Pokazywanie postów oznaczonych etykietą OPS. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą OPS. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 marca 2013

Źle urodzone (NIE 29/2012)


Przemoc, nienawiść, gwałt, wóda, brak środków do życia - to za mało, by pozwolić upośledzonej, nieletniej dziewczynie dokonać aborcji. w imię prawa i Boga.

Kasia* jest ładną nastolatką. Mieszka w cichym zakątku Ząbek pod Warszawą wraz z mamą, babcią, bratem i kuzynem. Blisko ma też dziadka i jego rodzinę. Kasia powinna być szczęśliwa. Bo Bóg ją pobłogosławił. Niedługo w rodzinie pojawi się nowe życie, aniołek, dar. Kasia urodzi dziecko.
Ale Kasia nie jest szczęśliwa. Ani jej mama, babcia, brat, ojciec, kuzyni, kochankowie matki, koledzy brata, kumple ojca, sąsiedzi, policja i wszyscy, którzy wiedzą, co czeka to dziecko. I Kasię. Tymczasem ci, którzy mogliby i powinni jej pomóc, mają ją gdzieś.

Piekło

Małe, wąskie podwórko, na nim dwa domki. Jeden prowizoryczny, jak gdyby dobudowany pokoik do garażu. Mieszka tu kilka rodzin.
Babcia - "starowna", jak o niej mówią, szybka, energiczna, wulgarna i agresywna.
Matka - mniej energiczna i mniej starowna. Wulgarna, gdy wpadnie w szał, bardzo agresywna.
Brat - energiczny, wulgarny, agresywny.
Dziadek - alkoholik, prostak, agresywny. Jego druga żona - porządna, wykończona przez wszystkich pozostałych. Było jeszcze dwóch starszych braci, ale uciekli z tego piekła.
I Kasia - powolna, małomówna, upośledzona...
-  To zawsze powolne dziecko było - mówią sąsiedzi. - Nie pasowało do nich, ale cóż, chora dziewczynka. To dobry dzieciak był.
- Z mału to jej tak nie leli, bo i nie było za co. Dopiero jak ją zaczęło swędzieć, to dziewczynie nowe piekło dołożyli, jakby własnego nie miała.
Kasia fizycznie rozwijała się szybciej od innych dzieci. Jak to upośledzona. Szybko też była dojrzała płciowo. I o ogromnych potrzebach seksualnych. Jak to upośledzona. Uciekała i dawała w pobliskich krzakach. Gdy zaczęli ją zamykać, wołała chętnych do siebie i od razu rozkładała nogi. Nie wiedziała, dlaczego to złe. Jak to upośledzona. Babcia miała zwyczaj łapać ją za włosy i bić głową o ścianę. Matka kopała. Gdy dorósł młodszy brat, dostawała z pięści. Nie umiała się bronić. A może nie chciała? Nie wiedziała, za co dostaje. Jak to upośledzona.
- Tutaj nikt nie chce mieć z nimi nic wspólnego - mówią sąsiedzi.
Boją się. Nie ufają mi, nie chcą podać imion.
Pierwsze piekło zrobił im ojciec. Pijak i awanturnik. Drugie piekło dał im dziadek. Niby z nimi już nie mieszka. Ma nową żonę, nową rodzinę. Ale mieszka parę metrów od nich, na tym samym podwórku, w garażu. Gdy przechodzili pod jego oknem (a nie mieli innej możliwości, żeby wyjść z podwórka), jeśli był w stanie wyjść i skoczyć z łapami, to dostawali manto. Bo zakłócali mu mir domowy. Z czasem i oni nie byli mu dłużni. Bywało, że rzucali w niego kamieniami.
Potem piekło zrobiła matka. Sprowadzała sobie gachów, a ci różnie traktowali dzieciaki. Zwłaszcza Kasię. Sąsiedzi mówią, że tę dziewczynkę seksualnie wykorzystywał każdy, kto miał na to ochotę. A miało wielu. Starych i młodych. Zarówno koledzy matki, jak i młodszego brata.
- Zgłaszaliśmy do wszystkich służb, ale to walenie głową w mur. Wszyscy mieli w dupie. To przestaliśmy zgłaszać. Najwyżej wzywaliśmy policję.
Pewnego dnia ktoś  przypadkowo znalazł dziewczynę obolałą w łóżku. Była pobita. Trafiła na pogotowie. Tam okazało się, że mamusia przetrąciła jej kręgosłup. Znowu wpadła w szał. Kopała gdzie się dało. Do tego dołożył się młodszy brat. Okazało się też, że dziewczyna jest w ciąży.

