Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samochód. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samochód. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 marca 2013

Komu bije dzwon (NIE 48/2012)


O Dariuszu Pepłowskim, aresztancie z Łodzi, napisaliśmy ponad pół roku temu. 
 http://skibniewska.blogspot.com/2013/03/komu-bije-dzwon-nie-172012.html

Jego historia poruszyłaby każdego. Służbę więzienną i prokuratora poruszyło to, że rodzina Pepłowskiego odważyła się powiedzieć głośno prawdę o tym, co dzieje się w łódzkim areszcie. Poruszyła tak bardzo, że Pepłowski ma jeszcze bardziej przesrane.

- My cię cudownie uzdrowimy.
- Wchodzi do celi funkcjonariusz i zabiera mu kule.
- Zapierdalaj po wypiskę.
     Aresztant próbuje oprzeć się o ścianę, ale nie ma na czym stanąć. Bo choć niby ma nogi, to tak naprawdę ich nie ma. Zanik mięśni spowodował, że pozostały kości pokryte skórą.
Pepłowski upada z hukiem na ziemię.
- No, skoro nie chce ci się iść samemu, to nie weźmiesz wypiski i nie zrobisz zakupów - śmieje się funkcjonariusz i rzuca mu kule w róg celi. Zamyka drzwi.
     Głośno się śmiejąc, zagląda jeszcze przez lipo. Aresztant ciągnie bezwładne nogi w stronę pryczy, wciąga się na nią i próbuje nie płakać. Wie, że cały czas obserwują go kamery.

***

Po naszym artykule Pepłowski przechodzi gehennę. Codziennie o 5.30 funkcjonariusze kopią w drzwi celi. Bo wiedzą, że nie może zasnąć z bólu do 3.00. Wiedzą, bo założyli mu w celi kamery i zabrali kotarę w toalecie. Kamerę umieszczono także nad kibelkiem.
- Nam nie przeszkadza, jak srasz ? śmiali się klawisze. - Przecież nie czujemy, jak śmierdzi.
Zabrali mu wózek, który i tak stał poza celą. Potem zabrali jedną kulę, aż wreszcie odebrali obie.
- Nie dam rady dojść do toalety - powiedział, gdy odbierali mu drugą kulę.
- To sraj pod siebie, a szczać możesz w butelkę.
     I tak jest od kilku miesięcy. Człowiek robi pod siebie. Nikt też po nim nie sprząta. Na ile uda mu się umyć samemu, na tyle sobie radzi. Pepłowski w ogóle nie wychodzi na dwór.
- Zapierdalaj sam, jak ci powietrza brakuje. Przeniesiono go także do jedynej celi szpitalnej, w której nie ma ciepłej wody. Ostatnio wyrzucono go w ogóle z oddziału szpitalnego, choć jest chory.
Rano rozbebeszają mu pryczę.
- Pościel to! - wychodzą rozchichotani.
Lekarze boją się robić cokolwiek, choć dobrze wiedzą, że Pepłowski jest chory i wymaga całodobowej opieki oraz operacji.
- Ja nie mogę inaczej - powiedziała kiedyś kierowniczka ambulatorium. - My mamy zalecenia z prokuratury. Nie mogę napisać o tym, czego on naprawdę potrzebuje, bo wyrzucą mnie z pracy, a prokuratorka będzie prowadziła przeciwko mnie postępowanie.
     Nikt więc nie reaguje, choć jest kilka opinii biegłych, które mówią, że Pepłowski nie powinien przebywać w celi. Mężczyzna wymaga operacji. Ma przepuklinę w kręgosłupie, którą należy usunąć. Ale prokurator nie widzi możliwości zwolnienia go. Taki groźny. Żeby było weselej, Pepłowski długie lata siedział w celi dla niebezpiecznych. Na przesłuchania wożono go skutego. Rodzina podczas widzeń kontaktowała się z nim przez szybę. Ze względów bezpieczeństwa.

