środa, 11 września 2013

I ty zostaniesz MORDERCĄ (NIE Nr 18/2013, 2013-04-26, str. 16)

I ty zostaniesz MORDERCĄ



Więzienia pełne są niewinnych. Wśród nich są naprawdę niewinni.

15 marca 2000 r. w centrum Wałbrzycha ok. 15.30, w czasie największego nasilenia ruchu dokonano zabójstwa antykwariusza Henryka Śliwowskiego,


którego lokal znajdował się w odległości kilkudziesięciu metrów od rynku.
W antykwariacie znaleziono otwarty sejf, ale tak naprawdę nic wartościowego nie zginęło. Jedynie notes z rozliczeniami za ostatnie 3 lata. Bandyci użyli samopału zrobionego przez fachowca. Ofiara dostała 6 postrzałów oddanych z dwóch różnych pistoletów, powodujących prawie natychmiastową śmierć.
Przez ponad 2,5 miesiąca policja była bezradna. Media krzyczały, że mord, że zginął człowiek, że ojciec dzieciom… Łaknęły krwi.
– To był znany wówczas paser – dorzuca dziś policjant, który wtedy prowadził śledztwo.
Śledztwo stanęło w martwym punkcie.

Świadek anonimowy

1 czerwca 2000 r. TVP wyemitowała program ze znanego cyklu „997”. Policja prosiła o pomoc. Zaapelowano o przekazywanie wszystkich informacji mogących dotyczyć sprawców zabójstwa. Gwarantowano dyskrecję, wysyłano więc czytelną informację, że ludzie będą traktowani jak źródła informacji poufnej. Program przedstawiał hipotetyczną rekonstrukcję zdarzenia sugerującą rabunkowe tło zabójstwa.
Już po dwóch dniach z miejscową komendą policji nawiązała kontakt kobieta twierdząca, że jej syn widział sprawców zabójstwa.
Świadek twierdził, że 16 marca 2000 r. po południu widział trzech osobników wybiegających z antykwariatu. Jednym z nich był Radosław Krupowicz, którego – jak zeznał – osobiście nie znał. Za te informacje dostał 5 tys. zł i status świadka anonimowego.
w październiku 2000 r. zatrzymano i postawiono zarzut zabójstwa 17-letniemu wówczas Krupowiczowi.
Wbrew temu, co twierdził, świadek jednak znał Krupowicza – i odwrotnie.
– Zakochał się w mojej dziewczynie i od dawna chciał mi ją odbić – mówi dziś o pomawiającym Krupowicz, bo wszyscy wiedzą, kto to jest. – Uprzedzał mnie, że się mnie pozbędzie.

Dzieciom wstęp wzbroniony

Gdy przyszli po niego rano, nie rozumiał, o co chodzi. Pomyślał, że to za fajkę z marychą, którą palili z kolegami na boisku szkolnym.
– Co robiłeś 15 marca? – zapytał prokurator Jarosław Dyko.
Nie pamiętał. To było tyle miesięcy temu.
– Wtedy, gdy zginął antykwariusz – dodał prokurator.
Tak, wie. Sam poleciał zobaczyć, co się wtedy stało. Mama usłyszała od sąsiadki, że niedaleko doszło do morderstwa. Gapił się na policjantów. Było jak w gangsterskim filmie. Wszędzie migające niebieskie światła, policjanci z bronią i biało-czerwona taśma.
Odpowiedział, że był wtedy w domu, z mamą. – Kto to może potwierdzić?
– Każdy. Mama, dziewczyna, sąsiedzi, kolega – wymieniał pewnie.
– Dlaczego zastrzeliłeś antykwariusza? – spytał Dyko.
Chłopak nie wiedział, o co chodzi. Jak to zastrzelił?
– Zaraz przestaniesz się śmiać – warknął Dyko. – Idziesz do więzienia.
Dyko
Wielokrotnie pytał, za co. Powtarzał, że to bzdura: – Znałem pana antykwariusza jedynie dzięki temu, że jak miałem 9 lat, wchodziłem do niego z kolegami i oglądałem stare monety w gablocie. Gapiłem się na znaczki. Ale po jakimś czasie antykwariusz napisał kartkę na drzwiach, że dzieciom wstęp wzbroniony. I skończyło się. Ale wtedy byłem w III klasie podstawówki.
Próbował jeszcze tłumaczyć, że nikogo nie zabił, ale prokurator już bujał się na krześle.
– Oglądałem na Discovery, że są takie maszyny, które wykrywają, czy mówi się prawdę. Chciałbym, żeby mnie zbadano tym aparatem, bo nic złego nie zrobiłem – błagał prokuratora.
– W Polsce nie ma takich aparatów i u nas nie można tego zrobić – odparł Dyko.
Chwilę potem Radka zaprowadzono do celi. Prokurator z matki i z dziewczyny zrobił świadków w sprawie. Żeby nie mogły mieć widzeń z chłopakiem. Tak miał mięknąć. Raz przyszła ciotka, ale rozmawiał z nią przez pleksi. Ojca nie ma.

