Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert Pazik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Robert Pazik. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 lutego 2013

Coś wisi w powietrzu (NIE, 11/2009)

Robert Pazik
Kto zamordował morderców Krzysztofa Olewnika?

Posypały się kary dyscyplinarne dla pracowników więzienia w Płocku w związku ze śmiercią Roberta Pazika. Podobno za niedopilnowanie. Według nas fakt, że to, co się stało, miało stać się właśnie w zakładzie karnym w Płocku, jest bezsporny. Po to trafił tutaj Pazik (pisaliśmy o tym w artykule „Cela z widokiem na stryczek” „NIE” nr 9/2009). Tylko czy miało dojść do samobójstwa, czy jednak do egzekucji?
Pani Barbara Pazik twierdzi, że syn przyrzekł jej, że się nie zabije. Gdy rozmawiała z nim po samobójstwie Sławomira Kościuka, mówił, że nie zrobi czegoś podobnego. Kilka dni wcześniej dzwonił do domu, zapewniał matkę, jak bardzo ją kocha, czeka na paczkę od niej, mówił też, że się boi.
 

Ucisk pętli
Także porucznik Edward Szot, szef ochrony więziennej w Sztumie, zapewnia, że nic nie wskazywało, aby osadzony chciał się zabić. Mówi: – Robert Pazik był u nas pod nadzorem kamer 24 godziny na dobę. Zwracaliśmy na niego szczególną uwagę, po tym jak dwóch skazanych w sprawie Olewnika popełniło samobójstwo. Pazik był na bieżąco z wydarzeniami w toczących się postępowaniach w sprawie mordu na Olewniku. Często odwiedzał go psycholog, gdyby więc coś było nie tak, specjalista natychmiast by to zgłosił.
– Nigdy nie uwierzę, że brat sam postanowił się zabić – stwierdził Dariusz Pazik.
– Wstępny wynik sekcji zwłok mówi, że Robert Pazik zmarł w wyniku zadzierzgnięcia – informowała za prokuraturą w Ostrołęce zaraz po zajściu rzecznik więziennictwa Luiza Sałapa. Potwierdza to także dziś rzecznik Prokuratury Okręgowej w Ostrołęce Andrzej Rycharski. Nie ma jednak jeszcze wyników ostatecznej sekcji zwłok, która powinna być już dawno. Prokuratura Okręgowa w Ostrołęce nie dysponuje jeszcze opinią końcową z sekcji zwłok Roberta P. Ze wstępnej opinii wydanej przez biegłego z zakresu medycyny sądowej, po zakończeniu otwarcia i oględzin zwłok wynika, że przyczyną śmierci Roberta P. był ucisk pętli na narządy szyi. To definicja zadzierzgnięcia. Specjaliści od medycyny sądowej byli zdumieni, gdy właśnie o zadzierzgnięciu poinformowano dziennikarzy. Aż dziwne, że w mediach ta informacja przeszła bez echa. W stosunku do poprzednich „samobójców” używano terminologii zawiśnięcie na pętli.
 

Osoby trzecie
– Zadzierzgnięcie jest zwykle przypisywane działaniom zbrodniczym, a nie samobójstwom – mówi dr Mariusz Kobek z Zakładu Medycyny Sądowej Śląskiego Uniwersytetu Medycznego. – Przy „zwykłym” powieszeniu pętla zaciska się pod wpływem ciężaru ciała i siły grawitacji. Przy zadzierzgnięciu jest zupełnie inaczej: siłą zaciskającą pętlę jest najczęściej ludzka ręka. Zadzierzgnięcie zwykle wskazuje na zabójstwo.
To samo możemy przeczytać w encyklopedii medycyny sądowej. Czy Prokuratura Okręgowa w Ostrołęce rozważa zatem udział osób trzecich w śmierci Roberta Pazika?
– Prokuratura Okręgowa w Ostrołęce bada wszechstronnie wszelkie okoliczności śmierci Roberta P. uwzględniając wszystkie wersje śledcze – odpowiada rzecznik prokuratury Andrzej Rycharski, pytany o taką ewentualność. – Ocena prawnokarna okoliczności zgonu możliwa będzie po zgromadzeniu pełnego materiału dowodowego.
Pierwszy z samobójców, Wojciech Franiewski, na parę dni przed śmiercią napisał w liście do sądu. Okaże się, że zatrułem się kiełbasą albo przedawkowałem narkotyki. Miał we krwi i narkotyki, i alkohol. I oczywiście zawisnął na pętli. A dokładnie na bandażu elastycznym.
Kościuk, drugi samobójca, też „zawisnął” w Płocku. W czasie sekcji zwłok okazało się, że miał sińce pod kolanami i na rękach, a jego żebra były połamane. Biegli uznali jednak, że do złamania żeber mogło dojść w czasie próby reanimacji. Przy okazji związano mu ręce w przegubach, żeby sobie serca ze szczęścia nie wyrwał... Bo niby skąd te siniaki? A pod kolanami? Pomyliło się lekarzowi i stukał młotkiem w celu badania odruchów neurologicznych po przeciwnej stronie kolana niż trzeba? A może jednak Kościuka ktoś skrępował przywiązując ręce do zgiętych kolan?
 

