Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 marca 2013

Polski obóz pracy (NIE 49/2012)


Praca za darmo albo wpierdol. 240 więźniów protestuje.

Kraj obiegła wiadomość, że z Zakładu Karnego w Głogowie zbiegł groźny przestępca, złodziej i recydywista. Nie tylko groźny, ale jeszcze cwany i sprawny. Pokonał podwójny 3-metrowy mur i nie bał się drutu kolczastego. Za zbiegiem pognała obława. I tak sobie gna.
     Więzienie w Głogowie to zakład typu półotwartego, w którym osadzeni mogą pracować na zewnątrz. Stąd nie wierzymy w tę brawurową akcję pokonywania muru. Bo i po co? Wierzymy jednak w jedno, że gość miał dosyć tego, co się w tym zakładzie dzieje. Tak jak 240 innych, którzy podpisali się pod protestem. To pierwszy zbiorowy protest więźniów.

Pojemność: 320 więźniów. Faktycznie przebywa ich tu jednak prawie 400. Warunki są fatalne. W latach 60. ubiegłego stulecia budowano ten zakład z myślą, że budynki przetrwają najwyżej 15 lat. Były potrzebne ręce do pracy w okolicznych przedsiębiorstwach. Teraz okoliczne przedsiębiorstwa to firmy prywatne, które nie potrzebują już więźniów. Są więc oni darmową siłą roboczą dla rodzin i znajomych więziennych funkcjonariuszy.
- Sorbian, nie przestaniesz wypisywać skarg, to cię zajebiemy - powiedział kiedyś Marcinowi Sorbianowi klawisz. Potem to samo przekazał wychowawca. Ale Sorbian nie przestał.
   
Sorbian trafił do więzienia jako młody człowiek. Lekko szalony prezenter radiowy, motocyklista, miłośnik ryku silnika. I wielki społecznik, szanowany wmieście. Podobnie jak jego bliscy. Intelektualista. Wyłudził kredyt, za co go zapuszkowano.
Od razu zorientowano się, że Sorbian nie jest bandytą ani nawet draniem. Jego społecznikowskie zapędy nie zmalały za kratami. Sorbian przez ponad 5 lat odsiadki był bardzo grzeczny. Więzienni psychologowie dobrze wyprali mu mózg. Chłopak dostawał pochwały, nagrody itp. Był wielokrotnie bez dozoru, ponieważ wciąż organizował jakieś akcje społeczne dla potrzebujących. A to dzień dziecka dla samotnych matek, a to dzień niepełnosprawnego. Jeździł na wycieczki z chorymi.
Po 5 latach zachorowała jego babcia. Babcia, z którą był głęboko związany. Poprosił o zwolnienie na 30 godzin. Kara mu się kończyła. Odmówiono mu. w zasadzie bez uzasadnienia. Nie zezwolono także na przerwę w odbyciu kary, po to by mógł zobaczyć się z babcią. Gdy ta zmarła, wyrażono zgodę na pobyt na pogrzebie, ale w kajdankach i w asyście dwóch funkcjonariuszy więziennych. Człowiekowi, który 2 tygodnie wcześniej organizował wmieście imprezę i nikt nie musiał go pilnować.
   
Marcin poruszył problem, który od lat jest tematem tabu w jednostce. Sprawę darmowej pracy więźniów i naruszania przepisów przez władze więzienne. Według niego i pozostałych 240 osadzonych nie dostają oni warunkowych zwolnień, bo zakład ten jest swoistym obozem pracy. Więźniowie, którzy pracują już długo, stają się po prostu fachowcami, a nowych trzeba by uczyć. Pracują za darmo. I to na rzecz prywatnych podmiotów powiązanych z władzami więzienia.
     Zatrudnienie skazanych poza terenem jednostki ma w ZK Głogów wieloletnią tradycję. Według wypowiedzi przedstawicieli zakładu skazani świadczą przede wszystkim prace odpłatne oraz nieodpłatne w ramach prac publicznych i charytatywnych wykonywanych na rzecz wielu instytucji w mieście Głogowie i w jego okolicach. (...) Po nowelizacji KKW od września 2003 r. skazani, w szerszym zakresie niż to miało miejsce przez ostatnie lata, wykonują pracę odpłatną na rzecz kontrahentów pozawięziennych. Znaczny wzrost nastąpił po roku 2006, gdy pracodawcom zaczęło brakować rąk do pracy. W roku 2007 poza terenem ZK pracowało już do 230 skazanych.
Może byłoby to i fajne, gdyby nie fakt, że osadzony może pracować nieodpłatnie 90 godzin w miesiącu.
Ale jeśli nie chce, żeby klawisze go zajebali, jak Sorbiana, to od razu podpisuje, że chce pracować więcej.
Przed zakład codziennie przyjeżdża bus lub większy samochód z firmy budowlanej. Prywatnej. I zabiera darmową siłę roboczą. Pracują też dla powiatu.