***

Dariusz Pepłowski jest ikoną sukcesu łódzkiej prokuratury. Schwytano groźną mafię wyłudzającą pieniądze z firm ubezpieczeniowych!; Groźni przestępcy trafili do aresztu! - krzyczały lokalne media. Brylowała w nich prokurator Anna Hejna. Mówiła, jaką odwaliła ciężką robotę, oczyściła Zgierz i okolice zmafii. A co robili ci groźni mafiosi? Zarabiali na "dzwonach".
 Zdzisiek wjechał Zenkowi w samochodowy zadek, rzeczoznawca robił wycenę szkód i firma ubezpieczeniowa wypłacała odszkodowanie. Tacy to groźni przestępcy! Każdy zarobił nawet kilka tysięcy złotych! Do kozy z nimi! A jak to wykryła ta wspaniała prokurator? Usłyszała od przestępcy, który w ramach współpracy z panią prokurator wyjawił jej tę wstrząsającą tajemnicę. Zaraz też wyszedł w nagrodę z aresztu. Przypadkiem zapewne jest, że ów gaduła był winien Pepłowskiemu i wielu innym grubą kasę, której nie chciał oddać.
     Zamknięto Pepłowskiego, jego kompletnie zdezorientowaną żonę i starego ojca, który kiedyś miał najprawdziwszy wypadek komunikacyjny. Wsadzono go do celi dla niebezpiecznych, byleby tylko się przyznał i wysypał resztę mafii. Dzieci Pepłowskiego zostały praktycznie same.

Czy Pepłowski robił "dzwony"? Możliwe. Za to, co niby zrobił, grozi 6 lat. A siedzi już w areszcie tymczasowym ponad 7...

Czy wyłudził pieniądze z firmy ubezpieczeniowej? Może? Ale Pepłowski nie może przebywać w areszcie! To kaleka. Jest sparaliżowany i uratować go może tylko operacja na wolności, na co nie zgadzają się ani prokuratura, ani sąd penitencjarny.
     Jego stan w areszcie tak bardzo się pogorszył, że nie wiadomo, czy i na operację też już nie jest za późno.

 ***

Zadaliśmy pytania władzom aresztu.
1. Na czyje polecenie i dlaczego zainstalowano Pepłowskiemu kamerę w celi?
     2. Dlaczego zainstalowano także kamerę w toalecie?
3. Dlaczego chory nie przebywa w celi szpitalnej?
4. Dlaczego nie ma zapewnionej opieki?
5. Dlaczego odebrano mu dostęp do ciepłej wody?
6. Dlaczego odebrano mu wózek i kule?
7. Dlaczego to wszystko stało się po naszej publikacji?
Odpowiedziano nam, że szybko nikt nam nie odpowie, bo trzeba przeanalizować papiery.
- Na odpowiedź mamy 14 dni - podsumowała kierownik działu penitencjarnego.
Tyle że Pepłowski być może już nie ma tyle czasu.

 ***

Dziś jedyne, o czym marzy, to śmierć. I chyba właśnie na to liczą władze więzienia i pani prokurator prowadząca postępowanie. Bo przecież jeśli wyjdzie z aresztu i prokurator Hejna nie będzie już mogła bronić dostępu do niego, Pepłowski opowie, co z nim robiono. Jak go poniżano i doprowadzono do jeszcze większego kalectwa.

piątek, 15 marca 2013

Komu bije dzwon (NIE 17/2012)

Sparaliżowany człowiek już siódmy rok przebywa w areszcie tymczasowym. 
 
Dariuszowi Pepłowskiemu założono kartę samobójcy. Funkcjonariusze kontrolują, czy nic sobie nie zrobił. Bo Pepłowski nie chce już żyć. Stracił władzę w kończynach, zamknęli mu żonę, odebrali synom opiekę, stracił majątek i dobre imię, okrzyknięty został gangsterem z mafii. Przebywa w areszcie tymczasowym. Już siódmy rok.
Czy Pepłowski siedzi przez "dzwony",czy przez chore ambicje prokuratora - dziś trudno powiedzieć. Na pewno to, co zafundował mu łódzki wymiar sprawiedliwości, nie ma nic wspólnego ze sprawiedliwością. Nie ma też nic wspólnego z przepisami prawa.

