dowiadywali się, że tam idą, dokonywali samookaleczeń.
Próby samobójcze w tym więzieniu to nic nadzwyczajnego.
A wszystko dzięki twardej ręce poprzedniego dyrektora, a dziś radnego miejskiego. Jego nadgorliwość i fatalne warunki lokalowe dawały gwarancję, że to miejsce prawdziwej pokuty. Wszystko tam jest ciężkie: warunki, personel, żarcie.
– Co tak potwornie śmierdzi?
– To kapusta, panie naczelniku.
– Ach, to kapustka tak pięknie pachnie…
Ze sztumskiego więzienia koszmar czynił też nadgorliwy personel. Tego wymagał naczelnik. Klawisze bardzo się starali spełniać sugestie zwierzchnika.
Szlagierem „krzyżaka”były izolatki. Cela jak cela, łóżko składane do ściany i zamykane na kłódkę. Racje żywnościowe dość skąpe, choć na szczęście nie stosuje się już kar w postaci zmniejszenia racji żywnościowych. No i gwóźdź pobytu: skład więźniów funkcyjnych.
– Byli wybrani z wybranych. Musiała być specjalna selekcja. To są ludzie, którzy popełnili straszne zbrodnie i którzy wiedzą, że przez lata, a często do końca życia będą poddanymi więzienników i gotowi są zrealizować ich każde polecenie – mówi były pensjonariusz więzienia w Sztumie.

Przede wszystkim biją.
Klawisze też biją, ale fachowo. Ich ulubionym chwytem jest „cios kluczykiem” pod żebro.
Funkcyjni więźniowie, oni się nie patyczkowali. Wybijali zęby, oczy, demolowali człowieka.


Karą za wszystko było bicie. Za złe w ocenie personelu wyszlifowanie szkiełkiem podłogi – bicie. Zły meldunek – bicie. Próba porozumiewania się – bicie.
– Prawda jest taka, że po dwóch miesiącach izolatki zaczynają się dialogi wewnętrzne, czyli gadasz sam ze sobą. I wtedy lańsko za „kontaktowanie się z innym więźniem”. Po miesiącu zaczynało się myślenie o samobójstwie.
Wszyscy w więzieniu wiedzieli, co się tam dzieje. Nikt nie reagował. Bo wszystko chodziło jak w zegarku.

Odruch

Andrzej Górka chciał to zmienić. Próbował więzieniem kierować po ludzku. Absolwent psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. W chwili objęcia stanowiska dyrektora miał prawie 20 lat służby i doświadczenie jako szef „eski”,specjalnego oddziału terapeutycznego, gdzie trafiają więźniowie upośledzeni umysłowo i z zaburzeniami psychicznymi. Często byli to więźniowie, którzy z powodu swojej choroby nigdy nie powinni być w więzieniu.
– Górka był porządny facet. Ale tutaj za miękki – mówią anonimowo pracownicy. I twierdzą, że wszystko zaczęło się rozłazić.
Centralny Zarząd Służby Więziennej w Warszawie oceniał jednak, że Górka sobie poradzi. Dyrektor Okręgu Gdańskiego Służby Więziennej wystawił Górce korzystną opinię, na podstawie której szef Zakładu Karnego w Sztumie w listopadzie miał awansować na pułkownika. Górka właśnie po to tu przyszedł – po awans. Podobno chciał zaimponować żonie…

Nóż

To było 9 października 2011 r. Jesień. Dzień wyborów. Podpułkownik Andrzej Górka napisał list do żony i córki. Tłumaczył, że nie może postąpić inaczej, słyszy bowiem głosy, które każą mu zabić. Przepraszał, że nie jest jeszcze gotowy, by popełnić samobójstwo. Kartkę zostawił na stole. I pojechał do Sztumu. Jak zwykle prezentował się świetnie. Po pięćdziesiątce, szczupły, szpakowaty, nienagannie ubrany – w jasnej marynarce i koszuli.
O 10.00 był już przed bramą. Strażnicy dziwili się, że dyrektor przyjechał, choć ma wolne. Ale dyrektor to dyrektor – robi, co chce. Górka wszedł do sali, którą w więzieniu nazywają stanowiskiem kierowania. Jest tu system łączności i są monitory, które pokazują, co się dzieje na terenie zakładu karnego. Gdy wchodził, był uśmiechnięty, wręcz zrelaksowany. Mówił, że ma „coś do załatwienia”.
Wszedł najpierw do oddziału I. Oddziałowy otworzył mu drzwi celi pierwszej z brzegu. Siedział tam jeden więzień.
„Chcę z nim porozmawiać sam na sam” – mówił spokojnie dyrektor. Chwilę rozmawiali.
Może tamten opowiedział mu, kogo więźniowie boją się najbardziej? Bo wiadomo, że powiedzieli o niepełnosprawnym z Łodzi, który znęca się nad nimi psychicznie. Naśmiewa się z ich matek i żon, wyzywa córki od kurew. Dokucza każdemu.
Nie wiadomo, o czym rozmawiali. Ale zaraz po wyjściu z celi dyrektor kazał zaprowadzić się do więźnia, który jeździ na wózku inwalidzkim.
Współosadzony został wyproszony na korytarz. Drzwi przymknięto. To mała cela. Jak to w więzieniu – 2 na 3 metry. Więzień leżał na pryczy po prawej stronie. Pewnie znowu zrobił to, co zwykle, widząc dyrektora. Zaśmiał się i powiedział: – Oooo, superrogacz. Podobno kobita ci się puszcza, a córcia się szmaci z byle kim…
Może jak zwykle śmiał się głośno? Może wystawiał członek i mówił, że tyle dyrektor może?
Dyrektor miał przy sobie kuchenny nóż z drewnianą rączką, ostrze – 15 cm. Zadał mu ciosy. Po prostu. Więzień nawet nie krzyczał.
Sprawca wyszedł z celi i poszedł prosto do stanowiska kierowania. Dwóm oficerom, którzy tam byli, powiedział: „Zabiłem więźnia, wezwijcie policję”.
– Nie wierzyli mu, śmiali się. Zaproponowali mu herbatę. Odpowiedział, że chętnie się napije.
Ale Górka miał zakrwawioną koszulę i marynarkę. Zabił. Policja, prokurator, psycholog… Dyrektor sprawiał wrażenie, jak gdyby był w innym świecie. Na pytanie, czy wie, który jest dzień, odpowiadał: „Dajcie mi się zastanowić. Są wybory, więc mamy 9 października”.