I otrzymują wynagrodzenie. Paczkę papierosów dziennie.
- Pod opieką naszego pracownika wykonują prace porządkowe, w razie potrzeby przenoszą meble albo sprzątają ? wyjaśnia Bartłomiej Adamczak, rzecznik starostwa powiatowego w Głogowie. - Taki układ z zakładem karnym mamy od wielu lat i jesteśmy zadowoleni.
Codziennie dwóch mężczyzn odsiadujących wyroki w głogowskim zakładzie pomaga też w budynku urzędu miejskiego, a grupa blisko 40 osadzonych wykonuje prace porządkowe w parkach, na ulicach i chodnikach. Miasto ma jednak inny przelicznik dniówki, bo jednemu więźniowi "płaci?paczką papierosów i paczką taniej kawy.
Marcin Sorbian długo nie dostawał warunkowego zwolnienia. Zaczął też być karany przez władze więzienne. Bezzasadnie. Zmuszano go do pracy, której nie wolno mu było wykonywać ze względu na chorobę kręgosłupa. Wreszcie, jak twierdzi, podrzucono mu narkotyki do celi.
Zgłosił sprawę prokuraturze, ale to nic nie dało. Pobicie? Klawisze powiedzieli, że to nieprawda, prokuratura więc umarzała. Korupcja? Funkcjonariusz zaprzeczył. Umorzone. Zażalenia odrzucano. Skazany jest zawsze niewiarygodny.
- Ja chcę tylko, aby przestrzegano prawa także w stosunku do osadzonych.
Postanowił założyć fundację pomagającą więźniom W takiej sytuacji. Bo jest ona naprawdę potrzebna.
A ten uciekinier po prostu wyszedł z jakiejś prywatnej budowy, bo miał dość pracy za darmo. I to jeszcze bez szansy na warunkowe zwolnienie. Podobnego zdania jest 240 więźniów, którzy protestują.

Joanna Skibniewska

środa, 27 lutego 2013

Męczeństwo przewoźników (NIE, 40/2009)

Pokazowo robiona walka z przestępczością wymagała od prokuratury klejenia afer, mafii, ośmiornic. Np. z oszukiwania ludzi czyniła od razu handel żywym towarem.
To był wielki medialny sukces ekipy Zbigniewa Ziobry: wstrząsające artykuły, brawurowe akcje policji i konferencje prasowe ministra sprawiedliwości. Kilkadziesiąt osób trafiło za kratki. Przesiedzieli prawie 3 lata. Niektórzy siedzą do dziś. Jak wynika z akt toczącego się procesu – siedzą za nic.   
 