Myśli samobójcze
Gdy po śmierci Pazika media rozważały podobieństwo tej śmierci do śmierci Kościuka, a TVN 24 wysnuła tezę, że wynik sekcji zwłok wyklucza udział osób trzecich w tamtym zdarzeniu, Prokuratura Okręgowa w Ostrołęce natychmiast wydała oświadczenie, że w zdarzeniu będącym przedmiotem postępowania V Ds 29/08 postępowanie przygotowawcze w sprawie nie zostało dotychczas merytorycznie zakończone i formułowanie kategorycznych stwierdzeń jest przedwczesne.
Tym bardziej że Kościuk wcale nie zachowywał się tak, jak gdyby miał skończyć ze sobą. Jego siostra była adwokatem. Starała się o ułatwienie bratu życia w więzieniu. Siostra i matka przekonywały dyrektora płockiego aresztu, że ich bliski jest chory i powinien być leczony w szpitalu więziennym na warszawskim Mokotowie. Sam zainteresowany pytał psychologa o możliwość odbywania kary w oddziale terapeutycznym, gdzie spodziewał się lepszych warunków.
Pisał do Centralnego Zarządu Służby Więziennej prośbę o przetransportowanie do Warszawy.
Po wyroku nie zgodził się na status skazanego; wolał być traktowany nadal jak tymczasowo aresztowany. Do czasu uprawomocnienia się orzeczenia sądu miał do tego prawo. To chyba świadczy, że nie myślał o samobójstwie, lecz planował pobyt w więzieniu, chciał zapewnić sobie korzystniejsze warunki odbywania kary i walczyć o jej skrócenie.
Żywego Kościuka ostatni widział wychowawca. Miał go pod opieką od września 2007 r., kiedy aresztowany przyjechał do Płocka z Barczewa.
– Od ogłoszenia wyroku rozmawiałem z nim trzy, może cztery razy i nie zauważyłem dużej różnicy w zachowaniu. Pisał listy do sądu, do kierownictwa Służby Więziennej, miał widzenia z siostrą, która była jednym z jego dwóch obrońców, myślał o przyszłości. Ostatni raz rozmawialiśmy o przygotowaniu pisma do komisji penitencjarnej.
Dla psychologa samobójstwo Kościuka było zaskoczeniem.
– On nie wysyłał sygnałów o załamaniu, czekał na widzenie z 20-letnim synem.
Samobójstwa Kościuka nie spodziewała się jego rodzina, nie zgłaszała, że ma on myśli samobójcze lub spadek nastroju. Bliscy bardziej obawiali się, że może być narażony na agresję ze strony innych osadzonych, ponieważ współpracował w śledztwie z policją i prokuraturą.
 