Pułkownik


66-latek z ul. Łagiewnickiej w Łodzi, który w więziennej hierarchii był „pułkownikiem”,to ofiara. W Sztumie siedział od marca 2010 r. Niemal całe życie, z małymi przerwami, przesiedział w kryminałach – od 1964 r., gdy trafił tu jako 19-latek. Tak od dzieciaka za kratami.
Po prostu złodziej. Wszystko lepiło mu się do rąk. Czy był normalny? Czy to kleptomania? Nie wiadomo, nikt go nie badał. Wyroki spiętrzyły się tak, że wyszedłby na wolność za kilkanaście lat.
W każdym kryminale malował sobie coś nowego. Niemal całe ciało miał pokryte tatuażami. Nawet członek sobie wymalował. Czyli twardy był. Albo głupi.

Wyłupiaste szalone oczy, kozia bródka, rozwichrzone resztki włosów na głowie. I agresja. Nienormalna, psychotyczna agresja.
Jak się nakręcił, to wszystkich wokół wyzywał od chujów, bydlaków i skurwysynów.


Rzucał, czym popadło.
Psychiatra stwierdził, że jest niepoczytalny. Ale nikt na to nie zwrócił uwagi. Nikomu nie przyszło do głowy, że on nie tutaj powinien być, tylko w szpitalu.
Z Centralnej Służby Więziennej przyszła tylko lakoniczna informacja: dajcie sobie z nim spokój, bo z powodu niepoczytalności jest bezkarny.
Psychicznie chory człowiek był dręczony w więzieniu i dręczył innych.

Klawisz

Górka, choć zabił człowieka, siedział w areszcie tylko przez chwilę. Sprawę przeciwko niemu umorzono. Psychiatra stwierdził, że w chwili popełnienia czynu był niepoczytalny. Wyszedł do domu, bo już nikomu nie zagrażał. Ani żonie, ani dzieciom. A kilkanaście ciosów nożem było zdarzeniem incydentalnym…
Andrzej Górka na długo przed tym zdarzeniem miał problemy. Bywał nieobecny, patrzył godzinami w jeden punkt, nie reagował, nie odpowiadał na pytania. Do centralnej dyrekcji wpłynął anonim, że chodzi po oddziałach z nożem za pazuchą. Nikt nie zareagował!
Poza tym w domu zaczęło się źle dziać. Czy to z powodu rozwijającej się choroby, czy z powodu braku czasu dla rodziny – dom zaczął się rozłazić. O tym wiedzieli koledzy, ale na to też nikt nie zareagował. Dlaczego? Bo we własne gniazdo się nie sra…
Tyle że to gniazdo obsrało się już bardzo dawno temu… Zakłady karne z powodu warunków, głupich decyzji sądów i przeludnienia zamieniają się od lat w zakłady psychiatryczne.
– W momencie jakiegoś zdarzenia nadzwyczajnego funkcjonariusz więzienny, uczestnik tego zdarzenia, jest kierowany do psychologa – zapewnia rzecznik Centralnego Zarządu Służby Więziennej Jarosław Góra.
Funkcjonariusz może też w każdej chwili udać się po poradę psychologiczną. Tyle że taka wizyta zostanie odnotowana i jako psychiczny nie będzie mógł awansować.

Praca


Zaraz po tym zdarzeniu pracownicy Służby Więziennej w Sztumie dostali do wypełnienia ankietę. Kilkanaście pytań, m.in. :jak oceniasz warunki pracy?; jak twoi przełożeni radzą sobie z obowiązkami? Na końcu drukiem zaznaczone miejsce na „czytelny podpis”. Nikt normalny nie napisze prawdy, co się tam dzieje.
Wszystko więc zamiata się pod dywan. Tak jak historię jednego nieszczęśliwego człowieka, który zabił drugiego nieszczęśliwego człowieka.

JOANNA SKIBNIEWSKA, MACIEJ WIŚNIOWSKI

1 komentarz:

  1. Od dwóch lat mój chłopak jest w więzieniu,w różnych więzieniach.I to co tam się dzieje woła o pomste do Boga.Kiedyś myślałam jak większość społeczeństwa:nabroiłeś,to teraz siedż i nic Ci sie nie należy.Ale teraz widzę to zupełnie inaczej.Ten proces jest znacznie bardziej skomplikowany,ale nikt tego nie zrozumie dopóki nie doświadczy.Władza powinna przejrzeć ustawy,zapisy,bo niektóre są z lat pięćdziesiątych a my jestesmy w XXI wieku i kompletnie oderwane od obecnej rzeczywistości.Ktoś powinien kontrolować dyrektorów jednostek,bo robią co im się rzewnie podoba.Mogłabym tak wymieniac jeszcze długo,ale i tak pójdzie w próżnię, ech

    OdpowiedzUsuń