Jasnowidzący wymiar sprawiedliwości
Wpadli jak zwykle o szóstej rano do kilkudziesięciu domów jednocześnie. Rzucili na glebę, zakuli i wywieźli na dołek. Zatrzymani to kierowcy busów i właściciele firm przewozowych. Szybkie posiedzenie sądu i wniosek o areszt. Niektórzy przesiedzieli lata bez jednego choćby przesłuchania, bez żadnej czynności procesowej. Długo nie wiedzieli, za co ich zapuszkowano. Jakież było ich zdziwienie, gdy dowiedzieli się, że są zorganizowaną grupą przestępczą, a garują za... wożenie ludzi, czyli wykonywanie swojej pracy.
Polacy od lat wyjeżdżali do pracy na włoskich plantacjach owoców. Najbardziej znani stali się ci, którzy w latach 2002–2006 pracowali w regionie Apulia w okolicach Bari i Foggi. Dochodziło tam do zgwałceń, zmuszania do prostytucji, maltretowania metalowymi prętami na oczach innych pracowników. Kilka osób popełniło samobójstwo, nie wykluczamy, że dochodziło tam także do zabójstw – mówił ówczesny komendant główny policji Marek Bieńkowski.
Gdy o dramacie robotników sezonowych zaczęło być głośno w mediach, wywołał on oburzenie. Tymczasem pracujący tam Polacy nigdy się nie skarżyli. Wymiar sprawiedliwości za czasów Ziobry w niektórych sytuacjach miał zdolność jasnowidzenia. Tak jak w tym wypadku. Sam domyślił się, że na włoskich plantacjach musi dochodzić do ciężkich przestępstw.
W okolice Foggi jeździł ambasador Michał Radlicki oraz konsulowie, by na miejscu sprawdzić panującą tam sytuację. Rozpoczęte także dzięki naszym interwencjom dochodzenie utrudniało natomiast to, że Polacy nie chcieli składać zeznań na temat tego, co tam przeszli – przyznał rzecznik Ambasady RP w Rzymie Wojciech Unolt.
Zorganizowano brawurową akcję polskiej policji i włoskich karabinierów. Nad ranem ekipa policjantów z brygady antyterrorystycznej wpadła do włoskiego kampusu. Śpiący tam ludzie nie dość, że nie chcieli ich wpuścić do pokojów, to jeszcze wcale nie chcieli być uwalniani.
– Mówiłem, że mam jeszcze kontrakt i że nigdzie nie wracam – mówi Krzysztof O. Wyzwoliciele wyraźnie byli przygotowani na inną reakcję ze strony wyzwalanych.
Po przyjeździe do Polski robotnicy natychmiast zostali wezwani przed oblicze prokuratora. Dziś przed sądem opowiadają, jak takie spotkania wyglądały.
– Prokurator powiedział, żebym przyznał, iż byłem bity i poniżany, to dostanę wysokie odszkodowanie od skarbu państwa, może nawet w euro – powtarzają.
 

Niezbite dowody
W wyniku takich to zeznań za kraty trafiło prawie 20 osób. Prokurator oskarża ich o handel ludźmi. W uzasadnieniu aresztowania było jeszcze więzienie ludzi, zmuszanie do nierządu, znęcanie się nad poszkodowanymi, zmuszanie do przyjmowania środków odurzających i grożenie pozbawieniem życia.
– Jestem kierowcą autobusu. Od lat wożę ludzi w różne miejsca. Przyszło zlecenie, żeby zawieźć ludzi do Włoch, to się wiozło. Często dopiero po drodze, jak zatrzymywaliśmy się na siku, ludzie mówili, gdzie jadą i po co. Dowoziłem ich na miejsce i pamiętam, że jeszcze mówiłem, że jeśli będą chcieli od razu wracać, to ja wyruszam za dwie godziny, mogą wsiadać – mówi Andrzej M.
Zrobił kilka takich kursów. Przesiedział w areszcie 2,5 roku.
– Brałem wiele zleceń. Gdzie się dało, przecież z tego żyję – mówi kierowca Krzysztof G. – Z pielgrzymką jeździłem, z zakonem do Lichenia, wycieczki szkolne obstawiałem. To i wyjazd do Włoch też obsłużyłem, jak dostałem zlecenie.
Miał dowieźć ludzi z punktu A do punktu B. Przesiedział 24 miesiące.
Właściciel firmy transportowej Łukasz Z. wraz z żoną siedzi do dziś. Ponad 3 lata. Prokurator Katarzyna Zalewska zrobiła z niego herszta bandy. Bo jako właściciel firmy wynajmował samochody, aby jeździły do Włoch. Brał ok. 450 zł od osoby. Zorganizował przez 3 miesiące parę takich kursów. Według prokurator Zalewskiej w tym czasie skrzywdził 877 osób. Jego żona nigdy nie zajmowała się firmą, nawet tam nie bywała. Justyna Z. jest studentką. Nawet nie widziała Włoch. Według prokuratora kierowała zorganizowaną grupą przestępczą. Doprawdy obrotna dwudziestoparolatka. Nawet jej zbytnio nie przesłuchiwano przez te 3 lata.
– Jest zakładniczką. Jej pobyt w areszcie ma zmiękczyć męża, żeby się przyznał – mówią adwokaci oskarżonych.
Łukasz i Justyna są młodym małżeństwem. Nie zdążyli nawet sobą się nacieszyć. Justyna choruje.
Zamknęli jeszcze kilkunastu „busiarzy”, którzy wozili ludzi do Włoch. Poznali się dopiero w sali sądowej, bo nigdy wcześniej się nie spotkali. Niektórym zamknięto także żony, a Hubertowi K. aresztowano matkę i ojczyma, tak że jego małoletnie rodzeństwo pozbawione opieki wychowywało się samo.
Właścicielka busu Stanisława K. przesiedziała 2 lata. W domu zostało pięcioro dzieci, którymi opiekowała się najstarsza córka nastolatka. Przez to zawaliła szkołę.
Żona Bartosza W. wpadła w depresję. Nawet próba samobójcza nie skłoniła prokuratora ani sędziego do zmiany środka zapobiegawczego. Hurtowe aresztowania spowodowały więc rozliczne dramaty i szkody.
 