Siedzący na sedesie
W postępowaniu wewnętrznym Służby Więziennej minuta po minucie odtworzono okoliczności zdarzenia. O 20.15 w oddziale piątym dla niebezpiecznych przestępców odbył się apel wieczorny przeprowadzony przez dowódcę zmiany i oddziałowego. W czasie apelu Kościuk zachowywał się spokojnie i nie zgłaszał żadnych potrzeb. Co pół godziny obie cele były kontrolowane. W czasie ostatniej kontroli przed zdaniem służby, o 21.10, oddziałowy widział, że Kościuk leży na łóżku i ogląda telewizję.
To samo stwierdził kolejny oddziałowy, który kontrolował jego celę już o 21.18. O 22.00 funkcjonariusz ten zaczął gasić światło w celach. Po dojściu do celi 505, o 22.04, nie zobaczył Kościuka przez wizjer. Uderzył ręką w drzwi celi i kilka razy go zawołał, lecz nie usłyszał odpowiedzi. O braku kontaktu zawiadomił stanowisko dowodzenia.
Dowódca zmiany stwierdził na podstawie obrazu na ekranie monitora, że osadzony prawdopodobnie siedzi na muszli klozetowej w kąciku sanitarnym. Wziął ze stanowiska dowodzenia klucze do celi i wraz z dwoma funkcjonariuszami przyszedł do oddziału piątego. W ich obecności oddziałowy otworzył celę i wszyscy zobaczyli Kościuka siedzącego na sedesie z pętlą na szyi. Ułożyli go na podłodze i rozpoczęli reanimację.
Dlaczego przez 42 minuty nikt nie zwracał na niego uwagi? Wcześniej kontrolowano go co 8 minut. A w tym feralnym momencie o nim zapomniano.
– Kto ma jednak stale patrzeć w te wszystkie monitory, jeśli dowódca zmiany i jego zastępca wykonują inne zadania? – odpowiada Artur Kowalski – zdymisjonowany szef płockiego więzienia.
Kto wie, że właśnie o tej porze są inne  zadania? Już po śmierci Kościuka dyrektor Kowalski zgłaszał do centrali, że powinny być wyznaczone osobne stanowiska do obserwowania „enek”, czyli cel dla niebezpiecznych przestępców.
 

Pełna obserwacja
Sprawa monitoringu w jednostkach penitencjarnych była przedmiotem wystąpienia rzecznika praw obywatelskich do dyrektora generalnego SW z 29 stycznia 2008 r. Dr Janusz Zagórski, dyrektor Zespołu Prawa Karnego Wykonawczego w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich, twierdził już wtedy, że cele dla niebezpiecznych muszą być monitorowane w całości.
– Tam kamera powinna widzieć wszystko, a nawet przekazywać dźwięk, by skuteczniej chronić osadzonych przed autoagresją. Nie powinno być problemem stałe obserwowanie tych cel, bo w skali kraju „niebezpiecznych” jest 300-400 i nie wszyscy siedzą pojedynczo. Uzasadniał, że wobec tych osadzonych praktycznie nie prowadzi się oddziaływań penitencjarnych, trzeba więc przynajmniej stale ich kontrolować.
Czyli wcale biuro rzecznika nie zakazało w Płocku monitorowania kącików sanitarnych...
Po śmierci Kościuka Pazika przewieziono do innego więzienia. Władze więzienne zachowały się, jak trzeba. Ale Pazik wrócił, by zginąć.

 Zadzierzgnięcie polega na zaciśnięciu narządów szyi przez pętlę, z tym że siłę zaciskającą stanowi siła ręki (z reguły obcej). Bruzda przebiega okrężnie na linii poziomej. Jako że siła ręki ludzkiej jest mniejsza niż nacisk wywierany przez ciężar ciała (w powieszeniu), do śmierci dochodzi wówczas, gdy czas ucisku wywierany na szyję osoby zadzierzgniętej przekracza przynajmniej 4 minuty. Dominuje tu ucisk na żyły szyjne odprowadzające krew z głowy. Dlatego też u ofiar zadzierzgnięcia można zaobserwować silne przekrwienie twarzy powyżej bruzdy, obrzęk języka, przekrwienie mózgu, czasem wytrzeszcz gałek ocznych. W obrębie szyi czasem obserwuje się złamanie chrząstek krtani. Dość charakterystyczne są także wybroczyny krwawe w obrębie spojówek.
Zadzierzgnięcie (łac. strangulatio) – termin z zakresu kryminalistyki i medycyny sądowej, określający specyficzny rodzaj zagardlenia, w którym ucisk na narządy szyi wywiera pętla zaciskana ręcznie przez człowieka. Zadzierzgnięcie jest najczęściej czynem zbrodniczym. Stosunkowo sporadycznie spotyka się samobójstwa popełnione tą metodą. Wymagają one użycia pętli uniemożliwiającej automatyczne rozluźnienie po utracie przytomności (np. pętla z krępulcem, ząbkowana taśma plastikowa z zapadką, itp).

Cela z widokiem na stryczek (NIE, 09/2009)

Zabójca Krzysztofa Olewnika łapał ostatni oddech w siedzibie ogólnopolskiego zarządu uwięzionych gangsterów. Płockie powietrze najwyraźniej nie służy psychice osób zamieszanych w sprawę morderstwa Krzysztofa Olewnika i zapadają oni na „syndrom Baraniny”.