Opieka

Tajemniczy ktoś powiadomił służby. Ośrodek Pomocy Społecznej w Ząbkach wysłał pracownika. Powstał raport. Ktoś pobiegł też do prokuratury. Kasia na parę dni zniknęła z rodzinnego domu. Ale już jestz powrotem. Mówi, że mama jest dobra.
-Ta rodzina dotychczas radziła sobie sama- mówi kierowniczka OPS Elżbieta Rutkowska. - Nie była objęta naszą opieką.
 - To nie mieliście żadnych zgłoszeń? - pytam.
- Mieliśmy, ale ta rodzina dobrze sobie radziła.
Dyrektorka ośrodka twierdzi, że teraz prokuratura prowadzi postępowanie w tej sprawie, więc ona się nie wypowiada. Niech prokuratura sobie z tym radzi.
Okazuje się, że wbrew temu, co mówi szefostwo OPS, rodzina ta miała być objęta opieką. Był nawet pracownik socjalny, który zajmował się tym terenem i nimi. Ale ten pracownik, dopiero gdy rozpętała się burza wokół sprawy, poprosił o zmianę podopiecznych, bo on się ich boi. Bał się zawsze !
Pracownik socjalny to nie jedyny opiekun tej rodziny. Zarówno nieletnia, czyli Kasia, jak i jej matka miały od 2010 r. przyznanego przez sąd rodzinny w Wołominie kuratora. Najpierw miała jeździć kuratorka zawodowa Karin Jędrzycka Pniewska, potem pod jej nadzorem pieczę nad nimi miał sprawować kurator społeczny. W marcu 2012 r. sąd rodzinny zniósł tę kuratelę. Tak było dobrze w tej rodzinie. Zgodnie z raportami. Wtedy, w marcu, Kasia już musiała być w ciąży.
Rodziną powinno zająć się Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie, bo kilka lat temu bratu mamusi odebrano dziecko i ustanowiono babcię rodziną zastępczą. Czyli miał tam być kolejny opiekun, który powinien sprawdzać, czy babcia spełnia się w roli rodziny zastępczej, czy jest dobra, opiekuńcza i mądra. I czy chłopak nie sprawia problemów wychowawczych. Tymczasem babcia dostaje od dawna regularne wciry od wnusia. Jednak według PCPR rodzina była objęta nadzorem. Wszystko było tam w porządku.
Sąd w Wołominie, który ustanowił starszą panią rodziną zastępczą, też miał obowiązek ją kontrolować.
- Kto tę babcię ustanowił rodziną zastępczą?! - krzyczy policjant z Ząbek.
Jedynie miejscowa policja wie, co się tam dzieje. Bo ciągle tam jeździ. Policjanci prowadzili sprawy o znęcanie, ale chyba utykały w prokuraturze, bo nic nie działo się dalej. Wiedzą, że tam jest przemoc. Twierdzą, że OPS też dobrze o tym wie. I wszyscy dokoła.
Prokuratura Rejonowa w Wołominie prowadzi postępowanie o znęcanie się nad Kasią i o gwałt. Bo Kasia powiedziała, że została zgwałcona. Ale prokuratura nie daje jej wiary, bo jest niewiarygodna.
Podejrzewają, że dziewczyna powiedziała o gwałcie, bo chce aborcji. Oburzające.
Bo Kasia chce aborcji! I wszyscy w tym domu chcą aborcji. Kasia prawdopodobnie została tak dotkliwie pobita, bo była nadzieja, że poroni. Nie wiadomo, który już raz... Wszystkim mówi, że chce aborcji. Nie wie, co to, ale wie, że nie będzie musiała mieć dziecka, bo wyjmą je już teraz. Tymczasem nikt nie chce w ogóle o tym rozmawiać. Bo to grzech! A czas ucieka.
Prawdopodobnie jest już za późno na skrobankę. Wszyscy są więc czyści. Mogą spokojnie w niedzielę iść do kościoła. W prokuraturze podobno powiedziano Kasi, że może to dziecko zostawić w szpitalu po urodzeniu. I Kasia jest spokojna. Już wie, jak rozwiązać problem.