Jak w telewizji

Świadek 6-krotnie zmieniał zeznania. Pierwsze w ogóle nie pasowały do sprawy. Przedstawiał zdarzenie tak, jak pokazano je w programie telewizyjnym. Tymczasem miało się to nijak do faktów. W „997”miało być filmowo, a nie prawdziwie. Tymczasem świadek, wyraźnie o tym niepoinformowany, mówił o wyglądzie antykwariatu, ale tego z telewizji, a nie prawdziwego… To, co opowiadał, to była Kolej na relacja filmowa. Bezbłędnie rozpoznawał jedynie Krupowicza. Mówił też o dwóch innych sprawcach, ale rysopisu nie potrafił podać.
Prawie rok nic nie działo się w sprawie. Aż pewnego dnia został zatrzymany najbliższy przyjaciel Radka, 16-letni Patryk Rynkiewicz. Chłopak na własną rękę szukał pomawiającego. Prawdopodobieństwo, że nie byłby dla niego miły, gdyby go już znalazł, jest duże. I zrozumiałe. Anonimowy świadek rozpoznał więc drugiego sprawcę – Rynkiewicza. Rozpoznał go z odległości 14 m po… ruchu gałek ocznych.
Rynkiewiczowi przedstawiono zarzut współudziału w zabójstwie antykwariusza – wspólnie z Radosławem Krupowiczem i jeszcze jedną osobą o nieustalonych personaliach. Jedynym dowodem i podstawą postawienia zarzutu był fakt, że od lat utrzymywał koleżeński kontakt z Krupowiczem, w tym też – co jest bardzo istotne – kontakt telefoniczny, jako że obydwoje dysponowali telefonami stacjonarny mi. Obydwaj mieszkali w okolicach rynku, prawie w bezpośrednim sąsiedztwie antykwariatu.
Przez 19 miesięcy działań operacyjnych policjanci nie byli w stanie uzyskać nic poza tym, o czym mówił świadek anonimowy, który zresztą w trakcie przesłuchań w sądzie w sposób istotny zmieniał treść zeznań. Mieli za to inne dowody. Ślady linii papilarnych na sejfie i w antykwariacie. Nie należały do Krupowicza i Rynkiewicza. Ślady butów odciśnięte na krwawych wybroczynach. Nie należały do podejrzanych Krupowicza i Rynkiewicza. Ślady DNA na miejscu zbrodni. Nie należy do Krupowicza i Rynkiewicza.

To nie oni!