Wojciech Franiewski
I
Sprawców porwania Olewnika – jak wiadomo – złapano i ukarano. Padły wyroki dożywotniego więzienia. Zaczęły się kolejne śmierci – samobójcze w areszcie. Pierwszy powiesił się w celi Wojciech Franiewski, szef gangu, jeszcze zanim złożył zeznania. To właśnie on miał najprawdopodobniej bezpośredni kontakt ze zleceniodawcami uprowadzenia Olewnika. Być może mógł powiedzieć zbyt wiele? Nie zdążył. Potem miał zginąć Sławomir Kościuk, bo to on pękł pierwszy i wskazał miejsce ukrywania porwanego. Po śmierci Franiewskiego Kościuka dobrze pilnowano. Dopiero gdy trafił do więzienia w Płocku, znaleziono go powieszonego na prześcieradle w celi. Robert Pazik nieraz rozmawiał z policjantami o sprawie. Mógł coś sypnąć, tym bardziej że lada dzień znowu miał składać wyjaśnienia związane z domniemaną współpracą policjantów z gangiem. Ale Pazik siedział w Sztumie dobrze pilnowany.
 

Sławomir Kościuk
II
Robert Pazik, ksywa Pedro, wiedział, że jeśli trafi do Płocka, to jego godziny są policzone. Bo tam nie tylko nie ma warunków do przetrzymywania więźniów niebezpiecznych, ale przede wszystkim od lat działa zarząd garuchów (grypsujących, stałych bywalców kurortu), który podejmuje decyzje dotyczące więźniów. Np. także takie, kto ma prawo żyć, a kto musi popełnić samobójstwo.
– Więzienie w Płocku to obora – mówi dr Paweł Moczydłowski, socjolog, szef Służby Więziennej w latach 1992–94.
Ma rację. To zakład, w którym gołym okiem widać niedoinwestowanie w więziennictwo. Tutaj nie ma oddziału, lecz są jedynie trzy cele dla niebezpiecznych więźniów, nie w pełni monitorowane, znacznie oddalone od monitoringu. W więzieniu w Sztumie, choć nie było z nim problemów, Pazik siedział na oddziale dla szczególnie niebezpiecznych, tzn. ence. W pełni monitorowana cela, nagrania z monitoringu przechowywane co najmniej przez parę dni.
Tymczasem Pazik decyzją sądu z Sierpca trafia właśnie do Płocka z powodu gównianej sprawy, która dla gostka już skazanego na dożywocie miała takie znaczenie jak dla trupa trendy w modzie. Podobno Pazik zapoznał jednego ze swoich bandziorkowatych kolegów z pracownikiem firmy Olewnika, żeby kumpel mógł dokonać napadu na konwój przewożący pieniądze. Sprawa nie miała nic wspólnego z porwaniem Olewnika, chodziło jedynie o napad na konwój z kasą. Do żadnego napadu nie doszło, bo coś się złodziejom posrało po drodze. Czyli nawet nie było przestępstwa.
Jednak dziwnym trafem dla sierpeckiego sędziego ta sprawa miała kluczowe znaczenie. Tak kluczowe, że postanowiono sprawić, żeby rozprawa odbyła się w salce przy płockim areszcie, a co za tym idzie wysłać Pazika do tamtejszego więzienia.
– To w ramach ułatwienia – tłumaczył się rzecznik więzienia. Pewnie w ramach ułatwienia Pazikowi samobójczej śmierci...
– Mój syn nie chciał jechać do Płocka – mówi matka Roberta Pazika. Tydzień wcześniej obiecał jej, że najszybciej, jak to będzie możliwe, do niej zadzwoni.
– Syn brzydził się samobójstwem – dodaje matka.
Powiedział tylko, że nie chce, żeby go przewozili do więzienia w Płocku.
Miał powody.