- Może to i grzech, ale to niewinne dzieciątko, które ona urodzi, będzie skazane od początku na piekło.
Lepiej to zepsuć już teraz - mówią sąsiedzi.
- To są ludzie szczury, tylko się mnożą i potem żrą się w tych swoich klatkach.

Teoria

Jeśli wierzyć statutom, regulaminom i sprawozdaniom z działalności - jest super. Strategia rozwiązywania problemów społecznych opracowana dla powiatu wołomińskiego na lata 2008-2015 przewiduje tak wiele form wsparcia, że nie wiadomo, na którą się zdecydować.
Teoretycznie nikt nie powinien mieć pretensji, bo nad Kasią pochylali się już wszyscy: sąd rodzinny, pracownik socjalny oraz specjaliści z Poradni Rodzinnej wołomińskiego PCPR. Ci ostatni, zgodnie z ustawą o pomocy społecznej, powinni zapewnić poradnictwo rodzinne obejmujące szeroko rozumiane problemy funkcjonowania rodziny, w tym problemy wychowawcze w rodzinach naturalnych i zastępczych oraz problemy opieki nad osobą niepełnosprawną, a także terapię rodzinną.
Z kolei u pracowników Działu ds. Osób Niepełnosprawnych można upomnieć się o rozwój infrastruktury ośrodków wsparcia dla osób z zaburzeniami psychicznymi, a przede wszystkim o przestrzeganie praw osób niepełnosprawnych. Za organizowanie opieki w rodzinach zastępczych odpowiada już zupełnie inny dział - pewnie dlatego, przyznając starszej pani prawo do opieki nad krnąbrnym wnuczkiem, nikt nie wziął pod uwagę sytuacji mieszkających w tym samym domu Kasi i jej mamy.

A przecież zgodnie z tym, co jeszcze niedawno mówił premier Tusk, polityka prorodzinna miała być oczkiem w głowie rządu. W poprzedniej kadencji wprowadzono m.in.nowatorską ustawę o wsparciu rodziny i pieczy zastępczej. Gminne Ośrodki Pomocy Społecznej od 1 stycznia miały przygotować dodatkowe etaty dla asystentów i koordynatorów rodzin. W teorii nastoletni brat Kasi nie miałby szans, aby pod opieką babci stać się sprawcą przemocy. W praktyce po wyborach szuka się oszczędności w rodzinach zastępczych. Biedniejszym samorządom wolno poczekać z realizacją ustawy do 2015 r. Do tego czasu dziewczyna może zostać zakatowana w domowym zaciszu, pod nadzorem urzędników z całego powiatu. Nikt się o nią nie upomni. Ale na papierze wszystko jest w porządku.

Joanna Skibniewska

*- imię zostało zmienione

piątek, 1 marca 2013

Ubogaceni nędzą (NIE 10/2011)


Caritas ma pomagać, a wyzyskuje najbiedniejszych. Przykład z Brodnicy. 
 
Albin C. ma 56 lat. Wygląda na siedemdziesiątkę. Porusza się o lasce. Posuwa nogami po ziemi jak mechaniczna zabawka. Nie ma kurtki, nie ma skarpet, nie ma co jeść. Brodnica. Albin lubi tu być. Ludzie serdeczni. Uciekł kiedyś z rodzinnej Kruszwicy - problemy rodzinne...
Wtedy, w nocy z 15 na 16 lutego, też tu był. A noc była bardzo mroźna. Podobnie jak poprzednia, którą spędził w policyjnej poczekalni. Ktoś zadzwonił, że po obwodnicy idzie człowiek, który słania się na nogach. Policjanci znaleźli go wycieńczonego, głodnego i zmarzniętego. Wezwali pogotowie, ale lekarz nie zabrał go do szpitala. Funkcjonariusze pozwolili mu więc zostać w poczekalni. Dali herbaty, coś do jedzenia.
Już wtedy widzieli, że mężczyzna jest w fatalnym stanie. Sikał krwią, na pośladkach miał jedną wielką ranę - pewnie odmrożenia.
Albin rano podziękował i wyszedł. Dokąd? Pewnie żebrać do Kauflandu. Tam w wiatrołapie zawsze można było spotkać innych bezdomnych.
Jednak w nocy spotkali go znowu. Na śniegu. Albin był w dżinsowej koszuli, za dużych, opadających do kolan spodniach poplamionych krwią w okolicy krocza, bez skarpet, w szmacianych podartych tenisówkach. Na siwej zaniedbanej brodzie i włosach widać było lód i śnieg. Tym razem już nie mogli wziąć go na komendę.
Pomyśleli, że być może będzie go za co zatrzymać. Ale nie dość, że był trzeźwy, to jeszcze miły i uśmiechnięty. Nie mogli bezpodstawnie pozbawić go wolności. Zawieźli go więc do noclegowni prowadzonej przez ks. Grzegorza Bohdana z brodnickiego Caritasu.