Policjanci z Wałbrzycha, prowadzący wówczas sprawę, dziś są na emeryturze. Ale od początku mówili prokuratorowi Dyce, że coś tu śmierdzi. Wskazywali na innych sprawców. Mówili, że chłopcy tego nie zrobili.
Maciej Jedliński
– Dostaliśmy zjebę od Dyki – mówi anonimowo policjant. – Kazał nam zbierać dowody na małolatów. Jak nie, to przestaniemy przy tym pracować.
Gdy poszli z tym do przełożonego, powiedział, żeby na razie dali spokój, bo przecież na chłopców nie ma żadnych dowodów, na pewno więc zostaną uniewinnieni. Zdziwili się, gdy Krupowicz i Rynkiewicz stanęli przed Sądem Okręgowym w Świdnicy. Sądził ich Maciej Jedliński.
– Wszystkie nasze wnioski procesowe odrzucał. Krzyczał na nas. Od razu było widać, że my mamy być winni – mówią skazani.
Byli pewni, że skoro świadkowie potwierdzili, iż w dniu zabójstwa byli zupełnie gdzie indziej, to wystarczy. Dla sędziego Jedlińskiego wiarygodny był tylko świadek anonimowy.
Mama niewiarygodna, bo jest matką. Dziewczyna niewiarygodna, bo jest zakochana. Pani z kiosku niewiarygodna, bo zna oskarżonego od dziec ka. Kolega niewiarygodny, bo jest kolegą i go kryje. Sąsiad niewiarygodny, bo mu nie wypadało zeznawać i na czej. Na rozprawie zeznawał też policjant prowadzący postępowanie, który stwierdził, że świadek anonimowy jest niewiarygodny, a chłopcy nie mogli tego zrobić.

Jedliński przerwał przesłuchanie i powiedział, że nie ma do niego żadnych pytań. Gdy obrońcy chłopaków chcieli wykorzystać te zeznania w apelacji, okazało się, że sędzia w ogóle tego nie zaprotokołował.
Biegły sądowy stwierdził, że chłopcy w tym wieku niemający kontaktu ze światem przestępczym nie mieli możliwości zdobycia broni. Powiedział, że aby ją przerobić, trzeba ogromnego doświadczenia. Mówił jasno, że zrobili to profesjonaliści, a nie nastoletnie szczawie. Sędzia Jedliński nie wziął tej opinii pod uwagę. Gdy wreszcie zbadano Krupowicza wariografem i ocena była korzystna dla oskarżonego, sędzia stwierdził, że skoro chłopak reaguje emocjonalnie na słowa zabójstwo antykwariu sza, to już jest wystarczający dowód, że miał z tym zabójstwem coś wspólnego. Gdy biegły przeprowadzający badanie stwierdził, że reakcja chłopca jest normalna, bo stał w tłumie gapiów, gdy ofiarę wynoszono z antykwariatu, Jedliński stwierdził, że ocena biegłego jest nieobiektywna.

Bez motywu i bez sensu

W śledztwie przesłuchano 156 świadków, z których 32 zostało przesłuchanych na rozprawie przed sądem. w przypadku pozostałych prokuratura wniosła o zaniechanie wezwania na rozprawę, albowiem nie mieli oni nic istotnego do powiedzenia i według Dyki wystarczy to, co zeznali podczas przesłuchań prowadzonych w śledztwie. Sędzia Jedliński się do tego przychylił.
Spośród 156 świadków przesłuchanych na różnych etapach śledztwa i procesu, tylko świadek anonimowy twierdził, że widział oskarżonych, gdy wchodzili i wychodzili z antykwariatu. Sąd opierał się jedynie na poszlakach, które w ogóle nie trzymały się kupy. Za przesłankę pozytywną, wskazującą na sprawstwo obu oskarżonych sąd uznał to, że obydwaj kategorycznie zaprzeczali związkom z zabójstwem. Sędzia w żaden sposób nie odniósł się do faktu, że do dnia wyroku nie ustalono tożsamości trzeciego rzekomego sprawcy, którego pozycji, znaczenia i roli w zabójstwie absolutnie nie określono. Sprawca ten nie został znaleziony do dziś!
Sędzia ani prokurator nie określili motywu zbrodni. Po co dwóm nastolatkom notes antykwariusza z jego osobistymi bazgrołami?
Maciej Jedliński dyktował do protokołu co innego, niż mówili świadkowie i oskarżeni. Wielokrotnie oskarżeni prosili o korektę protokołu, bo był inny niż to, co działo się na rozprawie.
Sędzia Jedliński uznał Krupowicza i Rynkiewicza winnych zabójstwa antykwariusza i skazał ich na 25 lat więzienia.