Robert Pazik
III
– O tym, że w Płocku istnieje swoisty zarząd wszystkich osadzonych, wiedzą wszyscy dyrektorzy placówek penitencjarnych – mówi dyrektor jednego z więzień proszący o anonimowość. – Płock rządzi. Tutaj grypsera decyduje, kiedy gasi się światło...
Wszystko zaczęło się dawno, po 1998 r., kiedy to wybuchł bunt w zakładzie w Czarnem. Najbardziej krwawy i dramatyczny bunt w historii polskiego więziennictwa, z trupami wrzucanymi do więziennego pieca. Do Czarnego trafiali gangsterzy z przestępczości zorganizowanej, mordercy i najgorsze porąbańce. Po buncie i znacznym spaleniu czarneckiego pudła takim miejscem stał się zakład w Płocku.
Gdy dodatkowo zmieniły się przepisy i więźniowie mieli być osadzani jak najbliżej miejsca zamieszkania, chłopcy z Mokotowa, Pruszkowa i Wołomina z powodu bliskości do stolicy trafiali właśnie tutaj. A, jak wiadomo, oni mają największy szacun u garuchów, szybko więc zaczęli dyktować warunki. Tak powstał zarząd. Z czasem przeludnienie w więzieniach spowodowało, że umieszczało się chłopców z miasta w zakładach w całym kraju, ale zarząd w Płocku pozostał.
– To się zmienia – mówi Tadeusz, częsty pensjonariusz płockiego kurortu. – Ale zasady pozostają te same.
Jaką siłę ma zarząd, może obrazować historia sprzed paru lat, gdy weszły przepisy, że osadzony może korzystać z dodatkowych ułatwień, tylko jeśli współpracuje ze służbą penitencjarną i realizuje program resocjalizacyjny. W praktyce wygląda to tak, że jeżeli wychowawca stwierdzi, że więzień ma uczęszczać na zajęcia AA albo powinien zadośćuczynić ofierze czy też pójść do pracy, jeśli chce mieć prawo do widzeń czy prosić o przepustkę, musi dostosować się do zaleceń wychowawcy. Jak wiadomo grypsującym nie wolno wchodzić w żadne układy, a już na pewno nie z klawiszami czy wychowawcą. Wiąże się to jednak z udupianiem więźnia przez służby więzienne, i to zgodnie z przepisami. Wtedy, przed laty, zebrał się zarząd w Płocku, żeby zdecydować, czy grypsującym wolno częściowo przynajmniej realizować program resocjalizacyjny. Obrady trwały cztery dni, a informacje z „posiedzenia” docierały na bieżąco do wszystkich jednostek penitencjarnych w kraju.
– My też wiedzieliśmy o tych obradach, bo wiadomo, że informacje docierające do jednostki przechwytywaliśmy – mówi dyrektor jednego z zakładów karnych.
Po czterech dniach zarząd zezwolił grypsującym na częściową współpracę ze służbą więzienną dla uzyskania pewnych udogodnień.
– Kontakt ze światem zewnętrznym wcale nie jest trudny – mówi „Duży”, zaufany płockiego zarządu, wielokrotnie osadzany w płockim więzieniu. – Decyzje bez problemu docierają w obie strony. Zlecenia na frajerów też.
Na pytanie, czy dostarczał zlecenie z miasta na Pazika i Kościuka, lekko się uśmiecha... Duży mieszka w Płocku. Jest rodzinnie związany z byłym prezydentem Płocka, bliskim znajomym posłów z tego terenu, szczególnie związany ze starostwem. Zarówno dawny wychowawca, jak i funkcjonariusz służby więziennej z Płocka mówią, że Duży miał ogromne przywileje w pierdlu. Zarząd tylko jemu zezwolił na rozprowadzanie narkotyków. Zdarzało się, że także funkcjonariusze zamawiali u niego amfetaminę. Podobno gdy siedział, a chciał zobaczyć się z kobietą, do więzienia przychodził funkcjonariusz ABW albo CBŚ z wnioskiem o wydanie więźnia w celach procesowych. Dyrektor mógł tylko przyklepać. Duży jechał do domu, pobzykał, policzył dzieci i funkcjonariusz odwoził go do pudła.
– Oczywiście, że wiemy o zarządzie w Płocku – mówi Marcin, kiedyś wychowawca w jednym z więzień. – Dopiero po tych samobójstwach wszyscy nabrali wody w usta, ale dawniej mówiło się o tym otwartym tekstem.
Gdy spytałam Dużego, czy służba więzienna w płockim zakładzie może zrobić z tym porządek, o mało nie spadł ze stołka ze śmiechu.
 