Na stację paliw Statoil około północy zajechał radiowóz. Dwaj funkcjonariusze poprosili pracowników, żeby pozwolili pewnemu bezdomnemu, którego mają w samochodzie, przespać się na stacji. To był ten sam Albin C. Ks. Bohdan powiedział policjantom, że Albin C. ma meldunek. Może iść do domu. Gdy policjanci nalegali i zauważyli, że mężczyzna zameldowany jest w Kruszwicy, 130 km od Brodnicy, ksiądz oznajmił, że w noclegowni nie ma miejsc.
Albin C. już któryś raz nie został przyjęty przez ks. Bohdana. Gdy pojawił się w noclegowni 10 lutego i poprosił o przenocowanie i szklankę ciepłej wody, też został z niej wyrzucony. Dlatego, że ksiądz dowiedział się od urzędników z Kruszwicy, że nie zapłacą za nocleg swojego mieszkańca, bo Albin C. posiadał niewielką rentę socjalną. Czyli zgodnie z przepisami miał środki do życia. Gdy ksiądz zorientował się, że nie dostanie kasy za udzielenie schronienia Albinowi, wyrzucił go w środku nocy. Wtedy, 15 lutego, już więc wiedział, że na tym człowieku nie zarobi, dlatego go nie przyjął...
Albin C. położył się w poczekalni myjni. Tam są nagrzewnice do wody, miał więc ciepło. Pracownicy stacji podali mu herbatę, zrobili gorący barszcz z torebki i oddali swoje kanapki.
- Ale dobry dzień mi się trafił - powiedział bezdomny z łezką w oku.
Albin był bardzo słaby, ale rozmowny. I inteligentny. Policjanci zajeżdżali przez całą noc na stację, by zerknąć, co z bezdomnym. Rano chcieli go zawieźć do innej noclegowni, ale mężczyzna poprosił, by odwieźli go na dworzec. Albin C. parokrotnie próbował wejść do radiowozu. Nie miał siły podnieść tak wysoko nogi. Na dworcu policjanci wsadzili go do pociągu jadącego w stronę Kruszwicy.
A ks. Grzegorz Bohdan w tym samym czasie przygotowywał się do porannej mszy. Dla bezdomnych w jego noclegowni. I powtarzał w myśli kazanie o dobroczynności.