Mafiozo od stłuczek
Pepłowskiego okrzyknięto członkiem mafii. Pomawiają go dwaj dawni wspólnicy. Winni mu niezłą kasę. Co mówią? W zasadzie nic ciekawego. O tym, że organizował kolizje drogowe, żeby wyłudzić z PZU odszkodowania. Kilka tysięcy złotych. I o tym, że kiedyś ich pobił. Obu naraz. Nikt tego jednak nie widział, nie ma żadnej obdukcji, nie bardzo pamiętają, kiedy zostali pobici. I niekoniecznie wiedzą, dlaczego. Zaraz po złożeniu obciążających go zeznań wyszli na wolność. Prokurator przestał widzieć ich winy.
Poza ich zeznaniami przeciwko Pepłowkiemu nie ma innych dowodów. Ale dla prokuratora są one wystarczające. I nie widzi, że ci wiarygodni świadkowie są winni ludziom prawie 600 tys. zł. I ani myślą oddać.
Tak Pepłowski został członkiem mafii wyłudzającej odszkodowania od ubezpieczycieli. I trafił do aresztu. A wraz z nim jeszcze 15 osób. Także jego żona i stary ojciec. Człowiek, który miał najprawdziwsze dwie kolizję, w których stracił zdrowie. Staruszek, któremu skuto nogi i ręce, prowadząc na rozprawę. Którego zamknięto na wniosek prokuratora w celi dla niebezpiecznych. Podobnie zatrzymano Pepłowskiemu żonę. Według wiadomych świadków wyłudziła kasę za stłuczkę. Dziś nie sposób udowodnić, że to nie był ustawiony "dzwon". Brat Pepłowskiego twierdzi, że bratowa nie ma pojęcia o żadnych ustawionych stłuczkach. Załamała się. Tylko płacze i jest gotowa przyznać się choćby do zamachu na papieża, byleby mieć święty spokój. Siedzi.
Prokuratura zrobiła z nich zorganizowaną grupę przestępczą w liczbie co najmniej 55 osób. Na tę listę mógł trafić każdy mieszkaniec Zgierza i Łodzi, kto miał pecha mieć stłuczkę w latach 1999-2002.
Zgierz oszalał. Miasto miało własną mafię. Oszalały też prokuratura i lokalne media. Sukces nad sukcesy. Zgierska mafia wyłudzająca odszkodowania - rozbita. Prokurator Anna Hejna spektakularnie awansowała. Jest jednak w tym sukcesie pewien szkopuł - Pepłowski to kaleka.

Niebezpieczny paralityk
Gdy przed 7 laty go zatrzymywano, już jeździł na wózku. Dziś tylko leży. Ma poważną chorobę kręgosłupa. I choć każdy lekarz twierdzi, że jego stan jest dramatyczny, Pepłowski siedzi w areszcie tymczasowym już 6 lat i 8 miesięcy. Jest kilka opinii biegłych, które mówią jasno, że nie powinien przebywać w celi.
Mężczyzna wymaga operacji. Ma przepuklinę w kręgosłupie, którą należy usunąć. Ale prokurator nie widzi możliwości zwolnienia go. Taki groźny. Żeby było weselej, Pepłowski długie lata siedział... w celi dla niebezpiecznych. Na przesłuchania wożono go skutego. Rodzina podczas widzeń kontaktowała się z nim przez szybę. Ze względów bezpieczeństwa.
 Osadzony robi pod siebie. Jest sparaliżowany. Jest całkowicie zależny od współwięźniów, którzy noszą go do toalety i do łaźni. Już 2 razy spadł im ze schodów.
Wzywano pogotowie. Gdy parę razy prosił o konsultację lekarza, kazano mu przyjść do ambulatorium. Długo nie miał dostępu do wózka inwalidzkiego. Dopiero po drugim upadku dostał wózek. Ale tylko na widzenia. W celi musi radzić sobie sam.