Przyjemna wycieczka
Odbyło się 108 rozpraw, przesłuchano 316 świadków, odczytano zeznania 108 osób. Przesłuchać trzeba jeszcze kilkuset świadków.
25 czerwca 2008 r.: W zasadzie mój wyjazd do Włoch razem z synem był całkiem przyjemną wycieczką – mówi jedna z poszkodowanych. Nie potwierdza, że była bita, bitych też nie widziała. Tamte zeznania przed prokuratorem podpisała, ale ich nie pamięta.
8 sierpnia 2008 r.: – Świadek mówi, że nigdy nie był straszony. Ciężko pracował, został oszukany przy wypłacie, ale nie bał się.
16 grudnia 2008 r.: – Kolejny świadek twierdzi, że prokurator wymuszał na nim zeznania. Miał dostać odszkodowanie, a tu ani odszkodowania, ani sprawiedliwości. To on powie prawdę. Nie było zastraszania ani bicia.
Na tej samej rozprawie jeden ze świadków nie krył zdziwienia, gdy odczytywano mu jego zeznania przed prokuratorem.
– Ja nigdy nic takiego nie powiedziałem. Czy tam jest mój podpis?
Ludzie mówią o tym, że we Włoszech oszukano ich na kasę i że mieszkali w złych warunkach. Ale to wszystko.
– Mieliśmy zarabiać po 5 euro za godzinę przy sadzeniu warzyw i zbieraniu kasztanów. Dostaliśmy po 1,5 euro. Po tygodniu zdecydowaliśmy się wraz z bratem i koleżanką na powrót do Polski – opowiada Maria J. – Nie spotkały mnie żadne szykany ani wyzwiska.
Nikt nie potwierdził zmuszania do nierządu, bicia, odurzania środkami narkotycznymi. Nikt ich nie więził, mogli wyjechać, kiedy chcieli. O samobójstwach nie słyszeli, a o zabójstwach nic nie wiedzą. Nic też nie potwierdziło handlu ludźmi. Nikt nie zeznał, że zatrzymani kierowcy wiedzieli coś o warunkach pracy we włoskich kampusach. Pracujący nigdy nie widzieli tam osób aresztowanych. Rozpoznali tylko kierowców wiozących ich z Polski do Włoch. Pamiętają, że proponowali im powrót, gdyby nie chcieli zostać. O biciu mówi tylko jedna osoba. Zatrzymany „busiarz” Tadeusz D., który w zamian za złagodzenie kary poszedł na współpracę z prokuratorem.
 

To mają nadsiedziane
Sprawę o kryptonimie „Ziemia obiecana” prowadziła krakowska prokuratura. Nie wiadomo dlaczego, bo zatrzymani kierowcy pochodzą głównie z Podkarpacia. Ziobro osobiście nadzorował sprawę. Powiedział na konferencji prasowej, że nie pozwoli na krzywdzenie Polaków w świecie. We Włoszech też zapadły już wyroki. Dla tych, którzy prowadzili „obozy pracy”, za wykorzystywanie ludzi do pracy za zaniżoną stawkę, za pracę na czarno, za niestworzenie odpowiednich warunków pracy i mieszkania oraz za niezapewnienie pracownikom opieki medycznej. Czyli za łamanie przepisów prawa pracy. Skazani zostali Włosi, Algierczyk, Ukrainiec i Polacy. Były to osoby bezpośrednio związane z kampusem we Włoszech. Nie kierowcy...
Polacy nadal jeżdżą do pracy na włoskie plantacje. I bezpiecznie wracają.
Postępowanie przed krakowskim sądem wskazuje, że handel ludźmi to hipoteza, która się nie potwierdziła. Jedyne, co ewentualnie można zarzucić organizatorom wyjazdów, to oszukańcze mamienie, obiecywanie cudów. Co będzie, jeśli dostaną rok, a już 3 przesiedzieli w areszcie?
– No to mają nadsiedziane 2 lata – rzuca rzecznik Sądu Okręgowego w Krakowie Rafał Lisak.
Najwyżej wystąpią o parę milionów odszkodowania za bezzasadny areszt. Podatnik zapłaci.


JOANNA SKIBNIEWSKA