Grzegorz Bohdan - Caritas Brodnica
Nowy budynek noclegowni, z której ksiądz przepędził Albina C, to dzieło samorządu. Większość pieniędzy dała Unia Europejska. Około 1,7 min zł. Kolejny milion wydano z kasy województwa kujawsko-pomorskiego. Całość inwestyqi warta jest 2 709 601, 63 zł. W noclegowni jest dużo miejsca. Stoi tylko 26 łóżek, ale zawsze można rozłożyć materac na korytarzach czy w świetlicy. Noclegownia powstała 2 lata temu. I od razu było wiadomo, że samorząd buduje ją dla Caritasu. Gdzie są te prawie 3 miliony? Na pewno nie w budynku noclegowni na 26 łóżek. Za tę kasę można by zbudować 4 takie noclegownie. Szczególnie że wyposażenie to dary. Ze szpitali, ośrodków i schronisk.
Przywieziony z Torunia ks. Grzegorz Bohdan od razu zwrócił na siebie uwagę.
- Markowy koło - mówią mieszkańcy Brodnicy.
Nawet skarpetki kupował u Hugo Bossa. Zegarek wart kilkadziesiąt tysięcy. Nówka ford mondeo. Zawsze chodzi bez koloratki. Szybko też zrobiło się głośno o noclegowni. Bo ksiądz wprowadził swój regulamin. Jeśli mróz nie przekraczał 10 stopni, podopieczni o 7.00 mieli się wynosić. Od 7.30 koczowali w Kauflandzie albo na dworcu autobusowym, gdzie było ciepło. Czasem wpadali do saloniku prasowego, gdzie pracownik dawał im gorącą herbatę albo kawę. O 19.00 mogli wrócić do noclegowni. Tymczasem noclegownię i wszelką pomoc dla bezdomnych finansuje miasto.
- Nie ja jestem autorem tego regulaminu, tylko ks. Grzegorz Bohdan, dyrektor brodnickiego ośrodka Caritas. Osobiście wymogłem, żeby zostawiać tych ludzi w noclegowni, gdy mróz jest większy. Płacimy za tę dodatkową pomoc po 200 zł dziennie na każdego podopiecznego - tłumaczył się w mediach burmistrz Wacław Derlicki.
Dziwne... Za takie pieniądze każdemu można wynająć pokój w niezłym hotelu na całą dobę. Po tych zwierzeniach Derlicki już nie jest burmistrzem. Niby potem się z tego wykręcał, ale nie pogłaskał księdza po główce, nie pochwalił. Musiał odejść. Bo ks. Bohdan ma dobry kontakt z władzą. Brata się z nią w knajpie, przy suto zastawionym stole. I ma dobre układy z ojcem redemptorystą z Torunia. Często jedzie do ojca dyrektora biały bus Caritasu z Brodnicy. Przed wyjazdem ładuje się go darami dla biednych, które otrzymał brodnicki Caritas. Do Brodnicy samochód wraca pusty.
Na miejskim forum internetowym Brodnicy huczy. Ktoś opisał historię bezdomnego. Mieszkańcy są oburzeni postawą księdza. Klecha zadzwonił więc do kierowniczki stacji Statoil. Bo przecież to stamtąd musiało wyciec, że wycieńczony bezdomny nie został w mróz przyjęty do noclegowni. Ksiądz darł się, że sobie nie życzy, by pracownicy stacji pisali o tym na forum. Nie wiadomo, czym straszył, ale pracownicy bali się z nami rozmawiać. Szukał też administratora forum.
Mieszkańcy jednak byli gotowi mówić. Oczywiście anonimowo. Bo się go boją. Mówili o tym, jak ks. Bohdan traktuje ludzi.
- Gdzie się, krowo, pchasz, powiedział do mojej mamy, jak stała w kolejce po dary - mówi młoda dziewczyna. - Jak na jego mszę bezdomny szedł bardzo powoli po kaplicy, to krzyknął: Ruchy, kurwa! - wspomina starszy mężczyzna.
I że wszyscy w mieście o tym wiedzą. Władze samorządowe też. I nic.
- Nie otrzymaliśmy oficjalnego zgłoszenia od tego bezdomnego, że go nie przyjęto - usłyszeliśmy w Urzędzie Miejskim w Brodnicy. - Nie było więc podstaw, by porozmawiać z ks. Bohdanem...
Urzędnicy potwierdzają, że utrzymują tę placówkę. Podobnie swoją działkę płacą urzędy tych gmin, z których bezdomni się tam pojawiają. Dyrektor Ośrodka Pomocy Społecznej w Brodnicy Alfred Józefiak też nie widzi powodu, by wyciągać jakieś konsekwencje wobec szefa noclegowni. Bo przecież Kruszwica nie chciała zapłacić... Za darmo miałby ksiądz przenocować bezdomnego? Jak to?

Oto myśl Jana Pawła II, motto brodnickiej noclegowni wypisane na kamieniu przed wejściem do budynku: Nieście prawdziwą nadzieję ubogim, którzy w perspektywie nadprzyrodzonej nadziei spoglądają na Kościół jako na jedynego obrońcę. Pod tymi słowami była jeszcze tabliczka z płaskorzeźbą papieża. Ale z powodu mrozu odpadła. Pozostał tylko rozpaćkany klej. Może stało się to wtedy, w nocy z 15 na 16 lutego, gdy bezdomny Albin C. o mało nie umarł na mrozie. Bo był zbyt biedny, by udzielić mu pomocy.
Mówili o tym, że nadgodziny swoim pracownikom wypłacał darami dla biednych. O darach dla powodzian, które zostały przez niego... sprzedane. O przekrętach na żywieniu biednych kierowanych do Caritasu przez Ośrodek Pomocy Społecznej. Przywieźli go do Statoilu, gdyż głodnego, chorego, odmrożonego nie przyjął ksiądz. Bo śmierdział i był brudny.