Żeby nie utrudniał
Pepłowski miał chwilową przerwę w pobycie w areszcie. Po 5 latach ktoś zauważył, że mogą być z tego kłopoty i go zwolnił. Ale zaraz zamknął znowu. Powód szybko się znalazł. Gdy Pepłowski leżał w szpitalu, nie zgłosił się na wezwanie sądu. Chociaż syn dostarczył zaświadczenie, że ojciec jest hospitalizowany. Prokuratorka natychmiast narobiła krzyku, że gość specjalnie utrudnia postępowanie i cały ten szpital to zwykła ściema. I trzeba go zamknąć. Sędzia wydał więc postanowienie o aresztowaniu, po czym wysłał po niego funkcjonariuszy ... do szpitala. Pepłowskiego, mimo protestów lekarzy, zabierano prosto ze szpitalnego łóżka.
Obecnie toczy się postępowanie przed sądem. Pomimo zakazu lekarzy, Pepłowski bierze udział w przesłuchaniach i w rozprawie. Wożą go nieprzytomnego i co godzinę podają środki przeciwbólowe dożylnie. Bywało, że wieźli go do sądu, on tam tracił przytomność i zaraz przywozili go znowu do celi. Teraz czasami sędzia przyjeżdża do łódzkiego aresztu i wbrew prawu prowadzi przesłuchania w więziennej świetlicy. Bo Pepłowski nie jest w stanie przetrzymać transportu. Nie może też siedzieć.

Karta samobójcy
Trzymał się długo. Choć całkowicie zawalił mu się świat. W domu zostali nieletni synowie. Po aresztowaniu także matki i dziadka opiekę nad nimi przejął brat Pepłowskiego. Ale wszystko stanęło na głowie. Stracił też to, co miał. Na poczet przyszłych długów. Tych kilku tysięcy. Utracił także dobre imię, bo lokalne media zrobiły z niego gangstera na miarę Ala Capone. I przede wszystkim wie, że niedługo będzie rośliną. Paraliż postępuje szybko, a pobyt w warunkach więziennych tylko przyspiesza proces chorobowy. Wie, że konieczna jest operacja. Ale wie, że nikt nie da mu teraz szansy na normalne życie. Parę dni temu założono mu kartę samobójcy. Nie bez powodu.

Joanna Skibniewska

piątek, 8 marca 2013

ZŁODZIEJ tysiąclecia (NIE 51/2011)


Jak produkuje się przestępców i brawurowo ich zamyka. 
 
Będzie to opowieść o gościu, który nie śpi, nie bzyka, tylko kradnie i morduje. 
- Nie jestem aniołem i nie mam zamiaru siebie wybielać. Wręcz przeciwnie. Przeze mnie dużo niewinnych ludzi poszło za kraty - mówi Jerzy Szczyściak, pensjonariusz Zakładu Karnego w Łodzi.

Swąd współpracy ze złodziejem
Szczyściak postanowił powiedzieć prawdę. O tym, jak prokuratura w Łodzi dzięki jego fałszywym zeznaniom robiła wyniki. Jak pani prokurator brawurowo wykrywała śledztwa. Jak zamykano niewinnych ludzi. O policjantach z Łodzi, którzy awansowali dzięki niezwykłej współpracy z przestępcą. O sprawie nikt nie chce mówić. Prokuratury nie udzielają informacji ze względu na dobro śledztwa, policjanci nic nie pamiętają, rzecznicy nic nie wiedzą, Biuro Spraw Wewnętrznych policji niby coś wie, ale nic nie wie i wiedzieć nie chce. Bo sprawa cuchnie. Nieuzasadnionymi aresztami, niesłusznymi oskarżeniami - przy wiedzy i aprobacie organów ścigania. Jerzy Szczyściak odsiedział 6 lat. Przed nim jeszcze ponad pół roku. Nie grypsuje, ale w pudle ma się dobrze.
To znaczy miał się dobrze, dopóki współpracował z prokurator Małgorzatą Musiał z Prokuratury Okręgowej w Łodzi. I z policjantami z łódzkiej komendy miejskiej. Szczyściak poszedł na współpracę z prokuraturą na podstawie art. 60 § 3 i 4 kk. Skazany w 2005 r. za kradzież 16 aut; czekało go jeszcze postępowanie w sprawie włamań do kilku willi. Współpraca z organami ścigania otwierała przed nim szansę nadzwyczajnego złagodzenia kary. Wystarczyło tylko wydać swoich kolegów. Tyle że Szczyściak miał niewiele do powiedzenia. Nie lubił spółek, zwykle pracował na własną rękę. Ale jeśli chciał mieć spokój, musiał wnieść jakieś nieznane do tej pory okoliczności i pomóc organom ścigania w ujawnieniu przestępstw. Zaczął opowiadać o kradzieżach, o których nic nie wiedział. I o ludziach, którzy z tymi kradzieżami mieli niewiele wspólnego.