IV
Według przedstawicieli więziennictwa to nic dziwnego, że Pazik pojechał do Płocka na długo przed planowaną rozprawą, w której miał brać udział.
– Akurat w tym dniu nasz referat miał do dyspozycji odpowiednią liczbę ludzi, samochód i sprzęt potrzebny do konwoju więźnia ze statusem szczególnie niebezpiecznego – mówi Jan Kościuk, rzecznik KWP Gdańsk. – Termin ten konsultowaliśmy z działem ewidencji Zakładu Karnego w Sztumie, mieliśmy także wymaganą przez przepisy zgodę Sądu Rejonowego w Sierpcu (prowadził sprawę, w której oskarżony był Pazik, i wydał nakaz przetransportowania), a także Centralnego Zarządu Służby Więziennej. Nikt nie miał zastrzeżeń do tej daty.
Opinia publiczna dowiedziała się, że nigdy nie wiadomo, kiedy będzie konwój.
– To kompletna bzdura. W każdym zakładzie karnym konwoje są w konkretnym dniu tygodnia. Z reguły we wtorki. Brane są też pod uwagę konwoje szczególne, takie, w których kobieta musi być przetransportowana z facetami i musi mieć wydzieloną „celę” w samochodzie, żeby się do niej nie dobierali – mówi Kamil z Wołomina.
– Siedziałem na ence i byłem przewożony wielokrotnie na rozprawy. Po pierwsze jechałem albo dzień przed, albo nawet tego samego dnia. Kiedyś jednego dnia pojechałem rano 220 km na sprawę i tego samego dnia wróciłem do zakładu w Tarnowie. Po drugie, jakie tam dodatkowe środki bezpieczeństwa? Normalnie jedzie funkcjonariusz z długą bronią, drugi z krótką i w pełni uzbrojony kierowca. Zanim konwój odjedzie, mówią stałą formułkę, że w razie najmniejszych problemów strzelają bez ostrzeżenia. Kto się wychyli, kochana? – mówi Tadeusz.
 

V
Jak wygląda cela „N”? W normalnym zakładzie karnym monitorowana jest w każdym zakątku. Też w kąciku sanitarnym, choć oficjalnie się o tym nie mówi.
– Kiedyś jak byłem na ence w Tarnowie, w kąciku za zasłonką się onanizowałem. Następnego dnia zostałem za to ukarany – mówi Tadeusz B. skazany za handel narkotykami.
Wszystkie sprzęty, takie jak łóżko, taboret, stolik są przykręcane do podłogi, żeby delikwent nie mógł wykopać sobie ich spod nóg, gdy chce się powiesić. W Płocku obraz z monitorów można zobaczyć w sali znacznie oddalonej od celi, w której przebywał Pazik. Krótko mówiąc, samobójca mógłby na oczach klawiszy się wieszać machając do oglądającego go strażnika. Funkcjonariusz, żeby dotrzeć do jego celi, musi minąć i otworzyć nie tylko wiele okratowanych lub żelaznych drzwi, ale jeszcze musi pokonać schody. Strażnik pilnujący osadzonego pod celą może jedynie zajrzeć przez wizjer, bo na otwarcie celi musi mieć oficjalną zgodę. W tym czasie delikwent od dawna jest trupem.
W dniu gdy wieszał się Pazik, w zakładzie w Płocku akurat była karetka w związku z wezwaniem do innego więźnia. Stąd reanimacja zaczęła się stosunkowo szybko.
 

VI
– Wcale nie trzeba wyjątkowo się starać, żeby osadzonego doprowadzić do samobójstwa – mówi dyrektor jednego z więzień. – Poznaje się konstrukcję psychiczną więźnia i wiadomo, w co trzeba uderzyć. Czy jest to rodzina, dzieci, matka, czy może znęcanie się fizyczne, zadawanie bólu czy poniżanie przez wykorzystywanie seksualne. Według mnie zawsze się uda. Nie da się całkowicie odizolować więźnia. Jeśli nie może się z nikim spotkać, to przecież można do niego krzyczeć przez okno. Poza tym to są określone sygnały, gesty, ruch palcem np. podczas podawania posiłku. Byli tacy, których ciężko było złamać. To po paru dniach przychodziła informacja, że syna mu potrącił samochód albo córeczka spadła z huśtawki w parku. I pękali.
– Może Pedro mógł gadać? On za bardzo strugał twardziela – mówi Duży. – Poza tym wiadomo, że nawijał psom poza protokołem.
Do zlikwidowania Pazika potrzeba było warunków, które znajdują się w więzieniu w Płocku. W Sztumie pilnowany był cały czas i wszędzie. O śmierci Pazika tak mówił Artur Kowalski dyrektor płockiego kurortu: – To bardzo przykry i zaskakujący, ale jednak zbieg okoliczności.
Czy na pewno? Już za komuny krążył dowcip o samobójcach, których ostatnimi słowami były: „druzja, nie strieliajtie”.

PS Wszyscy pracownicy służby więziennej prosili o pełną anonimowość. Nie boją się ani więźniów, ani płockiego zarządu, ale przełożonych.