Sztangista z Wałbrzycha

– Od początku prowadzenia śledztwa wiedziałem, że oni tego nie zrobili – mówi dziś podinspektor Janusz Bartkiewicz, prowadzący wówczas postępowanie w komendzie wojewódzkiej. – Nie mogłem spać przez tę sprawę. Po uprawomocnieniu się wyroku wskazałem rodzinie Krupowicza dowody na to, że świadek anonimowy składał fałszywe zeznania. Udowodnienie takiego przestępstwa dawało szanse wznowienia postępowania i wykazania niewinności skazanych.
Obrońca Krupowicza w jego imieniu złożył zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa, wskazując na istniejące dowody i środki dowodowe. Prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania. Krupowicz i Rynkiewicz wystąpili do ministra Ziobry z prośbą o zapoznanie się z zasadnością argumentacji prokuratury okręgowej odmawiającej wszczęcia postępowania przygotowawczego. Ministerstwo pisma te skierowało do wyjaśnienia przez właściwą prokuraturę apelacyjną, a ta odesłała je do prokuratury okręgowej, która – czego było można się spodziewać – odpowiedziała odmownie.
– Prawdziwych sprawców ustaliliśmy już w trakcie trwania procesu. Dwóch personalnie, trzeciego dopiero sprawdzaliśmy – mówi podinspektor Bartkiewicz. – To były porachunki mafijne z grupą Marka D., pseudonim Dąbek. Żołnierze „Dąbka”dostali zlecenie na antykwariusza, bo był im winien dużą kasę. Zabójstwa dokonał najprawdopodobniej pewien sztangista z Wałbrzycha.
Potwierdza to Janusz Mikosz, emerytowany szef śląskiego Centralnego Biura Śledczego: – Grupa „Dąbka”zlecała zabójstwa. Sam ich zamykałem.
Sąd nie wziął tego pod uwagę.
Po 12 latach Sąd Najwyższy zwrócił sprawę do ponownego rozpatrzenia. Tak sprawnie Jedliński sądził, że nie zauważył poważnych różnic w zeznaniach świadka. Tyle że chłopcy mieli już odsiedziane 12 lat.

I choć sąd uznał, że faktycznie to nie oni strzelali, że nie byliby w stanie zrobić broni oraz że prokuratorski świadek jest zdecydowanie niewiarygodny, to jednak nie uniewinnił ich, ale obniżył wyrok z 25 do 15 lat.

Widać zdawał sobie sprawę, że odszkodowanie za bezzasadny pobyt w więzieniu byłoby ogromne.
– Pani szuka sprawców od tego antykwariusza? – pyta mnie więzień z Aresztu Śledczego we Wrocławiu. – W Strzelinie siedzi gość, mówią na niego „Jezus”. On wie, kto to zrobił. I podobno chce o tym mówić.
„Jezus”to Jacek B. Faktycznie siedzi w Strzelinie. Należał do grupy „Dąbka”.
I mówi: – Kiedyś kumpel do mnie zadzwonił. Mówi, że umiera i ma do mnie prośbę. Pojechałem. On miał zawał. I mi powiedział, że on już umiera i chce przed śmiercią powiedzieć, że to on zabił antykwariusza. To taki sztangista zWałbrzycha.

Miałem wielkie plany…

– Chciałem skończyć szkołę i iść na studia. Marzyłem o domu i dzieciach. Widziałem już siebie stojącego nad dziecięcym łóżeczkiem obok mojej ukochanej dziewczyny – niby się śmieje z tych młodzieńczych marzeń. Nic z nich nie wyszło.
Radosław Krupowicz miał wtedy 17 lat. Chodził do miejscowego technikum. Na kanale Discovery oglądał „Pogromcówmitów”. Pierwszy raz był zakochany. Był pewien, że to już tak do końca życia. No bo jak inaczej, skoro tak ją kocha? I ona jego.
Dziś jest starszy o prawie 13 lat. Dziewczyna już dawno jest żoną innego. Zielony więzienny uniform wisi na chudym ciele.
– Jestem jak dzikus. Boję się ludzi z wolności. Radosław Krupowicz niedługo stanie w sądzie. Chce wyjść na zwolnienie warunkowe. Czy prokurator dopilnuje, by mu się to nie udało?

Joanna Skibniewska

2 komentarze:

  1. Dziękuję za wszystkie Pani teksty.
    Serdecznie pozdrawiam i zdrówka życzę.

    OdpowiedzUsuń