 Wypad z mamra
Szczyściak miał trudną sytuację rodzinną. Żona chciała się z nim rozwieść, nie miał żadnego kontaktu z dziećmi. A tu pojawiła się obietnica, że policjanci od czasu do czasu zawiozą go z mamra do domu. Ba, dostanie nawet jakiś prezent dla dzieciarni. Ma jedynie brać na siebie przestępstwa, których nie popełnił, i wystawiać wspólników.
- Wszyscy będą zadowoleni - argumentowali policjanci. Według rejestru wyjść z więzienia, Szczyściak ok. 200 razy był zabierany z pudła na czynności. Były nawet wyjścia po północy, np. o 2.10. On sam mówi, że było tego znacznie więcej. Na czynności zabierali go policjanci z Komendy Policji Miejskiej w Łodzi: Krzysztof C., Rafał K. i Gabriel S. Oni mieli nad nim pieczę. Przyjeżdżali nieoznakowanym oplem astrą.
- Jeździłem do domu, na imprezy, miałem do dyspozycji policyjne prostytutki - mówi Szczyściak.
Nie brały kasy, bo były dla policjantów. Były też lepsze od pozostałych panienek, bardziej wszechstronne. Szczyściak mówi, że wracał z takich czynności pijany, ale nikt nie zwracał na to uwagi.
Klawisze przymykali oko. W więzieniu znaleźliśmy 3 informacje o powrocie osadzonego w stanie nietrzeźwym. Wspomina także o prezentach: telewizor, MP3, telefon, pióro ze złotą stalówką. Na jego konto wpływały pieniądze: 200, 150 zł. Potwierdza to jego rachunek bankowy założony w ING i mBanku. Poza tym był w miejscach i przy rozmowach, przy których nigdy nie powinien być.

Samochody z wirtualnej wędki
Jerzemu Szczyściakowi postawiono 796 zarzutów. Do tylu kradzieży samochodów się przyznał. Skąd brał dane samochodów, które niby ukradł? Z Krajowego Systemu Informacji Policji (KSIP).
Policjanci wchodzili w rejestr skradzionych samochodów, których nigdy nie odnaleziono, tym bardziej więc nie znano sprawców. Szczyściak brał na siebie to i to auto, podawał nazwisko tego i tego wspólnika. Czasem był to ktoś, kogo znał, a czasem ktoś, czyje dane podawali mu policjanci. Potem prokurator Małgorzata Musiał brała go na przesłuchanie i natychmiast zatrzymywano pomówionego przez Szczyściaka delikwenta. Musiał wnosiła o areszt. Według naszych danych zastosowano 10 aresztów. Łącznie pomówionych przez Szczyściaka było 29 osób. Według niego większość niewinna.
Z czasem sam Szczyściak miał dostęp do KSIP, gdzie dopasowywał sobie skradzione wozy. Więzień bywał na wolności, a śledczy w tym czasie awansowali i dostawali nagrody. W początkowej fazie ukradzionych aut było ponad 1000. Ale zaczęły się wykluczać, np. w tym samym czasie Szczyściak musiałby ukraść audi i renault. Tyle że jedno auto kradł w Łodzi, a drugie w Zielonej Górze. Prokurator Musiał weryfikowała zeznania, rezygnując z niektórych samochodów. Wpadała w panikę, gdy okazywało się, że samochód, rozebrany na części w lesie (według zeznań Szczyściaka), ktoś znajdował piękny i w całości w innym miejscu. Wtedy wzywała osadzonego i pisała, że podejrzany zmienia zeznania, bo mu się przypomniało, że on jednak auta nie rozebrał, ale sprzedał nieznanej osobie. Takich notatek i zmian znaleźliśmy kilkanaście, ale jest ich więcej.

Jumanie na śniadanie
Na siłę moglibyśmy uwierzyć, że gość zwędził prawie 800 wozów, choć to doprawdy bardzo trudne. Gdyby nie to, że wiele tych aut Szczyściak ukradł wtedy, gdy był w więzieniu. Większość skradzionych przez niego polonezów przypada właśnie na okres pobytu w więzieniu w Zielonej Górze. Podobno kradł wówczas w Łodzi. A znowu wtedy, gdy kradł w Zielonej Górze, był akurat w Łodzi. Na wszystko są dokumenty. Gdy kradł w Poznaniu, przebywał w więzieniu 204 km dalej. Był także "na dołku" w tę noc, gdy kradł renault 14. Jak to wytłumaczył prokurator Jackowski, obecnie prowadzący postępowanie w tej sprawie?
- Powiedział, że miałem układ z dyrektorem więzienia i on mnie wypuszczał na przepustki - mówi Szczyściak. Dobry dyrektor. Wypuszczał go 15 razy w miesiącu, sądząc po dokonanych wówczas kradzieżach. Jerzy Szczyściak jest sprawnym człowiekiem. Ale mimo to wątpimy, czy byłby w stanie być aż tak sprawny, jak twierdzi prokuratura. Według niej mężczyzna w 2002 r. spał tylko 14 razy. Resztę dni i nocy kradł. Poza tym nie zapominajmy, że prowadził warsztat samochodowy. Ba, udało mu się nawet spłodzić troje dzieci!
Najbardziej nam się jednak podobały dwie kradzieże samochodów i włamanie w dniu jego ślubu. Oraz niezwykła aktywność złodzieja po weselu i zapewne gorącej nocy poślubnej. Ukradł passata za głupie 3 tysiaki. Nad ranem. Gdy żona leżała w pościeli, a goście weselni jeszcze się nie rozeszli. Dobre były też kradzieże w Łodzi w kwietniu 2004 r. - dokładnie wtedy, gdy był w szpitalu w Krośnie Odrzańskim, na co mamy dowody. Podczas pogrzebu teściowej też kradł. W Łodzi, choć teściową żegnał w Wołominie, o czym świadczą podpisane przez niego kwity z wołomińskiego zakładu pogrzebowego.
Zawsze kradł tak samo: po uprzednim pokonaniu zamka za pomocą łamaka. Nawet prokurator nie pokusił się, żeby cokolwiek tu zmienić. Metoda kopiuj-wklej. Poza tym Szczyściak był niezwykłym szczęściarzem i niezłym finansistą. Potrafił sprzedać poloneza za 15 900 zł albo żuka za 12 000!
- Żuka nie bierze się na żadnego łamaka -mówi Szczyściak.
Potwierdzają to "eksperci" z Wołomina. Tyle że oni w ogóle nie biorą żuka.

Mordy na krzywy ryj
Pewnego dnia policjantom było mało samochodów.
 - Szykujemy "koronę"(status świadka koronnego - przyp. J.S.) - powiedzieli do więźnia.
 - Może byśmy tak weszli w "głowy" (zabójstwa" -  przyp. J.S.)
I tak Szczyściak miał zacząć brać udział w morderstwach. Dostał parę nazwisk. Pierwszy był były poseł SLD Andrzej Pęczak, którego Szczyściak kiedyś poznał. Znaleźli jakąś laskę o imieniu Monika, która niby była na imprezie z Pęczakiem, a która wybyła gdzieś w świat i nikt nie wiedział, co się z nią działo. Szczyściak miał słyszeć o tym, że Pęczak udusił dziewczynę w seksualnym uniesieniu, po czym wrzucił ją do zalewu. A dlaczego nie znaleziono ciała? Bo było przywiązane do szyny kolejowej, a po latach ryby je zjadły
- Policjanci pokazali mi miejsca, w których to niby się stało, żebym dobrze się nauczył terenu. Poza tym dostawałem kartkę, a tam był opisany przebieg zdarzenia. Miałem się tego nauczyć. Monika to nie wszystko. Potem pojawił się gostek, który podciął sobie żyły. Narkoman, najarany jak meserszmit. Prokuratura chciała mieć morderstwo, a policjanci wykrywalność. Szczyściak miał więc powiedzieć, że wie, kto udydolił żyły kolesiowi żyletką. Był jeszcze inny facet, powieszony, który jak nic sam się powiesił, a nie tak, jak mówił Szczyściak, przy pomocy kumpla. I był człowiek zakopany, który się jednak potem znalazł gdzieś na końcu świata.
Z opowieści o morderstwach chyba jednak nic nie wyjdzie, bo sprawą zajęła się inna prokuratura i Szczyściak wpadł na kłamstwach.

Długowieczne ślady DNA
Zaczęły mu jednak dokuczać wyrzuty sumienia. Poznał też tych, których niewinnie pomówił, a którzy trafili przez niego za kraty. Postanowił się wycofać. I opowiedział wszystko innemu prokuratorowi. Mówi, że gdy jechał na przesłuchanie, jeden z wiozących go policjantów włożył mu do ręki gryps, a w nim wyraźną groźbę, że jeśli nie przestanie nadawać na policjantów, to... . I tu adres jego żony i dzieci.
Gryps ten trafił do akt sprawy. Prokuratura powołała biegłego grafologa, który stwierdził, że pismo jest niejednorodne i nie można stwierdzić, kto to napisał. Szczyściak powiedział też, że ma parę nagrań ze spotkań z policjantami, ale ukrył je w bezpiecznym miejscu.
Natychmiast miał przetrząśniętą celę - na wniosek prokuratury. Szukano wszystkiego, ale skupiono się na płycie DVD. Tylko szkoda, że były tam jedynie nagrania dzieci. Prokuratura Okręgowa w Ostrowie Wielkopolskim prowadzi postępowanie przeciwko trzem policjantom - Krzysztofowi C., Rafałowi K. i Gabrielowi S. (sygn. V Ds 30/10) - za nakłanianie do składania fałszywych zeznań.
O udziale w tej zabawie prokuratury w Łodzi i prokurator Musiał nikt nie mówi. Szkoda.
- Musiałowa mi tequilę z Meksyku przywiozła - wspomina Szczyściak. Rzecznik policji w Łodzi w ogóle nie pamięta, żeby było takie postępowanie. Nawet nazwisk kolegów z jednostki zapomniał. Biuro Spraw Wewnętrznych nie pamięta, co robiło. Prokurator Małgorzata Musiał rozmawiać z nami nie chce, bo nie jest upoważniona. Podejrzani o wymuszanie fałszywych zeznań policjanci rozmawiać z nami nie mogą - dla dobra śledztwa. Ale porozmawiają, gdy akt oskarżenia do sądu trafi.
- Nikt przy zdrowych zmysłach nie nakłaniałby nikogo do przyznania się do tylu przestępstw - mówi jeden z podejrzanych policjantów.
A Szczyściak zbiera dowody swojej niewinności. Ma już ich wiele. Chce udowodnić, że nie mógł dokonać kradzieży, które za namową policji i prokuratury wziął na klatę. Czyli nie mogli też zrobić tego ci, których niewinnie pomówił. I nici z brawurowego postępowania prokurator Małgorzaty Musiał. Obecnie tę sprawę prowadzi prokurator Dawid Jackowski z Rawy Mazowieckiej. I uparcie szuka dowodów winy Szczyściaka. Ostatnio pobrał od niego materiał DNA, bo przy jednym z samochodów znalazł klucz oczkowy nr 12 ze śladami DNA. Znaleziono ten klucz w 2004 r. Ślady biologiczne utrzymały się na kluczu przez ponad 7 lat? Jerzy Szczyściak podobno zarobił na tych kradzieżach 15 654 000 zł. Ma adwokata z urzędu. Zapewne dla niepoznaki.

Joanna Skibniewska